Pokolenie wyżu depresyjnego

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Początek: Dzień dłuższy od najdłuższego w roku

Rozdział 1: Prześwit dnia. Narrator, który śpi

Rozdział 2: Mała antologia przebudzeń

Rozdział 3: Le petit bistro (1). Śniadanie

Rozdział 4: Pokolenie depresyjnego wyżu (1). Wynurzenie

Rozdział 5: Pokolenie depresyjnego wyżu (2). Nowenna na głosy

Rozdział 6: Pokolenie depresyjnego wyżu (3). Apokryf

Rozdział 7: Krótka wycieczka. Esej postfotograficzny

Rozdział 8: Niedowiary. Listonosz dzwoni tak rzadko

Rozdział 9: Praca niewolnicza (1). Galernicy biur i fabryk

Rozdział 10: Praca niewolnicza (2). Bajka o Królowej Nudzie

Rozdział 11: Le petit bistro (2). Obiad

Rozdział 12: Szczyt godzin. Perwersje automobilizmu

Rozdział 13: Pokolenie depresyjnego wyżu (4). Zasnąć!

Rozdział 14: Odwiedzanie chorych. Zapominanie starości

Rozdział 15: Le petit bistro (3). Kolacja

Rozdział 16: Pokolenie depresyjnego wyżu (5). Bilans dnia

Rozdział 17: Wstydliwy astronom. Mapa naszego nieba

Rozdział 18: Czytanie przed snem. Czytanie przez sen

Koniec: Noc i tak jest najdłuższa

Objaśnienia

Przypisy

Michał Tabaczyński, Pokolenie wyżu depresyjnego. Biografia, Kraków 2019

Copyright © by the Author, 2019

Copyright © for this edition by Korporacja Ha!art, 2019

Redaktor prowadzący Piotr Marecki

Redakcja Filip Fierek

Korekta i redakcja techniczna Emilia Walczak

Projekt okładki Michalina Mosurek

Na okładce wykorzystano obraz autorstwa Aleksandry Waliszewskiej.

Projekt typograficzny Marcin Hernas

Wydanie I

ISBN 978-83-65739-90-2

Korporacja Ha!art

ul. Konarskiego 35/8, 30-049 Kraków

tel. 698 656 756

korporacja@ha.art.pl www.ha.art.pl

Konwersja: eLitera s.c.

„Zwyczajny dzień zawiera w sobie

kompletną biografię epoki”.

(N.M.)

„Każda biografia jest powieścią,

którą nie śmie się nazwać”.

(R.B.)






.

Początek:

Dzień dłuższy od najdłuższego w roku

Wszystkie nieszczęśliwe pokolenia są do siebie podobne, każde szczęśliwe jest szczęśliwe na swój sposób? Biografia pokolenia? Raczej łże-biografia albo nawet łże-autobiografia napisana w perwersyjnej, bo roszczącej sobie prawa do wszystkiego, czego nie posiada, liczbie mnogiej, z której co jakiś czas wychyla się – na powierzchnię? żeby zaczerpnąć powietrza? – liczba pojedyncza, też posiadająca niewiele w istocie praw. Depresyjni jedynacy, nawet jeśli mamy pod ręką rodzeństwo, przyjaciół, znajomych albo nawet całe pokolenie, przeżywamy bez przerwy dzień dłuższy od najdłuższego dnia w roku.

Noc się kończy, można zaczynać.

Zaczyna się...

Rozdział 1:

Prześwit dnia. Narrator, który śpi

[500–630]

[1]

Drzwi są uchylone. Ta przez lata wyćwiczona odległość od framugi – nigdy przecież nieodmierzana, a najczęściej doskonale powtarzalna: trochę więcej niż dziesięć centymetrów, ale mniej niż centymetrów piętnaście, co sprawia, że drzwi są jednocześnie i otwarte, i zamknięte.

Szczelina jest zbyt mała, żeby je uważać za otwarte, ale przecież za duża, żeby twierdzić, że są zamknięte. Nasza skłonność do połowicznych, nieostatecznych, kompromisowych rozstrzygnięć w tym uchyleniu drzwi, w tym ich niedomknięciu znalazła swój symbol, swoje zwieńczenie, swój najdoskonalszy wzór.

O czym to – oprócz powyższego – świadczyło? O naszej skrywanej klaustrofobii? O zamiłowaniu do przejrzystości życia prywatnego i pogardzie dla intymności? Czyżbyśmy byli aż tak bezwstydni? Czyżbyśmy nie mieli zupełnie nic do ukrycia? A może to nawyk wyniesiony z dzieciństwa, kiedy przed snem prosiliśmy rodziców:

„Zostawcie chociaż szparkę”.

