Czy pamiętasz, Anais?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Czy pamiętasz, Anaïs?

Normandzka szafa

Życie strychu

Ucieczka do raju

Okładka



Tytuł oryginału

T’en souviens-tu, mon Anaïs?

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Tomasz Jendryczko

Redakcja

Agnieszka Niegowska

Korekta

Katarzyna Bielawska-Drzewek

Jadwiga Piller

© Michel Bussi et Univers Poche, 2018

Michel Bussi remercie Hubert-Félix Thiéfaine de l’avoir autorisé à lui emprunter le titre T’en souviens-tu, mon Anaïs ? tiré de sa chanson «Dernière station avant l’autoroute» © SM PUBLISHING (France) – 1979

Copyright © for the Polish translation by Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak, 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Piotr Trzebiecki

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9334-8

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Czy pamiętasz, Anaïs?

Przyjęcie wydane przez Victora Hugo dla dzieci z Veules (24 września 1882 r.)

Jak głosi mocno zakorzeniona legenda, kurort Veules-les-Roses na Alabastrowym Wybrzeżu swe początki zawdzięcza aktorce Anaïs Aubert, która popularyzowała tę miejscowość od roku 1826. Wszystkie lokalne przewodniki w swej części historycznej przytaczają anegdotę, jak to pewnego ranka piękną aktorkę, która niespodziewanie uciekła nocą z Paryża, oczarowała ta wioska rybacka. Gdyby jednak nie pamięć mieszkańców Veules, Anaïs Aubert już dawno znalazłaby się w gronie sławnych artystów, którzy popadli w zapomnienie.

Kim była piękna panna Anaïs? Jaki sekret skrywała, jadąc powozem z Paryża do Veules?

Ciekawy turysta na próżno doszukiwałby się prawdy. Upór, zaangażowanie, błądzenie po archiwach… A tajemnica wciąż jest niewyjaśniona.

Pozostaje tylko nie interpretować i nie zmyślać, a jedynie wszystko sobie wyobrazić.

Każde z miejsc wspomnianych w tym opowiadaniu, z wyjątkiem willi Odeon, naprawdę istnieje i zostało wiernie opisane. To samo dotyczy informacji o życiu artystycznym Anaïs Aubert i twórczości Victora Hugo.

Natomiast za sposób ułożenia puzzli biorę pełną odpowiedzialność!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Veules-les-Roses, 23 stycznia 2016

Trzymam w rękach list. Gilbert Martineau zawołał mnie ledwie pięć minut temu. Byłam w atelier, malowałam. Zdobiłam geometrycznymi motywami brzozową korę, przypominającą nieco lśniące łuski pancerza żółwia.

– Panno Ariane! – zawołał Martineau.

W pierwszej chwili zezłościłam się na niego, bałam się, że obudzi Anaïs. Spała tuż nad pracownią, w swoim pokoju, a w tym domu, gdzie nie zamykają się żadne drzwi, słychać każdy hałas. Dziś wyjątkowo nie poszła do dziadków. Mieli coś do załatwienia w Dieppe, chyba u notariusza.

– Panno Ariane – mówił już nieco ciszej Martineau, spiorunowany moim groźnym wzrokiem, spojrzeniem pełnej obaw matki. – Znalazłem tu coś! Tuż pod warstwą gips-kartonu. – I czubkiem kielni wskazał kopertę wsuniętą w szczelinę w murze, który remontował. – To dziwne – ciągnął – bo wczoraj, kiedy rozbijałem tę ściankę, niczego tu nie zauważyłem. Wygląda na to, że ktoś podrzucił to tutaj dziś w nocy.

Uśmiechnęłam się. Mimowolnie rejestrowałam sygnały. Gilbert Martineau wykonał wczoraj kawał roboty, rozbił młotem gips-kartonową ścianę, zdarłszy uprzednio pasy pomarańczowej tapety, którą ją oklejono, usunął wszystkie te paskudne zdobienia sprzed pięćdziesięciu lat. Zadanie, jakie powierzyłam Martineau, polegało na przywróceniu temu pomieszczeniu pierwotnego uroku, miłej atmosfery dziewiętnastowiecznej willi z nadmorskiego kurortu, na odsłonięciu belek stropowych, cegieł i krzemienia. Taki wystrój stworzy doskonałą, pełną autentyzmu oprawę dla moich prac i wzbudzi w turystach nieodpartą chęć ich kupowania.

