Niepowtarzalny urok likwidacji

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Małe czy duże miseczki

– Nasze tulipany trzymają poziom. – Agata wyjaśnia, dlaczego przyjeżdżają po nie handlarze z bazarów nad Odrą i Nysą. Biusto­nosze kupują tam Niemki.

Rosjanki, w przeciwieństwie do Niemek, same jadą na zakupy w głąb Polski – na bazary pod Łodzią lub na Stadion Dziesięcio­lecia w Warszawie. Rosjanki wolą proste, niewyrafinowane biusto­nosze. Przede wszystkim liczy się niska cena.

– Zdarzało się, że w Głuchowie (rynek, na którym handel zaczyna się o północy) wciskano im po ciemku staniki z firanki podszyte tasiemką. Brali, bo kosztowały trzy złote osiemdziesiąt groszy – mówi mąż Agaty.

Inne są też rozmiary dla klientek z Zachodu, a inne dla tych ze Wschodu. Niemki potrzebują staników z małymi miseczkami, ale o dużym obwodzie klatki piersiowej, Rosjanki – dokładnie na odwrót: duże miseczki i stosunkowo niewielki obwód.

Czy komunistka nosi biustonosze?

Biustonosze tulipany Agata szyje razem z teściową. Obie założyły szwalnię w Głownie.

Głowno to polska stolica biustonoszy. Leży, podobnie jak Tuszyn, niedaleko Łodzi. W kilkunastotysięcznym miasteczku biustonosze produkuje sto dwadzieścia szwalni. Szyją je szwaczki, które kiedyś pracowały w spółdzielni gorseciarskiej imienia Włady Bytomskiej, przedwojennej komunistki z Łodzi.

Na początku lat osiemdziesiątych spółdzielnia zatrudniała tysiąc osób. Po roku 1990 pozostało trzysta sześćdziesiąt. Spółdzielnia zrezygnowała też z patronki i nazwała się po prostu Głowno.

– Bytomska nie była zgodna z wymogami naszych wyrobów – tłumaczy główna księgowa Elżbieta Bubel.

Nikt tu nie ma pojęcia, dlaczego w roku 1949 spółdzielni nadano imię Włady Bytomskiej, która zmarła przed wojną. Elżbieta Bubel nawet nie wie, czy komunistka nosiła biustonosze.

Szwaczką w spółdzielni była teściowa Agaty. Szła właśnie na emeryturę, gdy Agata wzięła się do handlu. Teściowa zaczęła więc sama szyć biustonosze. Potem obie zatrudniły dwadzieścia kobiet.

Elżbieta Bubel, główna księgowa ze spółdzielni Głowno (dawniej imienia Włady Bytomskiej), narzeka, że zwolnione szwaczki są dla jej firmy konkurencją.

– Ale one nie zrobią takich staników jak nasze. My szyjemy finezyjną klasykę dla niemieckiego Triumpha. Takie staniki, że oko leci – mówi.

Czerwone i czarne w „Złotej Alei”

Znajomy hurtownik ma stragan na Stadionie ­Dziesięciolecia w Warszawie. Rozkłada staniki na łóżku w „Złotej Alei” od ­ronda Waszyngtona. Białe, czarne i czerwone. Wszystkie z Głowna.

W „Złotej Alei” mają budy stadionowe rekiny. To tu zbiegają się alejki i tędy przechodzi najwięcej klientów. Za odstąpienie straganu płaci się pięćset–siedemset milionów starych złotych.

– Tu kupują Moskwa i Leningrad. Szukają dobrze uszytych polskich staników z metką po angielsku. U siebie sprzedają je jako włoskie – mówi znajomy. Tutaj też zaopatrują się handlarze znad zachodniej granicy.

Najtańszy towar, w bazarowym slangu „badziewie”, można znaleźć na pobliskich błoniach. Kupują tam Litwa i Białoruś – mniej zasobni klienci niż Rosja.

– Targują się o każdy grosz. To oni coraz częściej jadą do Tuszyna pod Łodzią, by kupić jak najtaniej. Warszawa to nadal pośrednik, a tam są producenci – tłumaczy mój znajomy.

