GodzinyTekst

Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Godziny
Godziny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Godziny
Godziny
E-book
26,90 
Szczegóły
Godziny
Godziny
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bie­rze do ręki pióro.

Pani Dal­lo­way powie­działa, że sama kupi kwiaty.

PANI BROWN

Pani Dal­lo­way powie­działa, że sama kupi kwiaty. Lucy ma wyli­czoną każdą minutę. Zdej­mie się drzwi; przyjdą ludzie od Rum­pel­may­era. A zresztą, pomy­ślała Cla­rissa Dal­lo­way, co za ranek – jak gdyby ofia­ro­wany w podarku dzie­ciom na plaży.

Los Ange­les. Rok 1949.

Laura Brown pró­buje się zagu­bić. Cho­ciaż nie, ści­śle mówiąc, to nie jest tak – stara się odna­leźć sie­bie, zdo­by­wa­jąc wstęp do rów­no­le­głego świata. Leży z otwartą książką na pier­siach odwró­coną grzbie­tem do góry. Od razu jej sypial­nia (nie, ich sypial­nia) wydaje się bar­dziej zamiesz­kana, bar­dziej praw­dziwa, za sprawą boha­terki, pani Dal­lo­way, która wycho­dzi kupić kwiaty. Laura spo­gląda na zegar sto­jący na noc­nym sto­liku. Jest sporo po siód­mej. Dla­czego kupiła ten zegar, ohydny przed­miot z kwa­dra­tową zie­loną tar­czą w pro­sto­kąt­nym, czar­nym, ebo­ni­to­wym sar­ko­fagu – jak mogła kie­dy­kol­wiek pomy­śleć, że jest w dobrym guście? Nie powinna pozwa­lać sobie na czy­ta­nie, nie tego ranka wybra­nego spo­śród wszyst­kich poran­ków; nie w dniu uro­dzin Dana. Powinna była już wstać z łóżka, być wyką­pana i ubrana, krzą­tać się przy śnia­da­niu dla Dana i Richiego. Sły­szy ich głosy dobie­ga­jące z dołu, mąż sam przy­go­to­wuje sobie śnia­da­nie, zaj­muje się Richiem. Powinna tam być. Stać przy piecu w nowej sukience, pro­wa­dząc lekką i ser­deczną roz­mowę. Jed­nak kiedy kilka minut temu (już po siód­mej!) otwo­rzyła oczy – gdy jesz­cze na wpół pogrą­żona była we śnie, w swego rodzaju maszy­ne­rii pul­su­ją­cej w oddali, tęt­nią­cej mia­rowo, jak gigan­tyczne mecha­niczne serce – ogar­nęło ją prze­ni­kliwe uczu­cie, wra­że­nie, które przy­szło nie wia­domo skąd. Od razu wie­działa, że ma przed sobą trudny dzień. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że będzie się zma­gała z bra­kiem wiary we wła­sne siły, zamknięta w czte­rech ścia­nach swego domu, a kiedy jej wzrok zatrzy­mał się na tej nowej książce leżą­cej na noc­nym sto­liku, na tej dru­giej, którą skoń­czyła ubie­głej nocy, auto­ma­tycz­nie się­gnęła po nią, jak gdyby czy­ta­nie było jedyną i z oczy­wi­stych wzglę­dów naj­waż­niej­szą czyn­no­ścią, jedy­nym spo­so­bem, w jaki można poko­nać etap przej­ścia od snu do obo­wiązku. Ponie­waż jest w ciąży, wolno jej dopusz­czać się takich uchy­bień. Teraz może rów­nież czy­tać nie­roz­sąd­nie dużo, pole­gi­wać w łóżku, pła­kać lub bez powodu wpa­dać w złość.

Zre­wan­żuje się za to śnia­da­nie, pie­kąc wspa­niały tort uro­dzi­nowy dla Dana, pra­su­jąc sto­sowny obrus, usta­wia­jąc ogromny bukiet kwia­tów (róż?) pośrodku stołu i ukła­da­jąc wokół niego liczne pre­zenty. Z pew­no­ścią będzie to wystar­cza­jąca rekom­pen­sata.