List nie zaniepokoił Gilberta Martineau, który już wrócił do pracy i zanurzył kielnię w beżowej zaprawie.

A gdyby…

Drżącymi palcami otworzyłam kopertę. Ujrzałam pismo sprzed lat, kaligraficzne, o łagodnej linii, subtelnej i cienkiej, kreślonej piórem prowadzonym przez wprawną rękę na grubym pożółkłym papierze. Z pewnością było to coś bardzo starego. Spojrzałam na górny róg kartki – moje wrażenie okazało się słuszne.

Veules-en-Caux, 1851

W tamtych czasach mieszkańcy wioski nie zamienili jeszcze Caux na Roses. Ukwiecili swoją małą ojczyznę dopiero w roku 1897.

Droga Anaïs…

Odruchowo przetarłam oczy, serce skoczyło mi do gardła. Czy to możliwe? Anaïs. Oczywiście nie moja Anaïs, nie moje słoneczko, które śpi w łóżeczku jak dla lalki, w pokoju na piętrze, nic sobie nie robiąc z krzyków Martineau i walenia młotem. To list do Anaïs Aubert, aktorki, sławnej…

Założycielki…

Odszukałam wzrokiem podpis.

Pani wierny muszkieter

Mélingue

Dreszcz przebiegł mnie od stóp do głów. Mélingue… Wróciłam myślami do tego wszystkiego, co od kilku dni Alexandre opowiadał mi o historii Veules-les-Roses, przypominałam sobie nazwy ulic, sławnych artystów, którzy tworzyli to zdrojowisko przed niemal dwustu laty. Mélingue był najpopularniejszym na początku dziewiętnastego wieku aktorem, nieśmiertelnym d’Artagnanem, ulubionym komediantem Aleksandra Dumas, wielkim miłośnikiem Veules, powiernikiem Anaïs Aubert. Usiłowałam się uspokoić. Martineau pogwizdywał w sąsiednim pokoju, który miał się stać zapleczem sklepu. Usłyszałam także ciche odgłosy z góry, jakby moja Anaïs się budziła.

Zaczekaj, zaczekaj jeszcze troszkę, serduszko.

Błyskawicznie pochłaniałam linijki rękopisu. Serce biło mi tak szybko, jakby list pisano do mnie, jakbym odebrała wiadomość od kochanka. Mélingue pisał dziwne rzeczy. Uspokajał Anaïs Aubert, która została w Paryżu, pisał o jej talencie, karierze, których nie może zmarnować; słowa definiowały. Czy pojawi się Pani w Veules na romantyczne święta? Wszyscy tu na Panią czekają. Proszę mi wierzyć, że pragną tu Pani obecności. Mélingue wymieniał nazwiska i tytuły, których nie znałam, które miałam gdzieś w pamięci, Amy Robsart, Król się bawi, panna Mars.

Odwracam kartkę. Na górze ktoś się już wierci. Parkiet skrzypi pod małymi stópkami… Anaïs, jak przystało na samodzielną trzylatkę, wsunęła nóżki w kapcie.

Już idę, maleńka, już idę.

Znów zwracam oczy na ostatnie słowa listu.

Cokolwiek by się działo, słodka Anaïs, proszę się nie obawiać. Pani sekret jest tu dobrze strzeżony. Spoczywa w rękach, które są Pani drogie.

Pani wierny muszkieter

Mélingue

Wszystko plątało mi się w głowie, myślałam znowu o wyjaśnieniach Alexandre’a, o jego długich monologach podczas naszych spacerów i o tej obsesji – tajemnicy Anaïs. Czyżbym odkryła trop, o którym nie wiedział? Taki zbieg okoliczności wydawał mi się nieprawdopodobny.

Złożyłam list i wsunęłam go do koperty. Gilbert Martineau przez cały czas był odwrócony do mnie tyłem, przykucnął przy ścianie i pracował, pogwizdując melodię płynącą ze ściszonego radia. To była chyba jedna z popularnych piosenek Michela Fugaina. Weszłam na piętro, nie chciałam, żeby Anaïs pokonywała sama te rozklekotane schody.

Zaczekaj na mnie, moja śliczna.