Bazar na Stadionie Dziesięciolecia wymyślił Bogdan Tomaszewski (nie mylić ze znanym sprawozdawcą sportowym Bohdanem). W roku 1988 zgłosił się do Centralnego Ośrodka Sportu i powiedział, że chce wydzierżawić stadion. Firma Tomaszewskiego Damis dostała go w dzierżawę do roku 2000.

– Śmiali się ze mnie: „Pałac Kultury i Nauki kupił” – wspomina Tomaszewski. Ale w roku 1991 nikt już się nie śmiał, bo otworzyła się wschodnia granica i na zakupy na stadion runęły tłumy turystów zza Buga. I tak do dziś – codziennie dziesiątki autokarów z byłego ZSRR.

– Miał nosa. Zrobił ze stadionu gigantyczną hurtownię – mówi o Tomaszewskim mój znajomy.

Kiedy ukrywają, a kiedy pokazują

Sezon na biustonosze zaczyna się wiosną, a kończy po wakacjach.

– Stanik na zimę może być byle jaki. Kobieta ukrywa go pod swetrem. Wiosną kupuje nowy. Taki, by mogła go pokazać pod prześwitującą bluzką – wyjaśnia Agata.

Na bazarze każdy towar ma swój sezon. Dla wszystkich martwy okres trwa od stycznia do marca. Duże obroty są latem.

– To był nieszczęśliwy rok dla stadionu. Najpierw zima do kwietnia, potem deszczowe lato. Ludzie zostali z niesprzedanym towarem – narzeka Bogdan Tomaszewski. – Rosjan też mniej przyjechało, bo z powodu wyborów prezydenckich wiosną Rosja uszczelniła granice i zamknęła własne bazary.

Sezonowa jest też bazarowa moda. Na przykład parę lat temu hurtownicy-importerzy wprowadzili modę wśród kobiet na indyjską odzież.

Ale bazarowy import jest coraz mniejszy, bo skończyły się wycieczki handlowe do Turcji i Chin.

– Wyparli nas Rosjanie – tłumaczy mi znajomy hurtownik. – Z Polaków utrzymali się tylko ci, którzy mają po dwieście–trzysta tysięcy dolarów i z walizek przerzucili się na kontenery.

Zresztą na bazarach utarło się: „polskie znaczy lepsze”. Importuje się za to tkaniny i dodatki krawieckie do wyrobu odzieży. Są tańsze niż z krajowych fabryk włókienniczych – na ogół ciągle państwowych. Agata pokazuje na biustonosze.

– Koronka z Włoch, czeskie tasiemki i guma, zapinki, nie pamiętam, z Turcji czy Tajlandii…

Koronkowa zemsta

Stanisław Osowski, dyrektor wydziału handlu i usług gminy Warszawa-Centrum, nie handlował biustonoszami. Zanim został dyrektorem, sprzedawał buty na Stadionie Dziesięciolecia. Dziś chce zlikwidować bazar na stadionie.

– Mści się na nas, bo nie udało mu się dorobić – mówią hand­larze.

– Stałem na koronie. Nie dorobiłem się, bo chciałem być uczciwy. Nie sprzedawałem jak inni taniej tandety z importu – odpowiada Osowski.

Dyrektor uważa, że bazar trzeba usunąć z Warszawy albo przynajmniej przenieść poza centrum miasta. Proponował Modlin, ale nie zgodził się wojewoda. Ostatnio Osowski znalazł puste siedemdziesiąt hektarów za Dworcem Wschodnim na Pradze-Południe – okolica nazywa się Kozia Górka.

– Małe jest wielkie – mówi z dumą Bogdan Tomaszewski o ośmiu tysiącach straganów na Stadionie Dziesięciolecia i w jego najbliższej okolicy. Snuje wizje przebudowy stadionu w roku 2001. Chciałby go pokryć dachem i przerobić na gigantyczną halę targową.

– To wielka szansa dla Warszawy. Stadion połączy Wschód z Zachodem. Każda stolica w Europie chciałaby mieć coś takiego – mówi Tomaszewski. Na razie bazarowi nadał nazwę Jarmark Europa. – Nie mamy się czego wstydzić. Na jednodniowe zakupy cudzoziemcy przyjeżdżają nie tylko do Warszawy, ale także do Paryża i Rzymu.

Tomaszewski zaczynał od sklepu elektronicznego w Warszawie. Dziś jego firma Damis to holding, który administruje bazarem na stadionie, produkuje radioodtwarzacze samochodowe i składa ukraińskie tavrie w Łodzi.