Prze­czyta jesz­cze jedną stronę. Jesz­cze tylko jedną stronę, żeby się uspo­koić i odna­leźć, a zaraz potem wsta­nie.

Co za roz­kosz! Jaka cudowna kąpiel! Bo tak to zawsze odczu­wała, kiedy z cichym skrzy­pie­niem zawia­sów, które dotąd sły­szy, otwie­rała drzwi bal­ko­nowe i wycho­dziła w Bour­ton na taras. Jak rześ­kie, jak ciche – cich­sze natu­ral­nie niż tutaj – było powie­trze wcze­snym ran­kiem; jak plu­śnię­cie, jak poca­łu­nek fali; chłodne i ostre, a jed­nak (miała wtedy osiem­na­ście lat) dziw­nie uro­czy­ste, bo kiedy tak stała w otwar­tych drzwiach na taras, ogar­niało ją uczu­cie, że za chwilę zda­rzy się coś prze­ra­ża­ją­cego. Spo­glą­dała na kwiaty, na drzewa paru­jące mgłą, na wrony, które szy­bo­wały w górę, opa­dały; stała wpa­trzona w ogród i nagle Piotr Walsh powie­dział: – Zaduma pośród jarzyn? – Tak powie­dział? – Ja od kala­fio­rów znacz­nie wolę ludzi. – Tak powie­dział? Powie­dział to chyba któ­re­goś ranka przy śnia­da­niu, kiedy wyszła na taras. Piotr Walsh. Wraca nie­długo z Indii, w czerwcu albo w lipcu, pani Dal­lo­way nie pamięta kiedy, bo jego listy są prze­raź­li­wie nudne, pamię­tało się raczej jego słowa, jego oczy, scy­zo­ryk, uśmiech, złe humory i – jakie to dziwne, gdy znik­nęły bez śladu tysiące innych rze­czy – kilka powie­dzeń, jak to o kala­fio­rach.

Wciąga głę­boko powie­trze. To takie piękne, znacz­nie pięk­niej­sze… niż wszystko, co ist­nieje. W tam­tym, innym świe­cie mogłaby spę­dzić całe życie, tylko czy­ta­jąc. Lecz ten świat jest nowy, oca­lony – nie ma w nim miej­sca na bez­czyn­ność. Tak wiele wysta­wiono na ryzyko i utra­cono; tak wielu stra­ciło życie. Nie­całe pięć lat temu wszy­scy uwa­żali, że nawet Dan poległ pod Anzio, a kiedy po dwóch dniach oka­zało się, że jed­nak żyje (takie samo nazwi­sko i imię nosił jakiś biedny chło­pak z Arca­dii), wyda­wało się, że zmar­twych­wstał, że przy­był z kra­iny śmierci, jak zawsze w dosko­na­łym nastroju, pach­nący sobą (potem te jego opo­wie­ści o Wło­szech, o Saipan i Oki­na­wie, o japoń­skich mat­kach, które wolały pozba­wić życia swoje dzieci i sie­bie, niż dostać się do nie­woli), a kiedy wró­cił do Kali­for­nii, powi­tano go ze znacz­nie więk­szymi hono­rami niż zwy­kłego boha­tera. Mógł (według słów jego wła­snej prze­ra­żo­nej matki) mieć wtedy każdą dziew­czynę, każdą kró­lową barw­nej parady, każdą try­ska­jącą ener­gią i ule­głą pannę, lecz za pod­szep­tem jakie­goś tajem­ni­czego, a być może prze­wrot­nego głosu poca­ło­wał i ado­ro­wał star­szą sio­strę swego naj­lep­szego przy­ja­ciela, a wresz­cie oświad­czył się jej, molowi książ­ko­wemu, dziew­czy­nie o powierz­chow­no­ści cudzo­ziemki: ciem­nych wło­sach, bli­sko osa­dzo­nych oczach i rzym­skim nosie, o któ­rej względy nikt ni­gdy nie zabie­gał, któ­rej nikt nie hołu­bił; którą zawsze pozo­sta­wiano na ubo­czu, by czy­tała. Jaką inną miała mu dać odpo­wiedź, jeśli nie „tak”? Jak mogła odtrą­cić przy­stoj­nego mło­dzieńca o szla­chet­nym sercu, nie­mal członka rodziny, który powró­cił ze świata zmar­łych?

