Śniłam za mocnoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,80  58,24 
Śniłam za mocno
Śniłam za mocno
Audiobook
Czyta Monika Węgiel-Jarocińska
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

*

Część I. MONTREAL

Część II. LOS ANGELES

Część III. BARCELONA

Część IV. DŻAKARTA

Michel Bussi


Tytuł oryginału

J’ai dû rêver trop fort

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Tomasz Jendryczko

Redakcja

Agnieszka Niegowska

Korekta

Jadwiga Piller

© Michel Bussi et Presses de la Cité,

un département de Place des éditeurs, 2019

Copyright © for the Polish translation by Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, 2021

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2021

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Piotr Trzebiecki

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9851-0

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com


Rozdarłem poduszkę

Pewnie śniłem za mocno


Alain Bashung

Pamięci ofiar tsunami w Indonezji

*

– „Zyskałem coś ze względu na kolor zboża, powiedział lis”[1].

– Nie rozumiem, mamusiu.

Zamknęłam książkę i pochyliłam się nieco bardziej nad łóżkiem Laury.

– Widzisz, lis nigdy więcej nie zobaczy Małego Księcia. Ale ponieważ Mały Książę ma włosy jasne jak łany zboża, patrząc na nie, lis zawsze będzie myślał o swoim przyjacielu. To tak jak z twoją przyjaciółką Ofelią, która tego lata przeprowadza się do Portugalii. Nawet gdybyś nigdy więcej się z nią nie spotkała, za każdym razem, kiedy ktoś wspomni o tym kraju albo usłyszysz jej imię, albo zobaczysz dziewczynkę o czarnych kręconych włosach, pomyślisz o niej. Rozumiesz?

– Tak.

Laura chwyciła pluszaka imieniem Caneton, potem potrząsnęła szklaną kulą, żeby płatki śniegu sypnęły na Sagrada Família, a potem odstawiła ją na szafkę nocną. Zmarszczyła brwi i zamyśliła się, niepewna.

– Mamusiu, ale jeśli nigdy nie usłyszę o Portugalii ani o dziewczynce, która ma na imię tak jak Ofelia, ani o takiej, która też ma kręcone włosy, to zapomnę o niej?

Mocno przytuliłam Laurę i żółtym futerkiem pluszaka otarłam łzy, które napłynęły mi do oczu.

– Jeśli bardzo mocno ją lubisz, nie zapomnisz o niej. Im mocniej ją lubisz, tym więcej spotkasz w życiu rzeczy, które będą ci o niej przypominały.

Olivier wsunął głowę do pokoju i wskazał zegarek – pora spać. Laura chodzi już do pierwszej klasy, to ważny rok, może najważniejszy ze wszystkich. Nie sprzeciwiając się, otuliłam córkę.

A ona chwyciła mnie za szyję, domagając się ostatniego całusa.

– A ty, mamo? Czy lubiłaś kogoś tak mocno, że nie chcesz o nim zapomnieć? Tak mocno, że przez całe życie będziesz natykała się na rzeczy, które go przypominają?

1 Tłum. Jan Szyszkowski

Część I MONTREAL

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

12 września 2019

– Muszę już iść.

Olivier siedział przy kuchennym stole z palcami splecionymi wokół filiżanki kawy; jego spojrzenie biegło za okno, przenosząc go daleko, daleko poza granice ogrodu, daleko za pracownię, aż po spowitą mgłą Sekwanę. Odpowiedział, nawet się do mnie nie odwracając.

– Naprawdę musisz?

Zawahałam się. Wstałam i obciągnęłam mundurową spódnicę. Nie miałam ochoty wdawać się w długie rozmowy. Nie teraz. Nie czas na to. Tylko się uśmiechnęłam. Zresztą, on też. Właśnie w ten sposób porusza ważne sprawy.

– Wezwano mnie na Roissy, mam się stawić w terminalu 2E o dziewiątej. Muszę jeszcze wpaść do biura w Cergy przed otwarciem.

