Mama kłamieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Komendantka zostawiła na kilka dodatkowych sekund zdjęcia Cyrila i Ilony Lukowików. Młodzi, przytuleni do siebie, uśmiechnięci, można by nawet pomyśleć przy pierwszym slajdzie, że to ślub czy urodziny. Brakowało już tylko Eltona Johna czy Adele na taśmie dźwiękowej, żeby wyobrazić sobie kolejne slajdy. Cyril i Ilona w wieku niemowlęcym na rękach rodziców, w wózku, na rowerze, przebrani w Jedi i księżniczkę Leię, w ślubnych ubraniach, obsypywani deszczem ryżu, rozebrani i opaleni na plaży w Deauville.

Marianne kliknęła.

Następne zdjęcie. Dwa trupy leżące na wprost Les Planches, wokół tłum gapiów.

– Znajdziecie ich dokładne biografie w kartotece. Można by jeszcze dużo mówić o tej sprawie, ale zasadniczo od chwili tego skoku śledztwo da się streścić w trzech pytaniach.

Inny slajd.

Kliknięcie.

Zamigotały litery, tworząc słowa, potem całe zdanie.

Nie ma co, ten młody stażysta Lucas Marouette umie obsługiwać program. Ciekawe, czy jest taki zdolny w terenie.

Wkrótce się dowie...

Odkaszlnęła i wypowiedziała na głos pytanie, które wszyscy gliniarze już zdążyli przeczytać.

GDZIE JEST UKRYTY ŁUP?

– Według handlowców z Deauville jest szacowany na jakieś dwa miliony euro, w tym półtora miliona warta jest biżuteria i zegarki, trzysta tysięcy euro galanteria skórzana i prawie tyle samo luksusowe okulary i perfumy. Nawet jeśli ci poczciwi sprzedawcy przesadzili z oszacowaniem strat, to jednak była to dotkliwa kradzież towarów, które nie tak trudno upłynnić na rynku międzynarodowym. Ale nieważne, jaka była dokładna wartość łupu, interesuje nas przede wszystkim sposób, w jaki udało im się tak zręcznie ukryć cztery torby. Ilona Lukowik miała niecałą minutę, żeby je schować, niezauważona przez żadnego świadka, żadnego plażowicza, żadnego portiera czy szofera z kasyna. Kilkudziesięciu naszych ludzi przeszukało każdy dom, sprawdziło każdy pokój we wszystkich stojących nad samym morzem hotelach. Nic! Ani śladu! Pozostawała więc jedna oczywista możliwość, idealna kryjówka dla czterech toreb: kabiny na plaży. Nie muszę wam długo tłumaczyć, te kabiny to legendarny obraz Deauville. Czterysta kabin ustawionych wzdłuż plaży, z których każda nosi imię gwiazdy Hollywood i należy do dyskretnej, lecz bardzo bogatej osobistości paryskiej burżuazji. Na tym etapie śledztwa nie mieliśmy wyjścia, trzeba było je wszystkie otwierać aż do skutku. – Marianne wzniosła oczy do nieba. – Nasi koledzy z Deauville pracowali przez pięć tygodni, żeby do czegoś dojść... Merostwo otworzyło wszystkie parasole, które mogło, różnokolorowe, i zażądało podpisania przez sędziego rekwizycji sądowej dla każdej z tych malutkich kabin, pozamykanych najczęściej zwykłą kłódką. Ogromna dyplomatyczna praca! – Komendantka podniosła nagle głos. – Na nic! Dokładnie na nic! Ani śladu fantów za dwa miliony, w żadnej z tych cel!

Zrobiła kilka kroków po sali. Koło trzydziestu siedzących tu gliniarzy słuchało jej uważnie, tak jak bojaźliwi uczniowie słuchają surowego nauczyciela. Ani jeden z nich nie włączył swojego tabletu ani komórki.

– Przyjmijmy więc inne rozumowanie. Istnieje inny sposób zastanawiania się nad zniknięciem precjozów: zainteresować się dziwnym zachowaniem Cyrila i Ilony Lukowików. Jak oni zamierzali uciec, nawet gdyby dwóm motocyklistom udało się odwrócić uwagę? Nawet gdyby żaden gliniarz nie zatrzymał ich przy Les Planches? Nawet gdyby dzięki kapeluszowi Scotland i apaszce nie zostali zidentyfikowani przez kamery monitoringu? Deauville to nie Paryż, Antwerpia czy Mediolan! Przy pierwszym alarmie policja zablokowałaby wyloty z miasta, przeszukiwała każdy wyjeżdżający samochód, sprawdzała tożsamość wszystkich podróżujących. Cyril i Ilona mogliby oczywiście odczekać spokojnie kilka dni w Deauville, aż się wszystko uspokoi, ale nie znaleziono żadnego wynajętego mieszkania, żadnego zarezerwowanego pokoju, który mógłby na to wskazywać. Słowem, na to pierwsze pytanie żadnej odpowiedzi, zupełna tajemnica...