Wchodząc na górę, myślałam o trzynastu dniach, które minęły od przyjazdu do Veules. Wszystkie te drobne ziarnka piasku, te tajemnice, na które nie zwracałam uwagi. A w każdym razie niewielką. Na przykład to wrażenie, że ktoś mnie obserwuje w domu, dniem i nocą, nawet kiedy jestem sama, nawet kiedy Martineau pozbierał już narzędzia i poszedł do domu. Te dziwne wierszyki Anaïs, piękne, zbyt piękne, żeby mogła je ułożyć trzyletnia dziewczynka. Ta fotografia z przyjęcia wydanego przez Victora Hugo dla dzieci z Veules w roku 1882; fotografia, którą wszyscy starają się chyba przede mną ukryć. No i oczywiście Adèle. Biedna Adèle. Wszystko jak ziarnka piasku.

 

A teraz ten list.

Chwyciłam moją małą Anaïs w ramiona. Jej uśmiech rozwiał w gwiezdny pył ziarna strachu. Mocno tuliła do piersi fioletowego strusia – emu, jak twierdzili specjaliści; Memu, jak poprawiała ich Anaïs.

– Dobrze ci się spało, kotku?

– A co ty robiłaś, mamusiu?

– Nic, nic takiego.

Trochę trudno było mi się skoncentrować. Myślałam już o tym, co napiszę wieczorem w swoim dzienniku.

– Mamusiu, chce mi się jeść.

– Tak, tak, kochanie.

Przede wszystkim muszę zacząć ten dziennik od początku, od dnia przyjazdu. Przeczytać go. Podsumować. Zrozumieć. Jeszcze raz przyjrzeć się biegowi zdarzeń przez te kilka dni, kiedy grałam o swoje życie.

W orła i reszkę.

Trzynaście dni wcześniej
2

Veules-les-Roses, 10 stycznia 2016

Trudno opisać chwilę.

Mimo to spróbuję. Postanowiłam prowadzić dziennik nowego życia. Mojego nowego życia! Zaczyna się właśnie dziś. 10 stycznia 2016 roku przed wodopojem w Veules-les-Roses.

Dokładnie o 9:11.

Moja biała panda stoi zaparkowana w poprzek drogi, tuż przed zbiornikiem o długości czterdziestu a szerokości pięciu metrów, przy wjeździe do Veules. Maska niemal zanurza się w dziesięciu centymetrach wody jak pysk zwierzęcia, które przyszło do wodopoju. Małej krowy. Wielkiego barana. Zadziałałam instynktownie, zatrzymałam się tu, zaciągnęłam hamulec ręczny, wysiadłam, wzięłam z tylnego siedzenia Anaïs, nie zamknęłam drzwi.

Postawiłam Anaïs tuż przed gigantycznym poidłem.

Podziwiałam z zapartym tchem.

Przed nami, w krystalicznym zwierciadle wody, tańczyły białe chaty wynurzające się spośród liści brzóz. Krajobraz jak z bajki, ponadczasowy, nie z tego świata. Zastanawiam się, jakie myśli mogły snuć się w tej chwili po główce Anaïs. Czy była równie wrażliwa jak ja na niezwykły urok tego miejsca?

Chłód szczypał nas w policzki, wgryzał się w brodę i uszy. Ostry chłód pod szarym niebem, dotkliwy wiatr. Anaïs nic nie mówiła, z jej różowych ust wydobywały się tylko obłoczki pary.

Tak, trudno jest opisać chwilę.

Wyjechałam z Nanterre o szóstej rano. Zabrałam wszystko, upchałam treść mojego życia w bagażniku i na tylnym siedzeniu pandy. W tym Adèle w dużym pleksiglasowym pudle, roztropnie ustawionym na kolanach Anaïs. Była ciemna noc. Potem miałam wrażenie, że jadę prosto przed siebie, na północ, aż do końca, dopóki droga się nie urwie, na kraj świata, dopóki morze nie otworzy się przede mną pomiędzy dwoma klifami.

Tutaj.

Do Veules-les-Roses. Tej zagubionej wioski. Niczym do mitycznej oazy na skraju wielkomiejskiej pustyni, zapomnianej przez miejskich nomadów.

Na zewnątrz nie było żywego ducha. Wody Veules wydają się wahać: czy przez chwilę stać w zbiorniku, kołysać się pośród mchu i kamyków, czekać na pstrąga potokowego, czy przemknąć pod kamiennym mostem, żeby szybciej połączyć się z morzem. Obojętne na ten brak zdecydowania nurtu, chaty drżały w zimnej wodzie. Anaïs też już dygotała, mocno ściskając moją rękę i ocierając się o mój sweter. Nie pomyślałam o założeniu palta, choć miałam je pod ręką, na siedzeniu pasażera.

