Opowieść OjcaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nie było już nic do powiedzenia, lecz Alex uczepił się policjanta.

– Uśpioną?

– Będzie w rejestrze, ale uśpiona.

– Chce pan powiedzieć w uśpieniu?

– Panie Graham. – Helm był miły, ale stanowczy. – To rozmowa na dużą odległość, na nasz koszt. Obawiam się, że muszę się już rozłączyć.

Przez krótki czas, gdy chodził tam i z powrotem po pokoju, Alex czuł jeszcze wyraźniej, że odchodzi od zmysłów. W końcu zmusił się, by się rozebrać i położyć spać. Jednak w żaden sposób nie mógł zasnąć i nawet modlitwa jawiła mu się niczym strzępy pustych słów – niespójnych, rozwlekłych, wystrzelonych w kierunku milczącego nieba, niezdolnych umknąć sile ciążenia.

Dobrze po północy zadzwonił telefon przy łóżku, zrywając go z półsnu.

– Tato, to ja.

Ponownie po łączach przetoczył się cichy głos, nieco głośniejszy niż szept, a wraz z nim do pokoju Alexa wślizgnęło się coś mrocznego i niezdrowego.

– Andrew! Gdzie jesteś? Musisz mi powiedzieć, gdzie jesteś.

– Ja muszę...

Alex czekał, lecz Andrew nie dokończył zdania.

– Proszę cię, synu, jestem o ciebie potwornie zaniepokojony.

– Wyjeżdżamy.

– Dokąd wyjeżdżacie?

– Do jądra wszelkiej energii duchowej.

Alex, przerażony, uzmysłowił sobie teraz, że cokolwiek zniewoliło Andrew, pochodziło rzeczywiście ze sfery ducha. Co więcej, to coś zabierało mu syna.

– Nie jedź. Błagam cię: nie jedź.

– Muszę jechać. – W głosie Andrew brzmiała beznamiętność.

– Dlaczego musisz? Czy ktoś cię zmusza, żebyś jechał?

– Nie, nie w tym rzecz.

Szukając dramatycznie czegoś, co mogłoby przytrzymać Andrew przy telefonie, jakiegoś uchwycenia się dłoni, liny ratunkowej, nici łączącej, Alex wyrzucił z siebie:

– Opowiedz mi o dwóch drzewach!

Nastała cisza, po czym Andrew odezwał się zaintrygowany:

– Dwa drzewa?

– Czy spałeś między dwoma drzewami: czarnym oraz drugim w płomieniach?

– Aha, tak, wiem, co masz na myśli. Drzewo wiedzy i drzewo życia. Dobro i zło. To symbol, tato. Tym się właśnie zajmujemy: nie tym starym mitem biblijnym, lecz rzeczami realnymi, tym, na co ludzkość czekała od wieków. Światło i cień – to jedno. Ale... ale skąd dowiedziałeś się o drzewach?

– Darla mi powiedziała. Mówiła, że masz kłopoty.

– Darla? – odparł rozmarzonym głosem, jakby łapiąc jakieś mgliste wspomnienie.

– Wiesz przecież, kto to Darla – krzyczał Alex do słuchawki. – Darla! Dzięki niej jeździłeś na kucykach.

– O tak. Ten tarant. Byłem wczoraj w nocy w Tarancie.

– Zeszłej nocy byłeś w mercedesie, Andrew. Ciemnoniebieskim mercedesie.

– Skąd się o tym dowiedziałeś?

Przebłysk zainteresowania, ale słyszalność zaczęła spadać.

Alex miał właśnie powiedzieć mu wszystko, gdy usłyszał inny głos, słaby, jak gdyby dochodzący zza pleców Andrew.

– Z kim rozmawiasz?

Zapadła cisza, słychać było tylko szum transatlantyckiego łącza.

– To zabronione – kontynuował głos z oddali, tak iż Alex ledwo wychwycił słowa. Głębokie, starannie wypowiedziane, z obcym akcentem, mocnym „r”.

Nagle połączenie zostało przerwane.

Alex stuknął w przycisk 0. Mając nadzieję, że uda mu się powtórzyć małe zwycięstwo z dnia poprzedniego, wykonał te same czynności telefoniczne między obu krajami, ale dowiedział się jedynie, że dzwoniono z płatnego aparatu w Londynie. Zapisał adres budki telefonicznej.

Wykręcił numer i czekał, aż wybrzmi dwudziesty sygnał, zanim odłożył słuchawkę.

O świcie wstał i ubrał się. Poszedł na mszę o godzinie ósmej, a później, gdy ksiądz Toby podszedł do niego przy schodach wejściowych do kościoła, zdał mu szczegółowo relację z ostatniej rozmowy telefonicznej.