– Pomysł pana Tomaszewskiego, by stadion pokryć kopułą albo czymś w tym rodzaju, jest ciekawy – zastanawia się Osowski.

Zajrzą nawet pod bieliznę

– Po co ja z tobą rozmawiam? W gazetach za dużo pisze się o nas – utyskuje znajomy hurtownik ze stadionu. – Po każdym artykule przyjeżdżają na bazar dwa, trzy autokary kontrolerów z urzędu skarbowego. Chcą tępić szarą strefę. Oglądają nawet metki biustonoszy.

Hurtownik opowiada o dantejskich scenach. Handlarze, którzy prowadzą nigdzie nierejestrowane firmy – „krzaki” – porzucają towary i uciekają przez wszystkie bramy.

– Taka szara strefa jest wręcz konieczna, by sprawnie działał nasz system rynkowy – mówi doktor Jan Macieja z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, który od samego początku śledzi rozwój bazaru na Stadionie Dziesięciolecia.

– Stadion to wylęgarnia przedsiębiorców. Prawdziwy inkubator, walka jest tam ostra. Wychodzą z niej zwycięsko orły i sokoły, które żywią się padliną. To nie są utuczone dotacjami indyki. Ci właśnie przedsiębiorcy przyczyniają się do sukcesu polskiej gospodarki – mówi doktor Macieja.

– Oni pracują ciężej niż górnicy. Wstają o trzeciej rano i jadą na bazar, po południu szukają towaru po całej Polsce albo sami go szyją. Czy w kopalni ktoś pracuje po osiemnaście godzin? – wtóruje Tomaszewski.

Dlaczego bazary w Polsce rozwinęły się na tak gigantyczną skalę? Doktor Macieja uważa, że powodem jest to, co dotąd nam doskwierało, a po roku 1989 obróciło się na naszą korzyść: położenie geograficzne między Rosją a Niemcami oraz ciągły brak towarów w sklepach w latach osiemdziesiątych.

– Wtedy ludzie nauczyli się przedsiębiorczości. Aby zdobyć towar, jeździli najpierw do NRD, potem do Turcji i Włoch. Te umiejętności handlowe teraz się przydają – mówi Macieja.

Majteczki w kropeczki…

Środa, kwadrans przed osiemnastą, Łęknica nad Nysą (województwo zielonogórskie). Na „Manhattanie”, największym bazarze zachodniej Polski, większość bud jest zamknięta. Ruch tylko przy „Marszałkowskiej”, głównej ulicy bazaru.

Na przystanku PKS pani Teresa od bluzek i biustonoszy. Obok dwaj szwagrowie ze składanym wózkiem do wożenia walizek – Witek z Rzeszowskiego (sześćdziesiąt milionów starych złotych w skórzanym woreczku na szyi) i Edek z Tarnobrzega (czterdzieści milionów na dżins). Autobus do stolicy się spóźnia. Specjalny pekaes co środa jedzie na Stadion Dziesięciolecia. W każdy wtorek taki sam kurs do Tuszyna. I tak od półtora roku.

Pani Teresa jeździ do Warszawy, bo tam oprócz biustonoszy kupuje indyjskie bluzki. Z Łęknicy na stadion jest pięćset sześćdziesiąt osiem kilometrów. Niebieski autosan PKS mieści czterdzieści osób, ale na tej linii każdy pasażer ma dwa miejsca – dla siebie i na torby z towarem, wszystko w cenie biletu – czterdzieści złotych w jedną stronę.

 

Wsiadają: pani Teresa, szwagrowie Witek i Edek, dwie hand­larki z Żagania, pielęgniarka z Żar, która ma „budę na Łęknicy”, fryzjerka z „Manhattanu”, sprzedawca sztucznych kwiatów, Józek, Jurek i Kaziu z pół litrem oraz jeden Bułgar.

Za kierownicą Mirosław Pazera, obok zmiennik z żoną i kierownik miejscowego PKS z córką. Atmosfera rodzinna. Józek z Jurkiem:

– Panie kierowco, na stadion! Gaz do dechy!

Z autobusowego radia swojskie disco polo: „Majteczki w kropeczki, o ho, ho, ho, staniczek, guziczek, o ho, ho, ho”. (Potem jeszcze ze dwadzieścia razy).

