Biały murzyn

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Biały murzyn
Biały Murzyn
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,85  27,88 
Biały Murzyn
Biały Murzyn
Audiobook
Czyta Ryszard Nadrowski
19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Michał Bałucki

Biały murzyn

Warszawa 2013

Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział I

W miasteczku powiatowym, Okolu, między godziną piątą a szóstą zabębniono na rynku.

Rynkiem nazywano tu plac kwadratowy, nierówny, wysypany w kilku miejscach kupami kamieni, między którymi leżały błotniste kałuże i śmietniki z ostatniego jarmarku. Naokoło tego placu stały szeregi domków drewnianych, na kamiennych podmurowaniach, z podsieniami i staroświeckimi facjatkami, spośród których wyskakiwały, na kilka łokci długie, drewniane rynny, wyrzucające w czasie deszczu obfite strumienie wody w kałuże i doły. Pośrodku rynku, obok figury świętego Jana Nepomucena, stał na wzniesieniu budynek, podobny do lamusa, który miał przedstawiać ratusz.

Z tego to budynku wyszedł policjant, w starym wypełzniętym mundurze, który był kiedyś niebieskim, i stanąwszy w jednym rogu rynku, uderzył w bęben. Odgłos rozległ się wśród pustych ścian rynku, mieszczanie bowiem zajęci byli w polu zbieraniem siana, i mało kto pozostał w miasteczku. Kilku tylko małych chłopców w spodenkach, zawieszonych na kawałkach krajek, kilka piastunek z nie umytymi, rozczochranymi bachorami żydowskimi i jakiś stary rzemieślnik z zieloną umbrelką otoczyli policjanta, który z uroczystą powagą, po dwukrotnym uderzeniu w bęben, odezwał się podniesionym głosem:

– Wszem wobec i każdemu z osobna, wam, szlachetni rycerze, wysoka szlachto, postronni obywatele, mieszczanie, chłopi i inni ludzie, jako też i wam Żydzi, magistrat miasta czyni wiadomo, jako iż wczoraj na drodze między majętnością jaśnie wielmożnego pułkownika Jana Lipskiego, dziedzica Zarzecza z przyległościami, a miastem zgubiono pugilares z czerwonej skóry, ozdobiony bogatym haftem, w którym to pugilaresie oprócz różnych papierów, dokumentów i fotografii – znajdowało się sześćset guldenów w banknotach austriackich. Łaskawy znalazca zechce się zgłosić bądź do tutejszego magistratu, bądź do wyżej wyrażonego jaśnie wielmożnego Jana Lipskiego, gdzie otrzyma nagrodę w kwocie pięćdziesięciu guldenów.

Odrecytowawszy jednostajnym głosem to ogłoszenie, policjant przeszedł na drugi róg rynku i znowu uderzył w bęben. Ta sama publika, którą on według starej formuły tytułował szlachetnymi rycerzami i wysoką szlachtą, pociągnęła tam za nim, z tą tylko różnicą, że zamiast starego rzemieślnika, który już poszedł do domu, stanęła jakaś kucharka z zakasanymi i omączonymi rękami i chłop, który z jajami zajechał był właśnie przed żydowski sklepik. Zresztą nikt więcej nie pojawił się na rynku. Nawet Icek Fajgełes, właściciel owego sklepiku, zatytułowanego na szyldzie handlem win i korzeni, nie raczył pofatygować się dla wysłuchania tego ogłoszenia, a to nie przez brak ciekawości, jeno że Icek Fajgełes o wszystkich sprawach magistrackich miał wiadomości z pierwszej ręki, bo od samego burmistrza, który w chwilach wolnych od urzędowania, a takich miał bardzo wiele, rezydował stale w handlu win i korzeni.

I teraz właśnie tam się znajdował z panem poczmistrzem i księdzem wikarym, i gawędził z nimi przy lampeczce wina. Treść ogłoszenia była przedmiotem ich rozmowy. Dziwiono się, że taki dumny pan zdecydował się ogłaszać zgubę kilkuset guldenów. Burmistrz utrzymywał, że o ile zna pułkownika, to wie, że tego by nie zrobił, gdyby mu chodziło tylko o pieniądze; że w pugilaresie miał się podobno znajdować jakiś ważny dokument familijny, a i pugilares sam miał dla pułkownika wartość pamiątkową, bo haft na nim był roboty nieboszczki żony.

Ksiądz wikary także był tego zdania; tylko poczmistrz, który nie lubił pułkownika za jego lekceważące traktowanie ludzi, przypuszczał, że bieda zmusiła go do zrobienia tego ogłoszenia.