Olivier nic więcej nie powiedział, powiódł oczyma po zakolach rzeki, pieszcząc je spojrzeniem, jakby zachwyciła go ich niewypowiedziana doskonałość, w zwolnionym tempie, równie cierpliwie jak wówczas, gdy przyglądał się wypukłości zagłówka łóżka, zaokrągleniom projektowanej na zamówienie komody, rogom belek wspierających łuk sklepienia. Z takim natężeniem patrzył na mnie, gdy wychodziłam spod prysznica i wsuwałam się pod kołdrę. Z natężeniem, które powoduje, że mając pięćdziesiąt trzy lata, czuję się jeszcze piękna, i które przyprawia mnie o dreszcz. Piękna w jego oczach. Czy tylko jego?

Naprawdę musisz?

Olivier wstał i otworzył oszklone drzwi. Już wiedziałam, że zrobi krok do przodu i rzuci okruchy wczorajszego chleba Geronimo – łabędziowi, który uwił gniazdo na końcu naszej alei, na brzegu Sekwany. To oswojony łabędź, który broni swojego – a przy okazji także naszego – terytorium lepiej niż rottweiler. Karmienie Geronimo to rytuał Oliviera. A Olivier lubi rytuały.

Domyślałam się, że chciałby powtórzyć pytanie, to rytualne pytanie, które słyszę zawsze, kiedy wychodzę.

Już dawno zrozumiałam, że pytanie Oliviera nie jest tylko swoistym, nieco za często odgrzewanym żartem ani też formą zachęcenia mnie, żebym znalazła dwie minuty na wypicie z nim kawy, zanim wyjdę. Jego Naprawdę musisz? to znacznie więcej, bo znaczy Naprawdę musisz ciągnąć tę cholerną pracę stewardesy? Zostawiać nas na dwa tygodnie w miesiącu, wciąż uganiać się po świecie, żyć w czasie wywróconym do góry nogami? Naprawdę musisz? Przecież dom jest już spłacony, córki mamy już odchowane, przecież niczego nam już nie trzeba. Czy naprawdę musisz jeszcze tak pracować? Olivier zadawał mi to pytanie dziesiątki razy: w czym lepsze są szałasy w Andach, chaty na Bali albo domy w Kanadzie od naszego drewnianego domu, który zbudowałem dla was własnymi rękami? Setki razy namawiał mnie, żebym zmieniła zawód: mogłabyś pracować ze mną, większość żon rzemieślników znajduje zajęcie w ich warsztatach. Mogłabyś prowadzić księgowość albo sekretariat stolarni. Zamiast wyrzucać pieniądze, żeby opłacić niekompetentnych podwykonawców…

Wyrwałam się z zadumy i powiedziałam radosnym głosem, jak w business class:

– Dobrze, muszę się pospieszyć!

Kiedy Geronimo opychał się wczorajszą bagietką wieloziarnistą, ja śledziłam spojrzeniem lot czapli siwej, która wzbiła się nad rozlewiska Sekwany. Olivier milczał. Wiedziałam, że nie lubi turkotu kółek mojej walizki na świerkowym parkiecie. W głowie dudni mi towarzyszący takim chwilom gniew. Tak, Olivier, muszę! Moja praca to moja wolność! Ty zostajesz, ja wyjeżdżam. Ty zostajesz, a ja wracam. Ty jesteś stałym punktem, a ja ruchem. Funkcjonujemy tak od trzydziestu lat. Z tego dwadzieścia siedem z obrączką na palcu. I niemal równie długo, wychowując dzieci. I chyba przyznasz, że całkiem nieźle nam to idzie?

Weszłam na górę, żeby zabrać bagaże z sypialni. Westchnęłam, zanim wzięłam ciężar do ręki, choćby jednak Olivier torturował mnie strugiem albo wiertarką ręczną, i tak nie przyznałabym, jak niesamowicie upajające jest dla mnie taszczenie tej cholernej walizki po wszystkich schodach, ruchomych chodnikach i windach planety. Poczynając od dziesięciu stopni w naszym domku. Już wchodząc po nich, mam przed oczyma plan lotów na cały miesiąc: Montreal, Los Angeles, Dżakarta. Zmuszam się, żeby nie myśleć o tym niewiarygodnym zbiegu okoliczności, choć mimowolnie dokonuję przeglądu lat i cofam się o dwie dekady w przeszłość. Zastanowię się nad tym później, kiedy już będę sama, na spokojnie, kiedy…

Potknęłam się o walizkę i o mało nie padłam jak długa na parkiet w sypialni.

