Tak to się robi w polityce

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kolejny faul z tamtej kampanii. Krążyła wówczas stugębna plotka o pewnej kartce pozostawionej w ksero w urzędzie w Gdańsku. W tym urzędzie, jako pomorski samorządowiec, pracował wówczas jeden z twórców kampanii wyborczej poważnego kandydata. A na zostawionej przez niego kartce była lista haków na najsilniejszego konkurenta jego szefa: udział na początku przemian w komisji likwidacyjnej PRL-owskiego koncernu RSW „Prasa-Książka-Ruch”, prywatyzacja jednej ze spółek w Krakowie oraz dziadek walczący w Wehrmachcie.

Kartka trafiła do kandydata, na którego zbierano haki. Ten na nią spojrzał i powiedział współpracownikom: „Kapiszon, kapiszon, kapiszon”. To uspokoiło jego sztabowców. Kiedy sprawa trafiła do mediów, twardo zaprzeczali, że ich szef miał dziadka w Wehrmachcie. Oskarżali sztab konkurenta o brudną grę i chwytanie się tak żałosnych haków. Już niby ugasili pożar, już wychodzili na ostatnią prostą i wtedy walnęło. Dziennikarz pojechał do archiwum w Niemczech i znalazł tam dowody, że dziadek polityka jednak służył w armii III Rzeszy. Materiał ukazał się w ostatnim tygodniu kampanii wyborczej i odwrócił sytuację o 180 stopni. Media rzuciły się na kandydata i jego sztab. Przegrali wybory – wedle własnego przekonania tego kandydata – właśnie przez tę sprawę. Nie dlatego że jego dziadek nosił mundur Wehrmachtu, ale dlatego że złapano ich na kłamstwie.

Zresztą ci „atakowani dziadkiem” też posłali do niemieckiego archiwum swojego emisariusza, później ministra w prezydenckiej kancelarii. Ale on dotarł tam za późno, o jeden dzień wyprzedził go dziennikarz. Gdyby przyjechali do archiwum w odwrotnej kolejności, to może tom z informacjami o dziadku spadłby gdzieś za szafę, zawieruszył się na parę dni i odnalazł dopiero po wyborczym weekendzie? Wtedy prezydentem Polski mógłby zostać ktoś inny.

Kandydat od dziadka bardzo przeżył porażkę. Podczas wieczoru wyborczego w auli Politechniki Warszawskiej kompletnie się rozsypał. – Braliśmy go za rękę i pocieszaliśmy. Mówiliśmy mu, że świetnie wypadł, że był o włos od zwycięstwa. A on nam na to: „Kampania świetna, kandydat do dupy” – wspomina jego ówczesny współpracownik. I opowiada, że przed tą sytuacją szef był chimeryczny, obrażalski, łatwy do zranienia.

– Pojechaliśmy do Kocka w kampanii wyborczej, miał wygłosić przemówienie do weteranów. Było marne, nudne, żadne. Aż się oczy same zamykały – mówi sztabowiec. – Innym razem szef poszedł do programu znanego publicysty. To był środek kampanii. Na dzień dobry dostał proste pytanie: „Dlaczego chce pan być prezydentem?”. A szef lał wodę, nie potrafił prosto, jasno, w siedmiu zdaniach odpowiedzieć na najprostsze i najważniejsze pytanie kampanii! Wyszedł potem ze studia i miał pretensje do tego dziennikarza. Pokrzykiwał: „On jest przeciw nam! Wymądrza się! Tak wymądrzać się przed kamerą to każdy umie!”.

Jak wspomina mój rozmówca, rok 2005 był ważną cezurą w życiu tego polityka. Historia z dziadkiem i przegrana na samym finiszu kampanii odmieniła go. – Został wtedy przejechany i zmiażdżony, ale nie zginął. Jak ten policjant z „RoboCopa”, który został ciężko ranny, ale wszczepiono mu ileś metalowych elementów i stał się niezniszczalny – opowiada.

Rytm kampaniom wyborczym nadają konwencje. Rozmawiałem kiedyś z działaczem prawicy, który specjalizuje się w organizacji takich imprez. – Podstawowa zasada: na sali nie może być pustych krzeseł – opowiadał. – Lepiej, by kamery pokazały ludzi przyklejonych do ścian, siedzących na parapetach, niż choćby jedno wolne krzesło. Działamy cynicznie, nie ma co ukrywać. Na konwencję ściągamy na wszelki wypadek więcej ludzi, niż możemy pomieścić. Oni wstają o czwartej rano, jadą autokarem przez całą Polskę, by zobaczyć lidera i oklaskiwać kandydatów, ale część z nich pocałuje klamkę. Cóż, taka jest polityka.

