Opowieść OjcaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2. Wracanie do normalności

Doktor Hendricks odesłał Alexa do domu dwudziestego grudnia, nafaszerował go antybiotykami i surowo nakazał, żeby odpoczywał. Wypuścił go tylko pod warunkiem, że otworzy księgarnię dopiero po Nowym Roku. Gdy taksówka podjechała do krawężnika, Alex rzucił z lubością okiem na szyld witryny swojego sklepu: Książki Zimorodka. Srebrzysto-niebieskie pióra błyszczały w popołudniowym słońcu, oko ze szlachetnego kamienia mrugnęło do niego, grzebieniasty czubek skłonił się w królewskim pozdrowieniu wracającemu gospodarzowi.

Próbował zapłacić kierowcy, mężczyźnie o nazwisku Jedediah Smythe, który był jego kolegą klasowym, a którego koleje życiowe od tamtego czasu rzadko zbiegały się z jego. Jed odmówił przyjęcia pieniędzy, mówiąc:

– To już moja sprawa, panie Graham.

– Chyba żartujesz.

– Ojej, mówię poważnie.

– Ale dlaczego?

– A musi być powód?

– To bardzo ładnie z twojej strony, ale ja nie mogę ci na to pozwolić.

– Jak następnym razem uratuje pan komuś życie, to znowu przejedzie się za darmo.

– Nie zrobiłem niczego, czego nie zrobiliby inni.

– Jasne. – Jed uchylił czapki. – No to wesołych świąt, panie Graham, i spokojnie, okej?

Podkręcił szybę i przygazował, aż opony przywarły do śliskiej nawierzchni alejki i taksówka ruszyła do przodu. Alex patrzył, jak znika za garbem na wysokości Oak Avenue.

No tak, już się zaczęło. Jest personą publiczną, bohaterem. Ale dlaczego Jed cały czas nazywał go panem Grahamem?

Potrząsając głową, wszedł na schody, zauważył, że ktoś oczyścił je ze śniegu. Otworzył drzwi do księgarni i wszedł do środka, wdychając z lubością zapach starzejących się książek i starego werniksu. Spoglądając dokoła na ciemną boazerię i panelowy sufit, witając milczące rzędy ściśniętych książek, nieomal nadepnął na stertę kopert rozrzuconych pod otworem na listy. Z pewnym wysiłkiem pochylił się i zebrał je wszystkie. Na szczęście biurko było niedaleko drzwi. Podszedł do niego na chwiejnych nogach, usiadł i nie zdejmując skafandra i butów, zaczął sortować pocztę. Kilka rachunków, parę listów służbowych i kilka tuzinów kartek świątecznych (poprzednio rzadko otrzymywał więcej niż dziesięć). Nie otworzył żadnej, czytał tylko adresy nadawców, których większości nie rozpoznawał. Nie było niczego z Anglii.

Była jedna kartka od Jacoba. Uśmiechając się, Alex rozciął kopertę nożykiem i wyciągnął kartę, która na pierwszy rzut oka wydawała się fotografią placu budowy. Po bliższym przyjrzeniu się dostrzegł, że jest to jakieś abstrakcyjne dzieło sztuki wykonane z aluminium, zatytułowane: Anioł.

Cześć Tato!

Moi informatorzy meldują mi, że za parę dni wypuszczą Cię za dobre sprawowanie. To wspaniała wiadomość. Jestem pewien, że w czasie świąt będziesz zajęty, skoro zostałeś bohaterem miasta. Miałem nadzieję, że wpadnę na dzień lub dwa do domu na wakacje, ale zdarzyło się coś wielkiego.

Chciałem Ci powiedzieć osobiście, ale nie wychodzi, jak planowałem. Poznałem kogoś nadzwyczajnego. Jej rodzina jest dość zamożna i zaprosiła mnie do Whistler na całe Boże Narodzenie. To taka okazja, która zdarza się jeden raz w życiu – pełny pakiet wczasowy w najlepszym uzdrowisku narciarskim Kolumbii Brytyjskiej, a nawet w ogóle na świecie. Oni za mnie płacą.

Bądź spokojny – to rodzinny wypad i będziemy tam stale pilnowani. Wracamy pod koniec pierwszego tygodnia stycznia. Czy jest szansa, żebyś przybył do Toronto spotkać się z nią? Daj mi znać telefonicznie, zanim wyruszysz.

Moc uścisków. Radosnych świąt Bożego Narodzenia!

Jacob

Jak ona ma na imię, Jacob? Kto to jest? Jak wygląda?