Rękę za stanik

Podróż trwa dziewięć godzin. Na moście Poniatowskiego jesteś­my piętnaście po czwartej. Korona stadionu ginie w mroku, ale pierwsi handlarze już rozbijają stragany. Autosan parkuje przy Zielenieckiej – krok od „Złotej Alei”. Nie trzeba daleko dźwigać towaru.

Kwadrans na papierosa i siusiu w parku Skaryszewskim po drugiej stronie ulicy. Pierwsi znikają szwagrowie Witek i Edek z wózkiem. Pani Teresa czeka, aż się rozwidni, po ciemku niebezpiecznie. Zdarzają się napady. Można stracić cały majątek.

– Podchodzi taki i wsadza rękę za stanik. Wiadomo, tam trzyma się pieniądze. Żaden handlarz nie obroni, bo każdy boi się o stragan – opowiada Teresa.

Kilka minut po piątej szwagrowie wracają z dwiema torbami dżinsowych spodni, ładują do bagażnika i pędzą po następne. Za szwagrami handlarki z Żagania ciągną worki z chińskimi koszulkami. Kupiły od Koreańczyków.

O siódmej wszystkie bagażniki są pełne. Zaczyna się upychanie między siedzeniami. Torby i kartony piętrzą się po sufit. Potem przy hamowaniu polecą halki i staniki.

O dziesiątej koniec zakupów, odjazd o jedenastej. Tylko sprzedawca sztucznych kwiatów wraca z pustymi rękami.

– Gdzie oni to dostali? – mówi poirytowany. W zeszłym roku na Wszystkich Świętych konkurencja zarzuciła Łęknicę sztucznymi chryzantemami, wiązanka po dziewięć złotych pięćdziesiąt groszy. A on w hurcie kupił je po dziewięć złotych: – Niżej niż jedenaście złotych nie mogłem zejść. Sprzedałem dopiero, gdy konkurencji zabrakło. Jak w tym roku nie znajdę tanich, to mnie wykończą! – lamentuje.

Do rozbierania, a nie noszenia

Niebieski autosan Pazery wrócił z Warszawy w czwartek przed godziną dwudziestą trzecią. W piątek rano na straganie u szwagrów, sto metrów od granicznej Nysy, „bludżinsy” kupione na stadionie za dwadzieścia cztery złote kosztowały dwadzieścia pięć marek (pięćdziesiąt złotych). Pani Teresa wyceniła biustonosze tulipany zdobyte w Warszawie za sześć złotych na dziesięć marek (ponad osiemnaście złotych).

Łęknica ma dwa i pół tysiąca mieszkańców i pięć tysięcy straganów na „Manhattanie”. Handluje tam cała Polska – górale, poznaniacy, łodzianie, warszawiacy.

Pani Teresa pracowała niedaleko – w Głogowie. Niska, postawna, na blond tlenione włosy. Była socjalną w zakładzie państwowym. Przekroczyła czterdziestkę, gdy cztery lata temu trzeba było odejść.

– Na bazarze zaczęłam życie od nowa – mówi. Biustonoszy tulipanów, które sprzedaje Niemkom, na co dzień nie nosi. Czasem tylko je zakłada. – One nie są do chodzenia, ale do rozbierania. – Czerwieni się lekko.

Szwagrowie Witek z Rzeszowskiego i Edek z Tarnobrzega zaczynali od wikliny. Wozili ją spod Rzeszowa.

– U nas wiklina tania. Po zjednoczeniu Niemiec ludzie ładowali ją na stara i sprzedawali w Łęknicy w jeden dzień – opowiadają. Teraz wiklina idzie słabiej, więc szwagrowie przerzucili się na dżins.

Pani Teresa stoi koło granicznego mostu. Ziemia w Łęknicy jest tam najdroższa. Za odstąpienie straganu kupcy żądają nawet osiemdziesięciu tysięcy marek (prawie półtora miliarda starych złotych)!

Nikt już nie pamięta, że cztery lata temu granica bazaru kończyła się pięćdziesiąt metrów przed mostem. Ludzie tu walczyli o każdy skrawek, by być bliżej barierki. W nocy stawiali budy, w dzień im rozbierali.

