Imię BogaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Imię Boga
Imię Boga
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Imię Boga
Imię Boga
Imię Boga
Audiobook
Czyta Jacek Dragun
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  PROLOG

2  CZĘŚĆ I Rozdział I Rozdział II Rozdział III Rozdział IV Rozdział V Rozdział VI Rozdział VII Rozdział VIII Rozdział IX

3  CZĘŚĆ II Rozdział X Rozdział XI Rozdział XII Rozdział XIII Rozdział XIV Rozdział XV Rozdział XVI Rozdział XVII Rozdział XVIII

4  EPILOG

Copyright © by Michał Dąbrowski, 2020

Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2020

All rights reserved

Redakcja

Paulina Kaczmarek

Korekta Daria Kozierska, Katarzyna Marcisz

Ilustracja na okładce

Michał Krawczyk

Wydanie I

ISBN: 978-83-8116-932-5

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Stukot jej laski ginął w odgłosach deszczu. Musiała się skoncentrować, wsłuchać, aby wyłowić go z chlupotu, trzasku i szumu. Uśmiechnęła się do siebie, gdy go odnalazła. Nie zamierzała znowu pozwolić mu uciec. Nie to, że był jej potrzebny, o nie. Znała drogę do domu. Nie musiała widzieć, nie musiała słyszeć, tylko iść, tak jak zawsze, od tak wielu lat…

Brewień zbierała wyłącznie w tym jednym miejscu, przy parowie, obok chropowatych korzeni kościdrzewa, i tylko przy srebrzystej nocy, gdy zimne słońce nie zachodziło, a księżyc był w pełni. Ludzie mówili, że to zła noc, „zimna noc”, kiedy świat nie jest taki, jak powinien być, a po lasach wędrują duchy, zmory i Upiory zrodzone z nienawiści.

Mówili też, że mało na świecie rzeczy tak pięknych, jak srebrzysta noc w środku zimy, gdy śnieg płonie zimnym światłem. Gdy była młodsza, zawsze chciała to zobaczyć. Wiele rzeczy pragnęła kiedyś zobaczyć, ale z czasem…

Znowu uśmiechnęła się do siebie, wodząc językiem po bezzębnych już prawie dziąsłach.

Z czasem przyszło jej do głowy, że świat wcale nie jest piękny, że wszystko, co widziała w swoich myślach – gdy dobrzy ludzie opowiadali o tym, czego znać nie mogła – musiało być piękniejsze aniżeli to, co w istocie objąć można dobrymi oczyma. Tak jak teraz, gdy szła wydreptaną przez siebie ścieżynką przez las, w towarzystwie deszczu i wiatru, stukotu kostura, chichotu wron.

Nasłuchała się ludzi. Wiedziała, że ich oczy nie dostrzegały w jej zakątku puszczy nic pięknego. Ona widziała tylko piękno. Zawsze. Bo nigdy nie widziała brzydoty.

– Gdybym była widziała… – rzuciła do chichoczących wokół ptaków. – Siebie bym widziała. Ze strachu bym umarła! – zaśmiała się charkotliwie.

Nie. Niczego nie chciała już zobaczyć. To, co widziała swoimi ślepymi oczyma, w zupełności wystarczyło. Poza tym dobrze wpływało na jej reputację. Jak dziewczyna ze wsi chciała płód spędzić i słyszała od siostry, że jest głęboko w lesie stara, ślepa wiedźma, to nie wahała się ni chwili, tylko w te pędy do niej gnała. Inna rzecz, że miała najlepszy brewień pod słońcami i inne szeptun ki niech się w lisiej norze schowają. Zachichotała znowu, a jej pierzasta eskorta chichotała wraz z nią.

Pomagało też w interesie, że wierzyli wszyscy w okolicy, że babuleńka, szeptun ka z boru, przyszłość oczami ślepemi widzi. Bajda, owszem. Przyszłości nie widziała, ale jak przychodziła dziewczyna i pytała o imię chłopca, co to mężem jej zostanie, albo kawaler pytający, czy przygodę wojenną przeżyć mu będzie dane, to co miała robić? Prawdę mówić? No to mówiła, co jej ślina na język przyniosła. A ludzie wracali potem i mówili: „Babuleńko! Toć wszystko, coś rzekła, sprawdziło się!”. Kręciła tylko głową, odsłaniając gołe dziąsła w bezzębnym uśmiechu i pieniądze czy kurczaki brała, bo jak dają, to głupi tylko by nie brał.

