Bez żaluTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bez żalu
Bez żalu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Bez żalu
Tekst
Bez żalu
E-book
27,90  19,53 
Szczegóły
Bez żalu
Audio
Bez żalu
Audiobook
Czyta Alicja Pietruszka
33,90  24,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CZĘŚĆ DRUGA

Wszystkie bitwy wygrywamy lub przegrywamy najpierw w swoim umyśle.

Joanna d’Arc

ROZDZIAŁ PIĄTY

Callen

Za oknem limuzyny przelatywały krajobrazy francuskiej wsi, którym posępnie się przyglądałem.

– Wyglądasz, jakbyś jechał na ścięcie – odezwał się Nick siedzący naprzeciw mnie. – Wakacje nie powinny się chyba kojarzyć z wyrokiem śmierci? Może migdała? – Wyciągnął w moją stronę tacę z przekąskami.

Zsunąłem okulary przeciwsłoneczne na tył głowy i popatrzyłem na niego, mrużąc oczy.

– Nie. – Stłumiłem w sobie chęć sprawdzenia, jakie alkohole czekały na nas w minibarku. Postanowiłem nie pić podczas tej wycieczki. A przynajmniej ograniczyć alkohol. Nie pić przed siedemnastą. No, w najgorszym razie przed południem. Spojrzałem na zegarek. Za piętnaście jedenasta. Niech to szlag!

– Dość już wczoraj wypiłeś – odezwał się Nick, jakby czytając mi w myślach. Otworzył paczkę migdałów i wrzucił garść do ust. – Musisz wreszcie coś skomponować, Cal, bo inaczej nie dotrzymasz kontraktu. Prosiłeś, żebym ci o tym przypominał.

– Nie sądziłem, że zaczniesz to robić pięć minut po tym, jak wsiądziemy do samochodu – burknąłem bardziej nieprzyjaznym tonem, niż miałem zamiar. Chociaż może właśnie dlatego go ze sobą zabrałem; żeby prawił mi kazania. Może została mi jeszcze kropla oleju w głowie i wiedziałem, że potrzebuję każdej możliwej pomocy.

Nick wzruszył ramionami, nie przejmując się moim kiepskim nastrojem.

– Traktuję swoją rolę najbardziej odpowiedzialnej osoby w twoim życiu bardzo poważnie. – Puścił mi oczko, a ja odwróciłem wzrok. Wiedziałem, że unikam go właśnie z tego powodu. Wiedziałem też, co mi powie, i nie miałem ochoty go słuchać. W dalszym ciągu. Nikt nie lubił słuchać prawdy na temat swoich wad, zwłaszcza jeśli nie miał bladego pojęcia, jak się ich pozbyć.

Po chwili westchnąłem. Nie tylko czułem na barkach ciężar niezrealizowanego kontraktu ze studiem filmowym; byłem też skacowany i sfrustrowany. Poprzedniego dnia przylecieliśmy do Paryża i poszedłem do baru, gdzie poznałem kelnerkę, o której nie potrafiłem przestać myśleć. Cholera, właściwie wcale jej nie poznałem; nie wiedziałem nawet, jak ma na imię. Ale się z nią całowałem. I z jakiegoś szalonego, kompletnie niezrozumiałego powodu nie umiałem o tym zapomnieć. Wróciłem więc do tamtego baru, żeby ją odnaleźć, a kiedy opisałem ją menedżerowi, poinformował mnie, że ta dziewczyna już u nich nie pracuje. Spytałem, jak ma na imię, lecz odparł, że nie może nikomu przekazywać tego rodzaju informacji, nawet na temat byłych pracowników. Zaproponował tylko, że przekaże jej moje dane kontaktowe. Odmówiłem. Byłem w Paryżu tylko przez jeden dzień, nie wiedziałem, kiedy znowu tam wrócę, i bardzo możliwe, że wrażenie, jakie zrobiła na mnie tamta dziewczyna, było rezultatem zbyt dużej ilości wypitego przeze mnie alkoholu.

Przynajmniej usiłowałem to sobie wmówić, żeby nie czuć się tak mocno rozczarowany. Westchnąłem ponownie, przeczesując palcami włosy.

