KaligulaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© Heijo/Shutterstock

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

MAG – usługi wydawnicze MAŁGORZATA GROCHOCKA

Korekta

MARIA SOŁTYS

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Michał Kubicz, Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-5974-8

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział I. Luty 37 roku

Rozdział II. Marzec 37 roku

Rozdział III. Kwiecień 37 roku

Rozdział IV. Maj 37 roku

Rozdział V. Czerwiec 37 roku

Rozdział VI. Lipiec – wrzesień 37 roku

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział VII. Październik 37 roku

Rozdział VIII. Listopad – grudzień 37 roku

Rozdział IX. Styczeń 38 roku

Rozdział X. Luty 38 roku

Rozdział XI. Marzec 38 roku

Rozdział XII. Maj 38 roku

Rozdział XIII. Czerwiec 38 roku

Rozdział XIV. Lipiec – sierpień 38 roku

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział XV. Sierpień – wrzesień 39 roku

Rozdział XVI. Wrzesień – październik 39 roku

Rozdział XVII. Zima 39/40 roku

Rozdział XVIII. Kwiecień 40 roku

Rozdział XIX. Maj – lipiec 40 roku

Rozdział XX. Wrzesień 40 roku

Rozdział XXI. Listopad 40 roku

Rozdział XXII. Styczeń 41 roku

Posłowie

Nota bibliograficzna

Przypisy

Mojej Mamie w podziękowaniu za pomoc

w nauce pisania szkolnych wypracowań

.


CZĘŚĆ PIERWSZA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ I

LUTY 37 ROKU

Dni, w których nie ściskał go za gardło strach, były już tylko odległym wspomnieniem z dzieciństwa. Odgłosy kroków za węgłem, skrzypienie drzwi, trzask drewnianych okiennic targanych wiatrem, rozmowy prowadzone szeptem w mroku... – na każdy dźwięk serce mu przyspieszało. Wspomnienia z przeszłości wyostrzyły zmysły, a nabranych przez lata przyzwyczajeń nie dawało się zmienić z dnia na dzień. Śledził więc wzrokiem każdy cień; wszak mógł zwiastować zagrożenie, przynieść śmierć. Ilekroć słyszał szuranie starczych stóp i stukot laski o podłogę, paraliżował go strach, a gdy z oddali dochodził miarowy krok pretorianów maszerujących korytarzami rezydencji, mięśnie mu tężały. W pałacu zawieszonym na skraju stromego klifu, gdzie porywisty, zimny wiatr hulał między portykami, tylko skrzek mew nie budził lęku.

Wiosną ogrody otaczające rezydencję i opadające w dół wąskimi tarasami tryskały zielenią; wiosną fontanny o kształtach mitycznych stworów wypluwały strumienie wody, rozsiewając dokoła rozkoszną mgiełkę, w której światło mieniło się wszystkimi barwami tęczy; wiosną z klatek wielobarwnych ptaków dochodziły miłosne trele, a kwiaty przesycały powietrze słodkimi aromatami; wiosną słońce zaczynało rozgrzewać kamienne płyty dziedzińców. Tak! Wiosną łatwiej było zapomnieć. Lecz zimą mroczna przeszłość wracała ze zdwojoną siłą. Na próżno tłumaczył sobie, że wszystko, co złe, już minęło, i że nie ma powodów do obaw; że bliscy, którzy pozostali w Rzymie, teraz ochronią go i zadbają, by włos z głowy mu nie spadł; że nie jest już na wyspie więźniem, lecz gościem. Nadaremno. Chmury przetaczające się nad wzgórzem, na którym stał pałac, sztormowe fale rozbijające się o skały, zimowa martwota ogrodów i wiatr gwiżdżący w załomach budowli – wszystko wciąż uparcie przywoływało dawne demony.

Dwudziestopięcioletni Gajusz Juliusz Cezar Germanik, zwany Kaligulą, bał się ścigającej go przeszłości. Bał się, że dany mu obecnie spokój jest tylko chwilowy; że nadchodzące dni mogą być jeszcze mroczniejsze niż to, co dotychczas bogowie zgotowali jego bliskim.

*

W trzydziestym siódmym roku naszej ery wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że panowanie cesarza Tyberiusza zmierza ku końcowi. Czasy jego rządów pełne były konfliktów, które dla wielu skończyły się tragicznie, a jego własny ród doprowadziły na skraj przepaści. Gdy przejmował władzę po swym poprzedniku, wielkim cesarzu Oktawianie Auguście, Rodzina – dynastia julijsko-klaudyjska – była w rozkwicie, a jej członkowie dawali Rzymowi kolejnych potomków. Wkrótce jednak zaczęły się ujawniać skrywane wcześniej podziały, które dały początek niekończącemu się pasmu śmierci. Animozje wewnątrz panującej dynastii wykorzystał jeden człowiek – Lucjusz Aeliusz Sejan, prefekt gwardii pretoriańskiej, któremu Tyberiusz przekazywał coraz szersze uprawnienia.