Zamknięte dla mediów partyjne obrady to czas, gdy każdy może się szczerze wygadać. Konwencje podporządkowane kamerom rządzą się innymi prawami: mają być efektowne, syntetyczne, tam nie ma mowy o ględzeniu. – Na finiszu kampanii w 2015 r. mieliśmy dużą, otwartą konwencję. Kto występował? Tylko szefowie trzech sojuszniczych stronnictw. Tyle. Bo ta konwencja była zaplanowana pod telewizję – mówi polityk prawicy. – Inaczej by to wyglądało, jakby kamer nie było, a przekaz miał iść do wewnątrz, do członków partii. Wtedy mówców byłoby więcej. Liczyłoby się, kto po kim występuje, jak długo mówi, kto gdzie siedzi. Działacze zwracają uwagę właśnie na takie detale – tłumaczy.

Kolejny rozmówca zajmował się organizacją konwencji, zjazdów i kongresów dla partii lewicowej. – Pierwsza zasada: świadomie okłamujesz ludzi. Jeśli chcesz zacząć imprezę w południe, to mówisz, że zaczynacie o godz. 11. Bo przecież część osób zawsze się spóźni – opowiada. – Zasada druga: od świtu jesteś na łączach z tymi, którzy jadą autokarami. W każdym autobusie jest regionalny koordynator i to z nim jesteś wcześniej umówiony na telefon. On przekazuje ci informacje, że już ruszyli, w jakim miejscu trasy są, czy się spóźnią, ile osób jest w autokarze. Zbierasz te informacje z całej Polski i liczysz, ile osób przyjedzie na początek imprezy. Jeśli będzie ich za mało, by zapełnić salę, to zabierasz stamtąd część krzeseł, a pozostałe rozstawiasz szerzej. A jak ludzie dojadą, to znów wstawiasz krzesła, żeby zagrać przed kamerami, jakie było ogromne zainteresowanie, że trzeba było aż dostawiać siedzenia.

W każdej partii konwencjami rządzi jeszcze jedna zasada: nie można sobie pozwolić na bałagan i trzeba uważać na prowokacje, które mogą wyłożyć imprezę. Jak to zrobić?

– Działacze nie mogą siadać, gdzie popadnie. Dzielisz salę na regiony – tu jest Pomorze, tam Dolny Śląsk, a w tamtej części Mazowsze. Masz na sali kilku zaufanych ludzi, którzy pilnują poszczególnych sektorów. Dyrygują brawami, obserwują – opowiadał mi specjalista od konwencji. – Ci ludzie muszą się rozglądać, czy na salę nie dostał się jakiś świr albo gość, który się upił i jest jak tykająca bomba – zaraz zrobi awanturę.

Jeden z sekretarzy dużej polskiej partii opowiadał mi, że na imprezy relacjonowane przez telewizje wynajmował agencję zajmującą się bezpieczeństwem. – Kilkanaście osób wtapiało się w tłum naszych działaczy i dyskretnie im przyglądało – mówi. – Wyszukiwali ludzi, którzy zachowywali się nietypowo albo byli dziwnie ubrani, np. nieadekwatnie do pogody czy pory roku. Specjaliści od ochrony wypatrywali też osób, które były zainteresowane nie wydarzeniami na sali, ale czymś zupełnie innym. To są często sygnały, że coś się może szykować.

Duże konwencje to duże pieniądze. I okazja do przekrętów. – Kiedyś zrobiliśmy kongres za pięćset tysięcy złotych. Mam doświadczenie w organizowaniu takich imprez. Jestem przekonany, że wtedy co najmniej sto pięćdziesiąt tysięcy „poszło bokiem” – opowiada poseł z liberalnej partii, który w Sejmie zasiadał od kilku kadencji. Wyjaśnia: – Taka impreza to ogromne pole do manipulacji. Musisz wynająć salę, nagłośnienie, światła, scenę, telebimy. Zamówić druk partyjnych materiałów, catering, wyprodukować filmowe klipy na kongres i jakieś gadżety. Jest z czego brać, jest gdzie przyciąć, jeśli powierzysz te zadania osobom, które mają lepkie ręce i nie są należycie kontrolowane.

Jeden z liderów partii, która rządziła Polską, opowiadał mi o wyborczym zjeździe. Szef jego ugrupowania rozegrał tę imprezę po mistrzowsku. – Cynicznie, chłodno, w wyrafinowany sposób – wspomina polityk. – A było tak, że szef postanowił na konwencji zdyscyplinować wewnętrznego rywala, który zgłaszał pretensje do przejęcia władzy w partii. Porozmawiał z kilkoma naszymi politykami i namówił ich, by zaatakowali jego konkurenta. Trochę to wałkowanie trwało, trzeba było złożyć parę obietnic, ale to się szefowi opłaciło. I było zręczne, bo atakujący pochodzili z różnych partyjnych frakcji.