Kliknięcie.

Drugie pytanie.

Litery poskakały, zanim się grzecznie ustawiły.

GDZIE SIĘ UKRYWA TIMO SOLER?

Palec wskazujący komendantki przejechał machinalnie po opatrunku na nosie.

– Jedna pewna sprawa od szóstego stycznia to to, że Soler jest ranny. Dość poważnie ranny według ekspertów od balistyki. Nie mówiąc już o wysiłku przy podnoszeniu motocykla podczas strzelaniny. Nie muszę wam mówić, że wszystkie szpitale i kliniki w tym rejonie są pod ścisłym nadzorem od chwili napadu. Nie mieliśmy tu żadnych wątpliwości: jeśli Timo Soler nie skonał gdzieś za rogiem, opuszczony lub dobity przez wspólnika, to w końcu wychynie, tak jak uparty dzieciak, który gdy ciągle go boli, wreszcie połknie lekarstwa. Kiedy mówię „my”, mam na myśli wszystkie komisariaty od Caen do Rouen!

Marianne lekko się uśmiechnęła.

– A to myśmy wygrali los na loterii! To nam się udało. Soler ukrywał się w Hawrze. Nie muszę wam mówić, że po naszym fiasku dzisiejszego popołudnia staniemy się pośmiewiskiem wszystkich kolegów z regionu. Musimy bardzo szybko złapać tego Tima... Potrzeba mi dziesięciu ludzi, którzy będą stale patrolować w dzielnicy Les Neiges, dzień i noc...

Komendantka odetchnęła.

Przedostatni diapozytyw, zapowiedział licznik u dołu ekranu.

Nareszcie.

Marianne mówiła dopiero od dwudziestu minut, a już zużyła całą swoją energię. I pomyśleć, że wykładowcy muszą wytrzymać tak osiem godzin dziennie...

KIM JEST CZWARTY NAPASTNIK?

Znowu odkaszlnęła.

– Nie mamy żadnej pewności. Motocyklista, który towarzyszył Solerowi, zachował swój kask w ciągu całej strzelaniny. Dysponujemy jednak mocnymi podejrzeniami.

Ostatnie kliknięcie.

Fotografia. Czterdziestoletni mężczyzna o kanciastej twarzy. Jego opadające brwi trochę zbyt gęste i źle ogolony puszek nad wargą tworzą coś w rodzaju brązowego X przechodzącego przez cienki prosty nos, rozjaśnionego jasnozielonymi oczami, prawie przezroczystymi, bliższymi bardziej oczom węża niż kota abisyńskiego. Dwa inne szczegóły, które rzucały się w oczy, to imponujący srebrzysty kolczyk tkwiący w lewym uchu i mała trupia czaszka wytatuowana u dołu szyi.

– Alexis Zerda – uściśliła komendantka. – Przyjaciel z dzieciństwa Cyrila i Ilony Lukowików oraz Tima Solera. Wszyscy czworo dorastali w Potigny. W tej samej klasie czy wręcz od przedszkola. Ten sam plac zabaw, te same nudne wakacje w mieście, ten sam przystanek autobusowy, na którym przesiadywali. Ale z tej czwórki najbardziej niebezpieczny jest najwyraźniej Zerda. Wprawdzie był skazywany na niewielkie kary, ale teraz jest głównym podejrzanym w wielu sprawach o zabójstwa. W dwa tysiące pierwszym roku podczas włamania do Banque Nationale de Paris w La Ferté-Bernard to on najprawdopodobniej otworzył ogień do patrolu żandarmerii. Zginęli wtedy na miejscu młody żonaty gliniarz i ojciec rodziny. Dwie wdowy i trzy siostry. Dwa lata później to samo podejrzenie w związku z atakiem na furgon Carrefoura w Hérouville. Piąta trzydzieści rano. Stróż nocny i sprzątaczka zabici kulą w głowę. Żadnego dowodu, żadnych odcisków, żadnego świadka, ale też żadnych wątpliwości dla śledczych, to Zerda zorganizował ten skok. Świetnie pasuje jako mózg napadu w Deauville, chociaż nie dysponujemy najmniejszym dowodem przeciw niemu. Pilnujemy go dyskretnie. On dużo podróżuje między Hawrem a Paryżem. Na razie nic na niego nie mamy, nic nie możemy zrobić, najwyżej dociskać go z tak bliska, żeby nie mógł zaryzykować przechadzania się z apaszką od Hermèsa na szyi, breitlingiem na nadgarstku i walizką Vuittona w ręce...