Raz tylko pożałowała sławy jasnowidzącej. Gdy wrócił Podghorst i przywiódł ze sobą chłopaka. Wzdrygnęła się na samą myśl. Była wiedźmą, ale przecież w czary nie wierzyła. A Podghorst wierzył. I uczyć chłopaka kazał, a on! Ha! Ten był…

Kostur uderzył w drzwi chałupy. Dotarła do domu. Teraz tylko wysuszyć się przy ogniu, wywary na następnych kilka księżyców przyrządzić, kurę z pierza i łusek oprawić, rosół zrobić. Marzyła o gorącym rosole.

W domu ciepło było. Za ciepło.

– Kto tu?! – zawołała, choć izba przecież tak mała, że i szept by wystarczył. Wiedziała jednak. Poczuła jego zapach.

– Ja, babuleńko. Wróciłem – odparł z kąta swoim głębokim, pięknym głosem. Tak łagodnym, a jednak pełnym ognia, który wyczuła w nim już pierwszego dnia, gdy Podghorst go jej zostawił.

Prychnęła pogardliwie.

– A na coś ty tu wracał?! A kto cię tu chciał?!

– Wróciłem do ciebie, babuleńko. – Jakiś smutek dźwięczał w tym głosie, jakaś inna, obca nuta, której nie było, gdy opuszczał jej dom, lat temu ile, nie wiedzą nawet Anioły.

– To się przydaj ty! – fuknęła na niego. – Przydaj się na coś i kurę mi spraw! Na rosół mam chętkę, a na polu zimno, mokro, przemoczonam i zmarzłam! A ty? Siedzi sobie panisko, babie starej nawet nie pomoże!

– Rosół byś chciała? – rzekł po dłuższej chwili, jakby zastanawiając się nad czymś. Starała się wsłuchać w jego oddech, w bicie jego serca, ale deszcz dudnił w strzechę tak, że ledwie słyszała własne myśli.

– Ano pewnie, że bym chciała, mówię przecie!

– To ja ci zrobię rosół. Dostaniesz rosołu, babuleńko. Siadaj, ogień napalę, grzej się. A potem porozmawiamy.

– A o czym to mamy rozmawiać, hę?

– Nie wiesz? – zapytał, krzątając się przy palenisku. – Przecie przyszłość widzisz…

Machnęła na niego ręką.

– A tam, przyszłość! Ja ci mówiła nie raz i nie dwa! Nikt nie widzi, co ma się zdarzyć!

– Duchy widzą, babuleńko. Duchy widzą i wiedzą.

– Jakie tam duchy! – parsknęła ze złością. – Bajdy! Bajdy! Dla dzieci bajdy! Kto widział ducha kiedy, no?

– Ja, babuleńko. Jam widział.

– Gównoś widział! – syknęła. – Czego tu szukasz? – powtórzyła znowu.

– Ciebie tylko, babuleńko. Do ciebie wróciłem.

– Cesarczyki cię gonią? Myślisz, że się tu schowasz?

– Nie. Ja się już nie chowam.

– Ciężko mi starej uwierzyć… – powiedziała po chwili, już znacznie łagodniej – …żeś swoje głupoty porzucił.

– I słusznie. Bo niczego nie porzuciłem.

– A mówisz, że…

– Daj mi rosół zrobić. Daj mi. Raz ostatni. Chcę, byś była szczęśliwa.

Teraz zrozumiała. Odczytała tę dziwną nutę w jego głosie. Poderwała się na równe nogi i rzuciła do drzwi. Była jednak stara i ślepa, a on młody i silny. Nie zdążyła. Chwycił ją za ramię i szarpnął, aż ból przeszył jej zmęczone ciało i upadła na słomę rozłożoną na podłodze. Próbowała wstać, ale przyszpilił ją do ziemi. Butem przydepnął jej kark i chwycił za resztki włosów.

– Chciałem, żebyś na końcu była szczęśliwa, babuleńko. Naprawdę, przykro mi. Tak bardzo mi przykro…

– Oszalałeś! – zawyła. – Do cna żeś zmysły postradał!