Moja szafa była otwarta!

Szuflada niedomknięta.

Nie ta z biżuterią, nie ta z apaszkami, nie ta z kosmetykami.

Moja szuflada z sekretami!

To szuflada, do której Olivier nie zagląda. Bo należy wyłącznie do mnie.

Podeszłam bliżej. Ktoś w niej szperał – byłam tego pewna od pierwszej chwili. Bibeloty, dziecięce liściki od Laury i Margot nie leżały na swoim miejscu. Zasuszone bławatki i kłosy zbóż, zbierane na łące, gdzie całowałam się po raz pierwszy, były pokruszone. Różowe karteczki Oliviera – „Brakuje mi Ciebie”, „Udanego lotu, moja podniebna dziewczyno”, „Wracaj szybko” – były porozrzucane. Próbowałam to sobie jakoś wytłumaczyć, może tylko coś sobie uroiłam, wzburzona tą dziwną konfiguracją lotów: Montreal, Los Angeles, Dżakarta. Może to ja wszystko pomieszałam – jak mogłabym pamiętać, przecież od lat nie zaglądałam do tej szuflady. Już prawie wmówiłam sobie, że tak właśnie było, gdy coś błyszczącego pod szufladą, na klepce, przyciągnęło mój wzrok. Pochyliłam się i wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia.

 

Mój kamyk!

Mój mały inuicki kamyk. Przecież nie wyjmowałam go z szuflady od niemal dwudziestu lat! Szansa, że sam z niej wyskoczył na podłogę, była raczej niewielka. Ten kamyk rozmiaru sporej kulki dowodził, że ktoś wtykał nos w moje rzeczy. Ostatnio!

Zaklęłam, wkładając kamyk do kieszeni munduru. Nie miałam czasu, żeby rozmawiać o tym z Olivierem. Ani z Margot. To musiało poczekać. Zresztą, nie miałam nic do ukrycia, w szufladzie spoczywały porzucone wspomnienia, których i tak nie znał nikt oprócz mnie.

Po wyjściu z sypialni zajrzałam do pokoju Margot. Moja nastolatka leżała na łóżku z telefonem przy uchu.

– Jadę.

– Przywieziesz mi coco pops? Dziś rano wszystkie zjadłam!

– Margot, nie idę na zakupy, tylko do pracy!

– A… Kiedy wracasz?

– Jutro wieczorem.

Margot nie zapytała, dokąd lecę, nie życzyła mi miłej pracy, a tym bardziej szczęśliwej podróży. Teraz ledwie zauważała moją nieobecność. Ze zdziwieniem spoglądała w moją stronę, kiedy rano zastawała mnie przy śniadaniu, zanim wyszła do liceum. Do tego też nie przyznam się Olivierowi, ale przy każdej kolejnej podróży z nostalgią wspominam te nie tak odległe czasy, gdy Margot i Laura histerycznym płaczem reagowały na moje wyjazdy, a Olivier musiał je ode mnie odrywać. Potem całymi dniami wpatrywały się w niebo, żeby zobaczyć mamusię, i czekały na mój powrót przy najwyższym oknie, stojąc na drabinie specjalnie zbudowanej przez tatusia, a ja uspokajałam je niezliczonymi obietnicami. Że przywiozę im prezent z końca świata!

* * *

Moja mała niebieska honda jazz sunęła przez gołe, rozpalone w wielkim, pomarańczowym słońcu pola. Sto dwadzieścia kilometrów drogi krajowej łączy nasz dom w Porte-Joie z Roissy. To droga ciężarówek, w których wyprzedzanie już dawno przestałam się bawić. Olivier powtarza, że szybciej dopłynęłabym barką. To niemalże prawda! Od trzydziestu lat jeżdżę drogą krajową numer 14 o najrozmaitszych porach dnia i nocy, mając w nogach dwunastogodzinny lot, a w głowie huk silników. Są tacy, którzy boją się samolotów, ja jednak przeżyłam silniejsze lęki na tym szarym dywanie przecinającym Vexin niż na wszystkich pasach startowych świata, na których lądowałam i z których odlatywałam w ciągu tych trzydziestu lat, odbywając średnio trzy, cztery rejsy miesięcznie. W tym miesiącu trzy.