Komendantka odetchnęła, wyraźnie jej ulżyło. Nos ją swędział, ale oparła się chęci ruszenia opatrunku.

– No tak, chłopaki! Równanie z trzema niewiadomymi. I cała policja normandzka liczy na nas, żeby znaleźć przynajmniej drugą.

Jibé jak kto głupi zaczął klaskać. Wszyscy pozostali poszli w jego ślady, równie bezmyślnie. Była to zapewne oznaka sympatii i szacunku, wsparcie udzielone szefowej po nieudanym aresztowaniu Tima Solera w porcie. Marianne powinna tak to przyjąć. Tyle że ona myślała wyłącznie o tym, że wygląda pewnie jak gruba indyczka z czerwoną twarzą i spłaszczonym nosem i – wisienka na torcie – w tej chwili mniej ją interesowały poszukiwania Tima Solera niż rysunki trzyletniego dzieciaka, dziwne opowieści urzekającego psychologa, a zwłaszcza... raport, który miał jej sporządzić przed wieczorem Lucas Marouette, stażysta wysłany przez nią, żeby dyskretnie powęszył w okolicy Manéglise.

13

Vasile zatrzymał się na parkingu merostwa Manéglise blisko ogrodzenia, które otaczało dziedziniec przedszkolny, ale nie od razu zsiadł z motocykla. Chciał poczekać, aż odejdzie ostatni rodzic, żeby wejść na podwórko i zapukać do sali Clotilde.

Przy przejściu dla pieszych kobieta w żółtej odblaskowej kamizelce popatrzyła na niego nieufnie, nie ruszając zwisającej jej z ramienia pałki w kształcie ogromnego czerwono-zielonego lizaka, po czym znowu skupiła się na ogrodzeniu przedszkola i czatowała na ewentualnych spóźnialskich zdolnych rzucić się na jezdnię, nie zważając na pędzące samochody.

Vasile aż podskoczył.

Jakiś cień, czyjaś obecność za jego plecami.

Clotilde.

Niezbyt uśmiechnięta.

Kierowniczka zauważyła jego motocykl i najwyraźniej nie miała zamiaru wpuścić go na swój teren. Zdeterminowana otworzyła usta, ale słowa uwięzły jej w gardle: jakaś matka szła za swoimi dziećmi, powoli, w tempie dwóch maluchów uczepionych wózka. Psycholog dziecięcy skorzystał z tego, żeby zdjąć kask i rękawice. Spokojnie. Clotilde pozwoliła mamie przejść jakieś dziesięć metrów, zanim ruszyła do ataku.

– Nie ma co się wysilać, Vasile! Widziałam się dzisiaj z rodzicami Malone’a. Nie mam wątpliwości. Malone jest ich dzieckiem. Kochają go, co się rzuca w oczy. Myślę, że to załatwia sprawę!

 

Vasile sprawnym ruchem włożył rękawice do kasku, prawie zbyt starannym. Słychać było krzyki dzieci, które zostały w świetlicy za ogrodzeniem. W przeciwieństwie do powściągliwego języka ciała psychologa, jego głos zdradzał mieszaninę niepokoju i gniewu.

– To co, zostawisz mnie z tym? Czego się boisz, Clotilde? Czerwonej kartki od merostwa? Lobby rodziców? Koalicji antyprzedszkolnej? Wszyscy mieszkańcy solidarni, nie wolno ruszać rodzin w takim małym miasteczku jak Manéglise, o to chodzi?

Kątem oka obserwował żółtą odblaskową kobietę, która ustawiła się jak posąg na chodniku z wyciągniętymi ramionami, z zielonym lizakiem widocznym od strony jezdni. Spuścił z tonu.

– Cholera, Clotilde! Dobrze wiesz, że to właśnie tak, nie wypełniając swoich obowiązków, zaczynamy ukrywać najgorsze...

Vasile zawahał się, czy mówić dalej. Dwaj starsi chłopcy, ze szkoły podstawowej, patrzyli na niego przez ogrodzenie. Jednego z nich znał, to był Marin, dyslektyk. Jego zrozpaczeni rodzice zostawiali go najdłużej jak się dało w świetlicy, bo nie dawali już rady spędzać codziennie wielu godzin nad jego lekcjami. Clotilde stała do nich tyłem. Trzęsła się z wściekłości.