– Jadę tam. Muszę się dowiedzieć, co się z nim dzieje.

– Chcesz lecieć do Anglii?

– Tak. I to dzisiaj.

– Na pewno chcesz jechać, Alex? Może powinieneś zaczekać. Jeśli policja...

– Policja? Oni nie mogą nic zrobić. Sami mi to powiedzieli.

– Ale co ci się zdaje, że załatwisz, nawet jeśli uda ci się go znaleźć?

– Nie wiem, ale wiem, że muszę spróbować. Muszę rozmówić się z nim w cztery oczy. Może mnie posłucha.

– W porządku. Jeżeli musisz jechać, to musisz. Ja prawdopodobnie na twoim miejscu zrobiłbym to samo. Ale nie masz dużo czasu. I skąd weźmiesz pieniądze?

Zapał Alexa przygasł. Pieniądze!

– Nie masz w ogóle pieniędzy, tak?

– Obawiam się, że nie. Właśnie opłaciłem wszystkie rachunki, a gotówka w kasie nie przekracza kilkuset dolarów.

– Mogę ci trochę pożyczyć.

– Nie, nie mógłbym przyjąć. Jesteś biedny jak mysz kościelna.

– To prawda.

– Coś wymyślę.

– Bilet będzie kosztował niemało. Mogę ci dać, ile mam, a nie ma tego dużo... Pomogłem moim staruszkom spłacić mieszkanie. Mogę chyba wyskrobać jakieś czterysta dolarów. Ale nawet jeżeli dodamy nasze zasoby, to i tak nie wystarczy na przelot samolotem. Nie masz karty kredytowej?

– Nigdy takiej nie potrzebowałem.

– Ja też nie.

– Nie mam wyjścia, muszę iść porozmawiać z Charlesem.

Ksiądz Toby zmarszczył czoło.

– Na pewno musisz? A Jacob?

– On tonie w długach.

Obaj mężczyźni, złożywszy ręce, pogrążyli się w zadumie.

– Tak, pójdę do banku – rzekł Alex, zaciskając usta. – Dostanę pożyczkę.

Obrócił się na pięcie i odszedł szybko w kierunku Main Street.

Jak zazwyczaj, gdy wchodził do Clementine Valley Credit Union, czuł, że wchodzi do starej i szacownej instytucji, podstawy stabilności regionu. Człowiekowi, który rzadko wypuszczał się poza rodzimą dolinę, wydawała się ona jedną z owych potężnych placówek na kuli ziemskiej. Zawsze tam załatwiał swoje interesy, a jego pojedynczy udział (obowiązkowy dla posiadaczy rachunków) dawał mu podrzędny status, którym cieszyli się wszyscy udziałowcy. Jednak teraz podenerwowany i zakłopotany przyszedł tu z kapeluszem w ręku na żebry.

Oczekując na końcu hallu prowadzącego do biur kierownictwa, powtarzał sobie, co powie Charlesowi, starannie dobierając słowa, tak żeby nie zdradzić mu czegoś, co wzmogłoby jego znany apetyt na szczegóły dotyczące prywatnego życia klientów. Bez wątpienia Charles i tak zgromadził znacznie więcej takiej wiedzy niż potrzeba. Przeglądał bowiem rozrachunki czekowe, a tam preferencje wydawania pieniędzy przez obywateli Halcyonu były wystawione na jego analityczne spojrzenie.

Posłuchaj Charles, Alex układał w myślach swą wypowiedź, zmagając się z pokusą okazania goryczy, mój syn został porwany przez niebezpieczną bandę fanatyków i ci wywożą go gdzieś w poszukiwaniu jądra wszelkiej energii duchowej. Muszę go odnaleźć i uratować, jeżeli potrafię. Chcę wylecieć dzisiaj, ale moje konto jest puste. Czy mógłbyś dać mi wiaderko pieniędzy?

To zdecydowanie zły tekst.

Charles, otrzymałem właśnie wiadomość z Anglii, że mój syn nie ma się dobrze i muszę polecieć tam, by go zobaczyć. Niestety, moje środki są w tej chwili niewystarczające. Czy mógłbyś rozważyć udzielenie mi pożyczki?

Brzmi znacznie lepiej.

Rozglądając się wokoło, Alex zauważył, że jest nadal człowiekiem miesiąca. Spojrzał w inną stronę. Po chwili sekretarka wprowadziła go do obszernego biura Charlesa Findleya jr., dyrektora generalnego. Charles powstał zza pokaźnego biurka z drewna tekowego i przywitał ciepło Alexa uściśnięciem ręki.