Polityk opisywał mi przebieg kongresu: – Na mównicę wchodzi pierwsza osoba i przypuszcza atak na rywala szefa. I dostaje brawa z jednej strony sali. Wchodzi kolejny mówca, też atakuje. A wtedy brawo bije jego frakcja, siedząca w innej części sali. Przewodniczący to świetnie wyreżyserował, więc sam nie musiał zabierać głosu. Przyglądał się tylko wszystkiemu beznamiętnym wzrokiem. Konkurent szefa siedział obok niego, więc szef parę razy nachylił się w jego stronę i szeptał mu do ucha: „Ale cię nawalają, wstrętne, no nie zazdroszczę”.

Inna historia z kongresu przed wyborami parlamentarnymi. Po latach opowiadał mi ją jeden z wicepremierów. – Siedzieliśmy za stołem prezydialnym z kolegą, wiceszefem partii, z którym zawsze mieliśmy wspólną melodię do żartów – wspomina. – A tam sytuacja była trudna – koledzy i koleżanki wygłaszają przydługie przemówienia, naprzeciwko nas wypełniona sala, dookoła kamery, mikrofony, dziennikarze. Trudno było sobie pokpić. Można z kamienną miną szeptać koledze jajcarskie teksty, ale to ryzyko. Jeszcze kamera to wychwyci, a ktoś odczyta żarty z ruchu warg. Ale sobie poradziliśmy. Pisaliśmy komentarze na karteczkach, które mieliśmy przed sobą. Na mównicę wchodzi nasza posłanka i oskarża konkurentów o nepotyzm, a mój sąsiad zza stołu podsuwa mi kartkę: „Niech powie jeszcze, ile jej córeczka dostawała za doradzanie w państwowej spółce zbrojeniowej?”. No to ja mu odpisuję: „Ze trzydzieści tysięcy złotych!”. Na mównicy kolega pokrzykuje o pijackich imprezach w jednym z ministerstw, które mieli organizować nasi adwersarze. Skrobię na kartce: „Dobry jest! Masz w komórce zdjęcie z imprezy u Marka, kiedy on leży nieprzytomny na dywanie?”.

Wicepremier po zakończeniu konwencji podarł te kartki na drobne strzępy. – Zostawienie ich bez opieki mogłoby się skończyć rozpadem partii – uważa.

Politycy w trakcie kampanii wyborczej i po niej to dwie zupełnie różne osoby. W czasie kampanii oddaliby spragnionemu ostatni łyk wody. Ale kiedy jest już po wyborach, to raczej nie znajdą czasu, by się zatrzymać i zamienić parę słów na ulicy. Zwrócił mi na to uwagę pewien pułkownik z Biura Ochrony Rządu, który dbał o bezpieczeństwo premierów i prezydenta. – Kampania to ściskanie każdej dłoni, podchodzenie do ludzi, robienie sobie z nimi zdjęć. Politycy chcą pokazać, że nic ich nie różni od zwykłych ludzi. Króluje hasło: „Jestem jednym z was!” – mówi borowiec. – Ale potem przychodzi czas u władzy. I się zaczyna: limuzyna, ochrona, asystenci. Spotkania? Owszem, ale z burmistrzem i lokalną wierchuszką, a nie ze zwykłymi ludźmi. A kilka miesięcy przed wyborami znów zmiana, by być bliżej ludu.

 

Spin doktor pracujący przy kampaniach: – Doradcy jednego z premierów wymyślili, że trzeba poprawić jego wizerunek. Pokazać, że nie żyje w warownej wieży, że nie jest oderwany od rzeczywistości. Wsadzili go więc do autobusu komunikacji miejskiej. Wokół tego premiera było pełno ochroniarzy i reporterów, cyrk na kółkach z tego wyszedł. A jeszcze premier dostał do ręki bilet, ale zapomniał, że musi go skasować, bo tyle lat autobusem nie jechał. Miało być pięknie, skończyło się niezłym blamażem.

Oficerowie BOR opowiadali mi, że najbardziej komfortowo ochrania się prezydenta podczas drugiej kadencji. Na trzecią nie pozwala konstytucja, więc prezydent nie musi już zbliżać się do ludzi i zabiegać o poparcie.


NEPOTYZM.
Karmienie wojska i siebie



Dla kierownictwa liberalnej partii pracowała grupa młodych wilczków, która zajmowała się załatwianiem różnych spraw. Starzy wyjadacze woleli się z nimi nie pokazywać. Po wygranych wyborach wilczki przychodziły do różnych urzędów i spółek skarbu państwa z listą osób, które mają zostać natychmiast zatrudnione. I zostawały. Nie było pola do dyskusji.


Szef dużego państwowego urzędu miał dobre wyniki i był powszechnie chwalony. Od polityki trzymał się raczej z dala. Po wyborach władzę objęła inna partia. Urzędnik zwrócił się do posłów poprzedniej ekipy o opinię na temat swojej przyszłości. – Dlaczego nowi mieliby mnie utrącić? – pytał. – Jestem apolityczny, nie ulegałem wpływom, nie biesiadowałem z wami specjalnie, a w nowej ekipie też mam paru znajomych. Poza tym jestem fachowcem ze świetnymi kontaktami międzynarodowymi. Powiedzcie mi, co sądzicie, wy się lepiej znacie na takich sytuacjach.