Powiesiwszy skafander na wieszaku i zdjąwszy buty, postawił je równo na macie przy wejściu, sprawdził zegar po dziadku, który się zatrzymał, gdy Alex przebywał w szpitalu. Ustawił należycie wskazówki: minutową i godzinową, nakręcił sprężynę i udał się na górę do swego mieszkania. Tam zauważył, że salon jest przystrojony czymś, co – jak zgadł – było włoskimi dekoracjami. Były to kolorowe wstążki przecinające pokój krzyżowo, czekoladowi święci zwisający na nitkach z żyrandola oraz dania z dziwnie wyglądającej masy kandyzowanej na każdym stole. Kuchnia błyszczała czystością jak oddział szpitalny, linoleum było wyszorowane i nawoskowane po raz pierwszy od lat, lodówka pełna plastikowych pojemników z doczepionymi małymi karteczkami.

Sypialnia nie była szczególnie zmieniona, choć stosy książek wzdłuż ścian były ułożone bardziej prosto i widać było, że ktoś tam odkurzał. Na stoliku nocnym koło łóżka zauważył wazon z czerwonymi goździkami obok zdjęcia Carol. Wyrzeźbiony w drewnie krucyfiks wiszący nad łóżkiem został oczyszczony, jego korpus wytarty z kurzu i nasączony oliwą. Wytarty dywan był odkurzony, obrazy na ścianie wyprostowane. Bielizna w łóżku z baldachimem też była zmieniona i nie było to już kłębowisko przesiąkniętych potem poduszek, zalatujących piżmem kocy i zszarzałych prześcieradeł, tylko nieskazitelnie czyste dzieło: świeżo wyprasowana biała pościel zdradzała, że została wygotowana i wykrochmalona, podwinięta niczym zgięta kartka i przykryta niebieskim kocem misternie wykończonym rdzawoczerwoną szydełkową lamówką.

Był tam ślad Marii.

Czuł wdzięczność za jej liczne przejawy życzliwości i pomyślał, że powinien do niej przedzwonić, jednak nagle poczuł się tak znużony, że położył się na łóżku i zasnął.

W Wigilię Bożego Narodzenia stan jego płuc na tyle się poprawił, że postanowił stawić czoło zimnu nocy i pójść na pasterkę. Włożył garnitur i krawat, wyczyścił buty i z głębi zakamarków szafy w sypialni wydobył jedną ze swych najwartościowszych rzeczy: płaszcz, który należał jeszcze do jego dziadka. Długość i krój całe pokolenia temu wyszły z mody. Poza tym jedwabna podszewka była cienka, ale jodełkowy tweedowy wierzch wydawał się niemal w takim stanie, jak w dniu wyprodukowania. Ważył dwa razy tyle, co współczesne płaszcze. W sam raz pasował w ramionach, co uzasadniało ubranie go nie tylko dlatego, że był ciepły, ale i dla podkreślenia tradycji, godności, znaczenia. Do tego dodał jeszcze jeden skarb: wełniany szkocki szal klanu Grahamów, w kratę – leśna zieleń przecinana czernią.

Zwykle w ciągu roku kościół Najświętszej Maryi Panny wypełniony bywał w niedzielę tylko w trzech czwartych, dzisiaj jednak pozostały jedynie miejsca stojące, co zresztą było typowe w okresie Bożego Narodzenia. Na organach w chórze grała z większym niż zwykle entuzjazmem panna Dufort, wraz z młodszą siostrą, również panną Dufort, która przewracała strony. Mszę świętą koncelebrowali proboszcz, wielebny Penny, oraz ksiądz Toby. Prezbiterium roiło się od ministrantów, był wśród nich Jamie Colley. Homilię, rozważanie na temat aspektu Wcielenia w wierze katolickiej, wygłosił ksiądz Toby. Alexowi trudno było się skoncentrować, chociaż był pewny, że treść była równie znakomita, jak płynący prosto z serca przekaz. Próbował się modlić przez całą mszę, ale był wyczerpany i rozproszony natężeniem emocjonalnych bodźców. Hymn po komunii wykonały dzieci z parafii, które zgromadziwszy się na tle bożonarodzeniowej sceny, śpiewały rzewną Kolędę dzwonów i potrząsały różnorodnymi dzwoneczkami. Alex oparł się pokusie rozejrzenia się po ławkach w poszukiwaniu kobiety bez męża otoczonej kilkorgiem dzieci.

