Opowieść OjcaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Alex nauczył się cyrylicy, mając czternaście lat, gdy leczył się z gorączki reumatycznej. Pozostając w pozycji horyzontalnej, nie mając nic do roboty, czytał – w takt niekończącego się całymi dniami i tygodniami tykania zegara – setki National Geographic usztaplowanych koło łóżka. I gdzieś w połowie okresu rekonwalescencji natknął się na artykuł o Syberii. Ziemia ta była tak obca, a jednak tak dziwnie znajoma, że serce mu niebezpiecznie waliło, w miarę jak rosła w nim fascynacja. Na jednym z obrazków była śliczna dziewczyna o policzkach niczym jabłka. Miała tańczące oczy obramowane czerwonym futrem – z miejsca się zakochał. Był tam też chłopiec – jego rówieśnik, galopujący na kudłatym kucyku w poprzek pokrytego lodem jeziora – natychmiast się z nim zaprzyjaźnił. Znał ich, chociaż nie był w stanie wyjaśnić skąd.

Owego wieczora, gdy ojciec zajrzał na krótką pogawędkę, Alex poprosił go, żeby kupił słownik rosyjsko-angielski.

– Rosyjski? – spytał ojciec. – Czyżbyśmy bali się komunistycznej inwazji?

– Nie, tato – odpowiedział, podnosząc czasopismo dla zilustrowania, o co chodzi.. – To jest... to jest... to jest...

To było jak ogień i woda. To życie promieniowało żarem w czymś, co wydawało się strefą zera absolutnego. Mroźne chmury wrzały na wszystkich wargach, jakby oddech był zmaterializowaną mową duszy.

– To jest jak greka – powiedział, wskazując znak na fotografii jednej ze stacji kolejowej na Arktyce.

Ponieważ Alex dopiero niedawno nauczył się alfabetu greckiego i akurat przedzierał się w oryginale przez Iliadę, i ze względu... owszem, ze względu na problemy z sercem ojciec przestrzegł go przed braniem na siebie zbyt wielu rzeczy naraz.

– Grahamowie mają w genach ogromne zdolności językowe, Alexandrze. Nie przeczę, ale powinieneś skupić się na czymś jednym.

– Dam radę z dwoma. Litery są całkiem podobne, a poza tym...

– Nie, Alexandrze.

– Proszę, tato.

– Powiedziałem nie.

Alex zatrzymał przez chwilę wzrok na przejmująco napiętych ustach ojca i jego oczach przepełnionych bólem. Wówczas zrozumiał: ojciec uważał, że byłaby to bezcelowa strata czasu i pieniędzy, bo Alex może nie pożyć na tyle długo, żeby zyskać z tego jakąś korzyść.

– Czy najszybciej jest dostać się z jednego miejsca do drugiego po linii prostej? – zapytał chłopiec.

– Tak – odpowiedział sędzia, marszcząc brwi.

– Ale Einstein mówi, że przestrzeń jest zakrzywiona. Może to znaczy, że możemy dotrzeć do miejsca przeznaczenia, przecinając łuk krzywej.

– Niezupełnie za tobą podążam, Alexandrze.

– A może to tak jak jedno oko i dwoje oczu.

– Możesz to wyjaśnić?

Chłopiec położył dłoń na jednym oku.

– Widzisz, tato?

– A co niby chcesz, żebym zobaczył?

– Jedno oko widzi to samo co dwoje oczu.

– Tak...

Alex siedział, jakby kij połknął i pośpiesznie wyrzucił z siebie z ogromnym przekonaniem:

– Jedno oko widzi płasko, a dwoje oczu głęboko, ale głębia jest niewidzialna i odkrywa się ją dopiero, gdy jej już nie ma. Może więc głębia jest czymś w rodzaju krzywej w przestrzeni lub krzywej w umyśle. Nie chciałbym jednak powiedzieć, że jest to krzywa w czasie, gdyż jest to niemożliwe ze względu na fizykę prędkości światła i naszą biologię, ale jeżeli wziąć dwa alfabety...

– Uspokój się, Alexandrze, uspokój się – rzekł Angus, popychając lekko chłopca, żeby się położył. – Teraz odpocznij, jesteś cały czerwony i puls ci skacze.