I w rozpaczliwym geście ostatniej szansy czepialiśmy się dnia, który tak niesprawiedliwie kończył się dla nas, a dla nich trwał w najlepsze, a nawet może – dopiero się zaczynał. Teraz znamy to sami, też zaczynamy dzień tak późno, też go próbujemy – mimo spóźnienia – jeszcze jakoś odzyskać, uratować.

Czepialiśmy się więc tego dnia czy wieczoru (w zależności od pory roku i humoru rodziców), od którego nas siłą i z niecierpliwością odganiano: „no, już, do spania... musisz wcześnie wstać... masz na rano...”. Nasze pokolenie wyżu chodziło zresztą rzeczywiście do szkoły „na rano” – na nieludzką zupełnie godzinę 710 (także – przez jakiś czas – w soboty).

I to przez te uchylone drzwi wchodzi dzień? Tak się zdarza. Zdarza się, że w tej szczelinie mignie postać dziecka, które nieśmiało zagląda do pokoju rodziców. Czyli do naszego pokoju; to jedna z tych prawd, w które trudno uwierzyć, nasza świadomość długo się broni przed uznaniem faktów. Więc to jest nasze (!) dziecko, które zagląda przez szczelinę w drzwiach do naszego (!) pokoju. Złe sny, jakiś hałas, chłód – jedna z tych małych katastrof, które wymagają naszego ratunku, naszej – o najzupełniej boskim charakterze – interwencji, przygania do nas nasze potomstwo.

Weszliśmy w fazę rodzicielstwa, stąd przedświt jest od jakiegoś czasu porą półsnu, w której nasłuchujemy odgłosów z dziecięcego pokoju – strachy o łóżeczkowej śmierci, jakimi karmiły nas poradniki doskonałego rodzicielstwa, zrobiły swoje: sen mamy płytki, czujny.

Ale przedświt przychodzi nie tylko na dziecięcych stópkach, których kroki tłumią kapcie w urocze królewny, fantastyczne zwierzęta, piratów, fikuśne samochody – do wyboru, co kto lubi.

Jest przecież ta druga szczelina – pomiędzy nie do końca zasuniętą roletą a ramą okna: zasłaniając wieczorem okna, przeoczamy to – dosłowne i przenośne – niedociągnięcie. Jest jeszcze przecież przedzierający się przez poranną ciszę stukot pociągów: jak to się dzieje, że słychać go z tak daleka? Jak to możliwe, że towarzyszy mu monotonny głos zapowiedzi przyjazdów, odjazdów, opóźnień, w których nie rozróżniamy co prawda słów, nazw stacji i godzin, ale które bezbłędnie rozpoznajemy? Jest jeszcze zgrzyt pierwszych ruszających z pętli tramwajów, które biorą ten ostry zakręt. Jest też tłukący się echem po bloku kaszel sąsiadki; tak, kaszel jest jak głos – może być męski i damski, ten jest bez wątpienia kobiecy. Jest wreszcie wędrujący przewodami wentylacyjnymi delikatny, gorzki goryczą taniego tytoniu zapach pierwszego papierosa, którego odpala, nie mogąc dospać rana, emeryt z parteru.

Dzień przychodzi powoli. Pewnie, że i tak za szybko, ale jednak powoli. My jeszcze śpimy, chociaż to dziwny letarg, kiedy już rwą się fabularnie efektowne zakończenia naszych snów, których nigdy nie odzyskamy.

 

To właśnie przedświt – ten prześwit dnia dłuższego od najdłuższego w roku: w tej niewielkiej szczelinie widać coś jakby obraz całego dnia. Jak w soczewce? Nie, raczej w krzywym lustrze, w wykoślawionej wersji, we fragmencie, w wielu fragmentach ukazuje nam mało reprezentatywny projekt nadchodzącego dnia, jego bieda-zapowiedź, prognozę jego pogody, która nigdy się nie sprawdza albo – co dużo gorsze – sprawdza się prawie. W mało ciekawym i irytująco zawężonym skrócie ten trailer naszego dnia, naszych wielu smutno powtarzalnych dni, prezentuje nam to, co potrafimy w tym dostrzec, co z tego umiemy odczytać.