W odpowiedzi usłyszał: „Wyobraź sobie, że tonie piracki statek, który od lat nie zawijał do portów. Rozbitkowie, którzy przetrwali, długo dryfowali na tratwach. Głodowali, mają szkorbut, niejeden sztorm przeżyli. I teraz w końcu dotarli do brzegu, jakim są wygrane wybory i władza. Ty wyszedłeś do nich na brzeg ze swojej złotej wieży. Masz w niej wspaniałe meble, drogie obrazy i inne luksusy. Powiedz mi, myślisz, że jak powitasz ich tortem na brzegu, to oni się tym zadowolą? A może raczej wedrą się do twojej wieży i cię z niej wykopią?”. Dwa tygodnie później szef urzędu został odwołany.

W polityce można mieć najszczytniejsze cele, ale trzeba też nakarmić swoje wojsko. Ono jest rozsiane po kraju, często mieszka na dalekiej prowincji. Było z tobą w ciężkich czasach opozycji? Zjeżdżało do Warszawy na demonstracje, kiedy ich wzywałeś? Rozlepiało plakaty w kampanii wyborczej? Biło się o racje twojej partii na Facebooku i Twitterze? Kiedy przyjdzie wyborcza wygrana, trzeba się im za to wszystko odpłacić.

Politycy łatwo znajdują uzasadnienie dla kolesiostwa, zawłaszczania instytucji i wyciągania kasy na lewo. Przekonują, że ich poprzednicy też tak robili i dzięki temu nabrali siły, wpływów, zbudowali swoje zaplecze. Teraz zatem, po latach opozycyjnej posuchy, trzeba podążać wytyczoną przez nich ścieżką, by przezwyciężyć ich wpływy albo co najmniej zrównoważyć. Ot, wyższa konieczność. Ten mechanizm nieustannie powraca.

Nawet szef partii czy premier nie są w stanie nad tym zapanować. Nie przypilnuje całej nomenklatury, która rzuca się na posady i pieniądze. Każdy szef regionalnych struktur zwoływał przecież ludzi na partyjne marsze, rozdzielał zadania w wyborczych kampaniach. Ma więc długi do spłacenia posadami i kontraktami. Tak powstaje sieć, której z poziomu Warszawy nie da się rozedrzeć. Ta pajęczyna jest porozpinana w samorządach, w małych i dużych miejscowościach.

Trudny jest los polityka, który nie chce czerpać z tej sytuacji korzyści. Kiedy jego partia dochodzi do władzy, musi obserwować kolegów, których działania rozmijają się z niedawnymi deklaracjami. Oni szybko zaczynają ciągnąć sukno ku sobie.

Możliwości zmieniają polityków. Był pewien młody poseł, w Sejmie zasiadał pierwszy raz. Wyspecjalizował się w atakach na przeciwników, których łajał za zawłaszczanie instytucji i państwowych firm. Z sejmowej trybuny wymieniał po nazwisku tych, którzy zdobyli posady z partyjnego klucza dzięki protekcji rodzinnej lub koleżeńskiej. Mentorem młodego posła był wiceprzewodniczący jego partii. Kiedy formacja zwyciężyła w wyborach parlamentarnych, dla młodego nadszedł czas sięgania po owoce. Został wytypowany na wiceprezesa dużego banku, choć z bankowością nie miał dotąd do czynienia. Czyste kolesiostwo. Jak się je usprawiedliwia we własnym środowisku? Najczęściej padają argumenty w stylu: „Przecież trzeba posprzątać po tych złodziejach, którzy byli przed nami”, „Jest nam potrzebny lojalny żołnierz, by wyłapał przekręty poprzedników. To ważne zadanie, więc jemu sto tysięcy złotych pensji się należy”, „Tamci byli złodziejami, nasz człowiek jest krystalicznie czysty”, „On latami jadł suche bułki i jeździł autobusem, należy mu się nagroda”, „To ideowiec, on tylko o Polsce myśli”. I tak to się powtarza po każdych wyborach.

Znałem kiedyś sympatycznego chłopaka, był asystentem posła. Młody, ideowy, zaangażowany w działalność społeczną. Kiedy jego protektor został wiceministrem, asystent od razu trafił do czterech najlepiej opłacanych rad nadzorczych spółek podpiętych pod ten resort. Do tego były jeszcze usługi na fakturę dla piątej spółki. A raczej same faktury, bo usługi trudno się było dopatrzyć. W sumie miesięcznie zarabiał sześćdziesiąt tysięcy złotych.

