Śniłam za mocnoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
Audiobook
Czyta Monika Węgiel-Jarocińska
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

2019

Dotarłam do wyjścia M.

Próbowałam przepędzić wspomnienia, które tłukły mi się po głowie, wpadały jedno po drugim, jakby chciały znów stawać mi przed oczyma, istnieć, ożyć na dobre.

Nie bez trudu przepędziłam natrętne wspomnienia sprzed startu w roku 1999 – pasażera z Chicoutimi, podnieconą Flo – ale nie dźwięki gitary. Najrozsądniejsza cząstka mnie próbowała udowodnić, że to ona mną włada: Kotku, skończ z tymi rojeniami!

Wsunęłam listę załogi do kieszeni munduru i ruszyłam dalej, omijając oczekujących pasażerów. Na ogół zachowywali się spokojnie. Tylko nieliczni – ci, którym się najbardziej spieszyło, i ci, którzy przyszli za późno, żeby znaleźć miejsce siedzące, ustawiali się przed drzwiami. Pasażerowie nie mieli szans wsiąść do samolotu wcześniej niż za dwadzieścia minut, jednak wiedziałam z doświadczenia, że ludzie zaczną stopniowo wstawać i wydłużać tę zbędną kolejkę, zamiast siedząc, cierpliwie czekać na odprawę.

Wolałabym, żeby siedzieli. Łatwiej byłoby ich wszystkich obserwować.

Poczułam, że zrobiłam głupstwo, przychodząc do tej sali, podczas gdy cała załoga czekała już w kabinie. Po co przyglądałam się twarzom tych wszystkich ludzi? Żaden do mnie nie podszedł, nikt o nic nie pytał – ani o Chicoutimi, ani o inne miejsce. W mojej głowie wciąż trwała rozgrywka ping-pongowa między przeszłością a teraźniejszością, bo dręczyły mnie przypadkowe zbieżności między dzisiejszym rejsem i tym sprzed dwudziestu lat: lot na trasie Paryż – Montreal z Flo, sprzed wyjścia M, z kapitanem Ballainem za sterami. A potem Los Angeles. Znów spróbowałam przywołać rozsądek. Zwykle praca stewardesy nie przeszkadzała mi mocno stąpać po ziemi.

Nie po raz pierwszy ogarnęło mnie wrażenie, że przeżyłam już taką scenę w tym samym holu, przed tym samym wyjściem, w tym samym samolocie i z tą samą załogą. Za każdym razem przestawałam wiedzieć, która jest godzina, kim jestem, dokąd lecę: do Pekinu, do Pointe-Noire czy do Toronto, zwłaszcza kiedy loty powtarzały się zbyt często, a lotniska zaczynały się mieszać. Tak, to poczucie oderwania jest częste – bez gruntu pod nogami, poza czasem, po łańcuchu nocnych lotów, po powrocie do domu…

Ale nigdy przed startem!

Nigdy po pięciu wolnych dniach w Porte-Joie.

Wbrew sobie, wbrew resztkom poczucia rzeczywistości, przypatrywałam się uważnie twarzom oczekujących, ale przede wszystkim w skupieniu nasłuchiwałam dźwięków.

Chociaż nie śmiałam przyznać sama przed sobą, tak naprawdę wiedziałam, czego szukam w tej zatłoczonej sali.

Czapki w szkocką kratę!

Kręconych włosów, dziś może już siwych.

A gdybym nie mogła ich odszukać, czekałam na dyskretne dźwięki melodii granej na gitarze w jakimś zakątku lotniska.

Co za głupota!