Dziwna była ta opustoszała ulica, jakby zapomniana; wszyscy mieszkańcy schronili się, pokonani przez zimę. Miałam inne wspomnienia z Veules, wspomnienia cofające mnie do innego życia, kiedy przyjechałam tu przed pięciu laty z Ruy. Ulice Veules były czarne od ludzi. W połowie sierpnia Alabastrowe Wybrzeże ogarnęły krótkotrwałe upały. Zewsząd nadciągali turyści, zupełnie jakby wyrastali spod ziemi, niczym grzyby po deszczu. Radosny tłum wędrował półtorakilometrowym szlakiem wzdłuż najkrótszej rzeki Francji, szturmem zdobywał kawiarenki. Piaszczysta plaża przy odpływie nigdy nie wydawała się aż tak szeroka. Nikt nie zliczyłby półnagich ciał ani samochodów, ciasno zaparkowanych przy drodze ciągnącej się po klifie niczym olbrzymi wąż z kolorowych segmentów metalu.

Kiedy zapadła noc, kiedy Veules ucichło, kiedy długi stalowy wąż pełzł już w głąb lądu, do miasta, do Rouen, Nantes, Paryża, Ruy pokazał mi wieś. Jego wieś. Wybraliśmy się na kolację do Galets, potem przeszliśmy brzegiem Veules. U jej źródła, na łączce, namiętnie mnie pocałował. Byliśmy sami w ciemnościach. Sto metrów dalej, dokładnie tu, przy poidle, Ruy znów się zatrzymał. Trochę zagubiona, trzymałam go za rękę, tak jak dziś Anaïs mnie. Ruy opowiedział mi historię Anaïs Aubert. Oczywiście… Anaïs Aubert była jedną z najsławniejszych aktorek początku dziewiętnastego wieku. Legenda głosi, że nagle porzuciła Comédie-Française – pewnego letniego wieczoru 1826 roku, tuż po spektaklu. Miała powiedzieć do stangreta: „Jedź przed siebie, nie żałuj bata. Prosto, cały czas prosto. I nie zatrzymuj się”. U kresu podróży Anaïs dotarła tu, przed wodopój, jedyną drogą wiodącą wówczas do Veules. I od pierwszej chwili zakochała się w tej rybackiej wiosce. Po powrocie do Comédie-Française powiedziała o swoim odkryciu paryskiemu towarzystwu. Aktorzy i artyści zjeżdżali się, zaciekawieni. Narodziło się nowe kąpielisko, Veules-en-Caux… Pozostawało tylko jedno pytanie, wielka, nigdy nierozwiązana tajemnica Veules. Oczy Ruy figlarnie rozbłysły, zanim mnie pocałował.

Dlaczego Anaïs Aubert opuściła tego wieczoru Paryż?

Ruy wpatrywał się w żółty odblask latarni odbijającej się w czarnej wodzie poidła, czule objął mnie w talii, a potem wyszeptał te proste, jakże zaskakujące w jego ustach słowa: „Jeżeli kiedyś będę miał dziecko, córkę, będzie miała na imię Anaïs. To nie podlega dyskusji, Ariane!”.

*

Anaïs ciągnęła mnie za żakiet. Zmarzła. Słusznie mnie ponaglała, nie miałam już czasu na rozmyślanie. Spojrzałam na zegarek. Było piętnaście po dziewiątej. Za kwadrans miałam spotkanie z Xavierem Poulainem, agentem nieruchomości. Miał dać mi klucze do sklepu, mojego sklepu, a raczej… klucze do rudery przy rue Victor-Hugo, gdzie miał powstać sklep z dziełami sztuki i ozdobami, i to już wiosną. Mimo woli znów pogrążyłam się w rozmyślaniach. Nie potrafiłam uwolnić się od tego okropnego strachu, który chwytał za gardło, coraz wyraźniej docierało do mnie, jak byłam nieodpowiedzialna: wymyśliłam sobie, że wrócę tu, sama, z trzyletnią córką, w środku zimy, żeby otworzyć sklep.

Nacierałam Anaïs, żeby ją rozgrzać. I żeby dodać sobie otuchy. Odwróciłam się: panda stała z otwartymi drzwiami nad brzegiem wody niczym wielki, spragniony ptak.

– Dalej pójdziemy piechotą, kochanie. Dom jest bardzo blisko.

– Zabierzemy Adèle? – zapytała Anaïs.

– Nie, nie, zaczeka tu na nas.