– To właśnie tak ukrywa się najgorsze potworności popełniane na dzieciach, to masz na myśli, Vasile? Bicie dzieci, kazirodztwo i cała reszta? Nic nie widzieć, nie słyszeć, nic nie mówić. Właśnie o to mnie oskarżasz?

– Dzieci, idźcie się bawić trochę dalej – powiedział Vasile.

Clotilde nic nie usłyszała. Albo udawała, że nie słyszy.

– Nie baw się ze mną w taki szantaż, Vasile! Nie mieszaj wszystkiego. Od początku mówiłeś, że według ciebie nie istnieje dla tego dzieciaka żadne niebezpieczeństwo ze strony jego rodziców. Prawda? No więc ja robię swoje, najlepiej jak mogę. Ale jeśli mi zaraz powiesz coś przeciwnego, jeśli dasz mi do zrozumienia, że istnieje najmniejsze choćby podejrzenie krzywdzenia Malone’a, to ci uwierzę, nie będę ani chwili ryzykować i popędzę razem z tobą na komisariat złożyć zawiadomienie. Ale te twoje wariactwa z podwójnym życiem, ludożercami i rakietami, to naprawdę...

Energicznym gestem Vasile nakazał dzieciom na podwórzu, żeby odeszły dalej. Tym razem posłuchały i uciekły ze śmiechem na kryte boisko.

– Nie ma co chodzić na policję, Clotilde.

Kierowniczka złapała się obiema rękami za głowę.

– Jak to?

– Już nie ma po co, powinienem powiedzieć...

– Cholera, chyba nie zrobiłeś tego?

Clotilde podniosła głos. Tym razem pani od ruchu drogowego usłyszała. Podskoczyła i wskazała, że czasowo obowiązuje jeden kierunek ruchu. Dyżurna została zatrudniona przez merostwo na umowę stałą, cztery razy po pół godziny dziennie, rano, w południe i wieczorem, ale nie krzywiła się, żeby brać dobrowolnie godziny nadliczbowe, bo mogła wtedy porozmawiać z najmniej zapracowanymi matkami w mieście. Więź społeczna. Dość namolna.

Vasile zagarnął ramieniem Clotilde, dając jej do zrozumienia, żeby odeszli kilka metrów stąd w kierunku merostwa.

– Nieoficjalnie, zapewniam cię. Tylko po to, żeby sprawdzić dwa czy trzy dziwne punkty. To nie jest zwyczajna sprawa, Clotilde. Nie mogę postąpić zgodnie z normalną procedurą, wcisnąć komuś sprawę, posłać go na testy do ośrodka medyczno-psychologiczno-pedagogicznego. Jest coś innego, czuję to...

Kierowniczka zabiła go wzrokiem.

– Jak pan Moulin, ojciec dziecka, się o tym dowie, po prostu cię zabije. Na Boga, rozmawiać z gliniarzami, nie skonsultowawszy się z przychodnią dziecięcą ani kuratorium... Jeśli Moulin nie rozerwie cię na kawałki, to inspektorat cię ukrzyżuje!

Dzieci z podwórka szkolnego wróciły do klas, sznur samochodów z 16.30 już przejechał i na małym placu w Manéglise znowu panowała cisza. Mimo odległości pani od ruchu drogowego nie musiała się już zadowalać słowami chwytanymi między krzykami a warkotem silników, mogła teraz bez trudu słyszeć całą rozmowę.

Clotilde artykułowała każde słowo, na wypadek gdyby pani od ruchu drogowego umiała czytać z ust.

– W każdym razie, Vasile, zanim cię spotka coś złego, masz zakaz zbliżania się do Malone’a Moulina.

– Żartujesz?

– Nie.

– Czego ty się boisz?

– Żebyś nie narobił bajzlu, zwłaszcza w życiu tego dzieciaka.

Vasile chwycił kierowniczkę za ramiona. Była niska, drobna, miała palce, nogi, szyję prawie tak cienkie jak złota oprawka jej okrągłych okularów.

– Nie masz prawa zabraniać mi widywania się z Malone’em. W mojej branży to ja jestem jedynym sędzią. To ja decyduję o interesie dziecka. Państwo Moulin podpisali upoważnienie przed pierwszą rozmową. Jeśli chcesz mi zablokować wejście do swojej placówki, będziesz musiała poinformować o tym kuratorium i wyjaśnić dlaczego.