Wciąż wodząc oczyma po sali, próbowałam zapanować nad wewnętrznym niepokojem. Czy dzisiejsza Nathalie niczego nie zdołała zrozumieć? Czy za mało wycierpiała? Nathy sprzed dwudziestu lat nie wiedziała, co ją czeka… Ale dzisiejsza Nathalie tak! Nie mogłam pozwolić, żeby zjawy stały się dla mnie kamieniem u nogi tylko dlatego, że doszło do trzech żałosnych zbiegów okoliczności. Wyjście M terminalu 2E w roku 2019 nie miało już nic wspólnego z tym z 1999! Wszędzie pojawiły się ekrany – ogromne na ścianach, miniaturowe w rękach podróżnych. Niektórzy, żeby je naładować, pedałowali albo wsadzali je do zamykanych na klucz skrzynek. Sale, w których czeka się na wejście do samolotu, zamieniły się w stacje obsługi, gdzie ładuje się do pełna akumulatory.

A jednak, wbrew mojej woli, wciąż wodziłam oczyma, szukając, i zatrzymywałam je przynajmniej trzy razy na każdym podróżnym. Na tych młodych, chociaż to było zupełnie bez sensu, no i oczywiście na pięćdziesięciolatkach… Żaden nie był do niego podobny – ani na pierwszy rzut oka, ani po bliższym przyjrzeniu. Żaden nie miał gitary ani innego instrumentu, żaden nie grał. Każdy miał własną muzykę i słuchał jej w milczeniu przez własne słuchawki.

Bogu żartownisiowi chyba wyczerpał się zapas dowcipów. Przeszłość nigdy nie wraca, mimo że życie nafaszerowane jest wspomnieniami, które ożywają, żeby nas poruszyć. Nie da się dwa razy wejść do tej samej wody, jak powiadają Grecy, Japończycy czy jakiś inny naród ceniony za mądrość. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, choćby płynęła tak wolno jak Sekwana na skraju mojego ogrodu. Życie to długa spokojna rzeka, na której czasem, ot tak, pojawia się wodospad, żeby wywołać trochę chlupotu i wirów, a przede wszystkim żebyśmy nie mogli popłynąć pod prąd…

So long, Yl…

– Nathy?

Głos wyrwał mnie z zadumy. Odwróciłam się – stała za mną Flo. W nienagannie wyprasowanym mundurze, z blond włosami zebranymi w kok tu i ówdzie perlący się siwizną, miała o kilka zmarszczek więcej niż wtedy, kiedy ostatnio leciałyśmy razem do Kuala, minionej zimy, ale była podekscytowana jak nastolatka, która ma po raz pierwszy przejechać się motocyklem.

– Nathy? – powtórzyła Flo. – Co ty wyprawiasz? Pospiesz się. Nigdy byś nie zgadła!

– Ale czego?

– W samolocie jest Robert.

Robert?

Poczułam, że sparaliżowało mi wszystkie mięśnie twarzy. W ostatniej chwili chwyciłam się walizki. Flo zauważyła, że się zachwiałam, parsknęła śmiechem i podparła mnie, obejmując ramieniem.

– Tak! Robert Smith, staruszko! Ten, który śpiewa w The Cure. Słowo daję, on jeszcze żyje! Widać nadal grają i… są w samolocie! Kurwa, Nathy, czuję się, jakbym miała o dwadzieścia lat mniej!

* * *

Jakoś przetrwałam ten szok. Przynajmniej pozornie. Miliony kilometrów spędzonych na drzemce przy kokpicie pomagają funkcjonować w trybie automatycznego uśmiechu. Poszłam za Flo do airbusa na nogach jak z waty i oparłam się o ściankę kabiny, żeby witać kolejno wszystkich pasażerów klasy ekonomicznej, a Flo zostawiłam troskę o tych „biznesowych” i jej eksgwiazdy angielskiego popu, lecące, by zagrać w Metropolis, historycznej sali koncertowej Montrealu, za trzy dni. Dzień po naszym powrocie.

Serce wciąż biło mi z prędkością ponaddźwiękową, kiedy słuchałam, jak Jean-Max przedrzeźnia kapitańską gadkę, mówiąc z quebeckim akcentem:

– Mówi kapitan Ballain, złotka. Zapnijcie pasy, koniec tankowania. Dajemy gazu.