Alex czuł, jak pulsuje mu niespokojnie tętnica szyjna, a myśli biegną tu i tam, mieszając wszystko w trzęsawisku wyobraźni. Miał w uszach tętent koni. Potem poczuł rękę matki na czole, głaszczącą i głaszczącą. Nie sposób było mieć oczy otwarte, bo wówczas wszystkiemu brakowało głębi, a może to była sama głębia. Miłosiernie zapadł w sen.

Następnego dnia usiadł na łóżku i poprosił o Małego konstruktora. Zbudował statek kosmiczny i znowu zasnął.

Kolejnego dnia po południu odwiedził go Toby (mama powiedziała, że może być tylko godzinę, bo Toby jest... no cóż, był niezdarny i tłukł różne rzeczy, chociaż zawsze przez przypadek). Gdy mama zeszła na dół, żeby zrobić chłopcom gorącą czekoladę, Alex powiedział mu, że słyszał, jak doktor powiedział, że może nie dać rady.

– Nie dać rady – rzekł Toby jękliwym głosem. – Co to ma niby znaczyć?

Alex wzruszył ramionami. Poprosił Toby’ego, żeby mu przyniósł model ożaglowanego szkunera, który stał na biblioteczce. Gdy przyjaciel to zrobił, Alex potrzymał go przez chwilę w dłoniach, po czym wepchnął na kolana Toby’ego.

– Chcę, żebyś go sobie wziął.

– Nie chcę go – wymamrotał Toby. Jego dolna warga drżała w twarzy okrągłej jak dynia. Krótkie palce z paznokciami przyciętymi do żywego mięsa pieściły czule łódkę.

– Teraz jest twój.

– Nie chcę go – zapiszczał jeszcze raz, a cała twarz mu nabrz­miała.

– Musisz to wziąć, bo ja umrę.

W tym momencie obaj chłopcy usłyszeli stłumiony okrzyk i podnieśli głowy. W drzwiach stała mama z twarzą wykrzywioną bólem. Odwróciła się i pośpiesznie odeszła korytarzem.

Toby zabrał łódkę do domu i tego samego dnia ojciec Alexa kupił synowi słownik rosyjsko-angielski.

– Tato, czy myślisz, że mógłbyś poprosić Leo, żeby do mnie przyszedł – zapytał Alex z wyrachowanym spojrzeniem.

– A któż to taki, u licha, ten Leo? – odrzekł ojciec z zaniepokojoną miną.

Dwa lata wcześniej dwunastoletni Alex siedział nad rzeką Clementine, w miejscu, gdzie przepływa ona przez las, milę na północ od miasta. Za siedzenie służyła mu niezwykle płaska skała. Miał zwyczaj od czasu do czasu tam się udawać, żeby trochę pomedytować. Był tam zawsze sam i zawsze szczęśliwy przyglądał się falom, których nie obchodziły jego rozmyślania. Wyrwany delikatnym świstem z zadumy, zauważył starego mężczyznę stojącego parę kroków dalej, zarzucającego wędkę, której linka przemknęła przez jeden z głębokich akwenów rzeki. Przez moment pozostali w milczeniu, świadomi swej obecności. Alex powrócił do wpatrywania się w nurt rzeki, życząc sobie, żeby mężczyzna poszedł. Stary człowiek raz po raz spoglądał na niego i być może on też liczył na to, że zostanie sam.

Gdy na końcu liny wyłonił się z rzeki karp i stary człowiek uklęknął, żeby wyjąć haczyk, Alex nie zdołał się powstrzymać i się zbliżył. Ryba była gruba, o metalicznym połysku. Protestowała ostatkiem tchu. Trzepocząc się, tworzyła optycznie symetryczny obraz srebrzystych łusek przechodzących w czarne, potem w białe, i znowu w srebrzyste – płynne dzieło sztuki powoli zmieniające się w pełne godności nieruchome formy.

Stary człowiek podniósł głowę.

– Woda – powiedział.

Alex wpatrywał się w niego z zainteresowaniem.

– Wygląda na to, że jesteś nad wodą od dłuższego czasu, chłopczyku – rzekł z twardym obcym akcentem.

Alexowi nie przyszła do głowy żadna odpowiedź.

– Czekasz na złotą rybkę, żeby do ciebie przemówiła?