Ze szkoły wychodził ojciec, w szarym garniturze, pod krawatem, dość młody, ciągnący za rękę ośmioletnią dziewczynkę, która jednym tchem opowiadała mu o swoim dniu. Ojciec patrzył na nią z lubością. Pani od ruchu drogowego ustawiła się na środku jezdni, żeby mogli przejść na drugą stronę ulicy i nie musieli zwalniać kroku.

– Ale może – ciągnął Vasile – nie będziesz chciała, żeby ta historia rozeszła się na zewnątrz tej twojej szkółki? Żeby mer zrobił wielkie oczy i zredukował ci o piętnaście procent budżet na kredki i gumki. Żeby rodzice dzieci odmawiali wzięcia udziału w następnym kiermaszu...

– Wstrętny drań z ciebie, Vasile.

– Chcę chronić tego dzieciaka, to wszystko.

– Ja chcę chronić jego rodzinę, łącznie z nim.

Vasile zrobił krok w stronę motocykla, posyłając lekki gest ręki pani od ruchu drogowego, która odpowiedziała mu nieśmiałym pozdrowieniem.

– Przyjadę na rozmowę z Malone’em w czwartek rano. Tak jak było ustalone.

– A jeśli rodzice odwołają? Jeśli nie zgodzą się, żebyś w dalszym ciągu spotykał się z Malone’em?

– Wystarczy nie mówić im, że mają do tego prawo. Cały czas robi się tak, dobrze o tym wiesz, Clotilde, ze wszystkimi rodzicami, którzy nie przyjmują do wiadomości problemu swojego dziecka. – Tembr jego głosu zdradził zaniepokojenie. – Czy... czy powiedziałaś im, że mogą zakończyć wszelką procedurę? Radziłaś im, żeby już z tym skończyli?

Clotilde rzuciła mu pogardliwe spojrzenie.

– Nie, Vasile. Nic im nie powiedziałam. Ale posłuchaj mojej rady, jeśli potrafisz: umawiaj się z matką! Nie masz monopolu na zwierzenia tego dziecka. Zobacz się z matką, Vasile, to ważne.

Zakończyła uśmiechem.

– I jeszcze jedna rada: unikaj ojca.

14

Dzisiaj po kąpieli z moim ukochanym usłyszałam, że mam grubą pupę.

Po prostu zabić

Dziewczyny, mam wiadomość! To naprawdę działa, ten numer z włączoną suszarką do włosów wrzuconą do wanny.

Skazany: 231

Uniewinniony: 336

www.po-prostu-zabic.com

Marianne nie cierpiała sali fitnessu w Amazonii. Nie cierpiała tam wszystkiego. Naprawdę wszystkiego.

Jaskrawego koloru dywanów i ścian, woni potu, typu facetów, typu dziewczyn, szortów i obcisłych legginsów, ceny, którą musiała płacić, uśmiechu figurantów przy wejściu, uśmiechu nierobów w szatniach, narzędzi tortur wyeksponowanych niczym w muzeum inkwizycji.

To było dokładnie to. Tortura.

Marianne ze wstrętem biegła w miejscu. Może jeszcze bardziej idiotyczne było pedałowanie bez posuwania się naprzód. Ten sam poziom śmieszności co wiosłowanie na makiecie.

Komendantka starała się usilnie zachowywać prędkość biegu. Fluorescencyjny ekran wskazywał 7,6 kilometra na godzinę. Nie schodzić poniżej siedmiu, powiedział trener...

Osiemnaście miesięcy! Dawała sobie jeszcze osiemnaście miesięcy na to wszystko, żeby liczenie kilogramów, ujędrnianie, naciąganie skóry pośladków i rozruszanie wiązadeł obojczykowo-piersiowych, które miały utrzymywać jej biust w równowadze. No, dalej, moje mięśnie, wytrzymajcie jeszcze trochę, aż jakiś mężczyzna padnie pod urokiem moich umięśnionych piersi i wyciągnie do was pomocną dłoń, masując je co wieczór.

A za półtora roku Marianne wszystko to porzuci! Sport. Dietę. Higieniczne życie. Nawet wróci do petów. Jeśli mimo tych wysiłków los, Bóg na niebie czy lecące bociany nie będą w stanie przysłać jej faceta zdolnego zrobić dziecko, niech nikt nie prawi jej morałów!