Podobno dobry żart pilota więcej znaczy dla reputacji linii lotniczych niż dobre posiłki. Pasażerowie zareagowali szczerym śmiechem. Także stewardesy, które po raz pierwszy leciały z Jeanem-Maxem, były zachwycone poczuciem humoru szpakowatego kapitana. Tylko Georges-Paul, Flo i Siostra Emmanuelle, najbardziej doświadczeni ze wszystkich, udawali zblazowanych. Georges-Paul wysłał jeszcze ostatniego esemesa, Flo poprawiła kok, a potem zajęła się serwowaniem szampana zapomnianym gwiazdom rocka. Natomiast Siostra Emmanuelle klasnęła w dłonie.

Do pracy!

Odegrałam pantomimę instruktażu bezpieczeństwa, wystrojona w maskę Dartha Vadera i doskonale zsynchronizowana z Georges’em-Paulem i Charlotte, moją ulubioną stażystką. Lepiej, żebyśmy nie popsuli tej choreografii, bo Siostra Emmanuelle bacznie nas obserwowała, wyprężona jak primabalerina. To ostatnia szefowa pokładu, która uważa, że przypominanie instrukcji bezpieczeństwa ma jakiś sens. Jestem przekonana, że gdyby mogła, zabroniłaby używania w samolocie telefonów komórkowych, czytania czasopism, a nawet prywatnych rozmów, kiedy stewardesy bawią się w mimów. A może uprzedziłaby pasażerów, że po prezentacji czeka ich kartkówka, sprawdzająca, czy wszyscy uważnie słuchali.

Pokaz uczący, jak zachować się w razie zagrożenia, trwał pod kontrolą Siostry Emmanuelle dwa razy dłużej niż zwykle, ale pozwolił mi stopniowo odzyskać normalny rytm serca.

Starałam się zająć myśli, krążąc pomiędzy fotelami – uspokoiłam płaczące dziecko, przesadziłam wyrozumiałego pasażera, żeby para zakochanych, początkowo rozdzielona, mogła podróżować razem, i w końcu usiadłam, zanim airbus wystartował, a Jean-Max powiedział:

– Kurde, siedźcie na miejscach. Rydwan startuje!

Kiedy samolot oddalał się od Paryża, oddychałam już całkiem spokojnie. Georges-Paul powiedział, że jesteśmy już nad Wersalem. Ci, którzy go słyszeli, wyglądali przez okienka, żeby zweryfikować tę informację, i z zachwytem kiwali głowami.

Chyba już prawie doszłam do siebie, choć głos Flo wciąż dudnił mi w głowie: „Robert jest w samolocie! Robert Smith, staruszko! Ten, który śpiewa w The Cure. Słowo daję”. Nie potrafiłam powiedzieć, czy to słowa, które padły dwadzieścia minut temu, czy te sprzed dwudziestu lat… Nie miałam już ochoty obliczać prawdopodobieństwa, po prostu dorzuciłam ten zbieg okoliczności do listy: rejs Paryż – Montreal pilotowany przez Jeana-Maxa Ballaina, z Florence wśród stewardes… i z zespołem The Cure w komplecie zajmującym klasę biznesową! Nawet pojedynczo każdy z tych przypadków mógłby doprowadzić mnie do obłędu. Ale, w gruncie rzeczy, może właśnie ta ich kumulacja pomogła mi wytrwale szukać wyjaśnienia i powtarzać sobie, że jestem w ukrytej kamerze albo ktoś zrobił mi głupi kawał, albo mam urojenia. Że to wszystko jest zwyczajnym zbiegiem okoliczności, jak w tych nieprawdopodobnych anegdotach, że takie rzeczy zdarzają się tylko raz, góra dwa w życiu, a potem, kiedy wszystko już wraca do normy, chętnie robimy z nich dobrą historię, którą opowiadamy do znudzenia.

Ale komu? Komu mogłabym ją opowiedzieć?