– Ryby nie mówią – rzekł Alex, mierząc go podejrzliwie.

– Otóż mówią. W moim kraju mówią dużo, może za dużo.

– Co ma pan na myśli?

– Co mam na myśli, co mam na myśli? – westchnął starzec wyrozumiałym głosem. – Nie da się opowiedzieć, chłopczyku.

– Nie jestem chłopczykiem.

– Jeśli wolisz, dobrze: to nie jesteś chłopczykiem.

– Ale co pan chciał powiedzieć?

– A dlaczego miałbym ci mówić?

– Bo lubię wiedzieć.

– To spytaj te ryby.

– Te ryby nie mówią.

– Nie? No tak, to dlatego że w tym kraju ryby nie są magiczne. Nic tu nie jest magiczne.

Alex patrzył, jak starzec odcina głowę ryby ząbkowanym nożem.

– W moim kraju jest chłopiec taki jak ty – powiedział stary człowiek, odcinając płetwy i ogon.

– Kto to jest?

– Mój wnuk

– Och.

Kolisty kształt, kolisty dźwięk – miniaturowe potwierdzenie rozszerzającego się kosmosu.

– On jest daleko stąd, bardzo daleko.

– Gdzie?

– W kraju archanioła.

– A gdzie to jest?

– Na wschodzie, na północy.

– Czy on odwiedzi tu pana?

– Już nigdy go nie zobaczę.

– Och.

Kształt kosmosu się zagina, jajo rozpada się w płaską linię, kolisty dźwięk redukuje się do umierającej nuty muzycznej.

– Czas – westchnął stary mężczyzna. – Oj, czas, czas.

Kronos – powiedział chłopiec.

Kronos? To nie po angielsku?

– To po grecku.

– Aha, to jak rosyjski.

I tak oto ten stary człowiek wkroczył w życie Alexa. Był nowym woźnym w szkole. Mieszkał w jednym pokoju na zapleczu kościoła Najświętszej Maryi Panny. Doglądał kotła grzewczego, odgarniał śnieg z chodników, a w wolnym czasie czytywał szeptem do siebie. To chyba tyle, co trzeba wiedzieć. Ale miało się ujawnić kilka ciekawych szczegółów: chodził w niedzielę na mszę, lecz nie przyjmował komunii. A na ścianie w jego pokoju, gdzie Alex wszedł któregoś dnia, żeby doręczyć wiadomość od nauczyciela, było dziwne niewielkie malowidło niewiasty przyciskającej do piersi niemowlę – matka i dziecko, policzek przy policzku.

Bogorodica – powiedział stary człowiek, wskazując na niewiastę. – Boża Rodzicielka.

– A pan? – zapytał śmiało chłopiec.

– Leonid – rzekł stary mężczyzna, wskazując na środek klatki piersiowej.

– Leonid – powtórzył Alex posępnie.

– Któż to taki, u licha, ten Leo? – zapytał jeszcze raz ojciec.

– Leo ze szkoły.

– Masz na myśli woźnego? Do czego, u licha, on ci potrzebny? A, rozumiem: żeby ci pomóc w rosyjskim. Wątpię, żeby zechciał, Alexandrze, tak naprawdę niewiele o nim wiemy.

 

– Rozmawiałem z nim. On jest dobry, wiem, że jest dobry.

Ostatecznie więc biedny Leonid Wozinsky został przywleczony, żeby siedział na krześle obok łóżka, ze słownikiem w ręku, wpatrując się w małego bogatego chłopca. Leonid wyglądał jak Dziadek Mróz, chociaż był chudszy i nie miał brody: policzki miał czerwone, nos jak guzik, a błyszczące oczy nieomal orientalne. Ojciec był tego dnia w sądzie, matka kręciła się nerwowo. Podała gościowi do rąk filiżankę herbaty i wyszła, zostawiając uchylone drzwi.

Sfatygowane robocze ubranie Leonida niewątpliwie wprawiało go w zakłopotanie, bo po łyknięciu dwoma haustami herbaty, miął dużymi kwadratowymi rękami swą sukienną czapkę, ponownie ją prostował, po czym przykrył nią dziurę w spodniach na wysokości kolana.

Stary Rosjanin i chłopiec popatrzyli na siebie przez chwilę.