Jeszcze dziesięć minut na tym dywanie i Marianne opuści salę. Potem jednak wynagrodzi to sobie. To będzie jedyna w tym piekle pociecha: kocioł w płomieniach do zanurzania grzesznic! Wrząca kąpiel, potem sauna. Abonament do klubu kosztował majątek, na samo tylko spa. Siedemdziesiąt trzy euro miesięcznie. Za te pieniądze mogli zaprawić bąbelki w jacuzzi szampanem Moët&Chandon.

Leżąc w saunie, całkiem naga na ręczniku, Marianne wydalała z siebie wraz z potem litry wody. Uwielbiała to jeszcze bardziej niż wrzącą wodę. Zwłaszcza gdy miała do dyspozycji saunę tylko dla siebie, tak jak tego późnego popołudnia.

Wytarła brzegiem ręcznika ekran iPhone’a i sprawdziła przychodzące wiadomości.

Żadnej wzmianki o Timie Solerze. Zresztą wcale się nie spodziewała. Nie tak szybko. Przez dziesięć miesięcy Soler był nie do znalezienia, prawdopodobnie ukrywał się przez cały ten czas w dzielnicy Les Neiges. Dzielnicy, którą już gruntownie przeczesali. Sprawa była oczywista: Soler miał wspólnika. Może kilku.

Wrócił do swojej kryjówki i może z niej wyjść dopiero, gdy poczuje, że umiera.

Marianne przesunęła palcem po wilgotnym ekranie: otrzymała innego maila, którego otworzyła łapczywie.

lucas.marouette@yahoo.fr

Emotikon w kepi gonił drugiego, w kominiarce. Nic więcej, ani słowa tekstu. Tylko załącznik.

Komendantka westchnęła i kliknęła w dokument załączony przez ucznia-oficera stażystę. Wysłała go po południu na dyskretny spacer po miasteczku Manéglise, żeby zebrał taktownie informacje o Amandzie i Dimitrim Moulinach. To był dla niej sposób na skonfrontowanie tego geniusza od informatyki z terenem, jak się zdaje, mniej niebezpiecznym niż okolica pościgu koło śluzy François I.

Marianne nie mogła ochłonąć. Lucas Marouette napisał jej całą powieść. Można by pomyśleć, że młody stażysta jest równie uzdolniony w dziedzinie obrazów i wideo jak w dziedzinie literatury i słów.

Przejechała ręką po piersi, która ociekała potem kapiącym na ekran komórki. Jej myśli wędrowały w stronę Vasile’a Dragonmana. Sama w tej sosnowej skrzyni czuła się trochę jak odaliska, jak jedna z tych pulchnych apetycznych dziewczyn, które spędzają życie w tureckich pałacach koło fajansowych łaźni tureckich, tych sułtańskich faworyt, którym wolno obnosić obwisłe brzuchy i wielkie biusty pod hidżabem, napychać się rachatłukumem i ustawicznie wydawać na świat książęta, aby zasilali godnie wielką armię Imperium Osmańskiego.

Przesunęła powoli rękę po swojej skórze wygładzonej od pary wodnej, prawie pogodzona ze swoimi kształtami, po czym dotknęła ekranu i rozsunęła kciuk i palec wskazujący, żeby powiększyć tekst.

Raport z 3 listopada 2015 r.

(uczeń-oficer stażysta Lucas Marouette)

Wywiad środowiskowy

na temat Amandy, Dimitriego i Malone’a Moulinów

5, skwer Maurice’a-Ravela, Manéglise

Pierwsza pewność, szefowo! Malone Moulin urodził się 29 kwietnia 2012 roku w Klinice de l’Estuaire.

3,450 kg.

Będzie pani ze mnie dumna. Udało się nawet zrobić moim samsungiem zdjęcie zawiadomienia o jego narodzinach, dwóch jasnoniebieskich pantofelków i sznurowadeł w kształcie serca. Zrobiłem to u Dévote Dumontel, skwer Ravela 9, w domu dokładnie naprzeciwko Moulinów. Nic takiego, szefowo, ale to nie lada wyczyn! Żeby zdobyć zdjęcie, musiałem wlać w siebie obrzydliwą kawę, którą Dévote podgrzewa w zardzewiałym garnku i którą mi nalała drżącą ręką do żaroodpornej szklanki, dumna i uśmiechnięta, tak jakby była przekonana, że jej garnek właśnie się przemienia w miedź, a kubek w kryształ. Po tej kawie przymusowe odwiedziny w ubikacji, oszczędzę pani szczegółów! W ten sposób odkryłem, że ta miła staruszka wieszała w swoim sraczu wszystkie zawiadomienia. To o Malonie Moulinie było przypięte pineskami do ściany tak jak zawiadomienia o jej dzieciach i wnukach, którzy chyba nieczęsto ją odwiedzają, jak przypuszczam. Bo inaczej już dawno podarowaliby jej prawdziwy ekspres do kawy, prawda?