– Rzecz w tym, że mój poprzedni album nie był najlepszy, więc tym razem muszę się bardziej postarać – wyjaśniłem.

Naprawdę musiałem.

Nick przez chwilę milczał, jakby pogrążony w zadumie nad moimi słowami.

– Twój ostatni album nie był zły, Cal. Słyszałem, jaki miałeś zamysł. Po prostu… nie dotarłeś do celu. Miałem wrażenie, że coś cię od tego powstrzymało.

Pokręciłem głową.

– Możliwe, ale nie mam pojęcia co. – Zacisnąłem wargi. – Sam nie wiem, na czym polegał problem.

– Może powinieneś przestać się zastanawiać, co było nie tak z twoim poprzednim albumem, i skoncentrować na tym, co robisz teraz. Patrzysz w niewłaściwym kierunku, Cal.

Przytaknąłem, spoglądając niewidzącym wzrokiem przez zaciemnioną szybę.

– Tak. Może masz rację. – Popatrzyłem na Nicka, czując się odrobinę lepiej, że mogę porozmawiać z kimś, komu ufam. – Dziękuję, że tu ze mną przyjechałeś, Nick.

– Cieszę się, że mnie zaprosiłeś. Przyda mi się zmiana. Ale muszę też pracować, więc przez większość czasu będziesz musiał sobie radzić sam.

Pokiwałem głową, ponownie odwracając wzrok. Oby miał rację. Jego wiara we mnie była błogosławieństwem i zarazem ciężarem.

Poznałem Nicka w schronisku dla nieletnich, gdy obaj byliśmy siedemnastoletnimi buntownikami. Robiłem wtedy wszystko, żeby wyrzucili mnie z kolejnej szkoły, a Nick coś ukradł, żeby spędzić choć jedną czy dwie noce z dala od swojej rodziny zastępczej. Był chudym kujonem w okularach, z cudaczną fryzurą i przestraszoną miną. Trudno o łatwiejszą ofiarę. Kiedy jakieś łobuzy wzięły go sobie za cel, stanąłem w jego obronie. Zawsze nienawidziłem tyranów.

Odkryliśmy, że mimo różnic w wyglądzie mamy ze sobą dużo wspólnego – obaj bez przerwy wpadaliśmy w tarapaty – i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Kiedy już osiągnęliśmy pełnoletność i wreszcie mogliśmy podejmować własne decyzje, obaj imaliśmy się różnych prac, waletowaliśmy, gdzie się dało, dzieliliśmy się jedzeniem i resztkami nadziei.

Moją pasją była muzyka i poświęcałem jej każdą wolną chwilę, taszcząc plecak pełen zeszytów nutowych i płyt CD ze swoimi kompozycjami, które rozdawałem, komu popadło, żeby wreszcie trafiły w odpowiednie ręce. Na jakimś przyjęciu poznałem żonę grubej szychy z branży muzycznej, a ona – po tym, jak okazałem jej szczególne względy w ogromnym tapicerowanym jedwabiem łożu – położyła moje demo na biurku swojego męża. A więc tak, swój pierwszy sukces w karierze zawdzięczałem gotowości do odwdzięczenia się za przysługę seksem i nie byłem z tego szczególnie dumny. Ale skoro dzięki temu zaszedłem tak wysoko, starałem się tym za bardzo nie zadręczać. Jeśli popołudnie niezobowiązującego pieprzenia było tym, co dzieliło życie w zgodzie z własnymi marzeniami od rozwożenia pizzy, żeby związać koniec z końcem, to należało zacisnąć zęby i zrobić, co trzeba.

Po tym pierwszym sukcesie kilka moich kompozycji wykorzystano jako dżingle reklamowe i dzwonki telefoniczne, które zyskały niezwykłą popularność. Skomponowałem ścieżki dźwiękowe do paru gier wideo, a później do kilku dwuminutowych trailerów. Po kilku takich szczęśliwych trafach zdołałem wreszcie stanąć na nogi. Nickowi, który zawsze miał łeb do komputerów, również się powiodło; założył firmę projektującą strony internetowe i sam był sobie szefem, dzięki czemu mógł się ze mną wybrać na nieplanowane wakacje. Jeśli tylko miał przy sobie laptop, równie dobrze mógł pracować z Los Angeles co z Doliny Loary.