To Sejan nakłonił cesarza do osiedlenia się na Kaprei[1] – pięknej, lecz odizolowanej wyspie, w pałacu zwanym Villa Jovis, gdzie władca przebywał z dala od swych poddanych, nieświadom tego, co za jego plecami prefekt wyczynia w Rzymie. Najpierw w niewyjaśnionych okolicznościach zmarł Germanik – bratanek Tyberiusza. Później Sejan zamordował Kastora – syna cesarza, a zaraz po nim pożegnały się z życiem wdowy po Auguście i po Germaniku – Liwia Druzylla i Agrypina Starsza. Kolejnymi ofiarami Sejana byli synowie Germanika – Druzus i Neron[2]. Pozbywając się co bardziej wartościowych członków Rodziny, prefekt przejął faktyczne rządy nad Imperium.

Ostatnią przeszkodą w sięgnięciu przez Sejana po cesarską purpurę była Antonia, matka Germanika. Wielka arystokratka, córka Marka Antoniusza i Oktawii – siostry Augusta, miała autorytet, majątek i znaczenie – atuty czyniące z niej najtrudniejszego przeciwnika. Utraciwszy ukochanego syna, synową i dwóch wnuków, wszystkie siły skupiła na uratowaniu przed Sejanem swego ostatniego syna – Klaudiusza, oraz dzieci Germanika – Gajusza zwanego Kaligulą i jego trzech sióstr – Liwilli, Druzylli i Agrypiny Młodszej.

Wykrwawiona walką z Sejanem Rodzina wreszcie się zjednoczyła. Antonii udało się sprawić, że Tyberiusz przejrzał zamiary prefekta i zrozumiał, jak wielkie zagrożenie stanowi on nie tylko dla julijsko-klaudyjskiego klanu, lecz nawet dla samego cesarza. Przy pomocy Antonii pozbawił go władzy i doprowadził do jego śmierci, którą większość mieszkańców Rzymu powitała z radością.

 

Lecz Tyberiusz się starzał i dla wszystkich było jasne, że władza nad Imperium przejdzie niebawem w ręce jego następcy. Kto miałby nim zostać? Tyberiusz stanął w obliczu decyzji, która będzie brzemienna w skutki dla całego Imperium i zamieszkujących je ludów.

*

Oczy miała otwarte, jakby próbowała nimi przebić otaczającą ją ciemność nocy. Dom spowijała cisza, lecz jej uszy wychwytywały nawet najsłabsze dźwięki dochodzące z sąsiednich rezydencji – porykiwanie osłów w zagrodach, szczekanie psów czy płacz niemowlęcia. Do tej części Palatynu nie docierały już nocne odgłosy Miasta. Mimo to nie mogła spać. Przez jej głowę przelatywały tysiące myśli: niezliczone wspomnienia, dziesiątki spraw do załatwienia, listy, które jeszcze trzeba podyktować; twarze klientów, którym obiecała pomóc, przyjaciół ze Wschodu, z którymi nie będzie już jej dane się pożegnać, i niewolników, którzy ciężką pracą i oddaniem zasłużyli na długo wyczekiwaną wolność.

Tyle rzeczy, którym winna jeszcze uwagę, a czasu tak niewiele.

Antonia słabła z każdym dniem. Każdym członkiem swego mizerniejącego ciała czuła nadchodzący nieubłaganie koniec. Twarz miała bladą i pooraną głębokimi zmarszczkami. Rzadkie włosy przykrywała chustą, aby miejsca, w których ich brak był szczególnie dotkliwy, nie rzucały się w oczy. Dłonie o skórze tak cienkiej, że przeświecały przez nią nawet najmniejsze żyłki, były zesztywniałe. Oddech miała płytki i świszczący. Niekiedy zapadała w drzemkę – wówczas niewolnicy podchodzili do niej ostrożnie, by sprawdzić, czy ich pani jest jeszcze z nimi, czy już odeszła, by dołączyć do swych wielkich przodków. Upewniwszy się, że jej pierś unosi się w równym rytmie, okrywali ją ciepłą narzutą i zostawiali w spokoju.