Bo opowiedzieć oznaczałoby przyznać się. Przyznać się do czegoś strasznego. Wyjawić moją klątwę. Tę, którą pogrzebałam na te wszystkie lata.

* * *

Samolot mruczał, unosząc się nad morzem chmur. Wstałam, podałam posiłek, przyniosłam dodatkowe koce, wyjaśniłam, jak rozkłada się fotele, jak gasi światło, a potem czekałam, aż zapanuje spokój. Żeby zanurzyć się w ciemności i w ciszy.

 

Siedząc samotnie na tyle samolotu, z głową opartą o zasłonięte okno, zatopiłam się w myślach. Tłumaczyłam sobie, że jest jedna różnica między lotem z 1999 roku a tym dzisiejszym, różnica o wiele ważniejsza od tych wszystkich podobieństw.

Bo dziś… sprawdziłam to sto razy, sprawdziłam wszystkie nazwiska z listy pasażerów, każdą twarz, każdy rząd…

Yliana tu nie było.

Zamknęłam oczy. Cofnęłam się w czasie.

Do tamtego lotu sprzed dwudziestu lat. Do samolotu, w którym Yl był.

4

1999

Samolot leciał nad morzem tak pustym, jak wymarła pustynia. Nad Atlantykiem. Ani jednej wyspy aż po Nową Ziemię, przez ponad trzy tysiące kilometrów. Za oknem ani jednego statku na wodzie.

Siedziałam w tylnej części kabiny. Flo pochyliła się nade mną, uwięziona między metalowymi szafkami na posiłki a toaletą. Szeptała, żeby nie usłyszeli jej pasażerowie, którzy wyczekiwali tuż obok, drepcząc – może z powodu naglącej potrzeby, a może z powodu turbulencji.

– Wiesz, o co poprosił mnie kapitan Ballain?

– Nie…

– Pokazał mi kopię listy pasażerów. Zaznaczył krzyżykami dziesięć nazwisk i całkiem serio powiedział, że wybrał wszystkie podróżujące samotnie kobiety: bez męża i bez dzieci.

Uśmiechnęłam się, patrząc na zmarszczone brwi Flo. Niesforne pasemka włosów wymykały się z jej koczka, jakby i one chciały dać wyraz oburzeniu.

– Skoro go to bawi, co robić. Lot nad Atlantykiem jest długi. Znam pilotów, którzy rozwiązują krzyżówki, siedząc za sterami, inni…

– Zaczekaj, Nathy, to jeszcze nie wszystko! Z listy tych dziesięciu kobiet wykreślił wszystkie, które mają poniżej dwudziestu i powyżej czterdziestu lat.

– Powtarzam: lot nad Atlantykiem jest długi.

– Poprosił, żebym poszła sprawdzić, jak wygląda ta siódemka wybranych dziewczyn… i żebym najładniejszą zaprosiła do kokpitu!

Oczy Flo ciskały piorunami – była oburzona. Powstrzymałam się od śmiechu. Uznałam, że kapitan opracował całkiem niezły system podrywu.

– No i co zrobiłaś?

– Kazałam mu się wypchać! A jak sądziłaś? A on, naśladując Kanadyjczyków, powiedział: „Skoro nie chcesz mi dogodzić, to trudno, przecież nie będziemy się kłócili”, a potem podał tę głupią listę Camille. Ta hipokrytka nie kazała się prosić i od razu pobiegła grać burdelmamę!

Wytrzeszczyłam oczy, usiłując wyobrazić sobie, jak wciśnięta w mundur Camille idzie pomiędzy rzędami foteli z latarką i szuka wybranych do castingu. Pewnie modliła się w duchu, żeby żadna nie spodobała się sułtanowi, bo chciała zająć miejsce faworyty jednego rejsu.

– Właściwie to nie takie głupie – przyznałam, także szeptem. – Powinnaś zrobić tak samo!

– Mam się przespać z kapitanem? Naprawdę myślisz, że jestem taka denna?