Takie kariery zaczyna się zwykle od partyjnej młodzieżówki, gdzie przez lata trzeba odwalać ciężką robotę: organizować zaplecze w terenie, zbierać podpisy pod listami wyborczymi, pomagać w kampanii. I służyć swojemu protektorowi. Wtedy siłą rzeczy człowiek staje się świadkiem, a właściwie uczestnikiem, działań w politycznej kuchni. Trzymając się tej metafory, widzi plucie do zupy, robienie kotletów z przeterminowanego mięsa i kucharza gotującego na rauszu z petem w ustach. Ten kucharz, czyli polityczny protektor, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jego asystent jest inteligentny, ma świetną pamięć i duże ambicje, więc lepiej, by po zdobyciu władzy nie czuł się sfrustrowany.

Posady w państwowych spółkach to forma odwdzięczenia się, ale też inwestycja. Bo taki asystent zaczyna kontrolować wydarzenia w koncernie i może tam dopilnować innych umów i posad dla ludzi swojego protektora. Posłanie asystenta do spółki to wystrzelenie go na inną orbitę, z której ma dobry widok. Na to, co się dzieje w biznesie państwowym i prywatnym. Z tej orbity widać też, których polityków popierają menedżerowie, jakie ruchy planują, skąd i dokąd płyną pieniądze. Dawny asystent na to wszystko patrzy i zdaje raport protektorowi.

– W naszej partii było tak, że jak dostajesz robotę z polecenia, to masz potem pewne zobowiązania – mówił mi młody polityk prawicy, dziś na eksponowanym stanowisku rządowym. – Po pierwsze, dziesięć procent pensji przekazujesz na partię. Po drugie, masz się stawiać na manifestacjach i być aktywny w internetowych dyskusjach.

Trzeba zadbać o całe polityczne wojsko, nie tylko o generałów i pułkowników, ale też o sierżantów i szeregowców. Nie wszyscy muszą być od razu szefami Orlenu, PGE albo KGHM. Niższych stopniem zadowoli czasem posada szofera w miejskiej spółce albo portiera w siedzibie dużego państwowego koncernu. W jednym z nich doszło kiedyś do śmiesznej sytuacji – prezes i portier byli rodziną. Dzieliło ich z piętnaście szczebli korporacyjnej drabiny, ale w domu razem spędzali Wigilię i Wielkanoc. Tam mówili sobie oczywiście po imieniu, natomiast w pracy byli na „pan”, stosowali grę pozorów, by sprawa się nie wydała.

Czasem nie korzysta się tylko z posad, lecz także ze zwykłej waluty. Opowiada były prawicowy poseł, który na dobre pożegnał się już z polityką: – Mieliśmy w samorządzie na Dolnym Śląsku pewnego działacza z partii ludowej. My rządziliśmy, on był w opozycji. Ale brakowało nam trochę głosów, to było takie rządzenie na styk. By sytuacja była bardziej komfortowa, daliśmy robotę w samorządowej spółce córce tego ludowca. Nie w kierownictwie, na średnim szczeblu. Normalna robota, zwykła pensja. Facet był potem wobec nas wierny niczym pies. Podnosił rękę zawsze, kiedy tego potrzebowaliśmy. Dwa lata później też nam brakowało wsparcia radnych, a jednemu z nich brakowało kasy. Dogadaliśmy się. Raz w miesiącu dostawał kopertę, a w niej tysiąc złotych. Odbierał ją normalnie, w sekretariacie urzędu. Była zaklejona i na jego nazwisko. Czysto handlowy układ. Kiedyś była zabawna sytuacja, bo poparł nas przy zmianie nazwy ulic. Chodziło o upamiętnienie Żołnierzy Wyklętych. Ale jego żona była w PZPR, do dziś jest sympatyczką betonowej lewicy, więc zrobiła temu radnemu awanturę. Musiał się publicznie tłumaczyć, że pomylił się podczas głosowania. Potem przyszedł i oddał w pomiętej kopercie tego tysiaka. Uczciwie się zachował!

Skąd się bierze kasę na takie wydatki?

– W samorządzie podejmujesz ileś konkretnych decyzji. Wydajesz pozwolenia na jakąś budowę, wynajem lokalu itd. To się wiąże niekiedy z różnymi „obrywami” – wyjaśnia mój rozmówca. – Tu nie trzeba jakiejś skomplikowanej maszynerii do prania pieniędzy. To mikroskala, nie do wyłapania przez jakieś tam CBA. Co to za problem, by na przykład właściciel lokalnej stacji benzynowej zaordynował synowi, który siedzi za kasą: „Ten pan tankuje u nas za darmo”. I już ci zostaje w portfelu z sześćset złotych miesięcznie. Jak ten facet będzie chciał postawić drugą stację, po przeciwnej stronie miasteczka, to zawsze przyjaźniej na niego spojrzysz.