– Dawniej – mówił – byłby tego pewnie nie zrobił, ale teraz krucho z nim. Toż wszyscy wiemy, w jakich on interesach; długów po uszy!

– Mówią, że stara teściowa ma majątek – odezwał się wikary.

– Ma, ale go nikt nie zobaczy, chyba po śmierci. Stara się boi grosza ruszyć, bo wie, że i to poszłoby na różne fantazje pańskie, jak cała fortuna, a fortuna była nie lada.

– No, jeszcze tak źle z nim nie jest – odezwał się znowu burmistrz, biorąc w obronę pułkownika. – Przez zamęście córki interesa jego znowu się poprawią. Narzeczony ma znaczne dobra na Podolu.

– Któż to taki? – spytał znowu wikary.

– Sikorski – znany ród, stara szlachta.

– Bo też i Lipscy niczego.

– Tylko goli – wtrącił znowu poczmistrz.

– Toteż pono rodzina pana młodego nie bardzo życzyła sobie tego związku. Ale młody zakochał się po uszy w pannie i nie było rady.

– Czy taka piękna? – spytał wikary, który jako świeżo przybyły w te strony nie znał ani stosunków miejscowych, ani osób. – Można by śmiało o niej powiedzieć: piękny, bo to więcej chłopiec niż dziewczyna, jeździ konno jak najlepszy kawalerzysta, strzela, poluje, podobno nawet na pałasze się rąbie. Będzie miał mąż niemałą pracę okulbaczyć taką żonę.

– Jeśli ona go nie okulbaczy.

– To pewniejsze.

– I kiedyż wesele?

– Na szwenti Michał – odezwał się Icek Fajgełes, który stojąc tuż przy stoliku pana burmistrza, przysłuchiwał się przez cały czas rozmowie.

A odezwał się z pewną dumą, że mógł pochwalić się tą wiadomością o terminie wesela, była zaś to wiadomość pewna, bo miał ją od samego pana pułkownika, który mu polecił sprowadzić na ten czas wina z Węgier.

Podczas kiedy tak rozprawiano w handelku, policjant przeszedł na trzeci róg miasta, dokąd mu już tylko paru chłopców, niestrudzonych amatorów bębnienia, towarzyszyło. Ale i ci wnet porzucili go, wracając pod mur ratusza, do przerwanej zabawy w guziki.

Policjant pozostał sam jeden. To go jednak nie wstrzymało od dopełnienia formalności, która wymagała, aby każde postanowienie magistratu wybębnione i wygłoszone było na wszystkich czterech rogach rynku. I z pełną ważności miną przeszedł na róg czwarty.

Po dwukrotnym uderzeniu w bęben, gdy się zbierał właśnie do wygłoszenia obwieszczenia i już odchrząknął, splunął i zaczerpnął powietrza, jakiś podróżny, w lichym ubraniu, mocno zakurzony i z zawiniątkiem w ręku, wyszedł z bocznej ulicy na rynek. Policjant rozpoczął rozporządzenie. Podróżny zatrzymał się i wsparty na kiju, słuchał.

Był to mężczyzna mogący mieć lat dwadzieścia kilka, rosły, barczysty i wcale pięknej, sympatycznej twarzy, na której jednak mało było życia i wyrazu. Była w niej jakaś leniwa ospałość; znamionująca przytępiony umysł; ruchy jego były ciężkie, niezgrabne, a krój ubioru robił go podobnym do jakiegoś organisty lub kościelnego z małego miasteczka. Ubiór ten był do tego mocno zakurzony z drogi, którą widocznie odbywał piechotą, twarz opalona, zroszona potem, świeciła, jakby była z brązu odlana. W dużych oczach, poruszających się leniwo i obojętnie, malowało się znużenie i ospałość.

Policjant zdawał się nie widzieć podróżnego, stojącego tuż przed nim. Recytując bowiem ogłoszenie, błądził oczami w przestrzeni, jakby miał przed sobą niezmierne tłumy ludu, i wzrok jego nie zatrzymywał się szczegółowo na nikim.

Dopiero kiedy skończył czynność swoją i złożył urzędowe pałki do rzemiennego futerału na piersiach, zeszedł z kupy kamieni, z których wysokości przemawiał był do narodu, i zbliżywszy się do podróżnego, powitał go skinieniem głowy.

– Jak się masz, Antku? – spytał go głosem już zwyczajnym, rozebranym z urzędowej powagi – a ty skąd?