[2]

Opowiedzieć bowiem z tej pory nie potrafimy chyba niczego. Przedświt jest wydziedziczony z historii, ten czas tuż przed przebudzeniem jest narracyjnie martwy. Narrator co prawda żyje, ale śpi. Nawet ten trzecioosobowy, wszechwiedzący nie ma za wiele pracy – próbować relacjonować to, co się ukazuje w tej skromnej szczelince, na dodatek w półmroku jest zajęciem samobójczym.

Literatura przedświtu jest stosunkowo uboga. Znamy, oczywiście, brawurowy wstęp do arcypowieści, który startuje od tej pojawiającej się i znikającej „smugi cienia” pod drzwiami. (Czy zgodnie z logiką porannego pobrzasku nie powinna to jednak być „smuga światła”? Raczej trzeba uznać, że Marcel Proust po prostu wiedział lepiej).

Ale jedna powieść, nawet ta powieść, nie załatwia jeszcze sprawy. Wiadomo, że jest jeszcze inna powiastka, zresztą wykwitająca z tego początku, która jeśli przyjąć, że zaczyna się wieczorem, kończy się świtem. Do Człowieka, który śpi może jeszcze kiedyś będzie okazja powrócić.

Na razie – „Narrator, który śpi”, ewentualnie: „Narrator, który powoli się budzi, wybudza z nocy”.

Zresztą może zbyt wiele wymagamy. Naczytaliśmy się klasyka i teraz żyjemy w przekonaniu, że nic mu nie dorównuje? Nasi pokoleniowi klasycy tą porą nie interesują się przesadnie intensywnie (jeśli przedświt, to tylko pora imprezowego zjazdu, pora przedwczesnego trzeźwienia). I nie ma się czemu dziwić – narracyjna mitręga ponad siły naszych klasyków nie obchodzi. Tym bardziej że nie ma powodu przypuszczać, żeby miała się ona jakoś szczególnie odpłacić.

Owszem, zdarzają się pisarze, którzy stanowią wyjątek. Owszem, wyjątki dowodzą, że w tej porze mogą tkwić złotonośne pokłady. Ale nie znaczy to wcale, że wysiłek się opłaci. Albo chociaż zwróci.

[3]

Wśród tych wyjątków znalazłoby się kilku smutasów z Północy; szkoda, że nigdy nie było na nich mody, mimo że ta lubiła fińską prozę, tamten przeczytał całe sześć tomów „norweskiego Prousta”, ci zaczytywali się skandynawskimi kryminałami, a tamci – kupowanymi w kioskach sagami o wikingach. Nie były to jednak odruchy masowe. Może i dobrze, może nie było warto powszechnie dobijać się tą ich niewywołującą raczej nieopanowanego rechotu prozą. Może kiedy pojawią się jakieś weselsze pokolenia, będzie im trochę łatwiej. Klasycy długiej skandynawskiej nocy sobie poczekają.

Jest wśród nich Tarjei Vesaas – pisarz nocy najgłębszej. Wystarczy zatrzymać się na tytułach (i takie odruchy czytelnicze w tych czasach trzeba doceniać) jego powieści wydanych po polsku: Wiosenna noc, Nocne czuwanie, Dom w ciemności. Ale i w innych książkach noc pełni rolę bynajmniej nie dekoracyjną – w takim choćby Pałacu lodowym, którego historia nie dość, że cała mieści się w zimowym krajobrazie, to jeszcze głęboka noc jest tam tłem najbardziej istotnych i dramatycznych zdarzeń. Jeśli ktoś jest tak konsekwentnym pisarzem nocy, to może się zdarzyć, że okaże się również pisarzem jej końcówki, pisarzem przedświtu, prawda? Wystarczy dobrze poszukać. I oto w Wiosennej nocy pojawia się taki – głęboko znaczący, nieprzypadkowy – fragmencik:

Pośród całkowitej ciszy jechali przed siebie, mijali domostwa. Dotychczas tylko ptaki były rozbudzone. Ludzie niedoświadczeni nieszczęściem jeszcze spali.

Albo jeszcze inny, z powieści Ptaki tym razem:

Hege jak zawsze wstała pierwsza. Mattis już nie spał, ale leżał nadal przeżywając od nowa swój sen. Słyszał, że Hege sprząta w swej izdebce, po chwili wyszła. Mattis prędko odwrócił się do ściany, udając, że śpi.

Przedświt – generalnie wydziedziczony z historii – ma, jak widać, kilka niezwykłych, miniaturowych jego realizacji. Obie powyższe mikronarracje są dość wstrząsające za sprawą z trudem tamowanej grozy, zwykłego, nieefektownego – niezamierzonego może nawet? – okrucieństwa. I jak wieczorem trzymaliśmy się dnia, tak tuż przed świtem trzymamy się nocy i snu; uciekając przed nieszczęściem, odwracamy się do ściany.