Modelowy przykład nepotyzmu widziałem w pewnej rządowej agencji. Po wyborach jej szefem został człowiek z Białegostoku. Po trzech miesiącach przyszło tam pracować trzydzieści nowych osób, z czego dwadzieścia mówiło z podlaskim akcentem. Ktoś był sąsiadem, inny – synem znajomego szefa agencji, był też jakiś zaciąg z regionalnych struktur partii. Mały Białystok w delegacji. Do wyborów oczywiście, bo potem „w delegację” do agencji wybiorą się pewnie z innego miasta.

Nie zawsze można tak po prostu dać komuś posadę, czasem trzeba kandydata wypromować. Był pewien wpływowy europoseł. Prawdziwa szycha. Kiedy zbliżał się czas przejęcia władzy przez jego partię, zaczął lansować kompletnie wcześniej nieznanego trzydziestolatka. Jak? Chłopak zaczął się pojawiać na różnych uroczystościach i przyjęciach, na które zapraszana była też partyjna wierchuszka. Jako że europoseł miał świetne relacje z wydawcami i naczelnymi gazet, to załatwił młodemu dwa wywiady, by mógł się pokazać szerszej publiczności, przede wszystkim partyjnej. Ustawił mu występ w telewizji w charakterze eksperta. Podglebie już było. I tak człowiek kompletnie znikąd, wyciągnięty za uszy przez jedną osobę, został wiceprezesem jednego z państwowych koncernów. A europoseł zyskał tam swojego człowieka. Spółka miała siedzibę w jego regionie i była rezerwuarem posad. Ktoś musiał dbać, by wpływy polityka były tam uwzględnione.

Myślenie w kategoriach kolesiostwa powoduje czasem wręcz komediowe sytuacje. Swoją historię opowiadał mi jeden z urzędników resortu gospodarczego. Wszystko zaczęło się na opłatku dla pracowników ministerstwa. Zebrało się tam kilkaset osób. Przyszedł wicepremier, witał się z ludźmi, którzy stali w pierwszych rzędach. – Wyciągnął do mnie rękę, przedstawiłem się. Widzę, że mnie poznał, choć czupryna mi się przerzedziła od czasów, kiedy studiowaliśmy na jednym roku – opowiada znajomy urzędnik. – Facet został wielkim wicepremierem, a ja byłem szarą myszką, urzędnikiem średniego szczebla od lat pracującym w tym samym resorcie. I na tym opłatku on wita się ze mną „na misia”, wali od razu po imieniu. Mówi: „Musimy iść na lunch, stare czasy powspominać. Ależ się cieszę! Dlaczego ty się do mnie nie zgłosiłeś? Odzywam się w najbliższych dniach!”.

 

W ten oto sposób mój znajomy z szarej ministerialnej myszki przekształcił się w człowieka adorowanego przez niemal wszystkich. – Idę do toalety, a na korytarzu „przypadkowo” wyrastają wokół mnie jacyś ludzie. Często na wyższych stanowiskach. I nagle oni mnie pytają, co sądzę o jakimś projekcie, dokąd jadę na urlop, co myślę o rozwoju tego lub innego przedsiębiorstwa. Przecież nie miałem na ten temat żadnej wiedzy i własnej opinii. Więcej! Zaczęły do mnie spływać donosy. Słali je e-mailem i tradycyjną pocztą. Że ten kradnie, tamten ma kochankę, ta umieściła syna w podległej rządowi agencji itd.

Mój znajomy urzędnik wcześniej jadał samotnie obiady na stołówce. Ale po wspomnianym opłatku już każdy chciał się dosiąść do jego stolika. Na urodziny dostał mnóstwo kwiatów, książek i flaszek. – A wiesz, co było w tym wszystkim najśmieszniejsze? – mówi. – Ten wicepremier nigdy do mnie nie zadzwonił i nie zaprosił na ten lunch. Po prostu zapomniał. Ale to nie koniec. Kiedy zmieniła się władza, to oczywiście różni uprzejmi donieśli nowym szefom, że byłem najbliższym kumplem i zausznikiem wicepremiera. Że on się ze mną witał „na misia”, a ja ustawiałem resort pod jego widzimisię. Długo nie czekałem. Zaproponowali mi gorsze stanowisko i mniejsze pieniądze. Zebrałem rzeczy i po kilkunastu latach wyniosłem się z ministerstwa do innego urzędu.

Polska administracja jest często zorganizowana tak, by odpowiadać na interesy polityków, a nie służyć dobru wspólnemu obywateli. Opowiadał mi o tym ważny urzędnik resortu infrastruktury. – Mamy rozbudowaną strukturę ministerstwa: departamenty, komórki, zespoły. Setki osób. A z drugiej strony jest ogromny outsourcing wszelkich usług: prawnych, marketingowych, konsultingowych – mówi. – Jeśli chcesz działać rozsądnie, to masz następujące wyjścia: albo rozbudowany resort i wtedy nie kupujesz usług poza ministerstwem, albo mały resort, który zleca różne zadania na zewnątrz. Dlaczego w takim razie mamy wielkie resorty i dużo outsourcingu? To proste. Resorty są rezerwuarem posad dla kolegów, ich rodzin czy politycznych działaczy. A outsourcing pozwala wyprowadzać pieniądze z budżetu do znajomych królika.