– A z miasta, ze szkół – odrzekł podróżny.

– A to cię diabelnie długo w tych szkołach trzymają. Toż to już będzie sześć czy siedm lat, odkąd tam siedzisz.

– Ośm lat się skończyło.

– A no; musiałeś już pojeść wszystkie rozumy. Podróżny uśmiechnął się jałowo i odrzekł:

– Już teraz skończyłem.

– No, czymże myślisz zostać?

– Albo ja wiem? Zobaczę, co ojciec powie.

 

– I dziedzic, boć to on przecie łożył na ciebie.

– A tak, pomagał mi. Czy to jemu zginął ten pugilares, coście go obwoływali?

– A jemu. Jak będziesz szedł do domu, patrz pilnie po drodze; może ci się uda znaleźć; dostałaby ci się nagroda.

– Pięćdziesiąt guldenów piękny grosz; ale to pewnie już kto znalazł i schował, kiedy się do tego czasu nie odszukał. Pugilares nie szpilka, zobaczyć nie trudno.

– Tak się zdaje, że go ktoś wziął sobie. Chwilkę milczeli, nie wiedząc, o czym dalej mówić. Wreszcie podróżny zapytał:

– I cóż nowego u was?

– A cóż? Wszystko po dawnemu; klepie się biedę i basta.

– A mój stary zdrów? Dawnoście go widzieli?

– A był tu na Boże Ciało. Asystowaliśmy w mundurach księdzu celebransowi na procesji. Stary krzepko się trzyma, wygląda lepiej ode mnie, choć znacznie starszy.

– Chwała Bogu.

Umilkli znowu. Podróżny grzebał laską w ziemi i kreślił jakieś zygzaki, policjant zażywał tabakę.

– No, trzeba będzie iść, żeby przed nocą dociągnąć do domu. Mam jeszcze sporo drogi przed sobą. Bywajcie zdrowi!

– Szczęśliwa droga! A pozdrów tam starego ode mnie.

– Bóg wam zapłać.

Skinął głową policjantowi i poszedł dalej za miasto.

Droga prowadziła z początku wzdłuż wysokiego brzegu, skąd rozległy i wspaniały był widok na szerokie równiny, pełne lasów i wiosek, leżących z drugiej strony rzeki. Że jednak gliniasty brzeg odrywał się często, przeto, dla bezpieczeństwa, odsunięto drogę w głąb płaskowzgórza, przez co trzeba było robić wielkie koło. Piesi jednak, szczególnie wieśniacy, chodzący na targi do miasteczka, używali starej drogi, jako bliższej. Z czasem drożyna zamieniła się w ścieżkę, która szła tuż brzegiem rzeki, prosto na przełaj przez parowy, strumienie i jary.

Tą ścieżką poszedł także nasz podróżny. Czas jakiś szedł grzbietem wzgórza, kolosalna jego postać rysowała się jak ciemna sylwetka ostro na tle złocistym zachodu. Potem zeszedł w parów i zniknął wśród krzaków leszczyny. Przechodząc środkiem tych zarośli, usłyszał za sobą szelest, jakby ktoś szybko przedzierał się przez krzaki. Rozciekawiony zatrzymał się. Szelest prędko zbliżał się ku niemu, już tylko parę kroków przedzielało go. Podróżny spojrzał w tę stronę i zobaczył ze zdziwieniem sarnę, która na jego widok zatrzymała się w biegu, wpatrzyła na niego lękliwe, wilgotne oczy a potem, spłoszona, rzuciła się nagłym skokiem, uciekając na powrót w gęstwinę.

Podróżny mimowiednie poskoczył za nią i chciał ją ścigać, wnet jednak spostrzegł się, że byłoby to dzieciństwem gonić sarnę po zaroślach z gołymi rękami, zatrzymał się więc. Czas jakiś przysłuchiwał się cichnącemu coraz bardziej tętentowi kopytek, potrącających o gałęzie krzaków i korzenie drzew, a gdy szelest całkiem ucichł, wrócił znowu ku ścieżce, z której był zboczył. Torując sobie laską i ręką drogę przez zarośla, potrącił o jakiś ruchomy przedmiot, schylił się i zobaczył pugilares, w czerwoną skórę oprawny, z pięknym haftem po jednej stronie. Serce uderzyło w nim gwałtownie ze wzruszenia; otworzył skwapliwie pugilares, z którego posypały się na ziemię jakieś papiery i fotografia. Przedstawiała ona głowę młodej kobiety, brunetki, w dość dużym formacie. Głowa była wzniesiona nieco w górę, z wyrazem dumy i pewnej brawury. Włosy gęste, krótko obcięte, kręcące się lekko nad szerokim czołem, angielski stojący kołnierzyk i krawat nadawały jej pozór ślicznego chłopca, przebranego za kobietę. Szczególnie zwracały uwagę duże, czarne, błyszczące oczy, które śmiało i imponująco patrzały wprost na patrzącego. Była w nich taka jakaś przeszywająca siła i urok magiczny, że sprawiały wrażenie spojrzenia żywej osoby.