– Niezwykle miło cię widzieć, Al. Siadaj, siadaj tutaj przy kominku.

Kominek był prawdziwy, płonęły w nim polana drewna jabłoniowego. Przed kominkiem drzemał prawdziwy irlandzki seter. Gdy rozsiedli się w dwóch przeciwległych skórzanych fotelach, Alex poczuł się nieswojo, jakby był cudzoziemcem obdartusem.

– Masz ochotę na kawę? – zaoferował gospodarz.

– Nie, dziękuję. Ja...

– Na pewno nie? A może trochę grogu z whisky?

Alex potrząsnął głową. Charles rozpromienił się w uśmiechu, emanując perfekcyjną mieszanką przyjacielskości i właściwego wyczucia biznesu.

– Czym mogę ci dzisiaj służyć, Al?

– Charles, właśnie otrzymałem wiadomość, że mój syn nie ma się dobrze i muszę lecieć do Anglii, żeby z nim pobyć. Niestety, obecnie jestem spłukany. Czy mógłbyś rozważyć pożyczkę dla mnie?

– A to przykro słyszeć. Mam nadzieję, że to nic poważnego... Mam na myśli twojego syna. Chodzi o Andrew, prawda?

– A tak, o Andrew.

– To wspaniały młody człowiek. Mówisz, że nie ma się dobrze?

– Nie jestem pewien, na ile z nim źle. Ale myślę, że powinienem tam z nim być.

– Jak duża kwota by cię interesowała, Al?

Alex potrząsnął głową i spojrzał na swoje ręce złożone na kolanach. Zapomniał o tym pomyśleć.

– Nie jesteś pewien?

– W tym momencie nie jestem.

Charles się uśmiechnął.

– Będziesz potrzebował biletu na samolot, prawda? Poza tym hotele i posiłki. Jak długo zamierzasz tam pozostać?

– Nie wiem. To będzie zależało...

Od tego, czy znajdę swego zaginionego syna. Od tego, czy jądro wszelkiej energii duchowej jest jakimś osiągalnym stałym punktem, co oznacza de facto, że jest to miejsce, które można znaleźć.

– To będzie zależało od stanu jego zdrowia – stwierdził krótko Alex.

– Może trochę potrwać, zanim wyzdrowieje?

– Tak.

Charles skrzyżował nogi i rzucił okiem na ogień w kominku. Wyciągnął rękę i podrapał psa za uszami.

– Nie widzę problemu, żadnego problemu. Chętnie udzielimy ci pożyczki. Ale myślę, że powinienem zapytać o twoją zdolność kredytową.

 

– Nie jestem pewien, co to takiego ta zdolność kredytowa. Nie sądzę, żebym ją miał.

Charles uśmiechnął się protekcjonalnie.

– O, jestem pewien, że jakąś masz. Sprawdzę to i dam ci znać za parę dni.

– Za parę dni? – poderwał się Alex.

– Tak, to zwyczajowa procedura. To tylko formalność.

– Wybacz, Charles – rzekł Alex, nachylając się w kierunku swego gospodarza – ale sprawa jest naprawdę pilna. Muszę lecieć dzisiaj, o ile dostanę miejsce w samolocie.

Charles przybrał uroczystą minę.

– Rozumiem. To aż tak poważne?

– Tak.

– O ile sobie przypominam, nie masz żadnych kart kredytowych, a przynajmniej nie u nas.

– Żadnych. Ani u ciebie, ani nigdzie indziej.

– To trochę komplikuje sprawę. Jednakże jesteś udziałowcem i długo prowadzisz u nas rachunek, bez śladu jakiejkolwiek nieodpowiedzialności. – Charles zachichotał z pobłażaniem. – Myślę zatem, że możemy odstąpić od zwyczajowej procedury. Co myślisz o daniu ci linii kredytowej?

– Niezmiernie ci dziękuję. Byłbym ci bardzo wdzięczny.

– To teraz musimy porozmawiać o kwocie pożyczki. Przelot samolotem będzie prawdopodobnie kosztował jakieś osiemset lub dziewięćset. Parę miesięcy temu zabrałem jedną z przyjaciółek do Londynu na sztukę teatralną, więc wiem, jakie to może być kosztowne. Później jeszcze taksówki, hotele i posiłki. To dosyć szybko rośnie. Myślę, że w grę wchodzi kilka tysięcy dolarów, albo i więcej, jeżeli będziesz musiał zostać dłużej – znowu hotele, opłaty za przebukowanie powrotnego lotu i tego typu sprawy.

– To masa pieniędzy – wymamrotał Alex.

Charles przytaknął ze współczuciem.