Po modlitwach końcowych organy potężnie rozbrzmiały pieśnią na wyjście: Ten dzień tak bardzo radosny. Wierni wychodzili chwiejnym krokiem, śpiewając banalny tekst dopisany do kompozycji Bacha. Na szczęście słowa zagłuszyły stuletnie niemieckie piszczałki. Gdy pieśń się skończyła, wśród tłumu w ławkach rozległy się pełne uniesienia rozmowy. Wiele osób kierowało się ku wyjściu, dzieci biegały po nawach tam i z powrotem. Tylko garstka wiernych klęczała, modląc się u żłóbka pod ołtarzem.

Alex przyklęknął w przejściu między rzędami ławek i starał się iść pod prąd, mając nadzieję, że jeżeli skieruje się ku bocznemu wyjściu, to nie zostanie zauważony. To mu się nie udało, gdyż co kilka kroków ktoś wyciągał do niego rękę, by go uścisnąć, klepnąć po plecach, wypowiedzieć słowa, których nie można było dosłyszeć w tym zgiełku. W pewnym momencie zaszli mu drogę Bruno i Maria Sabbatino i uściskali go. Alex podziękował Marii za wszystko, co dla niego zrobiła. Miała łzy w oczach i ręką od gestów wykonała lekceważący ruch. Bruno namawiał, żeby Alex wpadł na łyk wina i pokaz rękawiczek z „elektrowerkiem”, lecz Alex grzecznie odmówił.

Doszedłszy do wyjścia awaryjnego po lewej stronie prezbiterium, popchnął drzwi i znalazł się na zewnątrz, wolny! Powietrze było znacznie chłodniejsze niż wcześniej wieczorem. Chwycił go kaszel. Owijając twarz szalem, pospieszył wzdłuż bocznej alejki, skręcił w lewo w przecznicę i w ciągu kilku minut znalazł się w domu.

Była już godzina druga w nocy. Późna pora i choroba poprowadziły go z wolna ku schodom i w kierunku łóżka. Nie miał nastroju na świętowanie. Myśl o łyku wina czy kęsie ciasta z bakaliami, a nawet wysłuchaniu choćby jednego nagrania z kolędą, wywoływała w nim uczucie egzystencjalnej żałości, zionącej pustki. W takich sytuacjach pospieszna ucieczka w królestwo snu była najlepszym wyjściem.

Nagle pomyślał o Andrew, odczuwając przez chwilę niepokój, chłopakowi bowiem nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by nie skontaktował się w Boże Narodzenie. Był ciekaw, czy syn wysłał kartkę lub list i powiedział sobie, że na pewno to zrobił. Może przesyłka zatrzymana została przez pocztę brytyjską, spóźniła się na odprawę lotniczą i dopiero teraz przepływała Atlantyk na pokładzie statku albo jako wiadomość w butelce. Andrew zawsze był trochę roztargniony, jeśli chodzi o czas, harmonogramy i ostateczne terminy. Był bardzo inteligentny, intelektualnie zdolniejszy niż Jacob, lecz łatwo podatny na impulsy. Był niekonsekwentny i brakowało mu prawniczych przymiotów: poczucia wagi spraw i trwałej równowagi umysłu, w czym z kolei celował Jacob. Andrew może zadzwoni jutro. Z drugiej strony mógł po prostu zapomnieć.

 

Z początku Alex nie był pewny, licząc różnicę czasu. Później zdawszy sobie sprawę, że w Anglii jest już siódma, podniósł słuchawkę telefonu stojącego przy łóżku. Odłożył ją na widełki. Jeszcze obudzi chłopaka. Jednak jeżeli pójdzie do łóżka i zadzwoni później w ciągu dnia, Andrew będzie prawdopodobnie poza domem spędzać czas z kolegami. Jeszcze raz podjął słuchawkę i pomagając sobie książką adresową, wykręcił numer Tyburne College1.

Trwało minutę, zanim uzyskał połączenie na linii międzykontynentalnej i zanim dał się słyszeć podwójny angielski sygnał. Wkrótce potem Alex usłyszał nagrany komunikat:

Dodzwoniłeś się do Tyburne College w Oksfordzie. Nasze biuro jest zamknięte do dwudziestego siódmego grudnia. Jeżeli życzysz sobie uzyskać połączenie z biurem profesora lub pokojem studenta, wciśnij numer wewnętrzny. Jeżeli chcesz przekazać wiadomość, zacznij mówić po sygnale.

Personel i studenci Tyburne życzą szczęśliwego Bożego Narodzenia i pomyślnego Nowego Roku.

Alex nie znał numeru wewnętrznego do Andrew, więc po sygnale powiedział: Dobry wieczór. Mówi Alex Graham z Kanady. Próbuję skontaktować się z moim synem Andrew, studentem Tyburne. Czy mogą państwo poprosić go, żeby przedzwonił do mnie do domu? Szczęśliwego Bożego Narodzenia państwu i wszystkim dobrej nocy.