Podróżny czuł się wobec tego spojrzenia zakłopotany i nieśmiały. Owładnął go jakiś dziwny niepokój, połączony z rozkosznym odurzeniem. Doznawał podobnego uczucia, jakie ma człowiek, gdy mu się śni, że lata w powietrzu, ten lot łaskocze mu nerwy, a zarazem przejmuje grozą i obawą upadku. Spojrzenie to więziło jego oczy i długo nie mógł ich oderwać od fotografii. Stał nad nią z oczami zapatrzonymi i otwartymi ustami. Pierwszy to może raz w życiu tak śmiało wpatrywał się W twarz kobiecą, bo pomimo że kilka lat przepędził w mieście, żył jak zakonnik w klasztorze Karmelitów, gdzie obsługiwał księży w domu i w kościele, za co dostawał darmo pożywienie i mieszkanie. Resztę czasu zajmowała mu nauka. Nie znał prawie innej drogi prócz tej, która od klasztoru prowadziła do szkoły, a choć na tej drodze spotykał nieraz kobiety, nawet może piękniejsze od tej, której fotografię teraz w ręku trzymał, to albo nie uważał na nie, albo nie miał śmiałości przypatrywać się im. Jak koń w kieracie, tak on obracał się w kole swych codziennych zajęć i pracy, nie patrząc dalej, nie znając prawie życia ani uciech młodości. Teraz, po ośmiu latach, odprzęgnięto go od tego jarzma i puszczono. Szedł, sam nie wiedząc, co dalej będzie, gdzie się obróci. Przyzwyczajony do ślepego posłuszeństwa ojcu, który go trzymał ostro i surowo, szedł bezmyślnie poddać się jego woli, nie mając żadnych własnych pragnień ni zamiarów. Na tej drodze spotkał kobietę, a choć to była tylko martwa podobizna rysów kobiecych, to jednak dziwne na nim zrobiła wrażenie, jakiego przedtem nigdy nie doznawał, i którego nie umiałby nazwać. Było to pierwsze poruszenie zamarłych i uśpionych jeszcze pragnień młodości. Prawa natury poczęły działać, jak słoneczne promienie na wiosnę. Owo sam na sam z fotografią, wśród zarośli, silniej działało na dziewiczą, niepokalaną młodość niż najpoważniejsza rzeczywistość na zużytych rozpustników; wobec kawałka zamalowanego papieru doznawał wrażenia większego, niż niejeden wobec pięknej, żywej kobiety doznawać może. Długiej chwili trzeba było, żeby się opamiętał i ośmielił dotknąć fotografii i podnieść ją z ziemi wraz z papierami.

Nim je włożył na powrót do pugilaresu, zajrzał do środka i zmieszał się. W pugilaresie nie było pieniędzy. Był całkiem próżny. Przejrzał papiery, wytrząsał jeden po drugim, ale i tam pieniędzy nie było. Teraz dopiero przypomniał sobie, że gdy podnosił pugilares z ziemi, był on już otwarty. Prawdopodobnie więc ktoś inny miał go już przedtem w rękach i wyjął pieniądze, a potem rzucił go w krzaki. Radość, jaką mu sprawiło znalezienie zguby, przemieniła się wnet w trwogę i niepokój.

Trzymał pugilares w ręku i nie wiedział, co począć. Bał się oddać go właścicielowi, by go nie posądzono o skradzenie pieniędzy; z natury nieśmiały i lękliwy, a przy tym chowany surowo, nie posiadał owej odwagi, z jaką prawda zwykła się tłumaczyć przed ludźmi ze swych czynności; bał się podejrzeń, badań, z których nie umiałby się wyplątać. Ta obawa skłoniła go, że położył znaleziony pugilares na ziemię, tam, gdzie przedtem leżał, i oddalił się. Uszedłszy jednak kilkanaście kroków zatrzymał się i namyślał. W ruchach jego było wahanie się, niepewność; to chciał wracać, to znowu i stawał. Nareszcie wrócił w zarośla, drżącymi rę kami wziął pugilares do ręki, wyjął z niego fotografię i schowawszy ją do zanadrza oddalił się spiesznie, oglądając się trwożnie wokoło, czy go kto nie widział.