Jest więc teraz Laurą Brown. Laura Ziel­ski, dziew­czyna-odlu­dek, nie­na­sy­cona czy­tel­niczka ode­szła, ustę­pu­jąc miej­sca Lau­rze Brown.

Jedna strona, posta­na­wia, jesz­cze tylko jedna. Cią­gle nie jest gotowa; zada­nia, które stoją przed nią (wło­że­nie sukienki, wyszczot­ko­wa­nie wło­sów, zej­ście na dół, do kuchni), są jesz­cze zbyt mało realne, zbyt ilu­zo­ryczne. Pozwoli sobie na jesz­cze jedną minutę tutaj, w łóżku, zanim wkro­czy w nowy dzień. Poda­ruje sobie jesz­cze odro­binę czasu. Pod­daje się ogar­nia­ją­cej ją namięt­no­ści, nara­sta­ją­cej niczym fala na nie­spo­koj­nym morzu, która koły­sze ją na swym grzbie­cie, jak gdyby była mor­skim stwo­rze­niem zagar­nię­tym z pia­sku, na któ­rym pozo­sta­wiła je poprzed­nia fala; jak gdyby wyrwała się z obszaru oddzia­ły­wa­nia gra­wi­ta­cji o przy­tła­cza­ją­cej sile i powró­ciła do swego natu­ral­nego śro­do­wi­ska, w któ­rym wchła­nia słoną wodę i, w sta­nie cudow­nej nie­waż­ko­ści, pod­daje się jej prą­dom.

Zatrzy­mała się na kra­węż­niku, cze­ka­jąc, aż prze­je­dzie plat­forma Durt­nalla. Cza­ru­jąca kobieta, pomy­ślał Scorpe Purvis (znał ją, jak zna się sąsia­dów w dziel­nicy West­min­ster). Ma w sobie coś z ptaka, z sikorki – nie­bie­sko­zie­lona, lekka, żywa, cho­ciaż skoń­czyła już pięć­dzie­siąt lat i od cho­roby mocno posi­wiała. Bar­dzo wypro­sto­wana pani Dal­lo­way stała na kra­węż­niku i nie­świa­doma spoj­rzeń Scorpe’a cze­kała na przej­ście.

Bo ktoś, kto mieszka w West­min­ster – ile to lat? ponad dwa­dzie­ścia – odczuwa nawet pośród wrzawy ulicz­nej, nawet, Cla­rissa była tego pewna, kiedy budzi się nocą, ową szcze­gólną ciszę, uro­czy­stą powagę, nie­uchwytną pauzę, nie­po­kój (to ostat­nie można wytłu­ma­czyć sta­nem jej serca osła­bio­nego po influ­ency), zanim wybije Big Ben. O wła­śnie! Bije! Naj­pierw ostrze­gaw­czo, melo­dyj­nie; potem godziny, nie­odwo­łal­nie. Oło­wiane kręgi roz­pły­wają się w powie­trzu. Jacy my jeste­śmy głupi, pomy­ślała Cla­rissa, prze­cho­dząc na drugą stronę Vic­to­ria Street. Bo chyba tylko Bóg raczy wie­dzieć, dla­czego je tak kochamy, dla­czego wydaje nam się takie piękne, dla­czego je pla­nu­jemy, wzno­simy dokoła nas, burzymy, co chwilę budu­jemy od nowa. Ale naj­bar­dziej zgorzk­niali nie­szczę­śnicy, naj­tra­gicz­niej­sze wraki ludz­kie sie­dzące na stop­niach pod cudzymi drzwiami (wódka ich zgu­biła) postę­pują tak samo; i wła­śnie dla­tego, Cla­rissa była pewna, dla­tego że kochają życie, nie pomogą w walce z nimi żadne ustawy par­la­mentu. W oczach ludzi, w ich ryt­micz­nym kroku, w drep­ta­niu, w cięż­kich stąp­nię­ciach, w zgiełku i wrza­wie, w powo­zach i samo­cho­dach, w auto­bu­sach i cię­ża­rów­kach, w ludziach-rekla­mach kiwa­ją­cych się i powłó­czą­cych nogami, w ulicz­nych orkie­strach, w kata­ryn­kach, w trium­fie, w hała­sie, w dzi­wacz­nym wyso­kim śpie­wie samo­lotu tam, w górze, było wszystko to, co kochała: Życie Lon­dynu. Ta chwila w czerwcu.