I uszczypnęła mnie w ramię. Aj!

– Zwariowałaś? Szukasz wolnego faceta? To zrób tak jak kapitan, wybierz facetów, którzy podróżują bez dzieciaków i bez żon.

Flo próbowała znów zabawy w kraba – już szykowała palce, żeby mnie uszczypnąć, ale tym razem na to nie pozwoliłam. Flo to czarująca, drobna blondynka, zgrabna i atrakcyjna. Ma okrągłą, upstrzoną piegami buzię, a mundur Air France leży na niej jak na modelce, podkreślając krągłość pośladków i piersi.

– Nie doceniasz mnie. Wpadłam na to przed tym durniem Ballainem, ale to, że facet podróżuje sam, wcale nie znaczy, że jest wolny. Jean-Max ma to w nosie, bo chce tylko przespać się z dziewczyną, która nie będzie mu potem zawracała głowy.

Cmoknęłam ją w policzek, a ona się do mnie przytuliła.

– Zostało mi sześć lat – szepnęła mi do ucha. – Po czterdziestce nie ma już na co liczyć.

– Dlaczego? Wydawało mi się, że zgodnie z twoją teorią stewardesa nie powinna mieć dzieci?

– Potwierdzam to, wyrodna matko! Ale mam inną teorię, która kiedyś i tobie może się przydać. Tylko pomyśl, kochana, co się dzieje w związku, jeśli ludzie nie są dobrze dobrani? Mówię o takiej parze, w której facet jest zdecydowanie lepszy od dziewczyny albo dziewczyna jest super, a on taki sobie. W takiej parze jedno staje się kulą u nogi i to zaczyna być widać. A skoro wiadomo, że w dziewięćdziesięciu procentach przypadków to dziewczyna decyduje się na zerwanie…?

Pokręciłam głową, nie rozumiejąc, do czego zmierza Flo.

– Przecież to proste – oznajmiła. – Do czterdziestki każdy interesujący facet tkwi jeszcze w związku z tą swoją kulą u nogi, bo nie ma odwagi jej zostawić, ale dziewczyny uwalniają się wcześniej. Efekt jest taki, złotko, że po czterdziestce wszyscy interesujący faceci są zajęci, a ci, którzy wracają na rynek, to towar wybrakowany!

I wydała z siebie bolesne, sceniczne westchnienie.

– Zauważyłaś na pokładzie jakichś przystojniaków?

– A twój Robert? I ci rockmani?

– O czym tu mówić? Wypili herbatkę i perrier, odwiesili białe koszule na wieszakach, a teraz śpią jak dzieci. Dobrze, że nie włożyli siateczek na włosy, żeby nie potargać grzywy.

Charlotte Sometimes… Uśmiechnęłam się, ale nic nie powiedziałam. Wahałam się. Długo się wahałam. A potem się odważyłam.

– Jest on!

– Jaki on?

Ostrożnie przesunęłam snop światła na rząd 18, miejsce D. Jedno z nielicznych, nad którymi wciąż nie zgasła lampka.

– On, chłopak z kręconymi włosami i w czapce.

I od razu pożałowałam tych słów. Pomyślałam, że Flo mnie wyśmieje. Bo Flo szukała dobrze ustawionego faceta, który mógłby zapewnić jej apartament z dużą kuchnią i balkonem od południa. Żeby mogła być stewardesą Air France na pół etatu, dla rozrywki. Pół podniebna dziewczyna, pół pani domu. Takie było jej głupie marzenie!

– Uważaj – powiedziała tylko.

Zaskoczona, popatrzyłam na nią.

– Bo co?

– Domyślasz się, że twój Złotowłosy nie jest w moim typie. Osobiście wolę melonik od szkockiej czapki. Ale rozumiem, że mógł wpaść ci w oko. Dlatego uważaj, uwierz doświadczonej koleżance. Nie wiem, czy to chłopak, który zakochuje się po jednej nocy, ale jestem pewna, że do tego typu chłopaków przywiązujesz się, jeszcze zanim się z nimi prześpisz.