Adèle nic to nie obchodziło. Spała na tylnym siedzeniu w swoim pudle. Adèle to żółw wodny. Ponoć była już na świecie, kiedy się urodziłam. Podarował mi ją ojciec chrzestny, którego widziałam raz w życiu. Adèle miała więc co najmniej dwadzieścia pięć lat… Mówi się, że żółwie wodne dożywają sześćdziesiątki. Możliwe! W końcu Adèle nie robi nic poza jedzeniem suszonych krewetek i kawałków mięsa z kamienia w akwarium albo pojemnika, w którym podróżuje.

– Czekaj tu, Adèle, zaraz wrócimy – rzuciła Anaïs.

Anaïs bardzo lubiła Adèle, mówiła do niej, zwierzała się, karmiła ją, a nawet pieściła, jak Memu, fioletowego strusia. Zwierzak w pancerzu i pluszak – dwójka jej jedynych przyjaciół.

Zamknęłam drzwi naszej pandy, nawet nie parkując auta, jak należy; sprawdziłam czapeczkę, szalik i rękawiczki Anaïs.

– Kotku, zobaczysz, jaka to ładna wieś!

*

Szłyśmy po chodniku rue Docteur-Pierre-Girard. Wieś zdawała się nieśmiało budzić. Głównie starzy ludzie powłóczyli nogami z torbami na zakupy w rękach. Zimny wiatr wdzierał się w ulicę. Opatuleni przechodnie nie wyglądali na przywykłych do ostrych chłodów. Trochę mnie to uspokoiło.

– Pachnie morzem – szepnęła Anaïs.

Uśmiechnęła się do mnie, a ja się roześmiałam. Cieszyłam się, że nie narzeka na pogodę. Za domami słychać było uderzenia fal o betonową ostrogę, choć może te dźwięki dobiegały z młynów przyspieszających przepływ wody w rzece, na której tworzyły się hałaśliwe kaskady. Szłyśmy. Przy rue Victor-Hugo większość domów stała zamknięta. Mijałyśmy wille prześcigające się barokowymi zdobieniami i fantazją, jeszcze ładniejsze niż w moich letnich wspomnieniach, zapewne ze względu na kolory boazerii, kolumn, drzwi i okiennic pomalowanych na turkusowo, pomarańczowo, czerwono.

– Mamusiu, popatrz, wygląda jak pałac księżniczki!

Rezydencja Douce France. Zamek w samym sercu wsi. Pod kamiennym sklepieniem, między zasłonami rozsuniętymi jak operetkowa kurtyna, ujrzałam majestatyczny żyrandol. Usiłowałam oddalić od siebie wspomnienie ciała Ruy w pokoiku na mansardzie małego hotelu, nie myśleć o jego lśniącej w blasku księżyca opalonej skórze ani o romantycznym śniadaniu w altanie.

Mocno przytuliłam małą Anaïs.

– Kocham cię, maleńka. Zobaczysz, że będzie nam tu dobrze.

Chłód przenikał moje ubranie, wciskał się podstępnie. Tak jak wątpliwości. Czy jestem równie szalona jak ta Anaïs Aubert? Dziwne, ale jeśli się nad tym zastanowić, losy aktorki sprzed niemal dwustu lat były bardzo podobne do moich: zostawić wszystko, uciec z Paryża, żeby wylądować w tym miejscu.

Wreszcie zauważyłam po lewej stronie żelazny szyld agencji nieruchomości – starego kamiennego budynku z wejściem, które zmusza do pochylenia głowy, niemal jak wejście do piwnicy. Pchnęłam ciężkie niebieskie drzwi.

Ciepło otuliło nas przyjaznym kokonem.

3

Veules-les-Roses, 11 stycznia 2016

Minęła północ. Choć byłam na nogach od piątej rano, nie spałam. Nie mogłam usnąć. Wyprowadzka, potem długa podróż i wreszcie wprowadzenie się do nowego domu wytworzyły w mojej nieszczęsnej głowie mieszankę lęku i podniecenia. Pisałam, leżąc w łóżku. Pisałam dziennik. W pokoju pełno było poustawianych byle gdzie kartonowych pudeł, w głowie miałam porozrzucane myśli. W jednym kącie leżało sobie poczucie, że zachowałam się jak rozkapryszona smarkula, którą kompletnie przerosły wydarzenia, i że sobie z tym nie poradzę. Ale w drugim znalazłam wrażenie, że jestem na swoim miejscu. Nareszcie. Że po raz pierwszy w życiu wzięłam sprawy w swoje ręce.