W jaki spo­sób, zasta­na­wia się Laura, ktoś, kto potra­fił napi­sać takie zda­nie – kto potra­fił odczuć to wszystko, co ono w sobie zawiera – był zdolny ode­brać sobie życie? Co, u licha, jest z ludźmi nie tak? Laura, zbie­ra­jąc się w sobie, jakby za chwilę miała zanu­rzyć się w zim­nej wodzie, zamyka książkę i odkłada ją na nocny sto­lik. Nie czuje nie­chęci do swego dziecka ani do męża. Wsta­nie i będzie pogodna.

Osta­tecz­nie prze­cież, myśli, nie czyta roman­sów ani taniej sen­sa­cji. W końcu snuje roz­wa­ża­nia, roz­wija swój umysł. Obec­nie czyta Vir­gi­nię Woolf, wszyst­kie jej książki, jedną po dru­giej; jest zafa­scy­no­wana tą kobietą o tak nie­zwy­kłej oso­bo­wo­ści, bły­sko­tliwą, nie­sa­mo­witą, a przy tym tak bar­dzo prze­peł­nioną bez­gra­nicz­nym smut­kiem; kobietą nie­prze­cięt­nie uta­len­to­waną, która jed­nak wło­żyła kamień do kie­szeni i brnęła w głąb rzeki. Ona, Laura, lubi wyobra­żać sobie (to jedna z jej naj­le­piej strze­żo­nych tajem­nic), że tkwi w niej odro­bina bły­sko­tli­wo­ści, nie­wielki okru­szek, cho­ciaż z dru­giej strony ma świa­do­mość, że praw­do­po­dob­nie więk­szość ludzi nosi głę­boko w sobie podobne, pełne nadziei przy­pusz­cze­nia, zwi­nięte niczym piąstka, ni­gdy nie­ujaw­nione. Popy­cha­jąc przed sobą wózek w super­mar­ke­cie lub sie­dząc u fry­zjera, zasta­na­wia się, czy wszyst­kie kobiety, w mniej­szym lub więk­szym stop­niu, nie myślą w ten sam spo­sób: oto bły­sko­tliwy umysł, kobieta pogrą­żona w smut­kach, kobieta pełna trans­cen­den­tal­nej rado­ści, która wola­łaby znaj­do­wać się zupeł­nie gdzie indziej, lecz wyra­ziła zgodę na wyko­ny­wa­nie pro­stych i w grun­cie rze­czy nie­do­rzecz­nych czyn­no­ści – maca­nie pomi­do­rów, sie­dze­nie pod suszarką – ponie­waż skła­dają się one na jej rze­mio­sło i należą do jej obo­wiąz­ków. Wojna się skoń­czyła, świat oca­lał i oto jeste­śmy tutaj, wszyst­kie bez wyjątku, zakła­damy rodziny i wycho­wu­jemy dzieci, two­rzymy nie tylko książki czy dzieła sztuki, lecz cały świat – świat porządku i har­mo­nii, w któ­rym dzieci są bez­pieczne (może nawet szczę­śliwe), męż­czyźni, któ­rzy byli świad­kami okru­cień­stwa prze­kra­cza­ją­cego gra­nice wyobraźni, któ­rzy wypeł­nili bez zarzutu powie­rzone im zada­nia i odzna­czyli się boha­ter­stwem, powró­cili do domów z roz­świe­tlo­nymi oknami, do zapa­chu, do tale­rzy i ser­we­tek.