Jeden handlarz chciał się spalić. Spawał całą noc budę przy moście. Rano przyjechała policja i kazała mu się wynosić. Ten chwycił za kanister i oblał się benzyną. Policjant wytrącił mu z ręki zapalniczkę. Budę usunęli, ale miejsce zostało zdobyte przez następnych.

Kino wśród biustonoszy

W Łęknicy były modne w tym roku biustonosze typu łączka – białe w kolorowe kwiatki. Teresa dobrze na nich zarobiła. – Bazar też powstał na łące – żartuje Teresa. – To było bagno, teren zalewowy Nysy.

Łąkę nad Nysą uporządkował Zdzisław Chomont. Od pięciu lat ajent targowiska. Szpakowate, falowane włosy. Na karku sześćdziesiątka i złoty łańcuch. Dwie złote bransolety i dwa złote sygnety.

Chomont ma uśmiech gwiazdora filmowego z lat pięćdziesiątych. Zostało mu to po kinie Luna w Żarach, w którym pracował od dziecka. Kino poszło do remontu, a Chomont wziął się do handlu.

– Żona mi suszyła głowę, że topię pieniądze w błocie. W nocy ciągnik chodził na wolnych obrotach i oświetlał teren, a wywrotki woziły na okrągło gruz i żużel – opowiada.

Jedni Chomonta nienawidzą, drudzy go uwielbiają. Kiedy brał bazar, kupcy nie chcieli płacić za dzierżawę straganów. Inkasent chodził w asyście policjanta. A Chomont sobie poradził: kogo trzeba postraszył, innemu obiecał.

Pytany o historię łęknickiego „Manhattanu” Chomont pokazuje serdeczny palec urwany do połowy:

– Rusek mi go odstrzelił. Kiedyś idzie Polak, cała gęba we krwi. Mówi, że to Rosjanie. Więc my do tych Rusków. Ale jeden wyciąga pistolet. Ja go cap za spluwę, a zębami za nos. Strzelił mi w palec, a ja mu kawał nosa odgryzłem. Jak wychodziłem ze szpitala, szef mafii stał na schodach. Przyszedł się dogadać.

Chomont włada nawet bazarowymi szaletami, które dzierżawi od miasta. Jesienią jego władzę uszczupliła jakaś łękniczanka, która wygrała przetarg na dzierżawę nowego szaletu. Przelicytowała rodzinę Chomonta, dając cztery tysiące złotych miesięcznie.

Apetyt na misia i frędzelki

Mój znajomy ze Stadionu Dziesięciolecia uważa, że Niemcy w porównaniu z Rosjanami to dziwni klienci. Kiedyś przyjechał do niego handlarz z Łęknicy nad Nysą, który szukał biustonoszy typu bardotka. To taki stanik, jaki nosiła Brigitte Bardot. Z usztywnieniem podtrzymującym piersi.

Usztywnienie nazywa się fiszbiny – od płytek z podniebienia wieloryba do odcedzania pożywienia. Od XVI wieku usztywniano nimi kobiece czepce, a potem gorsety. Dziś po wielorybie została tylko nazwa: fiszbiny. Handlarz żądał, by taki stanik z usztywnieniem koniecznie był obszyty sztucznym misiem i frędzelkami. Twierdził, że takie lubią Niemki.

– Panie, czego oni nie kupią! – Handlarze z Łęknicy wzruszają ramionami. Codziennie przyjeżdża tam czterdzieści tysięcy Niemców. Kupują krasnale, ciuchy, jedzenie, lampy, kolorowe kieliszki i wypchanego jastrzębia – za sto pięćdziesiąt marek razem z czarnym workiem, „żeby celnikowi ptak nie rzucał się w oczy”. Drewniane półeczki do ustawienia kolorowych kieliszków i benzynę (sześćdziesiąt tysięcy litrów na dobę). Stary koło­wrotek za osiemdziesiąt marek i żelazko na węgiel za trzydzieści pięć marek. Ryj dzika dużego – dwieście pięćdziesiąt marek, małego – sto. Sarnę z szyją – sześćdziesiąt pięć marek, bez szyi – trzydzieści pięć. Landszafty, kasety, kompakty i papierosy – dziennie dwa tiry.