– Proponuję, że przelejemy ci na twój rachunek czekowy trzy tysiące w formie kredytu, żeby za bardzo nie ryzykować. Myślę, że damy radę to zrobić dzisiaj do południa, bez zamieszania i kłopotu. Oczywiście będziemy potrzebowali jakiegoś zabezpieczenia.

– Zabezpieczenia?

– Czegoś, co będzie stanowić gwarancję spłaty, jeżeli bez twojej winy pożyczka zostanie niespłacona. Nie ma tu gry słów. – Przez twarz Charlesa przemknął uśmiech.

– Tak, rozumiem. Co sugerujesz jako zabezpieczenie?

– Twój samochód?

– Nie jeżdżę samochodem.

– Aha, to – jak sądzę – coś innego, co ma wartość.

– Książki.

Charles skrzywił się jakby z bólu.

– Ile twoim zdaniem są one warte?

– Kolekcja jest warta co najmniej sto tysięcy dolarów.

– To robi wrażenie. – Wydął wargi, zastanawiając się. – Z książkami jest tak, że właściwie nie są traktowane jako aktywa płynne, to znaczy takie, które można natychmiast zamienić na gotówkę.

– Ostatecznie, Charles, przez dwadzieścia pięć lat utrzymywałem rodzinę, właśnie tym się zajmując.

– Tak, ale zajęło to dwadzieścia pięć lat, prawda? W tym właśnie problem, rozumiesz? Zarząd uznałby, że postępuję niefrasobliwie, gdybym zaakceptował pożyczkę na takiej podstawie. Książki wykazują tendencję utraty wartości, zwłaszcza książki używane. Można je spieniężyć tylko stopniowo, w dłuższym okresie. Obawiam się, że mam tutaj ograniczone możliwości, mimo naszej długiej przyjaźni, Al.

Naszej długiej przyjaźni?

– Widzisz zatem: potrzebujemy jako zabezpieczenia czegoś bardziej trwałego.

– Trwałego?

Myślałem, że chcesz czegoś płynnego!

Wyglądając na lekko zirytowanego, ale kontrolując swoją reakcję, Charles powiedział:

– Coś trwałego, co w razie potrzeby da się upłynnić.

Alex wiedział, czego może się za chwilę spodziewać, lecz postanowił pozwolić Charlesowi wykonać brudną robotę.

– Al, mógłbyś zechcieć rozważyć swoją własność przy Oak Avenue. Budynek nie jest w istocie dużo wart, ale ziemia może być pewnego dnia cenna. Moglibyśmy ją wziąć pod uwagę jako zabezpieczenie. Rynek nieruchomości przeżywa obecnie zastój, więc ich wartość rynkowa jest niska, ale myślę, że możemy przyjąć twoją posiadłość w zastaw dla ochrony naszych interesów.

Gotując się wewnętrznie, ale starając się robić dobrą minę do złej gry, Alex w jednej chwili wyobraził sobie zły scenariusz. Co będzie, jeżeli znalezienie Andrew zabierze dużo czasu? Zakładając, że nie będzie mógł spłacić pożyczki, może stracić wszystko.

Charles patrzył znowu w ogień, drapiąc psa za uchem, które wywinęło mu się na grzbiet.

– Sądzę, że nie mam wyboru – odezwał się Alex w końcu.

– Wygląda, że jest to w tym momencie dla ciebie jedyne wyjście.

– Co będzie, jeżeli się spóźnię? Co jeżeli będę miał problem z powrotem na czas, żeby na nowo rozruszać biznes?

Charles zmarszczył czoło.

– Gdyby miało się to zdarzyć, mógłbyś do nas stamtąd zadzwonić i wystąpić o dodatkowe fundusze.

– Mógłbym stracić dom i biznes, jeżeli nie byłbym w stanie płacić, prawda?

– To odległa perspektywa. Na tyle odległa, że praktycznie niewyobrażalna. Bądź pewien, że Credit Union jest tu po to, żeby ci służyć, a nie dla innych celów. Nie jesteśmy bankiem. Nasi pożyczkobiorcy są naszymi udziałowcami. Union należy do was. Gdybyś znalazł się w finansowym kryzysie, po prostu skontaktuj się z nami, a my możemy wówczas przekazać dodatkowe środki pożyczkowe bezpośrednio na twój rachunek. Oczywiście obowiązani jesteśmy naliczać odsetki na hasło: startujemy. – Westchnął. – Taki jest świat finansów, Al. To tak właśnie działa. To wszystko tak się toczy.

– Tak i mnie się wydaje.

Alex miałby tu parę drobnych uwag do przekazania, ale uznał, że to nie jest odpowiedni moment na dyskusję.