Jak mówi mój rozmówca, dowodem na jego tezę jest mierna jakość zewnętrznych usług. – Widziałem takie opracowania. Poziom gimnazjum. Były trzy razy gorsze od tego, co mogliby zrobić nasi urzędnicy na etatach – uważa. – W podległej resortowi spółce mieliśmy w ciągu trzech lat zlecenia konsultingowe dla konkretnej firmy, która zarobiła na tym w sumie kilka milionów złotych. Jakość była poniżej oczekiwań, ale były naciski, by zlecać im dalej te opracowania. Mogę się tylko domyślać, że potem ktoś z rodziny naszego kierownictwa pisał ekspertyzę dla tej spółki konsultingowej. Taką analizę na pół strony, że w listopadzie jest chłodniej niż w lipcu. Wiesz, tylko po to, by była jakaś podkładka.

Wiceszef dużej partii miał w spółkach skarbu państwa, ministerstwach i innych ważnych urzędach swoje „czujki”. Jeden z takich zwiadowców opowiadał mi kiedyś o swojej robocie.

– Jestem trochę takim partyjnym CBA. Tak mi to zresztą przedstawiał przełożony, kiedy mnie wysyłano do ministerstwa na stanowisko dyrektorskie – mówi. – Powiedzieli mi mniej więcej tak: „Będziesz miał tam etat z robotą do zrobienia, ale masz sprawnego zastępcę, który cię znacząco odciąży. A ty masz krążyć i niuchać. Kto z kim trzyma, jakie wielkie zakupy się szykują, kto będzie dostarczał towar, jakie przetargi są rozpisywane i czy przypadkiem z góry nie wiadomo, kto wygra? Czy na znaczących stanowiskach nie przetrwali jacyś pogrobowcy od naszych politycznych przeciwników. Wszystko nas interesuje!”.

Każdy w resorcie wiedział, że mój rozmówca jest partyjnym komisarzem. Część osób się przed nim kryła, inni starali się przymilać. – Dostawałem od groma wszelkich donosów: ten się uchlał na urodzinach kolegi i bluzgał na ministra, tamten ustawia przetarg pod firmę, w której są jego znajomi. Nie robiłem użytku z obyczajówki. Raz w tygodniu, zawsze w piątek, pisałem raport dla partyjnej centrali. Ze dwie kartki. O tym, jak sprawy wyglądają od środka, z resortu. Które projekty idą, gdzie minister ściera się z innymi członkami rządu, jakie duże przetargi ogłoszono i co się o tym mówi. Plus oczywiście różne ploteczki z wewnątrz, by to wszystko nie było takie suche. Czyli jakich ludzi zatrudniono, kto przychodzi w gościnę do ministerstwa, bo akurat księgę wejść miałem do wglądu. Czasem umawiałem się na kawę z umyślnym z partyjnej centrali i dostawałem konkretną sprawę do zbadania.

Podział posad w spółkach skarbu państwa to nie jest prosta sprawa. Rzadko kiedy decyduje o tym jednoosobowo minister albo wpływowy polityk partii. W praktyce jest to bardziej skomplikowane i wynika z politycznych kompromisów. Bo trzeba zadowolić różne środowiska: jakiegoś stanowiska oczekuje obóz prezydenta, innych wpływowy wiceminister, partyjna centrala, szef regionalnych struktur, czasem też tajne służby. A do tego przecież w takich spółkach musi jeszcze pracować jakiś fachowiec, żeby się to wszystko nie zawaliło. Dlatego w dużych przedsiębiorstwach tworzą się koterie związane z konkretnymi politykami tego samego obozu. Dość szybko te towarzystwa wchodzą sobie w paradę. Jedni chcą kraść, drudzy zatrudniać kolejnych swoich, kolejni chcą umniejszyć wpływy konkurencyjnej koterii.

Zaczyna się zwalczanie. Sposoby? Można iść do prasy, słać donosy do swego protektora, jakie to przekręty i niegodziwości wyczynia konkurencyjna grupa. Można też zlecać raporty mówiące o tym, że dana frakcja działa najlepiej, w imię publicznego interesu. Po co? By protektor był wyposażony w wiedzę i dokumenty, którymi może przekonać swego szefa lub wpływowych publicystów, gdyby jego ludzie zostali zaatakowani.

Najlepiej mieć po swojej stronie reprezentantów służb. Nie ma nic fajniejszego niż sytuacja, kiedy twoich wewnętrznych konkurentów wyprowadzają w kajdankach funkcjonariusze CBA. Wiadomo, że wtedy zostaje po nich spalona ziemia, którą można przejąć. Ale i wtedy trzeba być czujnym.