Życie doświadczyło ją boleśnie – była sierotą wychowywaną przez matkę u boku surowego cesarza Augusta i jego zaborczej żony Liwii; była matką uwielbianego przez rzymian Germanika, w którym plebs widział kolejnego cesarza; była wreszcie tą, która upadła na dno – upokorzona przez wszechpotężnego Sejana, zdeptana i bezsilna, a na koniec – zwycięska. Teraz, u kresu swego żywota, znów była największą damą Rzymu – symbolem minionej epoki, którą Rzymianie jeszcze długo mieli wspominać jako złoty wiek augustowski.

Leżała w miękkiej pościeli, a zamazane przez upływający czas obrazy przeszłości wolno przewijały się w jej pamięci. Sejana udało się Antonii pokonać, ale skutków jego zbrodni nie można było odwrócić. Pozostawało tylko oddawać cześć na ołtarzu domowych larów duchom nieszczęsnych bliskich.

Antonia nasłuchiwała piania kogutów, które pierwsze obwieszczały wschód słońca. Lecz do świtu było jeszcze daleko. Gdy kres życia nadchodzi, szkoda czasu na sen... Dlatego w ostatnich miesiącach sypiała coraz mniej. Leżąca u wejścia do jej sypialni niewolnica od dawna pochrapywała cichutko, a Antonia wciąż rozpamiętywała swą przeszłość i zastanawiała się, co powinna jeszcze uczynić, nim bogowie zabiorą ją z tego świata.

Łoże opuszczała już bardzo rzadko. Pora dzienna różniła się dla niej od nocnej jedynie tym, że po zmroku pozostawała sama ze swymi myślami i troskami. Czas między wschodem i zachodem słońca wypełniały jej niezliczone spotkania z całym korowodem ludzi podchodzących do jej łoża: bliższych i dalszych krewnych, interesantów, którzy chcieli skorzystać z jej bogactwa i ostatniej być może okazji dobicia korzystnego targu, klientów proszących o przysługę, wróżbitów, znachorów, astrologów, a na koniec zwykłych oszustów, którzy pragnęli zarobić na cierpieniu starej patrycjuszki. Niekiedy musiała wzywać swych wyzwoleńców: Pallasa, Narcyza lub Kalliksta, by przegonili sprzed jej domu oczekujący spotkania tłum. Kiedy wreszcie znów była sama, kazała się przenosić do ogrodu za domem, gdzie niewolnicy sadzali ją w fotelu i szczelnie okrywali kocami przed chłodem. Tam – w ciszy i spokoju, pod zawsze zielonymi cyprysami, pośród bukszpanów, między którymi kazała ustawić odziedziczone po ojcu arcydzieła greckich mistrzów odlane w brązie – mogła rozmyślać nad swym największym obecnie problemem: przyszłością wnuka, Gajusza Kaliguli.

Nieśmiały promień słońca niczym nieproszony gość wpadł przez niewielki lufcik w czteroskrzydłowych drzwiach odgradzających sypialnię Gajusza od wschodniego portyku cesarskiego pałacu na Kaprei. Blady policzek śpiącego młodzieńca rozświetlił się jasną plamą, która wraz z przemieszczaniem się słonecznej tarczy wędrowała w stronę jego oczu. Zmrużył powieki i zaczął się leniwie przeciągać.

Wybudziwszy się, leżał jeszcze przez chwilę nieruchomo, nasłuchując szumu fal i wiatru gwiżdżącego w załomach skał, na których posadowiono willę. Niedługo potem posłyszał ciche kroki wyzwoleńca, którego przydzieliła mu kiedyś babka Antonia; od tamtej pory wszędzie mu towarzyszył. Kotara, za którą znajdował się korytarz prowadzący do oficjalnej części rezydencji, rozsunęła się i do sypialni wszedł Helikon.

– Bądź pozdrowiony, panie. Pora wstać – rzekł sucho.

Podszedł do szerokich drzwi i jednym ruchem złożył ich skrzydła, wpuszczając do wnętrza ostre słoneczne światło, a wraz z nim przenikliwy chłód poranka. Izba była teraz otwarta na portyk biegnący wzdłuż szczytu klifu, na którym rozpościerał się pałac. Za nim widać było gładką taflę morskiej toni i zamglony zarys brzegów Zatoki Neapolitańskiej oraz wystający ponad mgłą czubek Wezuwiusza. Gajusz mocniej nakrył się kolorową narzutą, by jeszcze na chwilę zatrzymać resztki szybko uciekającego ciepła.