Mroźna, północna wyobraźnia Vesaasa nie ma dla nikogo litości. Nie ma w swoich – wcale przecież nie tak skąpych – zasobach żadnego pocieszenia. W tej pierwszej otwartej szczelinie dnia, w tym prześwicie widać już całą odpychającą szarość skandynawskiego dnia („skandynawski dzień” to nie jest tutaj pojęcie geograficzne w żadnym razie, to jest – mówiąc wprost – metafora do powszechnego stosowania).

Jest jeszcze inna proza tego autora, którą zostawić trzeba na koniec Vesaasowskiej antologii przedświtu. Kto ją raz przeczyta, ten raczej nigdy nie zapomni – rzadka zupełnie cecha literatury najdoskonalszej. Dla nas, na których rodzicielstwo spadło tak niespodziewanie (tym bardziej niespodziewanie, że dość późno i wedle ściśle realizowanego planu kariery, kredytów i tak dalej), ma to opowiadanie jeszcze wymiar edukacyjny, jest w wysokim stopniu instruktywne. Pokolenie, które dorastało w epoce rozkwitu poradników wszystkiego (sukces, związki, organizacja czasu, sen, jak skutecznie rozmawiać, jak dobrze żyć, jak się najeść za pięć złotych, jak skutecznie handlować w internecie), nie jest – a szkoda – przyzwyczajone do takiego korzystania z literatury.

Opowiadanie pochodzi z wyboru krótkich próz Vesaasa, który po polsku nosi odstraszająco wprost atrakcyjny tytuł Koń z Hogget. Sam ten kawałek zatytułowany jest już lepiej – Odwilż – ale i na tym tytule odciska swoje widome piętno skandynawski klimat. Rozpoczyna się rankiem: „Gunhild spała jeszcze spokojnie w łóżeczku. Ale był już ranek i ojciec stał nad nią, by ją zbudzić i uściskać przed wyjazdem. Miał dziś jechać do miasta”. Może nas zaskoczyć owo odwrócenie ról – to ojciec budzi córkę, co nam się praktycznie nie przytrafia, a co jest naszym skrytym marzeniem. Pokazuje też, że pojęcie przedświtu nie jest ściśle związane z czasem astronomicznym i porą dnia – każdy ma taki przedświt, jaki mu się należy. Gunhild ma właśnie taki.

Ten maleńki rodzinny dramat jest rozpisany na kilkoro bohaterów: ojca (o imieniu Per) i małą Gunhild, których już poznaliśmy, a oprócz tego są jeszcze matka (o imieniu Karen), gosposia Åse i kotka Trine. Kotka jest tu może najważniejsza, bo to jej stan nadaje całej akcji rytm i wytwarza napięcie oczekiwania – Trine bowiem spodziewa się młodych. A razem z nią spodziewa się ich cały dom, szczególnie zaś mała Gunhild Trine natomiast wykazuje całkowity spokój na tle tego ogarniętego niecierpliwością domu.

No dobrze, wyjątkiem jest matka, która wykazuje wśród tej gorączkowości oczekiwania daleko idącą wstrzemięźliwość. Matkę męczy myśl ważniejsza: otóż Gunhild jest córeczką tatusia, matkę zaś uważa za zawadę na drodze do pełnej beztroski. Matka jest bowiem po matczynemu zasadnicza, podczas gdy ojciec małą rozpieszcza:

[Karen] walczyła z czymś w myślach. Myślała i myślała. Ale powiedziała:

– Czy chcesz mieć Gunhild tylko dla siebie? Próbujesz na wszystkie sposoby.

– Znów to samo. Niech Gunhild trzyma się tego, kogo chce.

– Per, wiesz dobrze, jak ją kupujesz. Kupujesz i kupujesz.

– No, dobrze. Kupuję rzeczy. Ale chyba nie ma w tym nic złego.

– Robisz to w dziwny sposób, bo chcesz ją mieć dla siebie.

Czy każdy nie odbył kiedyś podobnej rozmowy? Albo chociaż przy niej nie asystował? Rozpieszczasz ją, ty jesteś od zabawy, a ja od samych obowiązków, znowu prezenty! Vesaas trafia tu w samo sedno, w ciemne jądro rodzinnego dramatu, który trwa stale, stale się powtarza – z drobnymi wariacjami. Jest tu, oczywiście, i pewien naddatek: „kupujesz i kupujesz”, mówi Karen, sugerując, że nie tylko w tej nierówności podarunków tkwi problem – kupujesz ją na różne sposoby, oskarża. Ta nierówność, zachwianie rodzinnej równowagi jest źródłem niepokoju. Jeżeli dzisiaj zachwycamy się skandynawską równością płci, tu znajdziemy jej źródła: krucha równowaga rodzicielskich ról jest tam ćwiczona od lat, jak widać.