 

Co za roz­kosz! Jaka cudowna kąpiel!

Laura wstaje z łóżka. Jest gorący i jasny czerw­cowy pora­nek. Sły­szy męża krzą­ta­ją­cego się na dole. Meta­lowa pokrywka składa poca­łu­nek na brzegu patelni. Laura sięga po koron­kową podomkę w kolo­rze paste­lo­wej akwa­ma­ryny, zdej­muje ją z krze­sła obi­tego nową tapi­cerką i nagle krze­sło uka­zuje się w całej oka­za­ło­ści – przy­sa­dzi­ste i cięż­kie – obszyte sutą fal­baną, wyście­łane łoso­siową tka­niną w supełki przy­mo­co­waną sznur­kiem i łoso­sio­wymi guzi­kami zdo­bio­nymi wzo­rem w kształ­cie rom­bów. W czerw­cowy gorący pora­nek pozba­wione podomki krze­sło z nową tapi­cerką wydaje się zasko­czone odkry­ciem, że w ogóle jest krze­słem.

Laura myje zęby, szczot­kuje włosy i zaczyna scho­dzić po scho­dach. Zatrzy­muje się, ma przed sobą jesz­cze kilka stopni, nasłu­chuje i czeka; znowu ogar­nia ją (chyba coraz sil­niej­sze) uczu­cie przy­po­mi­na­jące senne marze­nie, jak gdyby stała za kuli­sami na chwilę przed wyj­ściem na scenę i roz­po­czę­ciem roli, do któ­rej ani nie jest odpo­wied­nio ubrana, ani wystar­cza­jąco dobrze przy­go­to­wana. Co się ze mną dzieje, zasta­na­wia się. To prze­cież jej mąż jest w kuchni, to jej mały synek. Ten męż­czy­zna i ten chło­piec nie potrze­bują niczego wię­cej prócz jej obec­no­ści i, rzecz jasna, miło­ści. Poko­nuje ogromną chęć wyco­fa­nia się po cichu na górę, do wła­snego łóżka i książki. Stara się zapa­no­wać nad iry­ta­cją ogar­niającą ją na dźwięk głosu męża, który mówi do Richiego coś o ser­wet­kach (dla­czego jego głos przy­po­mina jej cza­sami dźwięk towa­rzy­szący tar­ciu ziem­niaka?). Scho­dzi z ostat­nich trzech stopni, prze­mie­rza wąski kory­ta­rzyk, wcho­dzi do kuchni.

Myśli o tor­cie, który upie­cze, kwia­tach, które kupi. Myśli o różach oto­czo­nych pre­zen­tami.

Mąż przy­go­to­wał już kawę, zalał mle­kiem płatki dla sie­bie i synka. Tuzin bia­łych róż sto­ją­cych na bla­cie stołu przy­ciąga wzrok swym wyra­fi­no­wa­nym, nieco zło­wiesz­czym pięk­nem. Przez przej­rzy­ste szkło wazonu Laura widzi malut­kie jak zia­renka pia­sku bąbelki, które przy­lgnęły do łodyg. Tuż obok róż stoi pudełko płat­ków i kar­ton mleka, pokryte napi­sami i rysun­kami.

– Dzień dobry – mówi mąż, uno­sząc brwi, jak gdyby był zasko­czony, lecz zachwy­cony tym, że ją widzi.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego w dniu uro­dzin – odzywa się Laura.

– Dzię­kuję.

– Och, Dan. Róże, w twoje uro­dziny. To naprawdę za wiele.

Zorien­to­wała się natych­miast, że dostrzegł jej roz­draż­nie­nie. Uśmie­cha się do niego.

– Prze­cież to wszystko bez cie­bie nie mia­łoby żad­nego zna­cze­nia – mówi Dan.

– Ale powi­nie­neś był mnie obu­dzić. Naprawdę.