Odłożył słuchawkę, uśmiechając się do siebie, zadowolony z tego, że potrafił użyć brytyjskiego wyrażenia określającego telefonowanie2, które przypomniało mu się w związku z filmami o lotnikach RAF-u w czasach II wojny światowej. Wyrażenie „Szczęśliwego Bożego Narodzenia” było ich wersją „Radosnego Bożego Narodzenia” i to – jego zdaniem – wersją lepszą, bo czym innym jest dawanie radości, a czym innym dawanie szczęścia. Po stwierdzeniu, że nie jest zdolny ani do jednego, ani do drugiego, udał się spać, biorąc ze sobą Opowieści wigilijne Charlesa Dickensa, ilustrowane wydanie oksfordzkie, oraz śmiertelnie poważne tomisko, które nabył niedawno dla księgarni: studium na temat ruchów rewolucyjnych w dziewiętnastowiecznej Rosji, napisane sześćdziesiąt pięć lat przed rewolucją bolszewicką przez emigracyjnego dekabrystę mieszkającego w Paryżu. Pozycja ta była tak rozkosznie usypiająca, że gdyby Dickensowi się nie udało, Rosjanie by go uśpili. I w tej sprawie, podobnie jak w wielu innych, Alex miał rację.

Obudził się, nie czując się zdrowym, więc pozostał w łóżku przez cały dwudziesty piąty i dwudziesty szósty grudnia – trochę spał, trochę czytał, wstawał tylko, by wmusić w siebie trochę jedzenia i przepłukać gardło. Na dole pukano do drzwi, ale nie odpowiadał. Nie było żadnych telefonów. W pewnym momencie wziął prysznic, a potem, gdy się golił, zauważył w na wpół zaparowanym lustrze, że jest chudszy niż zazwyczaj. Zważył się i ku swemu zdziwieniu stwierdził, że stracił prawie dwanaście funtów, czego raczej nie udawało mu się dokonać wcześniej. Normalnie trzymał dobrą formę, przynajmniej jeśli chodzi o posturę i mięśnie, z ledwo dostrzegalnymi objawami średniego wieku, ujawniającymi się w pasie. Teraz jednak wyglądał, jakby te rezerwy stopniały. Z odległości dwudziestu kroków mógłby uchodzić za młodego atletę, jednak z bliska widoczne były oznaki i rezultaty starzenia się. Poszedł do kuchni, gdzie zagrzał sobie jedną z duszonych potraw przygotowanych przez Marię i zmusił się do zjedzenia porcji.

Rankiem dwudziestego siódmego grudnia wykonał jeszcze jeden telefon do Oksfordu. Tym razem odpowiedział żywy człowiek. Właściwie spodziewał się jednego z tych zimnych angielskich głosów, doskonale poprawnych i od stóp do głów przejmujących chłodem (jeszcze jeden przesąd!), w typie tych, z którymi często się spotykał, gdy u londyńskich handlowców zamawiał rzadkie pozycje, których nakład został wyczerpany. Mile zaskoczył go przyjacielski męski głos.

– A tak, panie Graham. Sprawdziliśmy nagrania w dzień Bożego Narodzenia i natknęliśmy się na pańskie. Dzięki za radosną wiadomość. Zostawiliśmy informację pod drzwiami pokoju Andrew. Nie oddzwonił do pana?

– Jeszcze nie. Czy rozmawiał z nim pan?

– Nie, ale to nic nadzwyczajnego o tej porze roku. Dosyć ściśle kontrolujemy studentów w trakcie semestru. Jesteśmy tu bardziej wspólnotą niż instytucją. Nie jesteśmy typowym oksfordzkim college’em, czego pan jest niewątpliwie świadom.

– Oczywiście, Andrew jest tam bardzo szczęśliwy.

– Spodziewam się, że jest, proszę pana. Jednak w domu przebywa ponad sześćdziesięciu młodych mężczyzn, więc nie zawsze jesteśmy w stanie dokładnie wypowiedzieć się na temat ich wyjść i powrotów. Niektórzy mają zajęcia w innych college’ach. Inni są na seminariach, a kolejni pobierają nauki w jeszcze innych miejscach. A o tej porze roku są dosyć rozbiegani. Tylko garstka pozostała na święta.

– Andrew do nich nie należał?

– Chyba nie. Sądzę, że wyjechał z kumplem. Wielu z naszych chłopaków zaprasza zagranicznych studentów na Boże Narodzenie do siebie.