– Odbiło ci? Jestem mężatką!

– Wiem, moja śliczna. Wyszłaś za cieślę, jak Najświętsza Panienka.

* * *

Rząd 18, miejsce D. Światła stopniowo się zapalały. Zaczynała się praca, trzeba było podać prawie dwieście pięćdziesiąt śniadań.

– Herbata czy kawa?

Potrząsnął jasnymi lokami, trzymając czapkę kolanami jak nieśmiały chłopiec, który chroni cenny skarb. Odłożył książkę na stolik. Zdążyłam przeczytać tylko nazwisko autorki, Penelope Farmer (moja edukacja ograniczała się do Mylène Farmer!).

– Szampana? – zaryzykował, najwyraźniej nie taki nieśmiały.

Uśmiechnęłam się. Zauważyłam koszulkę „The Cure – Galore Tour”, którą miał pod koszulą.

– Szampana podajemy tylko w business class! Tam przecież siedzą pańscy koledzy, prawda?

– Moi koledzy?

Mówił po francusku. Był Francuzem, chociaż może miał lekki akcent hiszpański.

– Cała reszta zespołu… Robert Smith… Innych nie znam. Hm… Bobby Brown? Teddy Taylor? Paul Young?

Miął czapkę w rękach. Chyba co tydzień musi kupować nową…

– No, no, no… Przecenia mnie pani. Nawet nie należę do obsługi tournée. Zatrudnili mnie tylko na trzy dni, na koncert w Quebecu, bo mówię po francusku. Zna pani ten dowcip: pytają, kto gra na gitarze, i tego, który się zgłosił, wybierają do noszenia skrzyń z instrumentami. Robert i reszta nawet nie wiedzą o moim istnieniu.

– A szkoda… Dobrze pan gra!

Tak mi się powiedziało, ot, grzecznościowa uwaga, która nie różniła się od tych, jakie adresuję do wszystkich pasażerów. Tej wersji przynajmniej postanowiłam się trzymać, chociaż w rzeczywistości niczego już nie starałam się trzymać, a cichy wewnętrzny głos szeptał mi: „Pogrążasz się, Nathy, pogrążasz”, zaś głos Flo wtórował mu, dodając: „Ostrożnie, ostrożnie”.

Tymczasem blondyn miętosił czapkę jak zwykłą ścierkę.

– Naprawdę? A skąd pani wie?

– Słyszałam w hali odlotów.

Wyglądał na zaskoczonego i zawstydzonego, jak dziecko przyłapane na psocie. Czarująca skromność! Czułam, że coraz szybciej zsuwam się ze zjeżdżalni. Pasażer zdążył się pozbierać i pokryć zażenowanie lekkim uśmiechem.

– Płacą mi też za sprawdzanie instrumentów. Prawdę mówiąc, niczego nie grałem, a tylko stroiłem gitarę.

– Naprawdę? – zdziwiłam się.

W końcu zostawił czapkę w spokoju, a ja żałowałam, że nie mogę bawić się włosami – dłuższe pasmo było uwięzione z całą resztą upiętą w kok.

– Nie, żartowałem. Naprawdę grałem, a właściwie to była improwizacja.

Nieśmiały chłopak okazał się też dowcipny! Zastawił na mnie sidła, a ja w nie wpadłam.

– To było ładne.

– Dziękuję.

I zapadła cisza.

Czułam, że zbliżam się do końca zjeżdżalni i jeśli nie wyhamuję, czeka mnie niekończące się spadanie, coś na kształt przygody Alicji w Krainie Czarów. A on znowu sięgnął po czapkę. Zauważyłam, że miał obgryzione paznokcie.

– To nie było Boys Don’t Cry ani Close to Me… Ale skoro lubi pani gitarę, to może powinna pani obsługiwać prawdziwych muzyków w klasie biznesowej?