Zaledwie przebył zarośla i zadyszany wydobył się z parowu na równe pole, ujrzał cwałującą pędem miedzą wśród łanów zboża amazonkę w czarnej sukni i popielatym kapeluszu, z niebieską, przezroczystą woalką, która, rozwiana wiatrem, płynęła jak gazowy obłoczek za głową amazonki ponad złocistymi falami zboża. Amazonka minęła żeńców, co sznurem szli ku wsi, i w szybkim galopie zbliżała się do drogi. Szeroki dosyć rów przedzielał pola od drogi; amazonka bez namysłu przesadziła rów. Przy tym gwałtownym wstrząśnieniu kapelusz spadł jej z głowy, czym spłoszony koń poniósł ją szalonym pędem. W tejże chwili wypadła spomiędzy zboża sarna, przesadziła także rów i pognała jak chart za koniem na wyścigi. Podróżny zaraz domyślił się, że to musiała być ta sama sarna, którą niedawno przedtem widział w zaroślach. Myśląc o tym, tak się zagapił, że zapomniał o kapeluszu, który tuż obok niego leżał na ziemi. Nawet gdy amazonka zatrzymała konia i odwróciła się, nie domyślał się jeszcze, dlaczego stanęła i czeka.

Amazonka energicznym ruchem ręki wskazała na ziemię i odezwała się:

– Hej, człowieku, podaj mi kapelusz; no, prędzej!

Podróżny, ruszony z miejsca tym rozkazem, podskoczył skwapliwie, pochwycił kapelusz, pobiegł do amazonki. Ale gdy się przybliżył, żeby podać kapelusz, i podniósłszy oczy do góry zobaczył twarz amazonki, osłupiał; fotografia żywa stała przed nim. To go tak zmieszało, że nieprzytomny zaplątał się nogami w woalce i rozdarł ją.

– Ach, to niezgrabny! – rzekła amazonka z gniewem, wyrwała zniecierpliwiona kapelusz z rąk nieprzytomnego podróżnego i zaciąwszy konia szpicrutą, popędziła naprzód.

Podróżny stał jak przykuty do ziemi i patrzał na cwałującą, patrzał, choć już zniknęła wśród chat wioski; nawet tumany kurzu, wzbite kopytami końskimi, opadły na zielone łąki, a on stał jeszcze zapatrzony, jakby czekał jeszcze na coś. Dopiero rozmowy nadchodzących żeńców wyrwały go z tego osłupienia. Poruszył się, obejrzał wokoło; potem podniósł spod nóg kawałek niebieskiej woalki i poszedł dalej. Żeńcy zrównali się z nim. Podróżny podsunął się do wieśniaczki, idącej na przedzie, i zapytał nieśmiało:

– Nie wiecie przypadkiem, kto była ta pani na koniu?

– To nasza panienka dziedziczka.

– Córka tutejszego dziedzica?

– No jużcić tak.

– Córka dziedzica – powtórzył sobie półgłosem podróżny.

Wiadomość ta widocznie go uspokoiła; był on bowiem dosyć zabobonny. Niezwykły tok wypadków, które w taki dziwny sposób łączyły się z sobą, przypisywać był gotów jakimś nieczystym siłom. Uspokoił się, gdy się dowiedział, że to zjawisko, które widział przed chwilą, było tylko kobietą, i do tego córką dziedzica Zarzecza.

Rozdział II

Na samym końcu wsi, w niejakim oddaleniu od chat wiejskich, stał domek na pagórku. Szeroka zaspa piasku oddzielała wzgórek od rzeki, która w tej porze wąskim płynęła korytem. Ale na wiosnę lub po ulewnych deszczach, rzeka rozlewała się szeroko i podchodziła aż do stóp wzgórka, który wtedy wyglądał jak półwysep, gdyż tylko wysoka grobla łączyła go z lądem. Że takie wylewy często zdarzać się musiały, świadczyły o tym grube pale, sterczące z jednej strony wzgórza, do których przywiązywano zwykle prom i łodzie. Teraz one spoczywały daleko od domku na piaszczystej ławie, przywiązane łańcuszkami do palików, jak brytany, tylko że brytany na noc, a łodzie na dzień spuszczano z łańcuszków. Czynności tej dopełniał codziennie mieszkaniec domku na wzgórku, stary Jakub Sikorski, niegdyś żołnierz, dziś dzierżawca przewozu.