– Ale nie jest pan pewien?

– Niestety nie, ale spróbuję się dowiedzieć.

– Dziękuję bardzo, panie...

– Groves, John Groves, proszę pana. Jestem sekretarzem college’u.

– Jestem panu bardzo wdzięczny za pomoc, panie Groves. Otóż od jakiegoś czasu nie mam wiadomości od Andrew i zaczynam się trochę niepokoić. To całkiem do niego niepodobne.

– Nie napisał do pana?

– Od jesieni.

– A mejlował?

– Wie pan, ja nie mam internetu. Nie jestem online, jak to mówią.

Groves lekko się zaśmiał.

– Proszę mi wybaczyć, panie Graham, powinienem był panu wyznać, że to się często zdarza. Młodzi ludzie z zagranicy przejmują nagminnie nasz styl życia – historia, kultura, wie pan. No i znaczenie mają atrakcje Londynu. Oni czasami zapominają zadzwonić do domu. Ostatecznie ustatkowują się.

– Rozumiem, to bardzo pocieszające.

– Studenci mają wrócić trzynastego stycznia. Jeżeli pański syn nie skontaktuje się do tego czasu, to myślę, że zrobi to, gdy zastanie wiadomość. Również ja mu o tym osobiście przypomnę.

Alex odłożył słuchawkę, czuł się trochę głupio. Powinien był wiedzieć, że jest proste wyjaśnienie. Gdy powiedział Grovesowi, że nieskontaktowanie się Andrew z domem jest do niego niepodob­ne, niezupełnie dokładnie przedstawiał rzeczywistość. Andrew zdarzało się, że nie pamiętał o urodzinach, nawet o własnych, a jego spóźnialstwo stało się przysłowiowe. Jacob żartował, że Andrew cierpi na „chronodemencję” – stan, który czyni jego młodszego brata niezdolnym w danym momencie dnia do orientacji, która jest godzina. To żart rodzinny, ale było w nim coś na rzeczy. Nie był to oczywiście żaden stan chorobowy – raczej cecha osobowości, jako że Andrew łatwo dawał się wciągać w tysiąc i jeden fascynujących, lecz drugorzędnych spraw, nie bacząc na cel główny. Na uniwersytecie w Toronto otrzymał tytuł licencjata historii dzięki przypływowi czy­stej inteligencji, lecz metodą obcą bardziej poukładanemu Jacobowi.

Od sierpnia Andrew napisał trzy razy i zadzwonił raz pod koniec października. Z entuzjazmem odnosił się do swego nowego życia, gawędząc o wielu nadprogramowych zainteresowaniach, na przykład o debacie, w którą się zaangażował w miejscu zwanym Związkiem Oksfordzkim, a także o ekscytujących przyjaźniach – słowem o wszystkim z wyjątkiem tematu zajęć u swojego profesora. Zapisał się do Magdalen College, lecz jego domem było Tyburne. Mówiąc ściśle, Tyburne nie było wydziałem uniwersytetu. Pod parasolem uniwersytetu w Oksfordzie znajdowało się oficjalnie trzydzieści osiem college’ów, ale miasto było też siedzibą kilku stałych instytu­cji prywatnych. Tyburne było jedną z takich instytucji, niewielkim instytutem oferującym nauczanie z dziedziny historii i kultury, choć pierwotnie stanowiło miejsce zamieszkania dla katolików studiują­cych w funkcjonujących college’ach. Mogło się pochwalić salą seminaryjną, podziwu godną biblioteką oraz kaplicą. Przypadek ten był dosyć wyjątkowy, ponieważ żaden z budynków Tyburne nie miał więcej niż dziesięć lat. Było nowoczesne, wygodne i stanowiło teryto­rium „papieskie” na terenie uniwersytetu, którego kolejne ciała zarządcze nie zezwoliły od czasów reformacji na utworzenie choćby jednego katolickiego college’u akredytowanego przez Kościół katolicki.