Montreal od 12 do 13 września 2019.

Los Angeles od 14 do 16 września 2019.

Dżakarta od 27 do 29 września 2019.

Jadąc drogą krajową, nie widziałam nic poza prostokątem szarej blachy holenderskiej ciężarówki, która skrupulatnie przestrzegała ograniczenia prędkości. Żeby zająć czymś myśli, skupiłam się na skomplikowanych obliczeniach. Obliczałam prawdopodobieństwo. Ostatnio ćwiczyłam to w liceum, czyli będąc w wieku Margot, więc teraz miałam z tym pewne trudności. Ile lotów Air France startujących z Roissy obsługuje dalekie trasy? Kilkaset miesięcznie? Wybrałam niski pułap i zaokrągliłam do dwustu. Moja szansa na ponowną podróż do Montrealu wynosiła więc jeden do dwustu… Jak dotąd, nic dziwnego: od 1999 roku byłam tam dwa czy trzy razy. Ale jakie jest prawdopodobieństwo, że po Montrealu będzie Los Angeles? Jestem wprawdzie kiepska z matematyki, ale musi wynosić jakieś dwieście razy dwieście. Usiłowałam wyobrazić sobie liczby na tyle ciężarówki jadącej tuż przede mną. Zebrały się cztery zera, więc to jedna szansa na kilkadziesiąt tysięcy. A jeśli dodać trzeci w kolejności rejs, do Dżakarty, prawdopodobieństwo rosło do dwieście razy dwieście pomnożone przez dwieście. A to już liczba sześciocyfrowa. Prawdopodobieństwo, że takie trzy loty zdarzą się w tym samym miesiącu, wynosi więc jeden do kilku milionów! To wręcz niewiarygodne, a jednak napisane czarno na białym w harmonogramie, który przysłano mi z działu planowania… Montreal, Los Angeles, Dżakarta… To jak obstawić gonitwę w kolejności: pierwsza trójka na mecie!

Tuż przed wjazdem na Saint-Clair-sur-Epte Holender zatrzymał się na parkingu, prawdopodobnie na śniadanie w przydrożnym barze. Moja honda nagle poczuła się, jakby wyrosły jej skrzydła. Dodałam gazu, licząc w pamięci zera.

Pierwsza trójka na mecie… No cóż, jedna szansa na milion to wciąż jakaś szansa. Taka jak ta, której się trzymam, zaznaczając liczby na kuponie Lotto. To nie jest niemożliwe, tylko nieprawdopodobne. Zwyczajny przypadek. Jakiemuś bogu, który znalazł stary film z mojej przeszłości, zebrało się na żarty i przewija go teraz w odwrotną stronę. Trzy identyczne loty. Sprzed dwudziestu lat.

Montreal od 28 do 29 września 1999.

Los Angeles od 6 do 8 października 1999.

Dżakarta od 18 do 20 października 1999.

Jakby chcąc osłabić siłę obrazów, które wbrew mej woli przewijały mi się przed oczyma, głośniej nastawiłam radio. Raper zaczął wrzeszczeć mi w uszy po angielsku, a ja wściekałam się na Margot, która znowu pożyczyła hondę na jazdę pod opieką, i kręciłam gałką, dopóki nie usłyszałam muzyki, która miała melodię.

Nostalgia.

Let It Be.

Zaparło mi dech w piersi.

Zera zawirowały mi w głowie, tworząc długi łańcuch, który spętał moje myśli. Jakie było prawdopodobieństwo, jeden do ilu milionów, że trafię właśnie na tę piosenkę?

Jakiego boga żartownisia mogłam sprowokować?

When I find myself in times of trouble…

Wzrok zaczął mi się zamazywać i zastanawiałam się już, czy nie zjechać na bok, panikowałam, gdy nagle telefon komórkowy zawibrował na desce rozdzielczej.

Mother Nathy comes to me…

Laura!

– Mamo? Jedziesz? Możemy pogadać?

Laura, która od szesnastego do dwudziestego piątego roku życia koncertowo gwizdała na mój rozkład lotów… i która od półtora roku dostaje go jako pierwsza, niespełna godzinę po mnie, bo jeśli go nie zna, wpada w panikę! I ledwie go przeczyta, natychmiast zawiesza w widocznym miejscu… i dzwoni do mnie!