Piszę dalej, szefowo! Poza wspomnieniami wzruszającej Dévote Dumontel dostałem potwierdzenie z kliniki: żadnej wątpliwości na temat narodzin Malone’a Moulina i tożsamości rodziców. Widziałem się również z pediatrą, która doglądała małego przez pierwsze dwadzieścia cztery miesiące życia, panią doktor Pilot-Canon, chudą jak szczapa dziewczyną, która zresztą na ścianach w swoim gabinecie ma wyłącznie zdjęcia jarzyn, owadów i roślin. Według niej rodzina Moulinów jest najnormalniejszą w świecie rodziną. Matka kochająca, trochę za bardzo, jak twierdzi, przywiązana do małego, ale tak naprawdę nie ponad przeciętną; on jest bardziej na dystans, szorstki, ale uczestniczył jednak w wizytach lekarskich. Taki typ, co woli ustawiać półki w pokoju, niż poczytać małemu książki, które na nich stoją, rozumie pani. Taki, co raczej posieje, zasadzi i podleje jarzyny zalecone przez panią Pilot-Canon, niż nakarmi dziecko zupą małą łyżeczką i zawiąże lepki śliniaczek. Tak, lekarka wpisywała do książeczki zdrowia małego wszystko: szczepienia, wagę, wzrost. Gdy skończył dwa lata, opiekę nad nim przejął lekarz z Montivilliers, Serge Lacorne. Rozmawiałem z nim przez telefon, nie miał nic specjalnego do powiedzenia, przyjmował małego Malone’a w swoim gabinecie cztery czy pięć razy, gdy miał katar czy dolegliwości gastryczne. Według niego to raczej zdrowe dziecko.

 

Dalej, szefowo? Czyta pani? Przechodzę do sąsiadów! Moulinowie mieszkają na osiedlu Les Hauts w Manéglise od trzech lat. Kupili tu dom, dokładnie cztery miesiące po tym, jak Amanda Moulin dowiedziała się, że jest w ciąży. Przedtem mieli mieszkanie w Caucriauville. Krążyłem całą godzinę, po południu, po osiedlu w Manéglise. Daję słowo, szefowo, nie spotkałem żywego ducha, nawet kota. Natomiast psy tak, dużo, głównie owczarki niemieckie, które szczekają za wysokimi na dwa metry żywopłotami z tui. A potem, jak już miałem stamtąd wyjść, spotkałem też faceta, który pracował w nocy i wracał do domu, żeby się przespać. Chłopak, który całą noc ładuje palety w magazynie w strefie przemysłowej Fécamp, był zadowolony, że może z kimś porozmawiać. Znają Moulinów, świadczą sobie nawzajem przysługi. Amanda Moulin raz w roku karmi na przykład papugi Dévote, kiedy staruszka wyjeżdża do Wandei do dzieci, facet od palet i Dimitri Moulin zwożą razem drewno. No i tyle, jeśli nie liczyć dzień dobry, dobry wieczór. Widywali od czasu do czasu małego w wózku, który pchała matka, a odkąd trochę podrósł, widują małego, jak jeździ na rowerku po osiedlu, a matka go pilnuje.

Przepraszam, szefowo, nie przepytałem nikogo najbliższego z otoczenia Moulinów. Przyjaciele, kuzyni, koledzy... Prosiła pani, żebym to robił dyskretnie, więc tylko posurfowałem, porozmawiałem jak gdyby nigdy nic, nie drążąc za bardzo. Ale jednak zadałem kilka pytań w miasteczku, żeby zestawić moje informacje z tymi, którymi ewentualnie dysponuje komisariat. Coś w rodzaju śledztwa obyczajowego, jeśli to pani coś mówi. Amanda Moulin jest dość znana w miasteczku, ponieważ mieszkała tu z rodzicami, jak była mała. Zwiała stąd jako nastolatka, ale po latach wróciła. Córka marnotrawna!

Ale nie cudowne dziecko. Odnalazłem emerytowaną nauczycielkę, która dobrze ją pamięta. Porządna dziewczyna według tej pani, ani bardzo inteligentna, ani bardzo sprytna, ale bardziej stanowcza niż inne. Bojowa. Nie z tych, co dają się za nos wodzić. Amanda Moulin ma raczej dobrą opinię wśród klientów marketu, gdzie jest kasjerką. Punktualna. Miła. Uprzejma. Nawet gaduła. Według klientów, którzy mi odpowiadali, to raczej zaleta, ale wydaje się, że ten komplement zmienia się wraz z wiekiem bywalców sklepu.