Była to figura wysoka, chuda, żylasta, jedna z tych natur łykowatych, co to na pozór wątłe, a jednak niespożyte, wytrwałe, które czas żuje i gryzie, ale pogryźć ani połknąć nie może. Mimo późnego wieku trzymał się ostro, pracował jak koń i był zdrów.

Ubiór jego był mieszaniną mieszczańskiego gustu i żołnierskich wspomnień. Nosił czamarę płócienną latem, a sukienną szaraczkową zimą, z pętlicami i sznurami, buty juchtowe po kolana, żołnierską furażerkę i wysoki halsztuk. Twarz opalona i ospowata miała wyraz buńczuczny, jakby się ciągle srożył i zżymał, a sumiaste, podstrzygane wąsy, sterczące jak szczotki pod krótkim nosem, potęgowały jeszcze bardziej to wrażenie. Kiedy mówił, to krótko i głośno, jakby komenderował. Umiał tylko słuchać i rozkazywać; do gawędki i pożycia dłuższego był z niego nieszczególny towarzysz, toteż gdy wszedł między znajomych, wolał grać w straszaka lub mariasza, niż rozmawiać. Szczególnie mariasz był jego ulubioną zabawą i jedynie dlatego szukał towarzystwa ludzi dworskich, by mógł z którym pograć w mariasza do puli. Tej zabawki jednak pozwalał sobie tylko wieczorem, gdy swoją psiarnię, jak nazywał łodzie, przywiązał już był na łańcuszki. W dzień był ciągle zajęty przy przewozie, bo ruch tam był ciągły i było co robić. Szczególnie kiedy był odpust lub jarmark w miasteczku, na przewóz tyle szło ludzi, fur, bryczek, że Jakub nieraz kilku chłopów najmować musiał do pomocy. Ale ten trud opłacał się nieźle. Icek Fajgełes od dawna kroił na zabranie tego przewozu w dzierżawę, obiecywał dziedzicowi daleko większy czynsz, ale dziedzic nie chciał na to przystać i pozbyć się Jakuba, który dawniej służył w jego pułku. Była to łaska pańska, którą Jakub tym bardziej cenić umiał, że przedtem dobrze się nabiedował i nakłopotał w życiu. Po skończonej bowiem kampanii osiadł był na Litwie, ożenił się z jakąś szlachcianką litewską i dzierżawił propinację w miasteczku. Ale żona przy połogu umarła, gospodarstwo bez gospodyni szło coraz gorzej, Jakub stracił na karczmie, musiał posprzedawać resztę chudoby i iść na służbę. Służbista był z niego dobry, pracowity i trzeźwy, ale że był drażliwego usposobienia i ambitny na swoją godność ekssierżanta i pochodzenie szlacheckie, więc nigdzie długo nie zagrzał miejsca.

 

Pochodził on rzeczywiście z jakiejś szlacheckiej rodziny, która podupadła, i to podupadła dość dawno, gdyż Jakub urodził się już w dymnej chacie i chodził wraz z ojcem w chłopskiej siermiędze na odrobek do dworu. Ale tradycja pochodzenia zachowała się w pamięci ludzi, i ojciec Jakuba, choć biedny komornik, doznawał we wsi pewnego poważania i względów. Jakub wychował się w tym dobrym mniemaniu o swoim rodzie, a stopień sierżanta, którego się dosłużył w wojsku, wraz ze znaczkiem orderowym za waleczność, jeszcze więcej rozdmuchał jego próżność.

Nie każdy dom, nie każda służba przypadały mu do smaku; panom stawiał się nieraz buńczuczno, miewał swoje fantazje i kaprysy, nielicujące często z obowiązkami i stanowiskiem służącego. Pozbywano się go więc chętnie albo też sam dziękował za służbę, za co niezbyt pochlebne świadectwa wypisywano mu w książeczce służbowej. Doszło do tego, że go potem bano się przyjmować. Wałęsał się wtedy od dworu do dworu ze swoim synkiem, na próżno szukając służby i przez taką włóczęgę zeszedł w końcu na dziada. Dopiero pułkownik dobył go z tej nędzy przez wzgląd na dawną jego służbistość i waleczność w wojsku; zatrzymał go u siebie we dworze, oporządził i dał mu miejsce karbowego, potem oddał mu w zarząd folwark pod lasem, a nareszcie, gdy się miejsce otworzyło, puścił mu w dzierżawę przewóz, a oprócz tego zajął się jego synem i co rok na ręce ojca dawał dla niego pewną sumę, aby mógł kończyć szkoły.