– Mamo, wiem, że wracasz z Montrealu w piątek wieczorem. Mogę podrzucić ci Ethana i Noégo w sobotę rano? Musimy jechać z Valentinem do Ikei. Nie ma mowy, żeby zabrać tam te dwa potwory. Przywiozę ich o dziesiątej, żebyś miała czas dojść do siebie po zmianie czasu, dobrze?

O dziesiątej rano? Dziękuję, kochanie! Doskonale wiesz, że przy sześciogodzinnej różnicy czasu szansa, że nocą zmrużę oko, jest znikoma. A jeśli chodzi o Ikeę, to módl się, żeby tata się o tym nie dowiedział, moja mała Lauro!

– Dziękuję, mamo – ciągnęła Laura, nie dając mi wyboru. – Kończę, muszę rozdać pigułki pacjentom.

I rozłączyła się.

Laura… Moja pierworodna. Dwadzieścia sześć lat, pielęgniarka w szpitalu Bichata.

Rozsądna, zorganizowana Laura. Laura, która planuje życie, żona żandarma Valentina, adiutanta brygady w Cergy, oczekującego na przeniesienie i awans do stopnia porucznika. Ona to punkt stały, on to ruch. Mimo wszystko wybudowali sobie domek w Pontoise. Rozumiesz, mamo, to inwestycja…

Laura, od półtora roku mama uroczych, pełnych życia bliźniaków, Ethana i Noégo, których Olivier pokocha do szaleństwa, kiedy będą dość duzi, żeby polubić majsterkowanie. Tymczasem to ja zajmuję się nimi, kiedy mam wolne. Czyż taka babcia, która znika na dwa tygodnie w miesiącu, ale przez resztę czasu jest do dyspozycji wnuków, to nie ideał?

Przez chwilę wpatrywałam się w telefon komórkowy, teraz milczący, w jego dziewczęcą różową obudowę, w jaskółkę narysowaną na nim czarnym flamastrem, a potem znów rozkręciłam radio.

Let It Be.

W uszach wciąż dźwięczy mi śmiech boga żartownisia.

Montreal, Los Angeles, Dżakarta.

Zaplanował te trzy najpiękniejsze loty mojego życia przed dziurą: czarną, białą, przed nicością.

Zawrót głowy bez zawrotu głowy, rozdarcie, porzucenie, dar, pustka, bezdenna, nieznośna, którą jednak zniosłam przez tyle długich lat.

Którą wypełniłam Laurą, a potem Margot, a potem Ethanem i Noém.

Którą wypełniłam…

Są kobiety, które wypełniają i kobiety spełnione.

Let It Be.

* * *

Roissy-Charles de Gaulle. Terminal 2E. Ubrana w niebieski mundur, z czerwoną apaszką, szybkim krokiem szłam długim korytarzem prowadzącym do wyjścia M. Jedną ręką ciągnęłam walizkę, w drugiej trzymałam listę załogi.

Kilku mężczyzn, których mijałam, obejrzało się za mną. Tak działa magia munduru i pewności siebie, z jaką poruszałam się w tłumie zagubionych podróżnych. Przymierze energii z elegancją. Czy ten duet, wsparty delikatnym makijażem, potrafi oprzeć się wiekowi? Mijałam wyjście J, wyjście K, wyjście L, wpatrzona w nazwiska członków załogi, którzy mieli towarzyszyć mi do Montrealu. W ostatniej chwili zdławiłam radosny okrzyk na widok jednego z nazwisk.

Florence Guillaud.

Flo!

Moja koleżanka! Ulubiona! Przez tych trzydzieści lat przypadek dał nam najwyżej dziesięć razy odbyć wspólny rejs. Na ogół, żeby razem lecieć, musimy wspólnie zgłosić taką chęć. Dwa dni w Montrealu z Florence – co za szczęście! Bo Florence to kula energii. Przez wiele lat słodko gruchała w klasie biznesowej, żeby wyszperać sobie przystojniaka pod krawatem, w dodatku gotowego się z nią ożenić. W końcu go znalazła, ale nie miałam okazji poznać jej biznesmena. Flo stała się rozważną mężatką, nadal jednak latała i doskonale bawiła się w każdym mieście, w którym wylądowała – śmiała się, piła… ale skończyła z zalotnym gruchaniem! Wiem, że kochała swojego biznesmena.