Dan spo­gląda poro­zu­mie­waw­czo na Richiego, pod­nosi brwi jesz­cze o cen­ty­metr wyżej, jego czoło marsz­czy się, a lśniące czarne włosy lekko uno­szą.

– Uwa­ża­li­śmy, że będzie lepiej, jeżeli jesz­cze tro­chę sobie pośpisz, prawda? – zwraca się do Richiego.

– Tak – odpo­wiada trzy­letni chłop­czyk, z zapa­łem kiwa­jąc głową.

Ma na sobie nie­bie­ską piżamkę. Jest ura­do­wany na jej widok, a nawet bar­dziej niż ura­do­wany; jest oca­lony, przy­wró­cony do życia, unie­siony jej miło­ścią. Laura sięga do kie­szeni podomki po papie­rosa, lecz cofa rękę, pod­nosi ją i dotyka wło­sów. To nie­mal dosko­nałe, wystar­cza­jąco dużo – jest młodą matką, stoi w sło­necz­nej kuchni, dotyka swych gęstych, ciem­nych wło­sów, jest w ciąży z dru­gim dziec­kiem. Na zasło­nach tań­czą cie­nie liści, unosi się zapach świeżo parzo­nej kawy.

– Dzień dobry, robaczku – mówi do Richiego.

– Jem płatki – odzywa się chło­piec. Uśmie­cha się sze­roko. Można by nawet powie­dzieć, że patrzy figlar­nie. Jest owład­nięty bez­gra­niczną miło­ścią do niej, zabawny i tra­giczny w tym swoim bez­na­dziej­nym uwiel­bie­niu. Cza­sami Lau­rze koja­rzy się z myszą śpie­wa­jącą miło­sne bal­lady pod oknem olbrzymki.

– To dosko­nale – odpo­wiada. – Bar­dzo dobrze.

Richie znowu kiwa głową, jakby łączyła ich wspólna tajem­nica.

– Ale ja mówię poważ­nie – Laura zwraca się do męża.

– Po co było cię budzić? – pyta Dan. – Dla­czego nie mia­ła­byś sobie pospać?

– To prze­cież twoje uro­dziny – odpo­wiada ona.

– A ty musisz odpo­czy­wać.

Pokle­puje ją po brzu­chu, ostroż­nie, doci­ska­jąc jed­nak dłoń z pewną siłą, jak gdyby doty­kał sko­rupki ugo­to­wa­nego na miękko jajka. Nic nie widać. Jedy­nymi ozna­kami są skłon­ność do nud­no­ści i deli­katne, lecz odle­głe pomru­ki­wa­nie w brzu­chu. Ona, jej mąż i syn znaj­dują się w domu, w któ­rym nikt inny ni­gdy nie miesz­kał. Na zewnątrz roz­ta­cza się świat, w któ­rym półki pełne są towa­rów, fale radiowe wypeł­nia muzyka, po uli­cach znowu spa­ce­rują mło­dzi męż­czyźni, któ­rzy zostali pozba­wieni przy­dzie­lo­nej im roli i doświad­czyli stra­chu gor­szego od śmierci, któ­rzy dobro­wol­nie zrze­kli się swo­ich mło­dych lat tuż po dwu­dzie­stce, a teraz, snu­jąc roz­wa­ża­nia o trzy­dzie­stce i dalej wybie­ga­jąc myślami w przy­szłość, nie mają już ani chwili do stra­ce­nia. Wojenny tre­ning zapew­nił im dobrą formę. Są szczu­pli i silni. O świ­cie są już na nogach, nie narze­kają.

– Lubię przy­go­to­wy­wać ci śnia­da­nie – mówi Laura. – Czuję się zupeł­nie dobrze.

– Ale ja potra­fię sam zro­bić śnia­da­nie. To, że muszę wsta­wać bla­dym świ­tem, nie zna­czy, że i ty musisz się zry­wać.

– Ale ja chcę.