W końcu Leonid chrząknął i wymamrotał:

– Rzeka jest zamarznięta.

– Wiem – powiedział chłopiec. – Smutno panu, że jej nie widać?

– Tak. Latem, jak już wyzdrowiejesz, zabiorę cię w to miejsce, gdzie się spotkaliśmy.

– O tak – rzekł Alex radośnie. – Proszę.

– Proszę po rosyjsku to pożałujsta.

Pożałujsta! – wyszeptał Alexander, wypróbowując to słowo, jakby było jakimś kluczem obracającym zamek.

Leonid się uśmiechnął.

– Podoba ci się?

– Tak, podoba mi się.

– Dobrze, to teraz zaczynamy.

Otworzył słownik. Jego twarz nabrzmiewała długotrwałą ironią.

Przez dwa następne lata Leonid przyniósł wiele książek, cennych rosyjskich książek, przeważnie opowiadania dla dzieci i młodzieży. Czytał je na głos i pokazywał obrazki, jakby Alex był dzieckiem. Rodzice Alexa posłusznie kupowali płyty i kasety, aby uzupełnić te sesje. Później Leonid brutalnie zażądał uczenia się na pamięć, pisania wypracowań i tłumaczenia akapitów. Wywiązywanie się z tych zadań nagradzane było czytaniem na głos nowel. W końcu mężczyzna i chłopiec zaczęli wymyślać opowiadania. Rosyjskie bajki Leonida. Fantazje dziecięce Alexa. Leonid był szczególnie wymagający w kwestii akcentu.

– Słownictwo to zdechły karp – ogłosił energicznie. – Jest niemy i bezbarwny.

– Słownictwo to ryba? – zapytał Alex, marszcząc brwi.

– Z akcentem – karp pływa, skacze, jest złoty!

– Ryby mają akcent?

Puknął się w głowę: – Wiedzieć nie znaczy widzieć, Aleksandr.

Puknął się w klatkę piersiową: – Inżynieria to nie sztuka.

Wywalił język i pomachał nim: – Rozmawiać nie znaczy mówić.

– Rozmawiać nie znaczy mówić – powtórzył Alex z powątpiewaniem. – Co to znaczy?

– Chodzi o muzykę w języku, poezję!

– Ale co ma pan na myśli? – dopytywał się.

– Nic. Jesteś za młody, żeby zrozumieć.

– Nie, wcale nie jestem. Proszę mi powiedzieć.

Niet.

Pożałujsta!

Leonid zareagował najbardziej przekonującą bronią, bardziej zniechęcającą niż jego usposobienie: spojrzeniem spod nieczułej stalowej maski.

Innego dnia, gdy był w milszym nastroju, powiedział:

– Co dzisiaj przeczytamy, Sasza?

– Dlaczego nazywasz mnie Sasza? – zapytał Alex, wiedząc, że Sasza to taki kotek w bajce Piotruś i wilk.

– Sasza to zdrobnienie imienia Aleksandr – wyjaśnił Leonid.

– Wolałbym, żebyś mnie tak nie nazywał.

– To będę cię nazywał Saszeńka.

To było jeszcze gorsze – takie dziecinne i brzmiące trochę żeńsko. Alex potrząsnął głową.

– Mógłbyś nazywać mnie Aleksiej – zasugerował.

– Aleksiej nie jest zdrobnieniem od Aleksandr.

– Ależ jest – zaprotestował Alex.

– Właśnie że nie! To są dwa różne imiona. Sasza pochodzi od Aleksandra, Alosza od Aleksieja.

– To będę Aloszą.

– Nie, głupi chłopaku! – rzekł Leonid, cały się gotując. – Nic nie rozumiesz. Sasza to Sasza, a Alosza to Alosza.

W zakłopotaniu każdy z nich starał się zmusić drugiego do odwrócenia wzroku.

– Nie możesz nagiąć reguł? – powiedział Alex po chwili.

Niet.

– Choć trochę?

Niet, niet!

– Jeśli poproszę złotą rybkę, pozwoli mi, bym wypowiedział życzenie, i wówczas będziesz musiał nazywać mnie Aloszą.

– To idź i poproś ją.

– Pójdę, gdy poczuję się lepiej.

– To poczuj się lepiej.