Helikon był jedynym kompanem Kaliguli na wyspie; dzięki niemu samotność nieco mniej doskwierała wnukowi Antonii. To on wynajdywał w cesarskiej bibliotece dzieła zakazane, które Gajusz czytał z zapartym tchem. To z nim w wolnych chwilach ćwiczył się w fechtunku. On przynosił piłkę, zachęcając swego podopiecznego do gry w ogrodach, i brał na siebie winę, gdy w trakcie tych zabaw cierpiały drogocenne krzewy pielęgnowane przez ogrodników imperatora. Zbliżyli się tak bardzo, że Kaligula pozwalał wyzwoleńcowi na towarzyszenie mu w łaźni, a czasem na dołączenie do figlów z którąś z niewolnic.

Helikon był od Kaliguli tylko niewiele starszy, lecz z powodu potężnej postury wydawał się poważniejszy. Obaj byli wysokiego wzrostu, ale Gajusz był chuderlawy, miał długą i wąską szyję oraz delikatnej budowy kończyny. Czoło miał wysokie, a linię włosów cofniętą. Jego twarz pokrywał trądzik. Helikon zaś prezentował się okazale ze swymi nadzwyczaj szerokimi barami, grubym karkiem i silnymi nogami widocznymi spod tuniki.

Wyzwoleniec stanął nad młodzieńcem, trącając go wielką dłonią z krótkimi palcami.

– Wstawaj, panie, cezar nie będzie zadowolony, jeśli znów się spóźnisz.

Gajusz niechętnie usiadł na łożu.

– Co mamy dzisiaj w planie, Helikonie?

– To, co zawsze – odparł tamten. Podszedł do Gajusza i zdjął z niego nieświeżą tunikę. Z pomieszczenia obok przyniósł czyste odzienie i zaczął go ubierać. – Po śniadaniu spędzisz czas z nauczycielami, po obiedzie jesteś wolny. Jeśli nasz princeps pozwoli i pogoda dopisze, zejdziemy schodami z klifu i zabiorę cię na przejażdżkę łódką.

– Obiecywałeś to już wczoraj.

– Ale wtedy zerwał się wiatr. Manewrowanie między skałami byłoby zbyt niebezpieczne. Niedawno jeden z gości Tyberiusza zapragnął ujrzeć słynne błękitne groty, w które wdziera się morze. Wzburzone fale tak mocno rozbujały łódź, że wszyscy wypadli za burtę, a wielu utonęło.

– Słyszałem – mruknął Kaligula.

– Ponoć pół Rzymu plotkuje, że Tyberiusz celowo doprowadził do katastrofy, by pozbyć się kogoś, kto był dlań niewygodny.

– Nie dziwię się.

– Gdyby coś ci się stało, panie, twoja babka kazałaby pozbawić mnie męskich klejnotów i wysłałaby na Wschód, gdzie do końca życia pilnowałbym haremu jakiegoś pomniejszego książątka. – Helikon wyszczerzył zęby. – Albo sam stałbym się tego haremu częścią!

Kaligula uśmiechnął się, Helikon zaś ukląkł, by zawiązać rzemyki sandałów na stopach pana, który w tym czasie rozcierał zziębnięte dłonie.

– Ktoś nas dzisiaj odwiedzi? – spytał młodzian.

– Tyberiusza odwiedzają dziesiątki ludzi dziennie: posłańcy Makrona, senatorowie, posłowie obcych królestw. Kogo masz na myśli, Kali... – Helikon chciał zwrócić się do Gajusza nielubianym przez niego przezwiskiem „Kaligula”, lecz w porę ugryzł się w język.

– Tracę tu tylko czas – mruknął młodzieniec do siebie. – Mógłbym teraz korzystać z uroków życia w Mieście u boku jakiejś pięknej kobiety lub z przyjaciółmi. To gorsze niż więzienie.

– Nie kpij, panie, z tych, którzy swe życie zakończyli w prawdziwych lochach, w tym także z twego brata Druzusa! – upomniał go Helikon.

Gdy Druzus umierał zamęczony przez Sejana, Kaligula był więźniem w pełnym luksusów pałacu na wyspie. Wieści o straszliwym końcu brata dotarły nawet na to odludzie, doprowadzając wnuka Antonii do rozpaczy, a zarazem budząc przerażenie tym, że może go spotkać podobny los. Po upadku znienawidzonego prefekta wrócił na jakiś czas do Rzymu, do swej babki Antonii. Wtedy też pojął za żonę wskazaną mu przez Tyberiusza kobietę – Junię Klaudyllę. Nie mieszkał z nią długo. Wkrótce bowiem do domu Antonii przybył posłaniec Tyberiusza z pismem wzywającym Gajusza do niezwłocznego stawienia się przed obliczem imperatora. Ponownie udał się na wyspę. Żony już nigdy nie zobaczył.