Formalności zajęły godzinę. Gdy wszystkie papiery zostały podpisane, poszedł do domu, żeby zlokalizować swoją książeczkę czekową. Agent biura podróży w Maplewoods znalazł mu miejsce w samolocie wylatującym z Toronto tego wieczoru. Alex wydobył swój paszport z pudełka po butach, gdzie trzymał bezużyteczne dokumenty urzędowe. Potem pospiesznie się spakował, wrzucając kilka sztuk odzieży do starej torby sportowej oraz kilka pozycji do czytania – do torby podręcznej.

Postanowił również włożyć ciężki tweedowy płaszcz po dziadku, który – jak sądził – będzie mu dawał poczucie stałości, jego synowi tego pozbawionemu. Wybrał także swój ulubiony szal, ten rodowy Grahamów w niebiesko-zieloną kratę. Ostatnią czynnością przed wyjściem było pogrzebanie w dziale poezji w księgarni, gdzie znalazł wybrane wiersze i listy Hopkinsa w twardej oprawie oraz w miękkiej oprawie sfatygowane wydanie pełnego zbioru poezji tego autora. Wepchnął książki do torby podręcznej i pobiegł otworzyć drzwi na dźwięk przynaglającego sygnału dawanego przez księdza Toby’ego.

Pojechali do Maplewoods odebrać bilet lotniczy, a stamtąd wrócili na szosę numer 11 i skierowali się na południe. Podróż wydała się Alexowi dłuższa niż była w rzeczywistości. Tę dwugodzinną jazdę zdominowały potęgujący się strach spowodowany desperackim niepokojem o Andrew, lękiem przed opuszczeniem ukochanego Halcyonu, ciemnością zapadającego zimowego zmierzchu, niepewnością związaną ze zbliżającą się wyprawą, wreszcie rosnącym brakiem bezpieczeństwa w każdym aspekcie życia. Podnoszące na duchu słowa wypowiadane raz po raz przez księdza Toby’ego i jego trafne podpowiedzi dotyczące zagranicznych podróży nie mogły odegnać poczucia Alexa, że zmierza ku katastrofie.

1 W oryginale: „I’m well”.

2 W oryginale: „I’m good”.

3 Przekład własny tłumacza.

4 Dzieło historyczne Tukidydesa opisujące przebieg wojny peloponeskiej (434-404 p.n.e.) pomiędzy Spartą a Atenami.

5 Dzieło Józefa Flawiusza, żydowskiego historyka, opisujące wojnę Żydów przeciwko Rzymianom (66-73 n.e.), jej uczestnika.

7. Bezpieczeństwo klatki

Przeczucia dotyczące katastrofy nie stanowią bezpośredniego zagrożenia i Alex potrafił zdać się na to doświadczenie. Wcześniej nigdy nie leciał samolotem i nie bał się śmierci. Nieco zaniepokoiły go jednak tytułowe strony gazet podanych mu przez stewardesę: złowieszcze ostrzeżenia przed akcjami terrorystycznymi. Północnoamerykańskie służby wywiadowcze wykryły przygotowywane spiski – w ciągu następnych czterdziestu ośmiu godzin miano dokonać aktów sabotażu na loty do Europy. Alex przypuszczał, że to był powód, dlaczego tyle miejsc wokół niego było pustych.

Uprzytomnił sobie jednak, że lotniska są dobrze chronione oraz że sam leci pojazdem zaprojektowanym i pilotowanym przez ekspertów, samolotem o długiej historii i sprawdzonej niezawodności oraz że więcej ludzi umiera, przechodząc przez ulice w Nowym Jorku, niż ginie w katastrofach lotniczych. Oczywiście równie dobrze może to być kłamstwo rozpowszechniane przez linie lotnicze. Może każdego roku z wyroku przeznaczenia giną tysiące, całe chmary ludzi, rozerwane detonacją, pikujące na ziemię i porozrzucane po okolicy jak zdechłe wędrowne gołębie.

Fale śniegu i powietrza, warkot ryczących silników, rzędy fosforyzujących świateł przesuwających się za okrągłym okienkiem, jego przypięte ciało, wbite w siedzenie, z sercem walącym szybciej, gdy rozległe miasto pod nim kurczy się do rozmiaru modelu-zabawki, krucha metalowa rura wzbijająca się wyżej i wyżej – i on wiedzący tylko jedno, że na końcu musi ona odwrócić trajektorię i zejść w dół.