Alex dużo poświęcił, żeby wysłać Andrew do Oksfordu. Pomogło niepełne stypendium oraz zarobki chłopaka z jego letniej pracy. Jednak te środki żadną miarą nie pokrywały lwiej części kosztów. Alex spieniężył ostatnią część swego spadku (obligacje z dawnych oszczędności ojca) i opróżnił własne konto, narażając w ten sposób przyszłość Zimorodka. Niemniej jednak ryzyko się opłaciło. Andrew mógł być nieobliczalny, ale był utalentowany i zasługiwał na danie mu szansy. Zadowolenie Alexa, że jeden z jego synów go prześciga, było po części podyktowane tym, że on sam po szkole średniej nie poszedł na uniwersytet. Oceny bowiem miał mierne, zdrowie słabowite, a chęć opuszczenia Halcyonu równą zeru, mimo iż zdarzały mu się momenty, kiedy powab innych miejsc zawładał jego wyobraźnią. Późnym popołudniem, dosyć zdezorientowany, postanowił odświeżyć sobie znajomość pokoi na parterze. Okrył szyję szalikiem, owinął się w przetarty szlafrok w szkocką kratę i powoli, krok za krokiem, cały czas trzymając się poręczy, zszedł na dół na korytarz. Zatrzymał się na moment, łapiąc oddech, po czym skręcił w prawo do największego z czterech pokoi na parterze. Z płucami było chyba lepiej, ale w mało sprzyjających momentach powracał bezwład i zawroty głowy. Opadł na jedno z dwóch prostych krzeseł stojących obok kominka na użytek klientów, oparł głowę i odpoczywał. Kochał ten pokój, bo był to salon rodzinny w czasach, gdy był chłopcem. Obfitujący we wspomnienia, był ośrodkiem jedynego domu, w jakim kiedykolwiek mieszkał. Przymknął oczy i uleciał w przeszłość, do początków.

Pełzając na czworakach, mały Alex pchał malowane ołowiane żołnierzyki po terenie bitwy pomiędzy biurem taty i jadalnią. Przeskoczywszy parę lat do przodu, zobaczył siebie rozciągniętego na pledzie przy kominku, czytającego na swój sposób książki o Narnii, podczas gdy żar palącego się węgla drzewnego przypiekał mu jedną stronę twarzy.

– Starczy na jeden wieczór, Alexandrze. Czy odrobiłeś pracę domową?

– Nie, mamo.

Rzeka czasu płynęła dalej i Alex ujrzał siebie uśmiechającego się do Carol. Ona również uśmiechała się do niego. Siedzieli przy karcianym stoliku, grając w Scrabble, i spoglądali na siebie, każde usiłując wygrać dzięki dłuższym i bardziej zmyślnym słowom. W tym czasie, gdy jego ojciec zrzędził z narożnego fotela nad Globe and Mail3, zegar dziadka wybił dziewiątą. I Alex małymi majuskułami wyliterował: Kocham cię. Następnie ona: Ja też cię kocham. Alex przeszukawszy stos liter, odpowiedział: Będziemy tańczyć jak tamte trzy jelenie. Zarumieniła się.

Następnego roku, gdy ojciec i matka omawiali coś pilnego za zamkniętymi drzwiami biura po drugiej stronie hallu, Alex i Carol siedzieli naprzeciw siebie w fotelach po obu stronach kominka i wsłuchiwali się w syk płomieni i szum wiatru w kominie. Nie mogąc już dłużej się powstrzymać, padł niczym rycerz na jedno kolano, wziął obie dłonie Carol w swoje i poprosił ją o rękę. A ona napisała końcem palca na jego otwartej dłoni: Zgadzam się. Bardziej czytelne było jednak jej spojrzenie, równie szybkie i nieśmiałe jak lotna kaligrafia pszczół wykonujących orientalne kółka lub taniec jesiennych jeleni. Potem, nie wypowiadając słowa, spojrzeli sobie głęboko w oczy, w których migotały iskierki ognia.

Jakiś czas później Alex i jego narzeczona stali po obu stronach matki, witając weteranów, adwokatów, sędziów i księży przybyłych, żeby złożyć wyrazy współczucia w pokoju ciągle zdominowanym obecnością sędziego. Trumna stała pod oknami salonu, przykryta starą flagą narodową, medalami oraz krzyżem. Powietrze przesiąkło ckliwą wonią gladioli, róż, chryzantem i wiecznie zielonych wieńców.

– Był wielkim człowiekiem, Marto, wielkim człowiekiem.

Zostawiwszy na chwilę matkę, Alex poszedł do biura ojca i znalazł skrzypce leżące na sejfie. Wróciwszy do salonu, położył je na trumnie, co wywołało u matki napad szlochu.

 

Następowały kolejne wspomnienia: Carol cała w bieli, matka w różowej sukni, kobiety wzajemnie się całujące, promieniujące szczęściem, wszędzie dźwięczące kieliszki z winem, uśmiechnięty ksiądz Toby, proszący o ciszę.

– Wznoszę toast za małżeństwo zawarte w niebie – oświadczył. – I miejmy nadzieję, że niedługo ujrzymy drużynę hokejową małych Alexandrów, ślizgających się tu wokoło.