Zapada noc po dniu, który niczego nie przyniósł, poza staraniami Gunhild o przyspieszenie akcji porodowej: a to ściskała brzuch Trine, a to zrzuciła donicę, żeby kotkę przestraszyć. Zapada więc noc i powoli, im dalej w noc, zbliżamy się do rozwiązania. A nawet, tak jest, dwóch rozwiązań. Trine się wreszcie okociła – na łóżku, w pościeli małej Gunhild, podczas jej snu. Matka z Åse idą do kuchni, żeby przygotować gorącą wodę i – jednocześnie – przygotować finał tej historii:

W kuchni krzątały się matka i Åse. Åse spoglądała od czasu do czasu na Karen.

– Czy woda jest ciepła? – zapytała matka.

– Tak, już jest gotowa. Ale, słuchaj, ktoś był w nocy w kuchni.

– Psst. Per przyjechał już dziś w nocy, był w kuchni i wziął sobie coś do jedzenia.

– Psst? – powtórzyła Åse pytającym tonem, ale matka przerwała jej.

Powiedziała jej, jak się sprawa miała:

– Tak. Gunhild dowie się dopiero jutro.

Åse zrozumiała, że coś się za tym kryło.

– Że też nie przybiegł, kiedy Gunhild wołała.

– Nie – odparła matka – dał mi szansę...

Oto zapowiadane drugie rozwiązanie, które przydarza się tej samej nocy, u jej końca. Wiadomo przecież, że nikt już w tym domu nie zaśnie. Na tym mniej więcej polega też urok tego czasu: jest jakaś szansa, że w tym prześwicie pokazuje się nam obraz, który jest tak niewyraźny, że aż nieostateczny. Jeżeli to prognoza pogody na ten dzień, to taka, która z niewiadomych powodów zamęcza nas szczegółami, którym przypisano żałośnie niskie prawdopodobieństwo.

Nic nie jest jeszcze pewne i istnieje szansa? Istnieje nieskończenie wiele szans, ale – niestety – nie dla nas? Czyżby tak to szło, czyżby ten złośliwie nieomylny klasyk i nasze nadzieje komentował bez żadnej ulgowej taryfy?

[4]

No dobrze, w niezbyt obfitej literaturze przedświtów, czasu tuż przed przebudzeniem, prześwitów dnia przydarzyło się jeszcze jedno arcydzieło. Tym razem jest to smutas z Południa, może na zasadzie wyjątku. Danilo Kiš w Encyklopedii umarłych zamieścił opowiadanie o trzech śpiących; właściwie o trzech śpiących i psie. Mogłoby to opowiadanie nosić tytuł „Trzej śpiący i pies”, ale na szczęście nosi inny: Legenda o śpiących.

Proza to osobliwa i czarująca swoją piękną i nienachalną stylizacją na język świętej księgi. Potrafimy, jak się zdaje, docenić w pełni ten urok my, chwilowo jedyne może takie pokolenie – powiedziałbym – religijnie indyferentne, a może nawet (wedle polskich, dość wyśrubowanych norm) żarliwie ateistyczne. Pewnie, że nie całe, ale jednak wyróżniające się na tle poprzednich i – co zauważamy ze zdziwieniem przemieszanym z dumą – kolejnych, które porwał już ten wezbrany konserwatywny nurt ulicznej mody patriotyczno-religijnej: Bóg, honor, ojczyzna, obrońcy chrześcijaństwa, Boża husaria, rycerze przedmurza.

Depresja i religia to puzzle z innych zupełnie układanek, co wcale nie znaczy, że brakuje takich, którzy próbują je na siłę wciskać, układając jeden, dziwaczny obrazek.

Potrafimy więc docenić te biblijne stylizacje bardziej, bo z większej odległości, z większej – można zaryzykować – obojętności.