Anaïs spała na piętrze. Jej domek dla lalek, jak go nazwała, nie jest zbyt duży: siedemdziesiąt metrów kwadratowych na dwóch poziomach. Kto by pomyślał, że te nędzne, zatęchłe cztery ściany staną się najelegantszym miejscem przy rue Victor-Hugo! Co więcej, że kiedy już wieś Veules zostanie ostatecznie ukwiecona, przyniosą mi bogactwo… Wystarczy w to uwierzyć! Odrobina szczęścia, umiejętności Gilberta Martineau, pieniądze, których nie mam… i ogrom wyobraźni! Przede mną przez osiemdziesiąt lat mieszkała tu pewna kobieta. Pomarańczowe tapety. Niebieskie futryny. Da się mieszkać… czekając na coś lepszego. Moje skromne oszczędności musiały zostać przeznaczone przede wszystkim na urządzenie sklepu. Komfort na piętrze przyjdzie później.

*

Anaïs padła jak mucha, ściskając w ramionach Memu. Zajrzałyśmy jeszcze do jej dziadków, ale tylko na kilka minut, bo Anaïs była zbyt zmęczona.

– Do jutra – obiecałam.

Zrozumieli, rozumieją wszystko. Élise zadbała, żebym wzięła od niej coś do odgrzania, wołowinę w sosie z marchewką. W jednym z pudeł odnalazłam kuchenkę mikrofalową i trochę naczyń.

Byłam wykończona. I taka szczęśliwa. Kiedy dotarłam z Anaïs do sklepu, trzymając klucze w ręce, Martineau był już na miejscu, jego półciężarówka parkowała przed domem, dwoma kołami na chodniku, a on trzymał telefon komórkowy przy uchu. Martineau szybko oprowadził mnie po siedemdziesięciu metrach kwadratowych domu. Co najmniej trzy miesiące na remont… Po drodze sporządzał kosztorys, podliczając wszystko na małym kalkulatorze. Zorientował się, że dokładnie wiem, czego chcę, i że mam gust, a właściwie – swój gust. Harmonia cegieł, żelaza, krzemienia. Uśmiechał się i drapał po głowie, jakby usiłował znaleźć najoszczędniejsze rozwiązania. Tak… Martineau raczej nie wyglądał na oszusta, ale obawiam się, że ja sprawiałam wrażenie paryskiej singielki, której nie pozostaje nic innego, jak mu zaufać. Innymi słowy na klientkę, która da się oskubać.

Ustawiona na podłodze w swoim plastikowym pojemniku Adèle patrzyła na mnie, mrugając ślepkami, jakby się ze mnie nabijała. Rozchyliła pysk i straszyła mnie drobnymi ząbkami. Ją także podróż musiała wytrącić z równowagi. Anaïs przez trzy godziny jazdy opowiadała jej historyjki i tłumaczyła, że się przeprowadzamy, że teraz będziemy mieszkać blisko morza.

*

Pobudzenie nie słabło, jakbym wypiła litr kawy. Niedawno, kiedy Martineau odjechał, poszłam z Anaïs na brzeg morza. Widziała je tylko dwa razy – w Deauville, a później w Boulogne, przez szyby Akwarium Nausicaá. Anaïs z zafascynowaniem obserwowała rzekę, która wypływa z wielkiej kamiennej tuby i rozlewa się po plaży. Opowiadała mi o dużych białych ptakach, ale nie słuchałam jej, plaża w Veules przypominała mi pieszczoty Ruy, kąpiel o północy w upalne lato. Moją miłość, moje życie.

 

Muszę o tym wszystkim opowiedzieć, przelać na papier. Właśnie teraz.

Choćbym miała nie spać…

*

Niespełna siedem lat temu byłam studentką, jak tysiące dziewcząt w moim wieku. Zamknęłam za sobą drzwi mieszkań moich rozwiedzionych rodziców, oddzieliłam się od rozbitej rodziny, rozproszonej między Bretanią a Annecy. Zapisałam się na historię sztuki, uzyskałam stypendium i dzieliłam lokum za dwieście pięćdziesiąt euro miesięcznie ze współlokatorką. Poznałam Ruy na studenckim spotkaniu, na bulwarze w Rouen. Student muzykologii, był przystojny, ciemnowłosy, niedogolony, grał na gitarze, ale i na saksofonie, niemal nie rozstawał się z djembe… Artysta.