Wiem, co pani sobie myśli, szefowo, wreszcie pani wierzy, że rodzina Moulin w Manéglise to Domek na prerii, gdzie na dodatek Caroline Ingalls wyrzuca Harriet Oleson ze sklepu. No nie, zaraz, z Dimitrim Moulinem sprawa jest trochę bardziej pikantna! Tatuś Moulin ma ukończone technikum elektryczne, ale od lat wykonuje tylko dorywczo jakieś drobne roboty, a między jedną a drugą ma długie okresy bezrobocia. Słowem żadnej stałej pracy... Ale przede wszystkim, tu moja drobna niespodzianka specjalnie dla pani, szefowo, jego nazwisko widnieje u nas! Dokładnie mówiąc, na liście krajowego rejestru skazanych. Przemyt samochodów w regionie paryskim przeszło jedenaście lat temu. Nie znał jeszcze wtedy Amandy. Trzy miesiące siedział w Bois-d’Arcy. To go najwyraźniej uspokoiło. Potem już żadnych problemów z naszą piękną instytucją od 2003 roku. Czy chce pani, żebym również podrążył od tej strony?

Wreszcie, jak już tam byłem, poszukałem wokół tych kluczowych słów, które mi pani przekazała.

Rakieta. Zamek. Statek piracki. Las. Ogr.

Niech pani się mocno trzyma, szefowo! Z estuarium nie wystartowała żadna rakieta od chwili narodzin małego Malone’a! Gorzej, żaden statek piracki nie zaatakował portu w Hawrze w ciągu czterech ostatnich lat. A co się tyczy ogrów, to po prostu omertà, ludzie chyba rzeczywiście się boją.

Hm, nie chcę pani obrazić, szefowo, ale co to były te kluczowe słowa? Otrzęsiny?

Na koniec, według Dévote Dumontal, Moulinowie od trzech lat nigdy nie opuścili osiedla na dłużej niż tydzień. Ostatni raz to było wtedy, kiedy pojechali w lecie do Carolles koło Granville, Malone miał już dwa lata. Są też kartki pocztowe w ubikacji obok zawiadomień, to chyba pomaga jej pamiętać. Dévote pamiętała też ślub w Mans i przejażdżkę do Bretanii z małym w ostatnie ferie na Boże Narodzenie.

To by było tyle, szefowo! Zrobiłem, co mogłem. Wyruszyłem dyskretnie na polowanie, żeby zdobyć informacje, z wyczuciem sytuacji, ale niczego pani nie obiecuję... Wie pani, w takich miasteczkach nie trzeba kamer monitoringu, żeby namierzyć ciekawskich. Jestem na pani rozkazy gotów na nowe przygody. Dalszy ciąg otrzęsin? Mam zamiar zebrać informacje o latających talerzach, Marsjanach i armii trolli?

Ale poważnie, mam drążyć głębiej, czy już zamykam sprawę?

Marianne uśmiechnęła się bezwiednie. W końcu ten młody gliniarz nieźle z tego wybrnął. Wystukała szybkiego esemesa:

Drąż dalej!

W tym momencie otworzyły się drzwi do sauny. Weszły dwie szczapowate blondynki owinięte różowymi ręcznikami, które zaraz bezwstydnie zdjęły z siebie i starannie poskładały. Skóra opalona bez śladu nawet po stringach. Paznokcie u rąk i nóg polakierowane. Małe pośladki i płaskie biusty. To nie ich pogardliwe spojrzenia dobiły Marianne, spojrzenia, jakie się rzuca na brzydki dom, który szpeci krajobraz, do takiego spojrzenia dziewcząt była przyzwyczajona; dobił ją początek ich rozmowy.

Jeden jedyny temat. Mężczyźni.

Wszyscy to wściekłe psy, nieroby i maniacy, których trzeba trzymać na smyczy. Mężowie. Kochankowie. Szef. Jedna cholera.

Marianne wyszła z sauny prosto pod lodowaty prysznic. Potem pierwszą rzeczą, jaką zrobiła, było złapanie telefonu. Odruch zawodowy.

Wciąż nie było wiadomości od Jibégo czy Papy’ego. Timo Soler miał spędzić noc w piekle...

19.23

Została jej wolna godzina przed spotkaniem z Angie w Uno. Będzie o czym z nią rozmawiać... no i kilka pytań miała na temat rumuńskiego psychologa o oczach koloru sjeny.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?