O czym jest Legenda o śpiących? O tym majestatycznym języku, oczywiście. Jest o tym, co ten język za sobą niesie, czyli o złudnej obietnicy zbawienia. Oto jeden ze śpiących budzi się w ciele „zapieczętowanym ołowiem snu” w wilgotnej grocie, w której ową trójkę złożono. Budzi się, żeby przypomnieć sobie ostatnie chwile życia, żeby je sobie, mozolnie przedzierając się przez sen, zrekonstruować w niewyraźnej wizji, której statusu („Czy to także był sen?” – pyta samego siebie po wielokroć i nie potrafi tego rozstrzygnąć) nie umie ustalić. „Czy był to sen lunatyka, sen we śnie, bardziej przeto rzeczywisty niż prawdziwy sen, albowiem niepodobna go mierzyć siłą przytomności, niepodobna go mierzyć świadomym czuwaniem, jako że z tego snu człowiek ponownie do snu się budzi?”.

Nic się już do końca nie odmieni – ten jeden obudzony będzie, leżąc w ciemności groty, daremnie wytężał wzrok, żeby dojrzeć swoich towarzyszy, którzy być może przeżywają to samo – tego nie wiemy i się nie dowiemy. Będzie leżał w tej pułapce życia po śmierci, w tej matni zbawienia, w potrzasku zmartwychwstania.

 

Tak to czytam – jako opowiadanie grozy: co jeśli tak właśnie wygląda realizacja tej obietnicy, że ze snu śmierci budzimy się w kolejny sen, tylko jeszcze potworniejszy, bo wszystko, co śnimy, jest znów – jak to bezlitośnie opisuje Kiš – „grobowcem ciała i ciemnością duszy, królestwem mroku, zatęchłym pałacem z zielonej stęchlizny, która zakradła się do jego [tego śpiącego] serca i skóry, do szpiku kostnego i płynu mózgowego, daremnie przeto sprawdza, daremnie dotyka suchymi, strudzonymi palcami wilgotnych, lodowatych kamieni, daremnie rozwiera powieki, daremnie dotyka ich palcami, by sprawdzić, czy nie jest to, ach!, sen i urojenie, owa cisza przewiercana kapaniem niewidocznych kropel z niewidocznego stropu groty, ów mrok nagryzany ledwie słyszalnym szmerem; daremnie wytęża słuch, aby usłyszeć pieśń i lament piszczałek, usłyszeć pieśń także i teraz pamiętaną, zapamiętaną przez jego ciało”.

Daremnie – to jest refren przedświtu, tak jak jest nim to zawołanie: „Czy to także jest sen?”. To refreny tej piosenki, którą tak doskonale pamięta ciało na chwilę przed tym zmartwychwstaniem. Jedynym, w jakie da się uwierzyć: porannym.

[5]

Odmykamy więc nieśmiało powiekę. Czas powrócić do przerwanego lamentu: literatura przedświtu jest rzadka, jeszcze rzadsza jest optymistyczna literatura przedświtu. Odwilż Vesaasa w jakimś perwersyjnym trybie spełnia kryteria optymizmu, nawet jeżeli tylko umiarkowanego, kawałek Kiša – wręcz przeciwnie.

Pora wyjątkowych szans i regularnego, zwykłego bezruchu, rutyny – wczesne poranki poddane są rutynie w sposób szczególny. Tak zwany „skoro świt” – to pora bulgoczących ekspresów do kawy, szumiącej w kranach wody, szeleszczącego papieru śniadaniowego, szurania po schodach stóp tych nieszczęśników, którzy pracę zaczynają bladym świtem, o nieludzkich zupełnie porach. Szuranie, szelest, szum – problematyczne dźwiękowe tło poranków.

Ale ta przeurocza – mimo mroku – Vesaasowa bajka o dobrym (w miarę) zakończeniu uświadamia nam coś jeszcze, przynosi jeszcze jedną smutną prawdę: dla naszych dzieci nie miewamy przecież takich niespodzianek, co nasze szanse jeszcze umniejsza. Mamy dla nich tylko rutynę kolejnego dnia, którego nie odróżnią wkrótce od całej reszty dni. Mamy dla nich pośpiech, drogę do szkoły, przedszkola, może żłobka – do wyboru; mamy perspektywę świetlicy, obiadu w stołówce, a jeżeli się uda – zajęć dodatkowych. Układanka dnia, który ma się zacząć, składa się z nielicznych elementów, a i te są jak ze starej szkolnej wycinanki dla klas pierwszych: „na pierwszy miesiąc nauki w klasie I” – tak napisali na okładce.