Goście ryknęli śmiechem i pospieszyli tłumnie do pokoju wznieść toast. Carol znowu się rumieniła, Alex zaś uśmiechnięty, wpatrywał się w podłogę. Nienawidził wszelkich badawczych spojrzeń i tęsknił za przejażdżką pociągiem do miasta Quebec, gdzie będą mogli wreszcie być sami. Będą mogli pospacerować milcząco, co tak uwielbiają, chłonąc atmosferę starych uliczek, świętych ludzi, wielkiej rzeki – całej tej docierającej historii, płynnej jak woda.

Gdy wrócili z miesiąca miodowego, matka wprowadziła ich do tego właśnie pokoju i mocno ścisnęła im dłonie. Ze łzami w oczach rzekła:

– Teraz już nie mam żadnych argumentów: to mój dar dla was obojga, żebyście mogli wystartować w życiu. Kwestie prawne są już załatwione. Mnie będzie w Toronto bardzo dobrze – te nowe mieszkania własnościowe to najbardziej praktyczny wynalazek, a ja zawsze uważałam, że ten dom jest za duży dla tak małej rodziny jak nasza. Wiem, że gdyby twój ojciec był tutaj, toby mnie poparł. Dom jest wasz i możecie z nim robić, co chcecie.

– Ależ mamo – wykrzyknęła Carol. – Nie będziesz czuła się samotna?

– Będzie mi was obojga bardzo brakować, ale miasto jest tylko parę godzin jazdy stąd, a połączenie kolejowe dobrze funkcjonuje. Zatem będziemy się często widywać. I zdradzę wam mały sekret: Nigdy nie czułam się w Halcyonie do końca komfortowo. Jestem osobą mniej wymagającą niż Angus. Nie urodziłam się tutaj i… no cóż, żona sędziego...

Nie skończyła wyjaśniać, ale żadnemu z nich nie przyszło do głowy, by pytać, co miała na myśli.

– Angus zostawił wam mały spadek – dodała. – Nie wystarczy, żeby z niego żyć, ale dwoje młodych zakochanych niewiele potrzebuje, prawda?

I rzeczywiście nie potrzebowali wiele. Mama przeprowadziła się do swego mieszkania, a Carol i Alex wprowadzili się do sypialni pana Domu na Halcyonie, jak lubili go nazywać w pierwszych latach. Marzyli i planowali, modlili się i w końcu zdecydowali się na księgarnię. I taki był początek ich wielkiej przygody.

– Ale jak go nazwiemy? – zapytała Carol pół roku później, będąc już w czwartym miesiącu ciąży, gdy rozpakowywali pudła z książkami lub zbijali razem półki.

– Chcesz powiedzieć, że to będzie chłopiec? – spytał Alex.

– Mnie chodzi o nasz biznes.

– Nie zastanawiałem się nad tym specjalnie. Co myślisz o Trzech Tańczących Jeleniach?

– Hm. – Skrzywiła się, marszcząc brwi tak uroczo, że nie potrafił oprzeć się, żeby jej nie pocałować.

– Proszę natychmiast przestać, panie Graham. Musimy poważnie pogłówkować, jeżeli chcemy dokonać otwarcia za dwa tygodnie.

– Nigdy nie otworzymy. Za bardzo mnie absorbujesz.

Zrobiła śmieszną minę, która była wypróbowaną metodą zabicia namiętności. Śmiejąc się, opadli na tapczan.

– No więc, co z tym zrobimy? – zapytał.

– Z czym?

– Z trzema jeleniami.

– O nie – odparła, potrząsając głową. – To za bardzo intymne. To tylko na twój i mój użytek, nikogo innego.

– No to jak ją nazwiemy?

– Może Książki Halcyonu?

– Mało oryginalne.

– To prawda. Masz jakieś sugestie?

Trzymali się za ręce i dumali przez chwilę.

– Teraz trafiłeś w dziesiątkę – powiedziała Carol, skinąwszy głową. – Tak, myślę, że to jest to.

Podali sobie ręce, później się ucałowali i wrócili do pracy.

Urodził się Jacob i dosyć szybko zaczął przemieszczać się po salonie, przewracając stosy książek, wspinając się na półki, zamęczając przeglądających książki dziesiątkami pytań, na które nie sposób było odpowiedzieć.

– Carol, ja przez niego oszaleję, klienci również się wyniosą. Możesz przyjść i go zabrać?

– Czas na twoją drzemkę, Kuba – rzekła, odsłaniając w uśmiechu zęby i podnosząc chłopca. – Przepraszam, panie Findley. Mam nadzieję, że nie zawracał panu głowy.