Po co Tyberiusz trzymał go przy sobie? Tego Kaligula nie wiedział. Jakie miał wobec niego plany? Mógł się jedynie domyślać.

– Tęsknię za babcią i siostrami – rzekł bardziej do siebie niż do krzątającego się wyzwoleńca.

Gdy Gajusz dumał o swym dziwnym losie i o tym, co szykowali mu jeszcze bogowie, Helikon przytaszczył misę z wodą, którą ustawił na wysokim trójnogu z brązu, by Kaligula obmył twarz.

Młodzieniec narzucił na siebie ciepły wełniany płaszcz i wyszedł ze swego mieszkania. Wraz z podążającym dwa kroki za nim Helikonem udał się do biblioteki. W jej przedsionku postawiono stół, na którym niewolnicy podali śniadanie. Przy stole stały tylko dwa krzesła. Na jednym siedział nastoletni chłopiec.

– Witaj, Gemellusie – rzekł Kaligula.

– Salve! – odparł tamten chłodno.

Gemellus był nie tylko towarzyszem niedoli Kaliguli na Kaprei, lecz łączyły ich także więzy krwi: Gemellus był wnukiem Tyberiusza, a Kaligula – wnukiem Tyberiuszowego brata.

Kaligula usiadł i sięgnął po suszone figi i morele. Jedli w milczeniu, od czasu do czasu dając znak stojącym u drzwi niewolnikom, by uzupełnili puchary winem rozcieńczonym wodą. Gdy skończyli, wstali od stołu i – jak co dzień – przeszli do cesarskiej biblioteki. Pomieszczenie wypełniały szafy z półkami, na których leżały tysiące skórzanych futerałów. Każdy miał zwisającą etykietkę z zanotowanym tytułem i autorem dzieła znajdującego się w środku. Między szafami stały hermy z popiersiami greckich filozofów i dramatopisarzy: Platona, Arystotelesa, Sokratesa, Eurypidesa, Ajschylosa, Sofoklesa... Rzeźby przedstawiały mężczyzn w sile wieku, z przerzedzonymi włosami, gęstymi brodami i głębokimi zmarszczkami na czołach. W powietrzu unosił się specyficzny zapach, będący mieszanką woni starej wyprawionej skóry, kruszejących papirusów i zwykłego kurzu.

W bibliotece czekał na nich nauczyciel odziany w grecki chiton i z rózgą w dłoni. Jego głowę wieńczyła bujna, zupełnie siwa czupryna, która płynnie przechodziła w lekko postrzępioną brodę.

– Znowu się spóźniliście – zrugał wchodzących. Choć mówił po łacinie, w jego głosie wyczuwało się wschodni akcent. – Siadajcie. Dzisiaj będziemy mówili o ludach germańskich i historii podboju Germanii.

Gdy nauczyciel wymieniał niezliczone plemiona zamieszkujące Germanię i ich zwyczaje, gdy wyjaśniał, jaki jest ich stosunek do Rzymu, Kaligulę wciąż zastanawiało jedno: dlaczego nie może pobierać nauk w stolicy? W jakim celu Tyberiusz sprowadził go do tej wyspiarskiej samotni? Do zdziwaczenia starego cesarza wszyscy w Mieście zdążyli się już przyzwyczaić. Dawno wszak stracili wiarę, że kiedykolwiek powróci nad Tyber po tylu latach nieobecności. Czym się kierował, kiedy żądał, by Gemellus i Kaligula towarzyszyli mu na tym swoistym wygnaniu, na które sam się skazał?

Gdy tak Kaligula rozmyślał, nie zauważył, że Tyberiusz niepostrzeżenie wszedł do biblioteki i usiadł na cedrowym krześle pod ścianą. Cesarz oczy miał głęboko zapadłe, powieki na wpół opuszczone, resztki siwych włosów wieńczyły czaszkę i opadały z tyłu głowy na kark w sposób charakterystyczny dla wszystkich mężczyzn z klaudyjskiego rodu, z którego Tyberiusz się wywodził. Ręce mu się trzęsły tak, że by opanować ich mimowolne ruchy, musiał mocno uchwycić podłokietniki. Nie mówił ni słowa, obserwował jedynie, jak się zachowują dwaj najważniejsi uczniowie Imperium.