Stary Jakub umiał cenić tę łaskę, toteż nie było rzeczy, której by się dla pułkownika nie podjął. Jak pies był posłuszny i przywiązany i jak pies rzucał się na ludzi, którzy chcieli w czym pokrzywdzić pułkownika. Nie wstydził się tej uległości, nie ubliżała ona nawet jego szlacheckiej ambicji, bo – mówił – to pan z panów, a takiemu nie wstyd i nie żal służyć.

I pułkownik ze swej strony umiał ocenić tę służbistość i adorację starego sierżanta i umiał ująć go sobie łaskawą pamięcią i podarunkami. Czy to imieniny, czy to święta, zawsze ze dworu kapnął Jakubowi jakiś upominek: to fajka porcelanowa z Napoleonem, to dubeltówka, to kożuszek barani lub zegar ścienny z kukułką. Stary Jakub chował te prezenty jak relikwie, ceniąc nie tyle ich wartość, ile pamięć dziedzica, i rad z tym chlubił się przed ludźmi. Szczególniej w wielkim poszanowaniu miał zegar z kukułką. Nikomu nie pozwolił się go dotknąć, sam go regulował, nakręcał, omiatał z kurzu. Nawet przywiązywał do tego zegara pewną zabobonną wiarę, że dopóki on będzie szedł dobrze, dotąd pułkownik będzie zdrów i będzie mu się dobrze wiodło.

Pamiętał więc o zegarze i chodził koło niego jakby koło samego pułkownika.

Zegar ten stanowił zarazem największą ozdobę jego izby; reszta sprzętów była z prostego, niemalowanego drzewa, ale wszystko było utrzymane w czystości i w porządku prawdziwie żołnierskim. W drugim pokoiku stało łóżko, także z białego drzewa, nakryte kocem wełnianym. Nad łóżkiem sztych, przybity gwoździkami, przedstawiający Napoleona pod Waterloo, a poniżej obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i gromnica z palmą na krzyż. W kącie koło pieca stał stołek z miską do mycia się i dzbanek gliniany, a pod ścianą zielony kuferek, obity żelazem.

Mówiono, że w kuferku tym było już sporo uciułanego grosza, można to było śmiało przypuszczać, bo stary miał niezłe dochody, za dzierżawę płacił mało, a żył dość oszczędnie. Syn najmniej wiedział o zamożności ojca, gdyż w listach stary zawsze mu pisał, aby pamiętał, że jest biednym, i uczył się wcześnie pracować na siebie. W ostatnich latach nie posyłał mu nawet pensji, którą pułkownik był wyznaczył aż do ukończenia szkół. Stary prawdopodobnie umieścił te pieniądze także w zielonym kuferku, a synowi zamiast pieniędzy posłał naukę, że już jest w tych latach, w których pracować na siebie powinien. W tym rodzaju były wszystkie listy ojca; pełno w nich było napomnień, morałów, nauk, ale nigdy żadnego czulszego słowa, które by świadczyło o miłości rodzicielskiej, o przywiązaniu lub tęsknocie. Dodać tu jeszcze potrzeba, że przez tych ośm lat, które Antoni był w szkołach, ojciec ani razu nie wezwał go do siebie, a to, jak mówił, aby go nie rozpieszczać i nauczyć żyć między ludźmi.

Takie długie rozłączenie i krótkie, groźne listy, podobne do wojskowych ordynansów, nie mogły w synu obudzić delikatnych, serdecznych uczuć rodzinnych. Znał on tylko jedno uczucie, to jest ślepego posłuszeństwa dla woli ojca, którego nauczył się bać i słuchać. I teraz, kiedy już był zaledwie o kilkadziesiąt kroków od domu, nie doznawał wcale tych wzruszeń, jakie owładają człowieka, gdy się zbliża do rodziny. Szedł, aby dojść; myśl nie wyprzedzała nóg, a uczucie, jakie najsilniej przemawiało w nim w tej chwili, było to uczucie głodu. Był głodny jak wilk, a uczucie to tym przykrzejszym się stało, gdy zobaczył, że z komina w domku jego ojca wcale się nie kurzyło. To było złą zapowiedzią dla jego żołądka i bez zapału, obojętnie zbliżał się ku domowi.

Drzwi zastał zamknięte. Zapukał parę razy; jakaś baba, co prała chusty nad stawem, zobaczywszy go stojącego przed domem, podniosła głowę i spytała: – A do kogo to?