Ni stąd, ni zowąd Leonid zaczął trząść się w niemym śmiechu.

– O co chodzi? – spytał Alex.

– O ciebie, właśnie o ciebie.

– Przykro mi – powiedział Alex, okazując autentyczną skruchę. – Nie chciałem być niegrzeczny.

– Nie, nie, dobrze, że walczysz, Saszeńka.

– Nie zwracaj się tak do mnie.

– No, walcz jeszcze ze mną, walcz twardo – jak ta rybka na żyłce.

Z całym formalizmem będącym na usługach młodzieńca o wyższym statusie społecznym Alex odrzekł:

– Wolałbym, żebyś zwracał się do mnie per Alosza albo nie używał żadnego określenia.

Leonid wyszczerzył zęby.

– To niemożliwe.

– Gdybyś chciał, tobyś mógł.

– Nie, angielski chłopczyku, nie mogę. Czy chcesz, żebym zniszczył język rosyjski, rosyjską tradycję, tylko po to, żeby cię uszczęśliwić?

– O... nie.

– Dobrze, to powiedz mi, dlaczego tak bardzo lubisz imię Alosza.

– Nie wiem.

– Czy chodzi o bajkę? Czy powodem jest Głupi Alosza i żarptak?

– Nie.

W rzeczywistości jednak o to chodziło. Bo sierota Alosza stał się wysoki, silny i przystojny po tym, jak schwytał magicznego żar­ptaka i podarował go królowi. Ten zaadoptował chłopca i nagrodził pałacem oraz górą złota. I tak został on Księciem Aloszą Mądrym.

– To pójdźmy na kompromis – oznajmił Leonid. – Nazwę cię Alik. To zdrobnienie od Aleksandr.

– Alik – mruknął Alex bez entuzjazmu, ale zadowolony z ma­łego zwycięstwa.

Gdy słownictwo Alexa osiągnęło pewną masę krytyczną, zgodzili się rozmawiać ze sobą tylko po rosyjsku. Zrozumienie rosło dziwnie skokowo, nigdy po linii prostej, zawsze po zakrętach, falach i stycznych.

– Kiedy przyjechałeś do Kanady? – zapytał raz Alex.

– Zapomniałem. – Leonid wzruszył ramionami.

– Zawsze byłeś woźnym?

– Nie.

– A co robiłeś, zanim tu przybyłeś?

Stary mężczyzna wyglądał przez okno sypialni i nie odpowiadał.

– Łowiłeś?

– Tak, łowiłem – odrzekł zamyślony. – Zawsze łowiłem.

– A gdzie twoja rodzina?

Twarz starego przybrała formę maski.

– Oni są w Rosji?

Bez odpowiedzi.

– Archangielsk? Czy tam mieszkają?

– Inteligentny z ciebie chłopak. Może zbyt inteligentny.

– Na wschodzie i północy?

– Nie pytaj. – Starzec dyszał z goryczą, niczym wicher w Arktyce.

Alex zrozumiał więc, że są sprawy, których lepiej nie tykać. Jednak inne tematy były dozwolone.

– Czy w Rosji łapałeś karpie?

– Tak.

– Dobrze smakowały?

– Doskonale, jak kurczaki. Jak magiczna ryba, która spełnia życzenia.

– Naprawdę? – zareagował Alex, robiąc duże oczy.

Zaowocowało to jednym z niezmiernie rzadkich u Leonida uśmiechów.

– Jasne, że tak. W Rosji wszystkie złote rybki spełniają życzenia.

– To dlatego tak świetnie smakują?

Da, właśnie dlatego są tak smaczne.

Tego rodzaju odpowiedzi były możliwe dlatego, że woda stanowiła punkt, gdzie przecinały się krzywe dwóch żywotów.

– Wymowę masz już jak mały Rosjanin – stwierdził Leonid pod koniec owych dwóch lat. – Nie jest doskonała, ale jest... – Gwałtownie szukał właściwego określenia. – To rzadki przypadek, to zdumiewające.

– To cudowna zdolność do języków wyssana z mlekiem matki u Grahamów – powiedział Alex po rosyjsku.

– O, co za popis, Alik – odparł Leonid z odrobiną drwiny. – Jeżeli nie umrzesz, zostaniesz jednego dnia wielkim profesorem.