 

Nauka trwała do południa. Dla Kaliguli i Gemellusa nastawał teraz czas wolny, podczas którego mogli robić, co chcieli – oprócz opuszczenia pałacu i przylegających doń ogrodów. Nawet na udanie się do jednej z pozostałych jedenastu cesarskich willi rozsianych po całej Kaprei, a latem na którąś z nielicznych na wyspie plaż potrzebowali zgody Tyberiusza.

Po zajęciach Kaligula wyszedł samotnie pod portyk, po którym wciąż hulał chłodny lutowy wiatr. Nagle, po przeciwnej stronie dziedzińca, ujrzał kobietę siedzącą na ławce pod kolumnadą w towarzystwie dwóch służących, z których jedna, trzymająca w dłoni kawałek papirusu, coś deklamowała. Wytężył słuch, by usłyszeć zdania wypowiadane przez służkę, lecz pośród świszczącego wiatru słowa niewolnicy zlewały się w jeden monotonny szmer. Zawahał się chwilę – Tyberiusz nie lubił, gdy Gajusz rozmawiał z obcymi, i zawsze, gdy się dowiedział, że ów złamał zakaz, okazywał swoje niezadowolenie. Ale tym razem ciekawość okazała się silniejsza. Od dawna żył na wyspie, na której jedyną rozrywkę stanowiło czytanie papirusowych zwojów z cesarskiej biblioteki i – z rzadka – obejrzenie jakiejś teatralnej trupy lub występu tancerek, za jedynego towarzysza miał nisko urodzonego Helikona, a jedynymi rozmówcami byli Gemellus, który z niewiadomych powodów okazywał mu niechęć, i Tyberiusz, z którym Kaligula bał się rozmawiać.

Ruszył w stronę nieznajomej przez dziedziniec wyłożony płytami z różowego marmuru. Gdy był już blisko, usłyszał:

Sztuką jest kierować okręt

przez oceanu otchłanie...

Sztuką – jazda na rydwanie...

Sztuką jest też miłowanie...[3]

– Witaj, domina! – rzekł do siedzącej kobiety. – Skąd znasz te wersy? Wszak są zakazane!

– To tylko poemat o miłości. Jej zaś, czemu nie zaprzeczysz, zakazać nie można – odparła zadziornie.

– Nie o miłości mówię, tylko o słowach, które ją opiewają, a które wyrokiem boskiego Augusta skazane zostały na zapomnienie, podobnie jak ich autor.

– Nie dość skutecznie chyba, bo i ty, panie, wydajesz się z nimi obeznany.

Kaligula się stropił.

– Kim jesteś? – spytał.

– Jestem cnotliwą niewiastą i nie mam zwyczaju rozmawiać z nieznajomymi – odparowała.

Zmieszał się jeszcze bardziej.

– Wybacz, domina. Mieszkam na tym odludziu tak długo, że dziczeję, a obyczaje stolicy stają mi się obce. – Po czym z dumą wyrecytował: – Jestem Gajusz, syn Germanika i Agrypiny Starszej, ze strony ojca – wnuk Druzusa Starszego, brata Tyberiusza, i Antonii Młodszej, a także prawnuk Marka Antoniusza; ze strony matki – prawnuk Augusta.

– Ach, więc to ty... – szepnęła i ku jego zdziwieniu skłoniła lekko głowę.

– Wydajesz się zaskoczona.

– Raczej zaszczycona.

– Zaszczycona? Czym?

– Nieczęsto mam okazję rozmawiać z kimś z Rodziny, i to jeszcze tak znamienitym.

Zamilkł na chwilę, by dokładniej się jej przyjrzeć. Wyglądała na nieco starszą od niego. Skórę miała gładką i jasną, a rudawe gęste włosy zaplecione w niezliczone warkocze upięte w zgrabny kok, ale urodą swą uwagi nie przykuwała. Stola do kostek i jasny płaszcz – eleganckie, choć nie wytworne – wskazywały, że była jedną z tysięcy kobiet stanu ekwickiego, których ambitni mężowie lub ojcowie wprawdzie żyli godnie z dochodów z posiadłości ziemskich lub ze sprawowania funkcji w cesarskich prowincjach, lecz daleko im było do fortun starych republikańskich patrycjuszy lub do nowej arystokracji powstałej za panowania Augusta.

– Teraz, kiedy już wiesz, że nie z byle przybłędą rozmawiasz, wyjawisz mi swe imię? – spytał, przerywając milczenie.

– Jestem Cezonia Milonia, córka Cezoniusza i Wistylii, żona Anicjusza, zastępcy prefekta wigilów[4] w Rzymie. Wybacz moją wcześniejszą śmiałość. Nie jestem ci równa, panie – skłoniła się ponownie. – Przybyłam z mężem, który właśnie zdaje Tyberiuszowi raport ze stanu zabezpieczenia Miasta przez kohorty wigilów.