Flo, moja powiernica. Flo, która spróbowała chyba wszystkich alkoholi, jakie produkuje się na świecie: od tropikalnych wódek po azjatyckie whisky. Flo, którą znałam już wtedy, kiedy… Nagle walizka o mało nie uwięzła mi na ruchomym chodniku. W ostatniej chwili uniknęłam zderzenia z siedmioosobową rodziną w turbanach. W głowie znów zapaliła mi się lampka alarmowa.

Flo?

I to właśnie na trasie Paryż – Montreal?

Dokładnie tak jak dwadzieścia lat temu?

Prawdopodobieństwo, że coś takiego może się zdarzyć, wyraża się liczbą z imponującym łańcuchem zer. Air France zatrudnia niemal dziesięć tysięcy osób na stanowiskach personelu latającego…

Przemykałam między pasażerami w stronę wyjścia M, starając się zapomnieć o tych śmiesznych obliczeniach. Może Flo znalazła jakiś sposób, żeby trafić razem ze mną na ten rejs? Może jest jakieś inne wyjaśnienie? A może to najzwyklejszy przypadek.

Szybko zwróciłam oczy na pozostałe nazwiska z listy. Znałam tylko niektóre. Zapamiętałam Emmanuelle Rioux, bardziej znaną wśród załóg jako Siostra Emmanuelle, szefowa pokładu, której konikiem było bezpieczeństwo całej kompanii lotniczej. Skrzywiłam się, ale zaraz znów się uśmiechnęłam na widok nazwiska Georges’a-Paula Marie, jednego z moich ulubionych stewardów. Wysoki, z klasą, wyjątkowy. On też stał się legendą.

Moje oczy powędrowały jeszcze niżej, na nazwisko kapitana.

Jean-Max Ballain!

Zadrżałam na całym ciele.

Jean-Max…

Oczywiście, mój figlarny bóg nie mógł się powstrzymać. Musiał postawić kropkę nad i. Podczas lotu Paryż–Montreal z 28 września 1999 roku, kiedy byłam z Flo, za sterami samolotu siedział właśnie… Jean-Max Ballain!

To był ten lot, przez który moje życie przewróciło się do góry nogami.

Ten, kiedy wszystko się zaczęło.

Wyjście M.

Kiedy wstanie dzień

Kiedy pościel zawiśnie na sznurze

Kiedy ptaki odlecą

Z zarośli, gdzieśmy się kochali

Nie zostanie z nas nic

2

28 września 1999

Wyjście M.

Dotarłam na Roissy w pośpiechu, mocno zestresowana. Laura miała zapalenie ucha środkowego. To już drugi raz, odkąd poszła do pierwszej klasy. Wahałam się, czy wziąć dzień na opiekę nad chorym dzieckiem, czy zostawić ją z Olivierem. Stałam już przed wyjściem M, ale wciąż byłam tak samo zdenerwowana. Ogłoszono, że samolot ma półgodzinne opóźnienie, a załodze pozwolono rozprostować nogi.

Hala, w której czekali pasażerowie, wyglądała jak barak dla uchodźców. Za dużo ludzi, za mało krzeseł. Podróżni siedzieli na podłodze, dzieci biegały, a te najmłodsze płakały głośno. Przyspieszyłam kroku, by kupić sobie jakieś czasopismo, ale jeden z pasażerów stanął mi na drodze – obawiał się, że straci połączenie do Chicoutimi w Kanadzie.