Lodówka wydaje ciche pomruki. Psz­czoła obija się o szybę mocno i z upo­rem. Laura wyj­muje z kie­szeni paczkę papie­ro­sów Pall Mall. Jest od niego o trzy lata star­sza (tkwi w tym coś upo­ka­rza­ją­cego, żenu­ją­cego); jest kobietą o sze­ro­kich ramio­nach, cięż­kiej syl­wetce, ciem­nych wło­sach, o wyglą­dzie cudzo­ziemki, pocho­dzącą z rodziny, która od ponad stu lat zmaga się z nie­po­myśl­nymi zrzą­dze­niami losu w tym kraju. Wyj­muje z pudełka papie­rosa, zmie­nia zda­nie i chowa go z powro­tem.

– Dobrze więc – mówi Dan. – Jeżeli naprawdę chcesz, jutro obu­dzę cię o szó­stej.

– W porządku.

Laura nalewa sobie kawy, którą zapa­rzył. Znów pod­cho­dzi do niego z paru­jącą fili­żanką w dłoni, całuje go w poli­czek. On pokle­puje ją po poślad­kach, z czu­ło­ścią, lecz duchem jest już nie­obecny. Już się nią nie zaj­muje. Myśli o dniu, który go czeka, o tym, jak doje­dzie do mia­sta, o sen­nym, zło­ci­stym spo­koju Wil­shire Boule­vard, gdzie wszyst­kie sklepy są jesz­cze zamknięte i tylko naj­bar­dziej rado­sne i pełne entu­zja­zmu młode ranne ptaszki jak on suną w pro­mie­niach słońca, nie­prze­sło­nię­tych jesz­cze mgłą dymu i spa­lin. Jego biuro będzie jesz­cze mil­czące, maszyny do pisa­nia w sekre­ta­ria­cie przy­kryte, a on i kilku innych męż­czyzn w jego wieku będą mieli do dys­po­zy­cji całą godzinę, a może wię­cej, na nad­ro­bie­nie zale­gło­ści w pracy papier­ko­wej, zanim roz­dzwo­nią się tele­fony. Cza­sami posia­da­nie tego wszyst­kiego wydaje się nie­praw­do­po­dob­nie cudowne: biuro i nowy dom z dwiema sypial­niami, obo­wiązki i decy­zje, obiady okra­szone dobrym humo­rem, zja­dane w pośpie­chu w towa­rzy­stwie innych męż­czyzn.

– Te róże są naprawdę piękne – zwraca się do niego Laura. – Skąd je wzią­łeś tak wcze­śnie rano?

– Pani Gar przy­cho­dzi do sklepu o szó­stej. Stu­ka­łem w szybę tak długo, aż mnie wpu­ściła. – Spo­gląda na zega­rek, cho­ciaż dobrze wie, która godzina. – Pa, muszę już iść.

– No to powo­dze­nia.

– Ty się też trzy­maj.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin.

– Dzię­kuję.

Dan stoi. Przez chwilę oboje są zajęci rytu­ałem poprze­dza­ją­cym jego wyj­ście: wkła­da­niem mary­narki, bra­niem teczki, lawiną poca­łun­ków, macha­niem rękami – on unie­sioną, kiedy idzie przez traw­nik w kie­runku pod­jazdu, Laura i Richie zza moski­tiery fron­to­wych drzwi. Traw­nik przed domem, pod­lany do prze­sady, jest olśnie­wa­jąco, nie­mal nie­ziem­sko zie­lony. Laura i Richie stoją, jak widzo­wie na para­dzie, pod­czas gdy męż­czy­zna wypro­wa­dza swo­jego che­vro­leta w kolo­rze lodo­wa­tego błę­kitu krót­kim pod­jaz­dem wprost na ulicę. Macha do nich rado­śnie ostatni raz zza kie­row­nicy.

– No – mówi Laura, kiedy samo­chodu już nie widać.

Syn patrzy na nią z uwiel­bie­niem i wycze­ki­wa­niem. To ona jest życio­daj­nym źró­dłem, duszą tego domu. Jego pokoje są cza­sami więk­sze, niż powinny; bywa, że nagle wyła­niają się przed­mioty, któ­rych ni­gdy przed­tem nie widział. Przy­gląda się jej i czeka.