Gdy owa rura wyprostowała się nad chmurami, ryk wyciszył się do poziomu jednostajnego szumu i Alexowi odetkały się uszy. Wyregulował swój wewnętrzny żyroskop, grzebiąc w torbie w poszukiwaniu czegoś do czytania. Ręką dotknął jednej z książek Hopkinsa i wyciągnął ją. Oczy Alexa zapałały na widok Skowronka w klatce1.

Jak skowronek, z wietrznej wyżyny ściągnięty w klatki więzienie,

Tak górny duch ludzki w kostnym domostwie tkwi, w ciała ruderze

i dalej:

Choć na swym skrawku darni, na drążku, na nędznej scenie

Oba się czasem oddadzą najsłodszej śpiewu uciesze,

Jednak nieraz też mdleją, boleśnie śniąc o ucieczce,

Lub tłucze nimi o kraty wściekłość czy przerażenie.

Żeby powstać, musisz wszystko porzucić, powiedział Alex do siebie, a nade wszystko bezpieczeństwo klatki. Najpierw jednak musisz dostrzec, do czego służy klatka.

Westchnął i odłożył książkę. Tym razem energia wydatkowana na ezoteryczne wiersze przewyższała pociechę przez nie dostarczaną. Ostatnie dwie nieprzespane noce zaczęły dawać znać o sobie. Zapadł w lekką drzemkę, ale nie trwało to długo. Przez dużą część ośmiogodzinnego lotu był raz we śnie, raz na jawie. Nad środkowym Atlantykiem panowała zła pogoda i od tego momentu siedział, gapiąc się przez okno w pustą przestrzeń, aż słońce sczerwieniało na wschodzie.

Gdy koła odrzutowca dotknęły brytyjskiej ziemi, Alex ziewnął, przeciągnął się i próbował dojrzeć coś przez małe okienko, w trakcie jak samolot kołował w kierunku terminalu Heathrow. Gdy maszyna się zatrzymała i otworzyły się drzwi, był ostatnim wychodzącym pasażerem.

Na terminalu celnik tylko rzucił na niego okiem, zapytał, czy ma coś do zadeklarowania i machnął, żeby przechodził dalej bez kontroli bagażu. Poszedł dalej, do hallu i zatrzymał się gwałtownie, dostrzegając ze dwie setki osób wpatrujących się w niego. Trzymały znaki z napisami: Claridges, Windsor House, London Hilton i tak dalej. Było parę meloników, żakietów typu jaskółka, kilka sari i burnusów, jedno japońskie kimono oraz zwyczajowy asortyment współczesnych strojów zachodnich. Witający reprezentowali kilka ras, chociaż większość wyglądała na Anglosasów. Alex zdezorientowany i niewiedzący, co dalej robić, błąkał się po hallu, szukając stanowiska informacyjnego. Gdy je znalazł, zapytał Hinduskę siedzącą za kontuarem, jak może się dostać do Oksfordu. Podała mu kilka wskazówek i błyskawicznie go odesłała.

Wyobrażenie Alexa o Anglii zostało potwierdzone przez pogo­dę. Gdy opuścił główny budynek terminalu Heathrow, wniknął we mgłę, która przeszła w mżawkę. Na szczęście już po paru krokach znalazł drogę do pociągów i korzystając z pomocy usłużnych Anglików wskazujących mu kierunek, wsiadł do jednego, który zawiózł go do Londynu. Przybywszy na Paddington Station, kupił bilet do celu swej podróży.

Pociąg do Oksfordu odjeżdżał o dziesiątej. Gdy przejeżdżał przez miasto, Alex był zadziwiony wielkością Londynu. Zwrócił też uwagę na twarze ludzi znajdujących się w wagonie. Większość z nich prawdopodobnie zawsze mieszkała w Anglii, nieświadoma istnienia Halcyonu, tego dokładnego centrum świata. Wśród pasażerów było kilkoro, których Alex wziął za silnych farmerów. Inni to bez wątpienia akademicy i oczywiście młodzi ludzie, szaleńczo zakochani, gryzmolący na czasopismach lub papierze listowym. Byli tam również bardziej stateczni studenci, zgarbieni nad podręcznikami, oraz biznesmeni wyglądający jak klony Charlesa Findleya. Widać też było zaokrąglone wieśniaczki o farbowanych włosach, z plastikowymi torbami na zakupy spoczywającymi na zdartych czubkach sportowego obuwia. Kobiety biadoliły nad doniosłymi kwestiami związanymi ze swataniem i polityką wiejską. Znajdowali się tam również pogodni starsi panowie, którzy widzieli więcej niż jedną wojnę oraz umięśnieni młodzieńcy tęskniący za nową. Był też brodaty, niechlujnie wyglądający ekscentryk, mamrotający coś do siebie, chociaż – jak sądził Alex – czuł się skrępowany angielskimi regułami społecznego zachowania. Były wreszcie dzieci wyglądające, jakby dopiero co wróciły z Narnii.