 

Chicoutimi? Już sama nazwa kojarzyła mi się z wielkimi jeziorami i lasami jodłowymi, choć pasażer nie wyglądał na drwala, a raczej na drobną przekąskę dla grizzly. Chicoutimijczyk kiwał się przede mną z nosem na wysokości mojego biustu i wyraźną chęcią macania go łapami. Może zaczepił mnie tylko po to, może chciał zbliżyć się do mojego dekoltu i poczuć zapach perfum… Jako trzydziestotrzylatka byłam przyzwyczajona do komplementów – tych taktycznych i tych niemal dotykalnych – i nauczyłam się radzić sobie z nimi i nie pozwalać, żeby byle kto zwabił moje szare oczy, zieleniące się, kiedy pałał w nich gniew, a prawie niebieskie, kiedy rozpalała je miłość. Przeważnie ukrywałam je pod pasmem ciemnych włosów, dość długim, by spiąć je spinką, gdy byłam na pokładzie, albo chwytać wargami czy owijać wokół nosa, kiedy znajdowałam się na ziemi. To mój drobny tik i moja riposta – takie przepraszam wyrażone z uśmiechem, który podobno przemienia moją drobną, trochę zbyt owalną twarz w dużą piłkę tenisową pękniętą na pół, a moje oczy niczym kulki – w promień lasera.

Odpowiedziałam, zachowując bezpieczny dystans i skrywając oczy za pasmem włosów:

– Proszę się nie obawiać, kapitan na pewno zdoła nadrobić opóźnienie podczas lotu.

Drwal bobas nie wyglądał na przekonanego. A ja wcale go nie oszukałam, kapitan Ballain nie zwykł bowiem zbyt rygorystycznie przestrzegać ograniczeń prędkości w powietrzu – za bardzo spieszył się do celu! Chciał jak najszybciej dotrzeć do hotelu. Superprzystojny, z uśmiechem Toma Cruise’a, w czapce perfekcyjnie ułożonej na głowie, podrywał mnie kilka lat temu, kiedy piliśmy razem mojito w holu Comfort Hotel w Tokio. Powiedziałam mu, że jestem mężatką, szczęśliwą mężatką, i mamą uroczej małej Laury. Patrzył na zdjęcie mojej córeczki z rozczuleniem godnym Dussolliera z Trzech mężczyzn i dziecka, a potem stwierdził, że mam szczęście, ale jeszcze większe ma mój mąż, że on sam nie ma ani żony, ani dzieci i nigdy nie będzie ich miał. „Taka jest cena wolności”, dorzucił na koniec i wstał, żeby podejść do drobnej Japonki w niebieskich skarpetkach i z kokardą tego samego koloru we włosach.

Drwal w końcu odszedł i wtopił się w tłum pozostałych uchodźców. Stewardesa odpowiedzialna za wpuszczanie pasażerów na pokład – niesamowicie opanowana dziewczyna, której nie znałam, cierpliwie czekała z walkie-talkie przy uchu. Przyjaźnie skinęłam jej ręką i kątem oka zerknęłam na pasażerów. Wtedy go zobaczyłam.

A ściślej mówiąc, najpierw usłyszałam. Tę dziwną muzyczkę, która wybijała się wśród krzyku dzieci, nazwisk spóźnialskich powtarzanych przez głośniki, na tle ostatnich wezwań do Rio, do Bangkoku, do Tokio i szumu silników warczących za szklaną ścianą.

Była łagodna i oszałamiająca.

Najpierw ją tylko słyszałam, potem przez chwilę jej słuchałam, próbując ustalić, skąd dobiega. I dopiero wtedy go zauważyłam.

Siedział nieco na uboczu, z dala od reszty pasażerów, prawie na granicy wyjścia N, uwięziony za stertą walizek, które wyglądały na porzucone, pod olbrzymim plakatem z A320 na tle rozgwieżdżonego nieba.

Sam na świecie.

I grał.

Chyba nie słuchał go nikt oprócz mnie.

Przystanęłam. Nie widział mnie. Sądzę, że nikogo nie widział. Siedział z podkulonymi nogami, jego kolana znalazły się prawie na wysokości klatki piersiowej, a on delikatnie przesuwał palcami po strunach gitary.

Grał cicho, jakby nie chciał nikomu przeszkadzać. Grał dla siebie. Sam w swojej galaktyce.

Wciąż na niego patrzyłam.

Wyglądał na prawdziwe ciacho w tej czerwonej czapce w szkocką kratę na długich, kręconych włosach. Miał szczupłą, chciałoby się powiedzieć wąską twarz, na niej raczej dziób i kufę niż usta i nos, a jego sylwetka przypominała kruche ciało ptaka. Czekając na samolot, ludzie czytają „Le Monde” albo jakieś przeglądy sportowe, niektórzy mają książki, inni drzemią albo rozmawiają, a on, przymknąwszy oczy, rozchyliwszy usta, pozwalał palcom biegać po strunach jak pozostawionym bez opieki dzieciom.