Pewnie myślał to samo o mnie. Chcę wierzyć, że tak było. W tamtym okresie kręciło się wokół mnie wielu chłopaków. Nie tylko ze względu na zdolności do rysunku, ale też z uwagi na wyobraźnię, która pozwalała mi malować na czymkolwiek, choćby na listwach przyściennych w mieszkaniach kumpli. Małe scenki z życia domowego – to była moja specjalność. Przyciągałam chłopców wyglądem dziewczyny naturalnej, pragnącej czerpać z życia pełnymi garściami, bez fochów, bez gry pozorów. Są środowiska, w których to się podoba, gdzie szczerość i prostota znaczą więcej od pieniędzy. W to także chcę wierzyć.

Dalszy ciąg to urocza historia, jakie potrafią tworzyć ławki w salach wykładowych. Wieczory wśród przyjaciół, skręty, piwo, świat kreowany i odmieniany, stawiany na głowie, noce bez chwili snu, sen o brzasku, egzaminy zdawane jakimś cudem następnego dnia. Czyli studenckie lata, kiedy uczelnia służy za przedszkole dla młodych dorosłych, za fabrykę nadziei, wspomnień i przyjaciół na potem, tego zapasu, jaki chowa się na ciężką zimę. Na resztę życia! Kłopot w tym, że wszystko to uświadamiamy sobie dopiero później.

Coraz rzadziej widywałam się ze współlokatorką, coraz częściej bywałam u Ruy. Céline dąsała się na mnie, bo irytowało ją moje małe szczęście, a poza tym czuła, że wkrótce będzie musiała sama płacić za mieszkanie.

Byliśmy parą od półtora roku, kiedy w sierpniowy piątek Ruy zabrał mnie do Veules-les-Roses, jego rodzinnej wsi. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Tak, zakochałam się to trafne słowo. Zachwyt był równie oczywisty jak pożądanie, za którego sprawą uległam Ruy. Veules i Ruy: nierozłączni – ten sam dyskretny urok, tajemniczy, niemal nieśmiały; i ten sam artystyczny duch. Ruy postanowił mi zaimponować, zaczął od restauracji Galets (jak się później dowiedziałam, uchodzącej za jedną z najlepszych w regionie), potem był pokoik na poddaszu w rezydencji Douce France, przejażdżka po Veules, podczas której nic nie zobaczyłam, bo wciąż się z nim całowałam, kąpiel o północy, a nazajutrz, ponieważ nie było innej możliwości, wizyta u rodziców – tylko kawa w domu przy rue Mélingue.

Przesiedzieliśmy u nich trzy godziny! Élise i Angelo również znaleźli miejsce na obrazie, w którym się rozkochałam. Cudowni. Kochający. Oryginalni. I jestem przekonana, że ja też ich oczarowałam. Ruy był strasznie skrępowany. Nie przedstawił rodzicom żadnej dziewczyny przede mną. Przyznaję, że trochę na to napierałam. Élise i Angelo tworzyli zgrane małżeństwo, to się rzucało w oczy. Taką rodzinę, jakiej nigdy nie miałam.

Wszystko runęło miesiąc później.

Zapomniana pigułka, wyczekiwanie na miesiączkę, rozmowa z Ruy.

Nigdy, nawet przez ułamek sekundy, nie myślałam o aborcji. Boże, jak mogłabym wyobrazić sobie, że pozbywam się dziecka Ruy? Malca, który miał geny jego talentu i urody. Ruy, czego jeszcze wtedy nie rozumiałam, był dobry, subtelny, wrażliwy, ale… jak to ująć, żeby uniknąć złośliwości?… słabego charakteru, czy coś w tym rodzaju. Wyczytał z moich oczu szczęście i nie chciał go niszczyć. Dla niego, jedynego syna zgodnego małżeństwa, rodzina musiała stanowić swoisty święty krąg. Chciał spróbować, wzorował się na rodzicach, pragnął otoczyć się własnym kręgiem – tak to sobie wyobrażam. Tak, jestem pewna, że chciał spróbować. Szczerze. Ale Ruy nie był w stanie zmierzyć się z rzeczywistością. Oblał wszystkie egzaminy magisterskie. Lekka depresja, lęk – nazywajcie to, jak chcecie. Kiedy byłam w ciąży, wielokrotnie jeździliśmy do Veules, na rue Mélingue. Élise i Angelo byli pełni wyrozumiałości, troskliwi, a nawet – kiedy się teraz nad tym zastanawiam – zbyt troskliwi, jak lekarz, który ukrywa przed pacjentem nieuleczalną chorobę i mówi zbyt łagodnym tonem; zachowywali się, jakby już odgadli dalszy ciąg tej historii; jakby w głębi ducha nie wierzyli w przemianę syna-artysty we wzorowego ojca.