W którą jednak stronę płynęła woda, Alexander Graham nie mógł jeszcze dostrzec – ani jednym okiem, ani dwoma. Choć we wszystkich bajkach woda wpływała do morza, morze pozostawało poza zasięgiem wzroku, za krawędzią świata.

Gdy skończył szesnaście lat i jako tako powrócił do zdrowia, było za późno na zadawanie staremu człowiekowi śmielszych pytań. W międzyczasie przeniósł się on do Toronto albo gdzieś poza Toronto. Wyjechał zaraz po tym, jak stwierdzono, że Alex powrócił do zdrowia. Była jesień, ulice Halcyonu pokryte były, jak dywanem, złotą i krwistą czerwienią, zmywaną przez deszcz i zamieniającą się w czerń. Chłód przenikał do kraju, spychając go w doroczną drzemkę. Sędzia Graham odwiózł Leonida na przystanek autobusowy koło kawiarni przy szosie numer 11. Alex też pojechał, skrywając ból, tłumiąc w sobie słowa, które zdradziłyby nadmiar elokwencji. Leonid nachmurzył się, gdy wymieniał z chłopcem uścisk dłoni, a jeszcze bardziej, gdy sędzia włożył mu do ręki kopertę. Miał kamienną twarz, gdy wpychał ją do kieszeni.

Wchodząc po schodkach do autokaru, odwrócił się i powiedział:

Woda, Aleksandr. Po chwili, jakby się poprawiając lub też pozwalając sobie na większą swobodę, szepnął:

Woda, Alosza.

Woda – ich pierwszy i ostatni temat.

I zniknął na zawsze.

Alex zakaszlał i otrząsnął się ze wspomnień. Po raz ostatni rozejrzał się po księgarni, podniósł się z trudem i podreptał na górę. Tam położył się do łóżka i pozostał w nim do rana następnego dnia. Po śniadaniu zaryzykował zejście do salonu i powrócił do wspomnień.

Miał lat siedemnaście, był więźniem szkoły średniej, której nienawidził. W wolnym czasie czytywał bardziej wymagające rosyjskie książki, słuchał taśm, studiował rozbudowane słowniki, ćwiczył akcent, tęsknił za Leo, zastanawiał się, dlaczego jego przyjaciel w ogóle nie daje znaku życia. Później miał lat osiemnaście – całe godziny codziennie samotnie spacerował. Latem samotnie pływał. Nieniepokojony w sypialni brał się za monumentalne powieści: Wojna i pokój, Bracia Karamazow, Cichy Don, Doktor Żywago – na pierwszy ogień szła wersja angielska, później rosyjska. Czytając, porównywał tekst oryginalny z tłumaczeniem. Tłumaczenie wielkiej literatury – jak zauważył – było tyle sztuką, co nauką, i niewiele przekładów angielskich, z którymi się zapoznał, cechował ów przymiot sztuki. Mimo iż kompetentni technicznie tłumacze często przekazywali materię utworu nienaruszoną, to po drodze gubili jego duszę. Martwy karp a żywy karp.

Alex zaczął podejrzewać, że rzeczywista Rosja – jej charakter, jej dusza – była praktycznie Zachodowi nieznana. Zaintrygowany tą ideą, później nią owładnięty, wkrótce całkowicie się jej poświęcił. W miarę jak jego zauroczenie z okresu, gdy miał lat dziewiętnaście i dwadzieścia przemieniało się w prawdziwą pasję, nie przestawał tak naprawdę zadawać sobie pytania, dlaczego tak ma być. Dopiero wkroczenie Carol w jego życie przyhamowało nieco tę pasję, zapobiegło temu, że nie stała się obsesją. W ciągu jednej zimy próbował napisać po rosyjsku powieść, używając języka potocznego. Produkt końcowy: tragiczna opowieść o dziewczynie o różanych policzkach i chłopaku ujeżdżającym kuca, żyjących nad Morzem Białym w regionie Rosji arktycznej, których czystą miłość zniszczył zły komunistyczny komisarz – była tak przewidywalna i tak nużąca, że nawet jej autor był nią znudzony. Liczyła sto osiemdziesiąt stron na luźnych kartkach w linie, i wszystkie je Alex spalił, zanim ktokolwiek zdołał ją przeczytać. Przy czym nie chodzi o to, czy ktoś ze znanego mu świata potrafiłby odcyfrować pismo pisane odręcznie cyrylicą. Chociaż jego coraz lepsze zrozumienie ludzkiej psychologii – wywiedzione w dużej mierze z Dostojewskiego – pozwalało mu od czasu do czasu na próbę autorefleksji, poczucie ironii, które ona wywoływała, było w pełni charakterystyczne dla duszy słowiańskiej.