– Nie. Otrzymałem nowe. Ja widzę, babuleńko. Jestem widzącym duchy. I przepowiadają mi one, że nadchodzi dzień, w którym nasz lud powstanie. Spłoną zamki i miasta cesarczyków, a na ich ruinach władać będziemy my, raz jeszcze…

 

– Idź! Idź do swoich duchów! Zostaw mnie w spokoju! Co ja ci uczyniłam?! Jak swojego wychowałam!

– Gdybym tylko mógł, babuleńko – odparł z westchnieniem, przyciskając jej kark do ziemi coraz mocniej. Czuła, że się dusi. – Widzisz… Potrzebuję ich od ciebie. Magia tego wymaga. Żeby zobaczyć, co mam zobaczyć, muszę ci je zabrać…

– Bierz! – wycharczała. – Bierz wszystko! Ostaw mnie!

– Gdybym tylko mógł, babuleńko… Nie. Bo widzisz… – Obrócił ją kopniakiem na plecy i nachylił się nad nią. Poczuła przy twarzy zapach żelaza. – Potrzebuję twoich oczu…

***

Była tylko czerń. Czerń, a w niej on.

– Ukażcie mi! – zawołał w nicość. Z mroku dobiegł skowyt, dziki, szalony charkot i zwierzęce wycie, a potem pustka zafalowała, zazgrzytała, rozpłynęła się, jak mgła.

Dwóch mężczyzn siedziało na moście, rozciągniętym nad przepaścią wypełnioną pulsującym ogniem, pijąc wino i karmiąc latającego kota macą. Obok nich przebiegła ciemnoskóra dziewczyna; ktoś ją ścigał, postać w czarnym płaszczu z mieczem utkanym ze słów w dłoni. Wbiegli do świątyni z tysiącem strzaskanych kolumn, do komnaty, w której z sufitu zwisał olbrzymi gad ze skrzydłami. Pomieszczenia pełnego książek, które otwierały się, jedna po drugiej, a na stronice z białych kotar bryzgała krew, szumiąc jak rwąca rzeka. Był znów z nimi, z tymi dwoma, wokół nich rój milionów much, które nuciły jakąś piosenkę…

– Więcej! – ryknął w ciemność.

– Jestem lalką swojego ojca… – zaszeleściły szepty.

Chłopiec skulony w kącie, jego oczy roziskrzone błękitnym płomieniem, ciemnoskóra dziewczyna klęcząca nad nim z wyrazem troski i przerażenia na twarzy. Jeden z mężczyzn pochylony nad pulpitem przy pełgającym świetle świecy, przyglądający się rozszerzonymi źrenicami czemuś w szklanym słoju, czemuś, co wyglądało jak olbrzymi sum pożerający młodą dziewczynę.

– Więcej… – wykrztusił, choć brakowało mu sił, choć czuł, że długo już nie wytrzyma.

– Chodź do nas, turkaweczko… – zaskowytała ciemność.

Był w lesie szklanych drzew szepczących „przepraszam”, skąpanych w świetle jednego, dziwnie żółtego słońca, wśród śpiewu ptaków z metalu. Ona też tam była, ta ciemnoskóra dziewczyna wpatrzona w wiszący na ścianie portret, i on, chłopak ze słojem, i jeszcze ktoś czy coś – wychudzony mężczyzna bez ust. Dziewczyna obracała w dłoni kulę pokrytą słowami. Chłopak leżał w ciemności przykuty do ściany łańcuchem, a wokół niego wypatroszone króliki.

– Nawet nie wiesz, jak długo na to czekałem… – Usłyszał własny głos.

Znów był na moście nad wypełnioną ogniem przepaścią. Dziewczyna tańczyła z mężczyzną w kapturze. Potknęła się i upadła na kolana, a on uniósł miecz. Spadała prosto w szalejące płomienie.

– Więcej… – zachlipał, ledwie łapiąc oddech. – Więcej…

– Wszystko zaczyna się od jednej zmiany w tym, co niezmienne…

Był w maleńkiej izbie i patrzył w rozbite lustro.