 

W miarę jak rzedła mgła, zaczął ukazywać się mijany krajobraz. Stopniowo scalały się elementy puzzli: wycinki pól uprawnych, owce pasące się na pastwiskach, białe łabędzie pływające po kanale. Przemknęła stacja kolejowa zatłoczona Afrykanami w tradycyjnych strojach. Potem przesuwał się powoli zamek usytuowany na grzbiecie wzniesienia. Później – znowu pola, znowu żywopłoty, znowu wioski położone przy strumieniach i skupione w kotlinach okolonych zimowymi drzewami. Kościół w stylu normandzkim, fabryka, troje dzieci przechylających się przez kamienne ogrodzenie, żeby zobaczyć torpedę, machające czerwonymi rękami. Trzepanie brudów. Sygnalizacja kolejowa. Dingding-ding-ding, efekt Dopplera i rozpadające się ceglane skarpy. Przejeżdżane mosty, drążone tunele, pojawiające się mieczyki błękitnego horyzontu, znowu woda, znowu owce i znowu pola, siatki żywopłotów i dębowe zagajniki.

Droga szybkiego ruchu skręcająca w kierunku linii kolejowej, puszczona poniżej i ciągnąca się dalej na północ, po drugiej stronie. Niezliczone samochody jak pudełka od zapałek, śmigające szybciej niż pociąg.

Znowu gospodarstwa, wioski i młodniki zimowych drzew.

Więcej dzieci stojących na kamiennych ogrodzeniach, machających na powitanie: Pozdrawiam, pozdrawiam, pozdrawiam was!

Alex był ciekaw, czy rozgniatają na szynach pensy. Przypom­niał sobie durnowaty wierszyk, za którym przepadał Andrew jako dziecko:

Bobby na torach

Kamyki zbierał.

Lokomotywa nadjechała

Kości mu połamała.

„To nie fair!” – Bobby rzekł.

Maszynista na to: „Nie powinno tam być ciebie!”.

Andrew śpiewał i skakał w takt tego wiersza przez całe lata, nigdy nie zapominając się uśmiać przy puencie. Alexowi dało to do myślenia. Ilekroć to analizował, wierszowanka wydawała mu się zwycięstwem sprawiedliwości nad miłosierdziem. Zważywszy, że była o dziecku brutalnie potraktowanym przez dorosłego, przez system i wielką, potężną maszynę, to z czego tu się śmiać?

Czy ten wierszyk dawał Andrew wgląd w siebie w chwili szaleństwa? Może gdy śmiał się z upartego chłopczyka, który lekceważył realia życia, tak naprawdę śmiał się z siebie. Wiedział bowiem doskonale, że często zachowywał się jak Bobby, że również on był zdolny do głupich czynów, gdy pchała go do nich jego własna maleńka dynamiczna wola.

Jacoba zawsze drażniła ta piosenka. Solidaryzował się całkowicie z lokomotywą i maszynistą. Jacob miał świadomość inżynierii. Przy tym wierszyku nigdy się nie śmiał. Alexowi, zdążającemu angielskim pociągiem na północ, przyszło do głowy, że mógł się mylić co do obu chłopców. Jako młody ojciec bywał często zatroskany, na jakiego człowieka wyrośnie Andrew. Natomiast nigdy nie martwił się o Jacoba. Podejście do życia Andrew na zasadzie: kto by się przejmował kryło w sobie niebezpieczeństwo. Wydawało się, że Jacobowi przeznaczona jest stabilizacja. Wrażliwy Jacob nie złamałby serc rodzicom.

Chociaż Alexowi wydawało się, że Andrew urzeczywistnia dawne przeczucie, teraz równolegle naszedł go niepokój, którego wcześniej się nie spodziewał. Jacob też był takim Bobbym. I problem z wolą stał się na tyle skomplikowany, że starszy z synów nie potrafił podchodzić do siebie z przymrużeniem oka. To pociągało za sobą brak potrzeby poprawy. Gdyby akty jego woli miały nabrać poważnego i praktycznego charakteru, ryzykowałby, że nie będzie potrafił śmiać się z siebie, a zarazem będzie mniej zdolny do poznania siebie. W rezultacie odpowiednio bardziej zniewolony wobec własnego ja.