Poznałem historię szefa sporej spółki skarbu państwa, który miał w zarządzie protegowanego ważnej postaci w partii władzy. Prezes tego gościa uważał za cwaniaka i krętacza, który bierze prowizje na boku. Ale facet miał silne plecy, więc nie można się go było ot tak pozbyć. Kiedy pewnego ranka panowie w czarnych kominiarkach wyciągnęli tego członka zarządu z łóżka, prezes uśmiechnął się z satysfakcją. Kilka godzin później oficerowie przyszli do spółki przeglądać papiery zatrzymanego i zabrać jego komputer. Otrzymali wszelką pomoc, a do tego jeszcze kawę i ciastka. Prezes już zaczął mrozić szampana, kiedy walnęła wiadomość, że i on zostaje zwolniony. Złapał za telefon, zadzwonił do nadzorującego spółkę wiceministra i pyta, co tu jest grane. W słuchawce usłyszał, że premier nakazał głęboką zmianę. – Ale dlaczego, przecież ja nie mam żadnego związku z tym zatrzymanym. Sami go wsadziliście do zarządu, ja go zwalczałem ze wszystkich sił! – bronił się prezes. Tłumaczenie wiceministra było takie: „Ja to wszystko wiem, ale wokół spółki zrobił się medialny syf, opozycja zaczyna nas atakować i potrzebne jest ostre cięcie. Zresztą kto stoi na czele spółki, z czyim nazwiskiem jest kojarzona? No z twoim. Dlatego musisz na chwilę zejść na drugi plan, ale jesteś w zasobie kadrowym. Premier dał słowo”.

Słowo premiera wystarczyło jedynie, by niesłusznie wyrzucony prezes dostał mniej eksponowane i gorzej płatne stanowisko w innej spółce. A po upadku władzy na zawsze został z łatką gościa, który musiał odejść w wyniku przekrętów, choć nie miał z nimi nic wspólnego. Co więcej, sam o nich donosił służbom i partyjnym zwierzchnikom.

By utrzymać się na wodzie, trzeba wiedzieć, skąd wieje wiatr i czyich podszeptów słuchają ci, którzy decydują o naszej posadzie. Często są to osoby szerzej nieznane, nawet w partyjnych gremiach. Był kiedyś prezes spółki skarbu państwa, którego pozycja słabła. Miał licznych przeciwników, dochodziły do niego głosy, że premier zaczyna się nim interesować. Prezes postanowił podreperować swój wizerunek. Przypadkowo dowiedział się, że szef rządu słucha swego dawnego kolegi ze studiów. Przyjmuje go w swojej rezydencji, ale też zaprasza do domu. Liczy się z jego zdaniem. Prezes postanowił zagrać va banque. Miał w koncernie pułkownika, niegdyś znaczącą figurę w służbach specjalnych. W spółce odpowiadał teraz za bezpieczeństwo i zbieranie informacji. Prezes poprosił go o szybki i dyskretny raport na temat znajomego premiera. Nazwijmy go panem X. Okazało się, że żoną X jest historyczka, która pracuje od dłuższego czasu nad monografią pewnego miasteczka w Polsce. Już był punkt zaczepienia, bo koncern miał w tym mieście filię. Na dodatek wiceszef tych zakładów znał prywatnie żonę X. Niby przypadkiem poznał się z nią również prezes. I zaoferował pomoc spółki w sfinansowaniu wydania monografii. Prace nad nią ruszyły pełną parą. Żona X miała okazję, by wyjechać kilka razy za granicę i porozmawiać z przedwojennymi mieszkańcami miasteczka, którzy wyemigrowali do Izraela i Stanów Zjednoczonych. Dostała pieniądze na dwóch asystentów. Prezes cały czas wykazywał zainteresowanie projektem, choć tak naprawdę historię tego miasteczka miał głęboko w nosie. Ale dzięki temu odwiedził państwa X na kolacji, zorganizował rewizytę. Okazało się, że to sympatyczni i kulturalni ludzie, więc miło się spędzało z nimi czas. X nie domyślili się, jakie intencje miał prezes. Nie dawał po sobie poznać, że wie o ich wyjątkowo bliskich relacjach z szefem rządu. Skupiał się na tym, by dobrze się zaprezentować. O znajomości z premierem X sam się wygadał kiedyś przy winie. A jako że polubił prezesa, to otworzył się nieoficjalny kanał, by polepszyć jego wizerunek i pozycję u szefa rządu. Nowy znajomy nienachalnie, bez wiedzy o kulisach intrygi, sączył premierowi pochlebne wieści o prezesie, o jego fachowości i kreatywności. W końcu i prezes zaczął bywać u premiera. Wzmocnił się, okrzepł, przestał lękać o przyszłość. No i była w tym obiektywna korzyść dla Polski – powstała dobra monografia jednego z najciekawszych przedwojennych miasteczek.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?