Po wcześniejszej zadziorności Cezonii nie pozostał nawet ślad, teraz na jej twarzy malowało się raczej zawstydzenie. Wtedy dostrzegł to, na co wcześniej nie zwrócił uwagi: w jej zachowaniu było coś, co większość wielkich arystokratek towarzyszących swym mężom podczas ich wizyt u cesarza już dawno zatraciła. Może był to zachowany mimo wieku dziewczęcy urok? Może tych kilka piegów na jej twarzy sprawiało, że wyglądała na młodszą, niż była w rzeczywistości? A może to oczy, skromnie spuszczone, lecz rzucające niekiedy przekorne spojrzenia? Nagle poczuł do niej sympatię.

– Długo zostaniesz na Kaprei? – spytał.

– Nie wiem. Tyle, ile cezar uzna za potrzebne widzieć mego męża.

Pomyślał, że może uda mu się czymś jej zaimponować.

– Nie mamy tu zbyt wielu rozrywek. Jeśli sprawi ci to przyjemność, zaprowadzę cię do biblioteki. Jest tam wiele dzieł, których nie znajdziesz nawet w Rzymie – powiedział zachęcająco. – Także te zakazane!

– A mój mąż? – spytała niepewnie.

– Mąż? Przecież czytanie nie jest niegodne zamężnej niewiasty! – uśmiechnął się. Razem udali się do skrzydła mieszczącego cesarski księgozbiór. Po zakończonej lekcji biblioteka była pusta. Kaligula z dumą pokazywał gościowi najrzadsze pisma, których próżno szukać gdzie indziej.

Cezonia towarzyszyła Kaliguli na Kaprei przez kilka dni, które były dla niego jak haust świeżego powietrza, odmiana od przygniatającej bezbarwnej codzienności. Anicjusz opuszczał żonę o poranku i całe dnie spędzał z cesarzem, w tym zaś czasie Kaligula pokazywał Cezonii wspaniałości cesarskiej rezydencji, niezwykłe zakątki w malowniczych ogrodach ją otaczających i zapierające dech w piersiach widoki z klifu.

Gdy już szykowała się wraz z mężem do wyjazdu, Gajusz zapragnął ujrzeć ją po raz ostatni. W popołudnie poprzedzające dzień rozstania, kiedy oprowadzał ją po arkadach okrągłej świątyni Neptuna zbudowanej na wysokim i niedostępnym występie skalnym, powiedział z żalem:

– Wiele bym dał, by pojechać z tobą!

Roześmiała się, ukazując wszystkie zęby, mrużąc oczy i lekko przechylając głowę.

– Panie, mieszkasz w najpiękniejszym miejscu na ziemi. Czego ci tu brakuje?

– Czego? – zaśmiał się nerwowo. – Kogoś, komu mógłbym powiedzieć, jak bardzo jestem samotny, jak mocne są okowy, którymi mnie spętano, jak bardzo jestem niewolnikiem decyzji podejmowanych przez innych, ważniejszych i silniejszych ode mnie, i że nie ma poranka, bym się nie zastanawiał, czy dożyję zachodu słońca...

Słysząc to, nagle spoważniała.

– O bogowie! Zaprawdę jesteś nieszczęśliwym człowiekiem! – szepnęła z przejęciem.

W Rzymie poranek był wyjątkowo chłodny nawet jak na tę porę roku. Od kilku dni jego mieszkańcy obchodzili Parentalia – święto, podczas którego czczono duchy zmarłych przodków. Poza granice Miasta udawały się dziesiątki tysięcy ludzi, by na grobach swych bliskich złożyć ofiarę za ich dusze. Jeszcze do zeszłego roku Antonia kazała się zanosić w lektyce do znajdującego się nad brzegiem Tybru mauzoleum Augusta, gdzie spoczywały prochy jej męża Druzusa, matki Oktawii i najdroższego syna – Germanika. Tym razem została w domu, a ofiarne pokarmy zaniósł w jej imieniu czterdziestosiedmioletni Klaudiusz – jedyne jej dziecko pozostałe przy życiu po niesławnych rządach Sejana. Choć zagniewane jej nieobecnością duchy mogły się na niej mścić, słabnące z każdym dniem ciało nie pozostawiało wyboru – najmniejszy ruch sprawiał nieznośny ból. Mogła więc jedynie modlić się do przodków, by wybaczyli jej uchybienia pradawnym zwyczajom.

– Narcyzie! – zawołała swego wyzwoleńca. – Narcyzie!!!