Alex zastanawiał się, dlaczego nie dostrzegł tego wcześniej. Tak bardzo się zamartwiał z powodu słabości charakteru Andrew, że właściwie nie zwracał uwagi na przymioty Jacoba. Wydawało się, że w stosunku do obu synów poniósł porażkę. Alex opuścił Oxford Station w pierwszych godzinach popołudniowych. Patrzył na wizytę w tym mieście po części z obawami, po części z niecierpliwym oczekiwaniem. Obawy dyktowane były głównie strachem, że jego podróż okaże się bezowocna. Oczekiwanie związane było z uczuciem zachwytu, że oto stoi w jednym z wielkich centrów kulturalnych świata. Linię horyzontu wieńczyły starożytne iglice i kamienne wieże. Przemykali koło niego studenci z długimi opadającymi szalami. Nierozpoznawalne ptaki prowadziły sprzeczki pod krzewami. Czarne garbate taksówki podjeżdżały do krawężnika – modele archaiczne, lecz błyszczące jak nowe. Odnosiło się wrażenie cofnięcia się w czasie: w jednym miejscu znajdujesz się w trzynastym wieku, w innym jesteś w latach czterdziestych, jeszcze gdzie indziej – w czasach współczesnych. Zasadniczo jednak miasto miało charakter średniowieczny.

Pomimo pilności zadań, które go czekały, poczuł dreszczyk związany z rozpoznawaniem poszczególnych obiektów. To uczucie było nie tyle rezultatem tego, że oglądał już fotografie widzianych teraz obiektów, ile pewnego etosu, którym przesiąknięta była sama atmosfera miasta i na którym zostało ono zbudowane. Oksford był wspólnotą uczonych i studentów, ludzi oddanych książkom, tych, którzy się z nich uczą oraz tych, którzy na ich podstawie przekazują wiedzę, którzy budują w oparciu o nie swoje życie. Były tu dziesiątki college’ów, przeważnie mających po kilkaset lat, niektóre założone przed ponad siedmiuset laty. Alex stał dobre kilka minut przed dworcowym wejściem, wchłaniając to wszystko w siebie i żałując, że potrzebny był kryzys, żeby wyciągnąć go z jego bezpiecznego małego świata. Z tej perspektywy trudno było nie odnieść wrażenia, że Halcyon jest wyizolowanym zaściankiem.

Skinął na jedną z czarnych taksówek i poprosił kierowcę, żeby zabrał go do Tyburne College. Gdy pokazał kawałek papieru, na którym widniał adres, kierowca zrobił odmowny gest.

– Nie potrzebuję tego, proszę pana. Znam każdy dom w tym mieście. Zawiozę tam pana w dziesięć minut.

Tyburne było usytuowane w południowo-wschodniej części, nad Cherwell, jedną z dwóch rzek miasta. Była to ulica Saint Clement’s, boczna w stosunku do High Street. Magdalen College znajdował się w odległości pięciominutowego spaceru High Street, dokładnie po drugiej stronie Magdalen Bridge. Kierowca wskazał na niego, gdy przejeżdżali obok. Nazywał go Maudlin.

Samochód wyjechał z Saint Clement’s i przejechał przez otwartą bramę na podwórze wyłożone kocimi łbami, otoczone ze wszystkich stron budynkami kompleksu Tyburne. Alex zapłacił za przejazd, wysiadł i stał wpatrzony w główny budynek – trzypiętrowy gmach z cegieł, wzniesiony zaledwie pięć lat wcześniej według siedemnastowiecznego projektu. Wspiął się po schodach ku głównemu wejściu i wszedł do oświetlonego hallu. Jego buty stukały po połyskującym parkiecie. Dokładnie przed nim, na ścianie pomiędzy dwoma oknami wysokimi od podłogi po sufit, wisiał naturalnej wielkości gotycki krucyfiks z drewna pokrytego polichromią. Po prawej stronie był aneks z fotelami, stolikiem kawowym i regałem wypełnionym książkami. Po prawej stronie znajdował się korytarz wiodący – jak przypuszczał Alex – do pomieszczeń klasowych, do budynku kaplicy oraz refektarza. Dochodził stamtąd zapach potraw, który mieszał się z głosami rozmów pobrzmiewającymi między ścianami słabym echem. Poszedł korytarzem ku jego początkowi.

Po kilku krokach doszedł do okienka biurowego, za którym dwóch mężczyzn prowadziło rozmowę.

– Przepraszam – odezwał się Alex.

Obrócili się ku niemu z pytającymi minami. Jednym z nich był starszy kapłan w koloratce, wysoki, lecz zgarbiony, o wodnistoniebieskich oczach. Kępki białych włosów wyrastały po obu stronach jego niemal łysej głowy. Ten drugi był w średnim wieku, niższy, o czarnych włosach i okrągłych policzkach. Miał na sobie czarno-biały blezer w kratkę i niebieski dziany krawat.