***

Uśmiechnęła się lekko, kącikiem ust. Jej odbicie zrobiło to samo. Wyciągnęła rękę i dotknęła siebie, odbicia bladej dłoni. Wybuchnęła śmiechem – głośnym, radosnym, dziecinnym, a odbicie śmiało się wraz z nią, ukazując braki w uzębieniu. Śmiech uwiązł jej w gardle; ziejące dziury po przednich zębach ukryła za spierzchniętymi, bladoróżowymi wargami. Obróciła głowę, kryjąc zanikający, żółto-zielony siniec pod lewym okiem.

Ona, ta druga ona, ta w rozbitym lustrze, była ładniejsza. Nikt nie wybił jej zębów, nie nabił sińców, nie złamał nosa.

Ona była piękna.

Nie była nią, o nie. Ona patrzyła z rozbitego lustra z lekkim, dumnym uśmiechem. Była kobietą, piękną kobietą, a nie dziewczyną w workowatej, szarej sukience dla służby i w ciasno zawiązanym na głowie czepcu.

Ona była piękna.

Patrzyły sobie w oczy, uśmiechały się do siebie. Zauważyła, że odbicie drżącą dłonią sięga do czepca i powoli, z wahaniem, rozwiązuje sploty szarego sukna. W lustrze ukazały się jej włosy. Nie, nie jej włosy. Te były liche, zmierzwione, w kolorze brudnego brązu. Tymczasem włosy w lustrze były bujne i dziko rozrzucone; teraz, gdy nie spinał ich ciasny węzeł, w płomieniu świecy iskrzyły się miedzią i złotem.

Stała tam, w rozbitym lustrze, obdarzając ją spojrzeniem dumnym i butnym. Nie pasowała do ciasnego składziku oświetlonego tylko jedną świecą ustawioną na komódce przy drzwiach. Nie pasowała do szarej sukienki. Była stworzona do połyskujących kolorami sukien balowych, które podziwialiby młodzi panowie, prześcigając się w prośbach o taniec. Ściągnęła sukienkę z tyłu, za plecami, aby ciaśniej opinała się wokół piersi i bioder…

Ona była piękna… Piękna jak Mera…

Potrząsnęła głową. „Pamiętaj!”, szepnęła do siebie w myślach. „Pamiętaj, po co tu jesteś!”

Musiała znaleźć dowód. Tak mówił komendant Drigher.

„Jhannik Appel jest szanowanym obywatelem, filantropem, dobroczyńcą Starego Portu. Bez dowodów nie zamierzam, dziewczyno, nawet palcem kiwnąć!” Tak jej powiedział.

Szukała więc. Zgłosiła się do Jhannika Appela i wybłagała, aby znalazł jej pracę, tak jak innym dziewczynom. Zniosła na sobie jego ciężar i ciężar jego przyjaciół, którzy zajmowali się nią później. Wszystko po to, aby zdobyć dowód.

Jak na razie wszystko to na próżno. Każdego ranka i co wieczór modliła się, błagała, by spotkać którąś z dziewczyn Appela ze Starego Portu, by usłyszeć, że martwiła się niepotrzebnie, że znosiła to wszystko niepotrzebnie. Tak byłoby lepiej.

Nie spotkała jednak żadnej. Wszystkie zniknęły, rozpłynęły się w powietrzu, nikt ich nie pamiętał, nikt nie widział, a ona wciąż szukała.

Drzwi do składziku otworzyły się z głośnym skrzypieniem. Cofnęła się pod ścianę, jak spłoszone zwierzę, próbując pospiesznie osłonić włosy rozwiązanym czepcem.

– A co ty tutaj! Kto ci tu pozwolił?! – zawołała tubalnym głosem stojąca w progu ochmistrzyni Reza, zwana przez służbę Różą, kobieta potężnie zbudowana, o szerokich ramionach i imponującej tuszy. – Goście w domie, wszyscy pracują jak te pszczółki w bajce ciężko, a ty, motylek jebany, w lusterku się przeglądasz? Oj, nie widzi mi się, żebyś tu została, dziewczyno!

– Prze… Przepraszam… – wydukała rudowłosa dziewczyna, drżącymi dłońmi wciąż mocując się z rozwiązanymi fałdami czepca. – Ja tylko szukałam…

– Ja wiem, czego szukałaś, sama cię po szkło posłałam! I powiedziałam dokładnie, gdzie stoi! Nie myszkuje się w cudzym domu, dziewczyno!