Gdy Anaïs miała trzy miesiące, a dokładnie sześćdziesiąt trzy dni, Ruy odszedł. Bez słowa wyjaśnienia. Zostawił mi tylko książkę Pagnola, Mariusz.

Nie jestem głupia, zrozumiałam, zrozumiałam już wcześniej. Wciąż zakochana, ale jednak nie beznadziejna idiotka!

Cóż, Ruy, mimo takiego talentu, takiego geniuszu, tym razem nie zachowałeś klasy, zostawiając mi książkę Pagnola.

Ty, Mariusz, i zew morza; ja, Fanny. W porcie z pieluchami.

O ile wiem, Ruy mieszka w Nowym Jorku. Tak ostatnio mówili mi przyjaciele. A może w Dakarze? Nie szukam, już nie szukam.

Rozumiecie, pieluchy. Zakochana utknęła w porcie.

Ruy, życie to nie powieść. Musiałam pracować. Z dnia na dzień frr! – koniec ze studiowaniem historii sztuki, z marzeniami o Normale Sup czy École Boulle. Kierunek Paryż, pierwsza praca, jaką znalazłam, na La Défense, wraz z trzystoma tysiącami innych pracowników w RER, rano i wieczorem. Sprzedawczyni w Decathlonie, zatrudniona, żeby spróbować sprzedać sprzęt sportowy, którego nigdy nie używałam: do golfa, tenisa, ale i narty, i rowery górskie.

Szef był moim rówieśnikiem, tylko trochę lepszym we wciskaniu ludziom różnych rzeczy.

„Jesteś ładna, masz dyplomy. Szybko się nauczysz”.

W innych sprawach wszystko działo się szybciej. Mieszkanie socjalne w Nanterre, na czwartym piętrze. Dzielnicowy żłobek otwarty do osiemnastej trzydzieści. Ani minuty dłużej. Zamęczałam się tą codzienną gonitwą, która tak kontrastowała z latami studiów, jakby przejście w dorosłość było skokiem w przepaść. Kara, zbrodnia do odpokutowania. I zjadliwy głos, który szeptał w mojej głowie: No, kotku, dobrze zrobiłaś, magazynując zapas marzeń. Trzymałam się dla Anaïs, trzymałam się dzięki Anaïs. Tylko dla niej. Jeszcze wtedy śledziłam losy Ruy za pośrednictwem kolegów.

Sydney. Rio. Vancouver.

A później stopniowo dojrzewała we mnie ta myśl: za każdym razem, kiedy wlokłam Anaïs z jej wiecznym kaszlem między rurami wydechowymi na paryskim przedmieściu, za każdym razem, kiedy puszka po krewetkach Adèle tłukła się o ścianki zsypu, spadając z czwartego piętra, zawsze, kiedy szkicowałam coś na kawałku papieru.

Veules-les-Roses.

Zapas marzeń zgromadzonych przez lata studiów już się wyczerpywał… Szyderczy głos drwił sobie ze mnie: Nie przetrzymasz tej zimy, biedna Ariane.

Jedyne wyjście. Ta szalona myśl, żeby poskładać wszystko, co mi zostało: studia z historii sztuki, mój domniemany talent, dziadków Anaïs z Veules-les-Roses, tę nadmorską wieś jak z bajki. I ułożyłam z tych puzzli niesamowity obrazek…

Dwa miesiące temu podjęłam decyzję.

Rzucić wszystko!

Uciec do Veules.

Kupić sklepik o krok od portu.

Spróbować szczęścia, malować.

Opróżniłam mieszkanie, upchnęłam wszystko do białej pandy, zostawiając tylko miejsce dla Anaïs i Adèle. I wyjechałam… To było rano, o szóstej. Teraz mogę już paść. Wycieńczona. Mogę zasnąć.

Jest mi dobrze.

Tylko to dziwne wrażenie, które niedawno się pojawiło. Dziś po południu, kiedy Martineau wyszedł.

Dziwne odczucie, trochę irracjonalne.

Ktoś mnie szpieguje. Tu. W moim domu.