WYCINANKA

Zadaniem tej wycinanki jest: po pierwsze, zaspokoić obecne w tym wieku naturalne zainteresowanie pismem, książką, czytaniem, pisaniem poprzez danie dziecku możności – naiwnego wprawdzie – lecz jednak doraźnego, bezpośredniego czytania całych wyrazów i tekstów zamieszczonych nad obrazkami, pod nimi oraz obok nich; po drugie, powiązać słowo pisane z przeżyciami dziecka oraz czynnością manipulowania, wykonywania zabawek, rozcinania i układania loteryjek i dobieranek obrazkowych; po trzecie wreszcie, przez wzrokowe wyodrębnienie niektórych części wyrazów przysposobić dzieci do słuchowej i bardziej szczegółowej analizy w późniejszej nauce elementarza.


Dziecko szuka tu bowiem poznanego właśnie wyrazu, a odpoznawszy – odwzorowuje, czyli: odtwarza jego kształt czy to z wałeczków plasteliny, czy to za pomocą przezroczystego papieru lub też odręcznie. Loteryjki czy układanki wyzyska dziecko, odcinając wyrazy i obrazki, a także dobierając je parami lub układając z nich zdania, historie, dialogi, całe opowieści, które rozrosną się w narracje, powieści, epopeje, bowiem raz puszczona w ruch machina słów nie może się zatrzymać, raz wykiełkowawszy z tych kilku części wyrazów, ubogich brzmieniowo i znaczeniowo sylab, będzie się rozrastać w nieskończoność, oplatać wszystkich i wszystko jak jakieś baśniowe drzewo.

[6]

Kierowani rodzicielskim instynktem zainteresowaliśmy się literaturą naszych dzieci, a może nawet – literaturą dla dzieci po prostu. Naiwnie sądzimy bowiem, że przypomnimy sobie smak własnego dzieciństwa. Czy tam – myślę tu o książkach dla dzieci, a nie o własnym dziecięctwie – pojawiają się jakieś blade świty? Czy zdarza się, że jakiś litościwy pisarz zajmuje się tą nieludzką, bo na wskroś dziecięcą porą?

Świt jest przecież dzieciństwem dnia, musi i nasze dzieci ktoś w tę porę literacko wprowadzać. Inaczej nie pozostanie nam nic innego jak głośna lektura Vesaasa przed snem.

„A poczytasz mi, mamo, tato, poczytasz? Rodzice, poczytacie mi trochę? Przecież cała Polska czyta dzieciom”.

„No dobrze, ale co?”

Vesaasa? Ostatecznie przecież kochamy dzieci i nadal wierzymy, że rodzicielską misją jest zaszczepienie w nich upodobania do literatury (więc może jednak nie Vesaasa, co?).

Na przekór wszystkiemu jeszcze wierzymy, że powinniśmy im czytać, że warto. To ostatnia dewocja, która nam pozostała, heroiczna religia, pełna zwątpień i beznadziei, może najbardziej wymagający kult. Z okrutnym i niesprawiedliwym bogiem czarnych literek na białym tle, z aniołami o twarzach krytyków literackich, z anielicami o zachrypniętych, zakurzonych głosach bibliotekarek osiedlowych filii na ostatniej prostej do emerytury. Niebo wyobrażone na wzór szkolnej czytelni, piekło przypominające skup makulatury. Albo na odwrót. Nikt tego nie wie, bo teologowie tej religii są jeszcze bardziej niż w przypadku innych wyznań podzieleni, skłóceni – rój heretyków pozbawionych organizującej wszystko prawowiernej doktryny, synod zbuntowanych biskupów bez papieża, z których każdy dla siebie stanowi jednoosobowy oddział Świętej Inkwizycji.

Naturalny odruch kieruje od razu ku północnym, skandynawskim smutasom, a właściwie: smutaskom – nie, to nie jest zdrobnienie, to femininum, bo z własnego dzieciństwa pamiętamy te brawurowe klasyczki dziecięcej literatury. Bierzemy się najpierw za to, co znamy, w cielęcym przekonaniu, że nasze dzieci będą się wychowywać na tych samych klasykach, przy których my wzruszaliśmy się te trzy, cztery dekady temu. Już same nazwiska brzmią rzewną melodią: Tove Jansson, Astrid Lindgren. Ale przecież za nimi idą już inne, nowe (no, przynajmniej nowsze): Gunilla Bergström, Åsa Lind, Pija Lindenbaum. Weszły do naszych codziennych lektur, czytamy je częściej niż naszych klasyków – nasze własne, dorosłe zupełnie nowości piętrzą się i kurzą obok łóżka nietknięte, ale Nusia i Albert towarzyszą nam codziennie, bo są – w przeciwieństwie do lektur z działów „humanistyka” i „powieść współczesna” – lekturą obowiązkową każdego dnia. Codzienny obrządek naszego kultu. Och, depresyjna i samotna Nusia, wzorowy prokrastynator Albert – nowi bohaterowie pokolenia depresyjnego wyżu. Odziedziczeni – co za paradoks! – po własnych dzieciach.