– No dobrze – mówi Laura.

Oto nastę­puje codzienna prze­miana. W obec­no­ści męża jest bar­dziej ner­wowa, lecz odczuwa mniej­szy nie­po­kój. Wie, jak się ma zacho­wy­wać. Będąc sama z Richiem, cza­sami czuje się rzu­cona na zbyt sze­ro­kie wody – on jest tak cał­ko­wi­cie, prze­ko­ny­wa­jąco sobą. Jeśli cze­goś pra­gnie, jest zachłanny w swym pra­gnieniu. Popła­kuje skry­cie, ma nie­od­gad­nione dla niej zachcianki, zabiega o jej względy, broni się przed nią, igno­ruje ją. Wydaje się, że pra­wie zawsze czeka, by zoba­czyć, jaki będzie jej następny krok. Laura wie, a przy­naj­mniej podej­rzewa, że inne matki małych dzieci muszą trzy­mać się pew­nych zasad oraz, co jest zapewne bliż­sze istoty rze­czy, posia­dać nie­za­chwianą mat­czyną oso­bo­wość, która wska­zuje im, w jaki spo­sób prze­brnąć przez dni spę­dzane tylko z dziec­kiem. W obec­no­ści męża jakoś sobie radzi. Widzi, że on na nią patrzy, i nie­mal instynk­tow­nie wie, jak sta­now­czo, a zara­zem łagod­nie obcho­dzić się z chłop­cem, z pełną uczu­cia mat­czyną swo­bodą, która zdaje się przy­cho­dzić bez wysiłku. Jed­nak będąc sama z dziec­kiem, traci orien­ta­cję. Nie zawsze może sobie uświa­do­mić, w jaki spo­sób powinna postę­po­wać matka.

– Musisz dokoń­czyć śnia­da­nie – mówi do syna.

– Dobrze – sły­szy w odpo­wie­dzi.

Wra­cają do kuchni. Jej mąż umył po sobie fili­żankę, wytarł ją i odsta­wił na miej­sce. Chło­piec zabiera się do jedze­nia z wytrwa­ło­ścią nie­za­wod­nego auto­matu, która ma wię­cej wspól­nego z posłu­szeń­stwem niż z ape­ty­tem. Laura nalewa sobie świe­żej kawy, siada przy stole. Zapala papie­rosa.

…w trium­fie, w hała­sie, w dzi­wacz­nym wyso­kim śpie­wie samo­lotu tam, w górze, było wszystko to, co kochała: Życie Lon­dynu. Ta chwila w czerwcu.

Wypusz­cza gęsty, szary pió­ro­pusz dymu. Jest taka zmę­czona. Nie spała pra­wie do dru­giej, czy­tała. Dotyka swo­jego brzu­cha – czy szko­dzi dziecku to, że tak mało sypia? Nie pytała o to leka­rza; boi się, że w ogóle zabroni jej czy­tać. Obie­cuje sobie, że tej nocy będzie czy­tała kró­cej. Pój­dzie spać przed pół­nocą, naj­póź­niej.

– Zgad­nij, co będziemy dzi­siaj robić? – zwraca się do Richiego. – Będziemy pie­kli tort na uro­dziny taty. Czeka nas ogromna robota.

On kiwa głową poważ­nie, z namy­słem. Wydaje się, że jest coś, do czego nie jest prze­ko­nany.

– Zro­bimy mu naj­lep­szy tort, jaki kie­dy­kol­wiek widział – mówi Laura. – Naj­lep­szy. Myślisz, że to dobry pomysł?

Richie znowu kiwa głową. Chce zoba­czyć, co będzie dalej.

Laura patrzy na niego przez wijącą się smugę dymu z papie­rosa. Nie pój­dzie na górę, nie wróci do swo­jej książki. Zosta­nie tutaj. Zrobi wszystko, co trzeba, a nawet wię­cej.

 
Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?