Po chwili usłyszała, jak biegnie w stronę tablinum[5], dokąd – ze względu na lepsze warunki do przyjmowania gości – kazała przenieść swe łoże. Tupot jego stóp ledwo przebijał się przez dobiegający z jednego z odległych pomieszczeń śmiech młodych dziewcząt.

– Tak, domina? – spytał zdyszany.

Był, obok Pallasa i Kalliksta, jej najzaufańszym człowiekiem. Wyzwalając go wiele lat temu, podarowała mu dom; z czasem dzięki przysługom, jakie jej wyświadczał, zdobył bogactwo, co pozwoliło mu żyć na wysokiej stopie. Lecz nawet uzyskawszy wolność, wciąż miał obowiązki wobec swej dawnej właścicielki. Obowiązki, którym musiał zadośćuczynić, zwłaszcza teraz – prawdopodobnie w ostatnich dniach jej życia.

Patrzenie na niego sprawiało jej przyjemność; jego greckie rysy i nieskazitelne proporcje ciała mogłyby stanowić pierwowzór posągu – jednego z tych pięknych dzieł rabowanych przez Rzymian, jak Achaja długa i szeroka, i przewożonych potem do ich rezydencji. Gdyby jego panią była kobieta mniejszą wagę przywiązująca do przestrzegania moralności przodków, zapewne niejedną noc spędziłby w jej łożnicy, a obsypany przez nią podarkami, o wiele szybciej stałby się człowiekiem majętnym. Uśmiechnęła się w duchu – wiek sprawiał, że jej własna przyzwoitość nie musiała już się mocować z pożądaniem. Patrzyła więc na niego jedynie jak na piękny i radujący oczy obiekt, będący tylko bladym wspomnieniem rozkoszy dawno minionych.

– Czy przyszły jakieś wieści z Kaprei? – spytała, nie spuszczając z niego oczu.

– Nie, domina. Nie było dzisiaj żadnych posłańców. Mam tam kogoś wysłać?

– Tak. Podyktuję ci list do Kaliguli. I poślij po Klaudiusza. Może już wrócił z mauzoleum. Jest mi potrzebny. – Opadła na posłanie, pogrążając się w zadumie, Narcyz zaś pobiegł wykonać jej polecenia.

W pewnej chwili Antonia zdała sobie sprawę, że ucichł dziewczęcy śmiech, dobiegający wcześniej z drugiego końca rozległej rezydencji. Wytężyła słuch; poczuła instynktowny niepokój. Już miała przywołać któregoś ze sług, by sprawdził, co jest przyczyną tej nagłej ciszy, gdy z wielkim rumorem wpadły do jej tablinum trzy młode kobiety w wyśmienitych humorach: Druzylla, Liwilla i Agrypina Młodsza.

– Musimy już wracać, babciu! – zaszczebiotała z uśmiechem Liwilla, najmłodsza z sióstr. – Nasi mężowie zaczną podejrzewać, że zechcesz nas zatrzymać!

– Już dobrze, wasze lektyki zaraz zostaną podstawione. Zmykajcie! Jestem zmęczona i muszę się zdrzemnąć.

Wszystkie trzy po kolei podchodziły do Antonii i całowały ją w dłoń. Po chwili już ich nie było.

„Jakież one muszą być szczęśliwe, żyjąc w nieświadomości tego, co dzieje się dokoła! Co będzie, gdy mnie zabraknie? Kto o nie zadba?” – pomyślała, przymykając oczy. Zapadła w drzemkę.

Klaudiusz pojawił się dopiero po południu. Gdy powiadomiono Antonię o jego przybyciu, kazała odprawić wszystkich interesantów. Klaudiusz wszedł, ucałował jej dłoń leżącą na pościeli i usiadł w fotelu naprzeciw łoża. Próbowała nie zwracać uwagi na jego cudaczny wygląd czyniący zeń pośmiewisko połowy Rzymu – rozchwianą postawę, niemal bezwładną jedną rękę, opuszczony kącik ust, z którego niekiedy spływała strużka śliny. Kiedyś jego wady irytowały ją tak bardzo, że w chwili gniewu nazwała go stworem przedziwnym – zaczętym, lecz nieukończonym. Jednakże w czasach, gdy cała Rodzina jednoczyła się w walce z potężnym Sejanem, pojęła, jak bardzo odpychająca powierzchowność syna przysłaniała przymioty jego intelektu, i że to August miał wiele lat temu rację, gdy napominał ją, iż Klaudiusz jest najbardziej niedocenianym członkiem Rodziny.