Poszukiwania zaczynają się całkiem dobrze. Oto książka dla dzieci i nie-dla-dzieci jednocześnie: Lato Tove Jansson. Otwieramy i czujemy, że Tove może być pisarką bladego świtu, wczesnych przebudzeń, niedosypiania: „Był wczesny, bardzo ciepły poranek lipcowy, w nocy padał deszcz” – oto początek opowieści. I tak nie jest źle – jakoś się to mieści w nadziei oswajania dnia; takie obietnice nam dawajcie, myślimy z ufnością i bierzemy następne klasyczki.

Astrid Lindgren? Może być; ale nie Dzieci z Bullerbyn, chociaż jak przez mgłę rysują się jakieś obrazy nocowania w stogu siana – była noc, więc może być po niej poranek. Ale może jej opowiadania? Południowa Łąka? Ten refreniczny początek wszystkich próz tomu: „Dawno, dawno temu, w czasach wielkiej biedy...”, nie wzbudza podejrzeń, chociaż pewnie powinien. W czasach wielkiej biedy przedświt jest ciężki: „Raniutko Mattis i Anna wzięli się za ręce i ruszyli do szkoły”. Szkoła, która miała być chwilowym wybawieniem od udręki pracy, nie spełnia pokładanych w niej nadziei. Szarość jest najważniejszym kolorem tego świata – nauczyciel jest złośliwym sadystą, a szkoła jest szara. Szara jak norniki.

Norniki? Tak, to jest centralna metafora tego świata, który zbudowany jest z szarości. I dzieci przypominają norniki: biegają jak norniki, jedzą jak norniki i w ogóle – jak zostało napisane – „żyją życiem norników”. Czas największej grozy rodzeństwo (Mattis i Anna – sieroce rodzeństwo przygarnięte przez innego sadystę) spędza w tytułowej Południowej Łące (to nazwa wsi czy przysiółka, a nie polany, stąd ten przyimek), wymyślonej krainie, która w końcu stanie się ich grobem; bo śmierć czai się w tej powiastce stale, ale pewnie ze względu na jej norniczy kolor widać ją niewyraźnie. Ta historia to jakiś wariant przygód Kaja i Gerdy, tyle że bez happy endu. Dzieci wchodzą do swojej imaginatywnej krainy, w której jest ciepło i jest co jeść, po czym zatrzaskują za sobą furtkę.

Czytając tę bajeczkę dzieciom na dobranoc, może warto im oszczędzić interpretacji, ale siebie raczej oszukać trudno. Norniki żyją dość krótko: w sprzyjających warunkach przeżywają nieco ponad rok, dlatego też ze wszystkich ssaków najszybciej osiągają dojrzałość płciową. Metafora jest bezlitosna. Ilu z nas żyje życiem norników?

Osobliwe są skandynawskie pocieszenia. I ten szczególny zestaw zwierząt, ten dziwny świat na pograniczu ludzkiego i zwierzęcego. Ci miniaturowi ludzie (powiedzieć, że są to postacie antropomorficzne, to zdecydowanie za mało) prowadzą dziwną ludzko-zwierzęcą egzystencję: mówią, ale jakim językiem, skoro rozmawiają ze zwierzętami; wyglądają jak ludzie, ale w innej zupełnie skali. Trudno się zdecydować: prawie ludzie czy o wiele więcej niż ludzie?

Ta nieustanna migracja ze świata zwierząt do świata ludzi albo w drugą stronę – granica jest zupełnie przepuszczalna, otwarta na oścież jak w strefie Schengen, żadnych kontroli granicznych, żadnych stanic, żadnej służby celnej: panuje tutaj nieustanny ruch. Trzeba być na to wyczulonym, bo bladym świtem każdy przeżywa coś podobnego – ta poranna szczelina jest przejściem granicznym do ludzkiego świata. Czy sen jest światem zupełnie zwierzęcym, tego nie trzeba koniecznie rozstrzygać; zależy, co się komu śni. Ale zdarza się przecież, że budzimy się do życia życiem norników. I co wtedy?

W serii książek o Piaskowym Wilku i Karusi Åsy Lind to wilk – wymyślony przyjaciel dziewczynki – usadowił się na dziwnej, potrójnej granicy światów: ludzkiego, bo mówi; zwierzęcego, bo to jednak wilk; nieożywionego, bo przecież jednak jest piaskowy.