Jak długo stałam tam, patrząc na niego? Dziesięć sekund? Dziesięć minut? O dziwo, pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła, to jego podobieństwo do Oliviera. Zauważyłam, że ma takie samo jasne spojrzenie – jak światło księżyca w pełni, jak latarnia świecąca w nocy, dająca poczucie bezpieczeństwa, ale niedostępna. Ten gitarzysta był tak chudy jak Olivier krągły. Był gałązką, a Olivier pniem, ale obaj emanowali swoistym czarem. Tym czarem, który natychmiast zauroczył mnie, kiedy przez całe popołudnie obserwowałam przyszłego męża w warsztacie, kiedy patrzyłam na jego porozumienie ze stolikiem, który przycinał, wyrównywał, kleił, szlifował, kołkował, lakierował, polerował. To była słoneczna aureola samotnika. Olivier był rzemieślnikiem, ten gitarzysta był artystą, jednak w tym momencie wydawali mi się identyczni, obaj bez reszty oddani swej sztuce.

Jak ja podziwiam takich ludzi! Ja, gaduła, niespokojny duch, który uwielbia wyjazdy, nowe spotkania, towarzystwo. Sądzę, że w głębi duszy – choć marzę o wciąż nowych horyzontach, a każdy rejs w nowe miejsce zaznaczam kolorową pinezką wbitą w mapę świata w sypialni, i wiem, że poczułabym się zaspokojona, dopiero gdyby każdy jej centymetr był podziurawiony – wierzę, iż tajemniczy ogród człowieka to najwspanialsza kraina, jaką warto przemierzać. Myślę, że wciąż kocham Oliviera, mimo że przeklinam jego milkliwość, jego nieobecność, nawet kiedy siedzi ze mną przy stole albo leży tuż obok, we wspólnym łóżku, bo zawsze czuję się dumna, że jestem tą, na którą patrzy, kiedy powraca z długiej podróży w głąb siebie. Że to dla mnie przeznacza słowa, których skąpi. Że jestem tą jedyną, którą czasem bierze za rękę, a potem otwiera przed nią furtkę do swego ogrodu. Rozkochałam się w tym sposobie, w jaki Olivier potrafi być wolny, nie opuszczając warsztatu. A przecież nie cierpię mebli, desek, wiórów i pyłu, warczenia wiertarki i powtarzalnych odgłosów szlifierki. Ja kocham tylko światło, śmiech i muzykę.

– Nathy!

Głos wyrwał mnie z rozmarzenia. Za mną stała Florence. Moja podekscytowana latająca blondynka. Aż krzyknęła. Prawdopodobnie odpłynęłam daleko, zaprzątnięta swoimi rozmyślaniami.

– Nathy! – powtórzyła Flo. – Nathy, nigdy nie zgadniesz!

Podskakiwała w miejscu, podekscytowana jak dziewczynka, która pierwszy raz przyszła na karuzelę. Apaszka od munduru wyglądała w jej rękach niczym jedwabna szmatka pognieciona palcami.

– Ale czego?

– Robert jest w samolocie!

– Robert?

Zawahałam się, a potem powtórzyłam:

– Robert? Niemożliwe… Chyba mi nie powiesz, że jest też Raymond, Gaston, Léon?

Flo parsknęła śmiechem.

– Smith, ty wariatko!

Smith? W samolocie lecącym do Ameryki Północnej spodziewałabym się dziesięciu Smithów.

– Proszę, proszę! Mister Smith? Really? Mister Bobby Smith?

Nie miałam zielonego pojęcia, o kim mówiła. Flo popatrzyła na mnie, jakbym była szympansem, który ledwie zszedł z bananowca.

– Przecież powiedziałam: Robert Smith! Nathalie, do jasnej cholery, mówię o wokaliście The Cure… rozczochranym zombi… o sobowtórze Edwarda Nożycorękiego. Jutro wieczorem śpiewa w Montrealu. Leci z nami, w klasie biznes, z całym zespołem.