– Przepraszam, zgubiłam się, a potem… Ja nigdy wcześniej…

– Co nigdy wcześniej? Lustra nigdy nie widziała? – Głos ochmistrzyni, do tej pory pulsujący gniewem, teraz złagodniał. – No dobrze, już dobrze, dziewczyno… Chodź, ja już ci zawiążę ten czepiec. No tak, włoski to ty rzeczywiście masz ładne, chociaż rude, tfu.

Pozwoliła, by ochmistrzyni swoimi wprawnymi, wielkimi dłońmi zawiązała czepiec. Było jej wstyd. Wstyd, że odsłoniła włosy, przybierała niegodne pozy, że dała się ponieść próżności.

– Przepraszam, nie chciałam, ja tylko…

– No już, powiedziałam przecież, że już. No, czepiec dobry, trzyma się ładnie. Teraz leć, dziewczyno, do kuchni, zabieraj wino i podaj gościom. Tylko szybciusio spraw się, to może pozwolę ci na służbie zostać!

– Dziękuję! Bardzo dziękuję!

– A idź, nie dziękuj, tylko biegiem, mówiłam, biegusiem! – Ochmistrzyni machnęła ręką. – I drzwi za sobą zamknij! – zawołała jeszcze, gdy rudowłosa dziewczyna, czerwona na twarzy, wypadła ze składziku, w którym stało zbite lustro.

***

– Dość! – zakwilił. – Dość… – Zwinął się w kłębek na obryzganej krwią słomie, tuż obok zimnego ciała babuleńki. Oddychał ciężko, z trudem łapiąc powietrze. Wyciągnął rękę, szukając jej martwej dłoni. Chwycił ją mocno.

– Dziękuję… – wyszeptał.

CZĘŚĆ I

Miasto rozciągało się przed nią w całej swej nocnej chwale. Tysiące świateł bijących z okien kamienic i pałaców dzielnicy ogrodów, rozjaśniających noc pomarańczową łuną ognia. Światła Aazh. Światła wielkiego i potężnego Cesarstwa rozciągającego się na pół kontynentu. Światła jej domu, jej miasta, którego murów nigdy nie opuściła, a jednak tak naprawdę widziała je pierwszy raz. Jak swoje odbicie w lustrze.

Z wysokiego balkonu pałacu widziała świat zupełnie inny niż dotychczas znała, znacznie większy, nieporównywalnie bogatszy i jaśniejszy aniżeli ten, który oglądała z mrocznych, wąskich zaułków Starego Portu.

Ze zdumieniem odkryła, że przeraża ją ten ogromny, świetlisty świat. Był zbyt wielki i taki jasny. Ciepła łuna świateł przypominała szalejące płomienie, a ona była w tym wszystkim tak nieistotna. Tak zupełnie, kompletnie nieistotna, tak maleńka w tym świecie panów i pań, królów i cesarzy, opiekunów, kolegiatów i metropolitów…

Nigdy nie czuła tego aż tak dojmująco. Wszystko, co zrobiła, aby odnaleźć Merę i pozostałe… Tak bez znaczenia… Przecież niczego nie mogła zmienić.

Westchnęła ciężko, rozmasowując bolącą łydkę.

— Piękne, prawda? — Usłyszała za sobą łagodny męski głos. Obróciła się jak spłoszone zwierzę i ujrzała niskiego, korpulentnego mężczyznę w czarnej szacie duchownego. Jego okrągła twarz, zwieńczona błyszczącą, plackowatą łysiną, poorana była zmarszczkami. Uśmiechał się do niej wąskimi ustami.

— Ja… Przepraszam najmocniej, już wracam do pracy…

— Och, nie, nie… Spokojnie. Bal ma się już ku końcowi. Każdy potrzebuje chwili odpoczynku, a już ty na pewno. Roznosiłaś wino, dobrze pamiętam?

Skinęła głową. Nie rozpoznawała go, starała się odnaleźć jego twarz wśród zapamiętanych z balu ważnych gości, ale nie mogła go sobie przypomnieć. Mężczyzna tymczasem podszedł do balustrady, stając blisko niej i wpatrując się w nocną panoramę Aazh.

— To ja już pójdę — wyszeptała speszona.