– Ależ nie, absolutnie nie – odparł ponadosiemdziesięcioletni pan Findley, najzamożniejszy człowiek w mieście, z obwisłymi policzkami i bokobrodami jak baranie kotlety. – To bystry chłopiec i daleko zajdzie. Ale zdaje się, że rozerwał lekko kartkę w pierwszym wydaniu Goldsmitha. Może zechce pani udzielić małego rabatu, jako że jestem absolutnie zainteresowany zakupem tej pozycji.

W mgnieniu oka pojawił się również Andrew – obgryzający grzbiety słowników, bawiący się papeterią, rozrzucający po podłodze korespondencję.

I tak to trwało. Zanim się połapał, chłopcy poszli do szkoły przy parafii Najświętszej Maryi Panny, matka znalazła się w domu opieki, liczny rodzinny klan Carol wtargnął pewnego lata niczym huragan, po czym odjechał, sprzedaż raz rosła, raz spadała. Matka umarła. Potem przyszedł na Carol pierwszy atak raka, po którym nastąpił spokój. I ulga. Ale również smutek, bo lekarz powiedział, że już nie będzie mogła mieć dzieci. Spadek się wyczerpał, a dochody ze sprzedaży książek właściwie nigdy nie wystarczały. Sprzedali skrzypce, które okazały się wartościowe; wykonano je w tym samym mieście i epoce, co stradivariusy, choć były gorszej jakości. Sprzedali również pianino, razem z książkami prawniczymi ojca i kilkoma innymi rzeczami. Pozwoliło to przetrwać rodzinie i księgarni.

Otworzywszy oczy, Alex rozejrzał się po salonie, obecnie głównej sali Zimorodka. Ściany były wyłożone dębowymi półkami, które dopóty pięły się w górę, dopóki nie zetknęły się ze zdobionymi gzymsami sufitu, wysokiego na dwanaście stóp. Książki całkowicie wypełniały półki, a nawet wysypywały się, tworząc sterty, gdzie tylko było miejsce. Wolno stojące półki przedzielały pokój na wnęki i alkowy, tak iż całość przypominała przeładowaną bibliotekę, zawierającą około dwudziestu czterech tysięcy tomów. Szesnaście tysięcy innych tytułów składowano w trzech mniejszych pokojach na parterze. Jeden z nich mieścił literaturę klasyczną i współczesną, inny – książki z dziedziny sztuki i historii. Trzeci zaś stanowił kolekcję rosyjską. Był to pokój najmniejszy i, pod względem liczby pozycji, najmniej znaczący. Składał się bowiem z mniej niż dwóch tysięcy tytułów. Był to jednak owoc trzydziestu lat badań i znacznych inwestycji pieniężnych, jak również niemałego wysiłku. W istocie była to ogromna miłość Alexa.

Duża część tej kolekcji składała się z klasyki: Tołstoja, Dostojewskiego i Czechowa, w różnych dziewiętnastowiecznych przekładach, jak również pisarzy, takich jak Pasternak i Szołochow, wydanych w czasach sowieckich. Osobny dział miał Sołżenicyn, podobnie jak dysydenccy poeci, których niektóre dzieła uzyskał Alex przez pośredników w Niemczech i Szwajcarii. Wiele z tych książek stanowiły zwykłe niebeletrystyczne pozycje obejmujące szeroki zakres tematyczny, pisane po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku – niektóre z czasów przed rewolucją, niektóre z ery sowieckiej, niektóre postsowieckie. Wszystkie jednak dotyczące takiego czy innego aspektu związanego z Rosjanami oraz terytoriami, które wpadły w objęcia imperiów carskiego i sowieckiego. Niewiele było materiałów marksistowskich i Alex oznakował nieliczne książki z tego gatunku samoprzylepnymi czerwonymi nalepkami, na których napisał: Propaganda – tylko w celach studiów historycznych.

Cechą wyróżniającą jego kolekcję była naprawdę duża liczba starych dzieł rosyjskich. Wiedzieli o niej naukowcy z całej Ameryki Północnej, zgłębiający slawistykę. Nie umknęła też uwagi w Europie, ponieważ Alex nie szczędził grosza na rzadkie książki w języku rosyjskim. Dobrą jedną czwartą tych pozycji wydano przed rewolucją, w tym poszukiwane klasyki, jak pierwsze wydanie Ojców i dzieci Turgieniewa, Eugeniusza Oniegina Puszkina, Bohatera naszych czasów Lermontowa oraz – najbardziej nadzwyczajne ze wszystkich: Martwe dusze Gogola.