– Wszyscy rusofile to romantycy – w ten sposób napominał często samego siebie w tym okresie swego życia. Jednakże był szczęśliwy, że pozostał romantykiem, a Rosja odległa o ocean i oddzielona żelazną kurtyną poiła gorzką słodyczą jego nieodwzajemnioną miłość. Po latach, gdy kurtyna została wreszcie zdarta, ukazując to, co z tej duszy pozostało, był już starszy, chory z niepokoju o niedomagającą żonę i niezdolny do osobistego odkrywania tego kraju, o którym tak często marzył. Rok po jej śmierci rozważał ideę podróży. Był to impuls wynikły wyłącznie z jego desperackiej chęci ucieczki od wiszącej w powietrzu otchłani rozpaczy. Chociaż doprowadził aż do tego, że otrzymał paszport, to dokument ten nie został wykorzystany i bez wątpienia pozostałby na zawsze w szkatułce spoczywającej w szafce sypialni.

 

Z miejsca, gdzie teraz siedział w salonie, miał widok, przez korytarz, prosto na salkę rosyjską usytuowaną w południowym skrzydle budynku. Słońce zaglądało przez szyby frontowego okna, odbijając na podłodze z twardego drewna wzorzec oprawionego w ołowiane ramy szkła. Snop światła przeciął jedyną dekorację pokoju – niewielkie malowidło przedstawiające Władimira Sołowjowa wiszące na ścianie nad szafką z przedmiotami o charakterze religijnym: książkami liturgicznymi, wydrukami ikon w foliowych koszulkach, pismami filozofów religijnych oraz żywotami rosyjskich świętych.

Wpatrywał się przez parę minut w salkę rozjaśnioną zapalonym światłem i ocieploną tysiącem związanych z nią wspomnień. Była sercem budynku, jego prawdziwym centrum. Nagle zapragnął wypić filiżankę mocnej czarnej herbaty, nalanej z kipiącego samowara. Rzeczywiście miał samowar. Raz i drugi rozpalił pod nim w przeszłości, teraz jednak spoczywał on w kącie rosyjskiej salki. Porysował się jego srebrny korpus, pokrył nalotem, pozbywając się mistyki. Jak piękne i pocieszające byłoby sączenie tego napoju i wydobywanie z pamięci tych wszystkich wersów, które dla niego tyle znaczyły.

Wyszeptał na głos fragment z Turgieniewa:

W owych dniach zwątpienia, w owych dniach straszliwych wspomnień związanych z losem mojej ojczyzny, ty jeden jesteś moją siłą i moją podporą, o wielki, potężny, prawdziwy i wolny języku rosyjski! Gdyby nie ty, jak można by nie popaść w rozpacz, widząc, co się dzieje w naszej ojczyźnie? Nie dziwota, że taki język dany jest nie byle jakiemu, lecz wielkiemu ludowi! 4

Zimorodek! – wykrzyknął Alex, siadając prosto. Przecież Halcyon to stara nazwa greckiego mitu o zimorodku5.

Tak, wielkiemu ludowi. Lecz ludowi rozdartemu przez wew­nętrzne sprzeczności: a to spojrzenie na zachód ku Europie, a to na wschód ku Orientowi. Spojrzenie w górę w kierunku Boga oraz w dół ku ziemi. Spojrzenie na zewnątrz w kierunku świata akcji i do wewnątrz ku kontemplacji. Gwałtowność i mistyka, osada i pustkowie, ikona i miecz.