Kiedyś na Łęknicy świat się kończył. W latach pięćdziesiątych miasto nazywało się Łuknica, a na wykazach PKP jeszcze za Gierka – Mużaków Wschodni. Potem do enerdowskiego Bad Muskau – rzut kamieniem przez Nysę – łękniczanie chodzili po kawę. Teraz „Polenmarkt” w Łęknicy znany jest w całych Niemczech. Biura podróży proponują jednodniowe wyprawy auto­karowe: „Z nami obkupisz się na polskim targu za półdarmo”.

Stanik nie dla Bułgara

Biustonoszami na ogół nie handlują Bułgarzy. Niemcy zza Nysy żartują, że w Łęknicy jak w Złotych Piaskach – tylu Bułgarów dookoła. Urzędnicy z magistratu szacują, że jest ich dwustu pięćdziesięciu–trzystu. Ludzie na rynku mówią, że trzy razy więcej.

– Psują interes – skarżą się nasi handlarze. – Trzydzieści metrów biegną za Niemcem, żeby wcisnąć towar. Mają swoje sztuczki. Pokazują kurtkę i wołają: dziesięć marek. Niemiec ucieszony bierze kurtkę i wyjmuje dziesięć marek. Wtedy Bułgar w krzyk, że Niemiec chce go oszukać, bo przecież kurtka kosztuje sto dziesięć marek. Zmieszany Niemiec płaci i ucieka.

Naprzeciwko zakładu fryzjerskiego Wiesławy Klimas (strzyżenie męskie sześć marek, za Nysą – trzydzieści osiem; trwała dwadzieścia pięć marek, za Nysą – sto dwadzieścia) ma budę Bułgar. Pojawia się pod wieczór z czarną teczką. Wynajął budę od Polaka za pięćset marek miesięcznie i odnajmuje ją trzem rodakom po trzydzieści marek dziennie. Klimasowa obliczyła, że miesięcznie tylko na tym straganie zarabia czterysta marek.

Młody Bułgar Ibram, zanim przyjechał do Polski, pracował w stoczni i śpiewał na weselach. Kiedy przed czterema laty pierwszy raz znalazł się w Łęknicy, nie znał ani słowa po polsku i niemiecku. Teraz nieźle mówi w obu językach.

Ibram, jak większość Bułgarów w Łęknicy, wynajmuje kwaterę. Płacą z żoną sześć marek za dobę. Po towar jadą do Łodzi albo do Warszawy na Stadion Dziesięciolecia. Po trzech miesiącach powinni wyjechać, bo kończą im się wizy, wtedy jeden z grupy bierze wszystkie paszporty, jedzie na czeską granicę i wraca z pieczątkami wyjazdu i wjazdu.

Żeby zalegalizować handel, Bułgarzy zakładają spółki z Polakami – sześćdziesięciu Bułgarów, jeden Polak. Od 1992 roku tylko w Zielonogórskiem powstało osiemdziesiąt bułgarskich spółek. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy do rejestru sądowego wpisano dwadzieścia nowych, między innymi Koko Dżambo sp. z o.o., Ogniana Valtcheva Ivanova, Bałykow sp. z o.o. Działalność zwykle taka sama: handel, gastronomia, turystyka, transport, a nawet hotelarstwo.

Ucieczka do sex-shopu?

Agata zastanawia się, jaki wymyślić kolejny biustonosz.

– Są tacy, którzy się nie wysilają. Trzaskają zwykłe klasyczne staniki. W Niemczech zawsze jest na nie popyt – mówi. Taki klasyczny biustonosz, w żargonie gorseciarskim typ wiedeński, wymyślono jeszcze w XIX wieku.

– Ale na rynku robi się ciasno. Zaczyna się ostra walka o klienta. Będzie coraz ciężej. Wytrzymają tylko najsilniejsi, którzy ciągle idą do przodu – przewiduje Agata.

Może spróbuje wejść do sex-shopów z próbną partią kompletów – prześwitujący stanik z samej koronki i majtki ze sznurkiem między pośladkami. Zastanawia się też nad satynowym body, czyli stanik i majtki w jednym kawałku.

Pani Teresa z Łęknicy też narzeka. Ruch coraz mniejszy, a zysk gorszy. Na początku Niemki brały wszystko. Przebitka sięgała stu i dwustu procent. Teraz za tyle samo marek kupią o połowę mniej biustonoszy niż trzy lata temu.