— Zostań, proszę. Dotrzymaj towarzystwa staremu człowiekowi. I nie przejmuj się, to przecież mój dom.

— Pa… Pański dom? Myślałam, że…

— Myślałaś, że kogoś ważniejszego? — Uśmiechnął się do niej uspokajająco. — Tak, to mój dom. Nie lękaj się więc ochmistrzyni Róży. Nie lękaj się nikogo, gdy dotrzymujesz towarzystwa staremu dziadowi, co lubi czasem popatrzeć na miasto, któremu poświęcił całe swoje życie.

Mówił z uśmiechem, a jednak w jego głosie nie wyczuwała radości. Nie wiedziała, co powiedzieć, więc tylko dygnęła, w pełni świadoma, jak bardzo jej nieudolny ukłon nie pasował do tego wspaniałego pałacu.

— Nazywam się Kai Rassindh. Bez „oth”, co, jak widzę po wyrazie twojej twarzy, zauważyłaś — dodał po chwili. Milczeli. On wpatrując się w łunę aazhyjskich świateł, ona zdenerwowana, zerkająca na niego ukradkiem. — Zastanawiasz się pewnie, skąd ten pałac, skoro przed moim nazwiskiem nie ma „oth”? Jak człowiek z ludu zdołał wspiąć się tak wysoko? Spokojnie, dziecko, wcale mnie nie obraziłaś. Widzisz… Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Tak się po prostu złożyło. Lubię myśleć, że taka była Jego wola, ale to aroganckie, więc… Przytłaczające, czyż nie?

— Przytłaczające, panie?

— To wszystko. — Machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. — Potrafi być przytłaczające dla kogoś, kto nie przywykł do oglądania świata z góry, z wysokości czwartego piętra. Wysokość powoduje, że wszystko wydaje się małe, a przez to ogromne. Z wyjątkiem nas samych. My sami wydajemy się sobie ogromni, więc mali.

— Tak, Wasza Świątobliwość — odparła, choć nie do końca rozumiała. Ona nigdy nie zdawała się sobie „ogromną”.

Żachnął się.

— Świątobliwość. Ba! Opiekun Imienia to Jego Świątobliwość. Zna on Imię Boga, a więc dostępuje go bezpośrednio. Częściowo przynależy do świata duchowego, stąd „Świątobliwość”. Ja, dziecino, jestem Metropolitą Aazh, zwykłym krzewicielem wiary, kaznodzieją sprawującym pieczę nad innymi kaznodziejami. Więc nie dość, że nie musisz się do mnie tak zwracać, to wręcz ci nie wolno.

— Przepraszam, mój panie… Ja tylko… Nasz krzewiciel zawsze mówił, że…

— Arogancja, dziecko. Arogancja jest bodaj najgorszym z grzechów, bo zapuszcza korzenie nawet w Kościele, wśród tych, którzy mają strzec świata przed grzechem. — Zamilkł na chwilę, wpatrując się w horyzont. — Powiedz mi… Jak sądzisz, dziecko, czy arogancją jest wiara, iż wiemy lepiej od innych, co jest dla nich najlepsze?

Czuła, że powinna mu odpowiedzieć, ale nie umiała.

On jednak niezrażony mówił dalej.

— Nie. Oczywiście, że nie wiesz. Masz ten przywilej, że nie musisz wiedzieć, nie musisz się nawet nad tym zastanawiać…

— To po co zadajesz biednej dziewczynie retoryczne pytania, Kai?

 

Z sali wyszedł kolejny duchowny, znacznie młodszy i przystojniejszy.

— Vheroon. Myślałem, że już wyszedłeś — odparł starszy mężczyzna z wyraźnym zakłopotaniem.

— Dlatego w końcu pojawiłeś się na własnym przyjęciu? — zapytał ze śmiechem drugi krzewiciel. — Unikasz mnie?

Kai rzucił rudowłosej dziewczynie przepraszający uśmiech.

— Biegnij już, dziecino. No, już.

Dygnęła szybko obu duchownym i uciekła do środka, wpadając na stojącego w drzwiach wysokiego mężczyznę otulonego czarnym płaszczem z kapturem.

— Przepraszam… — szepnęła jeszcze, wymijając go.

— Nie szkodzi — odparł.

Jeszcze długo czuła na plecach jego spojrzenie.