Bardziej Dostojewski niż Turgieniew, który stał się sumieniem swego ludu – jego emocjonalność to ikona emocjonalności rosyjskiej – był wyrazicielem jego bólu, grzechów, wściekłości, dojmującej żałości i ciągle odżywających nadziei. Alex często pytał siebie, czy ten istotowo duchowy krzyk znajdujący odbicie i powracający echem w literaturze rosyjskiej jest tym, co w Rosjanach go pociągało. Dlaczego ich ból wydawał się górować nad niezliczonymi cierpieniami innych ludów? Czy było tak, ponieważ musieli oni zmagać się bezpośrednio z surowością bytowania w stopniu, w jakim żadna inna nacja nie musiała się borykać? Albo było tak, ponieważ pokazywali to najwymowniej, mówili o życiu tak, jak nikt inny, zaświadczając o tym, że niebo i ziemia są wszędzie wokół nas i w nas samych? Świadcząc o brutalnej wojnie toczonej przez duszę wśród upajającego, cudownego bytu? Piękno i śmierć na językach wszystkich: od chłopa pańszczyźnianego po księcia?

Może.

Oczywiście walka ze śmiercią nie cechowała tylko Rosjan. W Ameryce Północnej jednak pilnowano, by nie wyszła poza własne ramy: przypisu do życia. No właśnie, tu leżała istota sprawy.

W chwilach rozmyślań Alex zastanawiał się nad dziesiątkami lat jego fascynacji tym krajem. Czy nie było czegoś patetycznego w człowieku takim jak on, który prawie nie ośmielił się wytknąć nosa poza granice swego bezpiecznego i uporządkowanego otoczenia? Kto potrafiłby zrozumieć Wschód jako przygodę z pozycji fotela? Chociaż nie był kimś znaczącym – był tego świadom – nie chciał odrzucić od razu wszelkich innych wyjaśnień. Czy możliwe było, żeby Bóg chciał zachować geniusz Rosji na małych wysepkach wygnania, czekając, aż jej kultura stanie się wolna i znowu zapuści korzenie w rodzimej glebie? Jeśli tak, to specyficzne zainteresowanie Alexa osiągnęło swój cel.

Czy moje życie się skończyło? Zapewne tak.

Możliwe, lecz jego kuratela nad obcym dziedzictwem jeszcze się nie skończyła. W zeszłym roku napisał do człowieka o nazwisku Sierow, zamieszkałego w Sankt Petersburgu, poleconego mu przez dystrybutora rzadkich książek z Berlina. Zaoferował mu sprzedaż całej kolekcji rosyjskiej Zimorodka. Na razie nie otrzymał odpowiedzi. Zważywszy na obecne status quo w Rosji, list mógł nie dotrzeć do adresata. Nie mając żadnej wiadomości od miesięcy, Alex podjął niełatwą próbę kontaktu przez telefon, używając swej własnej wersji literacko-leonidowego rosyjskiego, mając nadzieję uzyskać numer jakiegokolwiek Sierowa mieszkającego w Sankt Petersburgu nad Kanałem Gribojedowa. Telefonistka nikogo takiego nie znalazła. Firma Sierowa: Rzadkie Książki i Rękopisy – Pietrowskij nie figurowała też w miejskim spisie telefonów. Zadzwonił do Berlina, lecz jego berliński kontakt nie mógł zaoferować mu innego wyjaśnienia niż następujące:

– W tej chwili sytuacja jest niestabilna. Proszę jeszcze raz spróbować drogą pocztową.

Napisał ponownie, ale do tej pory nie otrzymał odpowiedzi.

Zazwyczaj nie trzeba było wiele, by pobudzić ten czy ów aspekt misternego romansu Alexa z Rosją, dzisiaj jednak miał już dosyć. Westchnął, wstał z fotela, przemierzył korytarz i zamknął francuskie drzwi rosyjskiej salki. Następnie powlókł się na schody i doszedł do swego apartamentu, gdy usłyszał znajome tykanie i bicie zegara.

1 Fikcyjna uczelnia w Oksfordzie dla katolików.

2 Ring up (ang.).

3 Świat i Poczta.

4 Iwan Turgieniew, Język rosyjski – hymn na cześć języka rosyjskiego z roku 1882 – przekład własny tłumacza.

5 Alkyóné (łac. Alcyone) – w mitologii greckiej: córka króla wiatrów Eola i żona Keyksa, syna Gwiazdy Polarnej. W Metamorfozach Owidiusza zamieniona w zimorodka, a Keyks w nurka. Mit ten tłumaczy siedem dni spokoju na morzu w okresie lęgu zimorodków.