– Zostawiłam ich koleżance. Ona uwielbia gwiazdorów!

– Szkoda, sporo pani traci…

Jego jasne oczy – bardziej niebieskie i bardziej szczere od moich – zdawały się wyrażać autentyczne współczucie, jakby uważał, że nie zasłużył na czas, który mu już poświęciłam. Pierwszym, czego uczą nas podczas stażu, jest sztuka prowadzenia rozmowy z każdym pasażerem w sposób tak indywidualny i osobisty, żeby wytworzyć w nim wrażenie, że podróżuje prywatnym odrzutowcem. Zasłoniłam się tą profesjonalną wymówką, żeby spojrzeć mu prosto w oczy i posunąć się jeszcze dalej.

– Jestem przekonana, że nie straciłam na tej zamianie. Ale szkoda, że pana tam nie ma.

Patrzył na mnie.

– Nie sądzę.

Nie miałam pojęcia, co wyrabiały jego ręce. Rozpaczliwie szukałam wyjścia z tej sytuacji.

– Zapewniam, że tak. Moja koleżanka jest bardzo ładna… No i tam podaje się szampana… Ma pan ochotę się napić? Mogę panu przynieść.

– Skądże. Tak tylko sobie zażartowałem. Nie stać mnie na szampana.

– Na koszt firmy, drobiazg.

– Przeciwnie. Kiedy człowiek nie ma grosza przy duszy, nie chce niczego za darmo.

Udając, że podnoszę głos, i marszcząc brwi, rzuciłam mu magnetyzujące spojrzenie, ale nie pozwoliłam, by moje oczy zdominowała zieleń. Od sześciu lat ćwiczyłam to na Laurze.

– Przecież powiedziałam, że to poczęstunek ode mnie! Proszę uznać, że w ten sposób płacę za bilet na pański zaimprowizowany koncert!

– Nigdy się pani nie poddaje? Dwustu pasażerów czeka na pani pytanie: kawa czy herbata?

– Moët czy Veuve Clicquot?

Ostentacyjnie westchnął, poddając się. Jego ręce leżały równiutko na kolanach, jakby jedna pilnowała drugiej.

– OK. Moët. Ale w takim razie zapraszam panią na prawdziwy koncert! – I zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, podjął wątek: – Dziś wieczorem, o dziewiętnastej w Fouf. To bar obok Metropolis. Jeżeli przyjdzie pani wcześniej, powinno mi się udać wprowadzić panią na zaplecze. Przesiedzi pani koncert na jakiejś skrzyni, ale za to dwadzieścia metrów od Roberta, Tedda, Paula i Gilberta.

Zaniemówiłam. Wykonał kilka błyskawicznych ruchów – długopis, serwetka. Podał mi ją. Zapisał godzinę, adres baru: Sainte-Catherine 87. I nic poza tym – ani imienia, ani numeru telefonu. Tylko jakiś rysuneczek na górze serwetki Air France, jakby ptak z rozwidlonym ogonem.

– Do jutra, Miss Swallow?

– Słucham?

– Swallow… Jaskółka… Przypomina mi pani jaskółkę, wolną jak powietrze: okrąża pani świat w tym niebiesko-czerwonym kostiumiku.

Wolna jak powietrze…

Zamierzałam odpowiedzieć, ale nie wiedziałam co, nigdy nie wiedziałam, na szczęście rozbrzmiał dzwonek i głos Jeana-Maxa Ballaina zagłuszył wszystkie rozmowy:

– Cześć, przyjaciele, mam nadzieję, że rejs był fajny. Ale na nas już czas: zaczynamy wolniutko schodzić nad Montreal. Piekielnie tam zimno, minus trzydzieści, sypie, a oni nie przejechali odśnieżarkami. Rozdamy wam łyżwy na dojazd ho hali przylotów, bo płyta wygląda jak lodowisko. I trzymajcie się w grupach, wysiadając z samolotu, bo ostrzegają, że po pasie grasuje banda grizzly.