– Do Jakuba Sikorskiego; czy go nie ma w domu?

– To się wie, że nie ma; a wy co chcieli od niego?

– Ja syn jego.

– A!

Wstała i mokrymi rękami dobywszy zza pasa klucz, rzekła:

– Weźcie klucz i otwórzcie sobie do kuchni, bo klucz od izby pan Jakub ma przy sobie. Posiedźcie tymczasem w kuchni.

Antoni otworzył drzwi i wszedł do wnętrza domu; ale nie miał ochoty czekać w kuchni. Wyszedł więc po chwili i siadł na progu, patrząc bezmyślnie na babę, wieszającą chusty na płocie, na rzekę i na las za rzeką. Patrzał obojętnie; nic go tu nie zajmowało, żadne wspomnienia nie wiązały go do tych stron. Przypomniał sobie tylko, że w kuchni we dworze, gdy był jeszcze małym chłopcem, często udawało mu się ściągnąć kucharzowi spod ręki to kawał mięsa, to resztki leguminy jakiej, lub dostawał rondle do wylizywania. To były jedyne miłe wspomnienia, które teraz przy pustym żołądkuj tym silniej na jego fantazję działały. Innych miłych wspomnień nie miał w tych stronach.

Ojciec trzymał go ostro, krótko, na zabawy z innymi dziećmi nie pozwalał; pędził go tylko do książki albo kazał sobie pomagać na przewozie. Antoni, patrząc na łodzie przy brzegu, przypominał sobie, ile się nabrał bicia za to, że źle nieraz steru używał lub wiosła, że nieprędko pojmował naukę ojca, który był niecierpliwy i gwałtowny.

Wspomnienia te niezbyt przyjemnie go bawiły. Toteż bez żalu oderwał się od nich i wracał do obecności, która jednak także nie była bardzo powabna. Za długo mu było czekać z próżnym żołądkiem na ojca, więc zwróciwszy się do baby, spytał trochę niecierpliwie:

– A może wy wiecie, gdzie ojciec poszedł?

– Ba, co bym zaś nie wiedziała. A no w osterii siedzi – odrzekła baba, a widząc, że Antoni podniósł się z miejsca, dodała: – ale wam nie radzę iść po niego, bo oni strasznie nie lubią, żeby im przeszkadzać, jak grają w karty.

Ta uwaga zatrzymała znowu Antoniego. Nie chciał się narażać na gniew ojca i znowu usiadł.

– A czy wy już po wieczerzy? – spytał po chwili.

– Gdzie tam po wieczerzy; a no dopiero warzyć będę dla siebie.

– A dla ojca?

– Pan Jakub jadają w osterii wieczerzę.

– To nieprędko wróci?

– Różnie bywa; czasem się zabawią i do północka.

Ta wiadomość nie bardzo pocieszyła Antoniego. Zdecydował się bądź co bądź iść do karczmy.

Karczma stała pode dworem przy drodze; było do niej z parę tysięcy kroków.

Ciemno już było dobrze, ale Antoni znał drogę i poszedł, kierując się ku wysokim topolom, które sterczały na tle zielonkawego nieba. Przyszedłszy pod karczmę, zajrzał przez okno. W drugiej izbie siedzał za stołem jego ojciec z drugim jakimś, prawdopodobnie dworskim człowiekiem, i grał w karty, popijając czasem herbatę. Obok herbaty stała jakaś przekąska.

Antoni odważył się wejść do środka i podszedł ku ojcu. Było to właśnie w chwili, gdy stary zajęty był rachowaniem punktów, a że mu jakoś źle szło w karty, więc był w nie bardzo dobrym humorze. Toteż, gdy syn wziął go za rękę, w której właśnie trzymał karty, ofuknął się opryskliwie i zawołał:

– Któż to u diabła? A, to ty? Jak się masz? Zaraz... nie przeszkadzaj no mi – i liczył dalej: dwadzieścia siedem, trzydzieści, trzydzieści pięć, a król cztery, to trzydzieści dziewięć.

– Nie ma dubli – odezwał się grający z nim, który, jak się pokazało, był kucharzem.

– A skąd by się wzięła? Potasujcie no karty; zobaczymy jeszcze, jak to będzie.

– Więc nie dajecie za wygraną?

– Ani myślę; tasujcie no, tasujcie.

Podczas gdy kucharz mieszał karty, Jakub spojrzał na stojącego przed nim syna i zapytał:

– No cóż, kiedy żeś przyszedł?