– Opowiedz mi o tej dziewczynie, z którą poszedłeś się wczoraj spotkać – poprosił, wsuwając sobie okulary głębiej na nos.

– To była chwilowa niepoczytalność – burknąłem.

Uniósł pytająco brew.

– Tak jakby twoje poprzednie związki świadczyły o pełnej poczytalności…

– Ja nie tworzę związków, Nick. Wolę niezobowiązujący seks.

Westchnął.

– W końcu ci się to znudzi.

W odpowiedzi tylko prychnąłem, na co Nick wzniósł oczy ku niebu i pokręcił głową, jakby przepraszał anioły za moje grzechy. Roześmiałem się pod nosem i ponownie wyjrzałem przez okno.

– Poprzednim razem tylko ją pocałowałem. Sam nie wiem… może po prostu liczyłem na więcej.

Czułem na sobie badawczy wzrok Nicka.

– O, to coś nowego. Myślałeś o tym, żeby poszukać ją w sieci? – Zastanowił się przez chwilę. – Mógłbym spróbować ją odnaleźć, jeśli chcesz.

– Nawet nie wiem, jak ma na imię. – Przeczesałem palcami włosy i spojrzałem na niego. – Zresztą to i tak bez znaczenia. Była ładna, ale po tym pieprzonym świecie chodzą tysiące ładnych dziewczyn. – „W takim razie dlaczego nie potrafię zapomnieć akurat o tej?”

– Hmm – mruknął, z jakiegoś powodu nieprzekonany. Nie zamierzałem się jednak zastanawiać, co to za powód. Nie powiedział nic więcej, tylko sięgnął po broszurę turystyczną, dostarczoną przez firmę wynajmującą limuzyny. Chciał chyba zmienić temat. Na okładce broszury widniało zdjęcie dużego zamku. Pewnie opisywała ona lokalne atrakcje. – Czy właśnie tutaj będziemy mieszkać? – zapytał.

– Nie mam pojęcia. Noclegi zabukowała moja asystentka. Powiedziałem jej tylko, żeby ulokowała nas w miejscu, do którego nie ściągają tłumy tak zwanych światowców, ale niepozbawionego klasy. Zapewniła mnie, że znalazła coś spektakularnego.

– Liza?

– Nie. Ta nowa ma na imię Myrtle.

– Co się stało z Lizą?

– A jak ci się wydaje?

Wydał z siebie pełne dezaprobaty westchnienie i pokręcił głową.

– Z nią też się przespałeś? Rany, Cal. W ten sposób nigdy nie zatrudnisz nikogo na stałe.

– Myrtle ma siedemdziesiątkę na karku i czternaścioro wnucząt do kompletu.

– Jestem załamany tym, że wciąż się martwię.

Roześmiałem się.

– Należało mi się. Ale nie jestem aż tak zdesperowany.

– Niewiele ci brakuje.

– Włosy Myrtle mają interesujący odcień niebieskiego. Kusi mnie, żeby sprawdzić, czy zasłony w jej domu są w ten sam deseń co dywan.

Nick jęknął.

– Fuj, jesteś okropny. Dziwię się, że nie próbowałeś jeszcze uderzyć do mnie.

Uniosłem brwi.

– Nie doceniasz francuskiego romantyzmu, mon ami.Na pewno nie zdołasz mi się oprzeć.

– Och, nie będę miał z tym najmniejszego problemu, niech cię o to głowa nie boli.

Roześmiałem się.

– A poważnie, co u ciebie? Kiedy ostatnio byłeś na randce?

– Przez kilka miesięcy spotykałem się z jedną dziewczyną w L.A. Stwierdziła, że za dużo pracuję.

– I miała rację.

Kolano Nicka zaczęło nerwowo podskakiwać.

– Wiem, po prostu… zbudowanie finansowego bezpieczeństwa jest dla mnie teraz ważniejsze niż związek.

 

Patrzyłem przez chwilę, jak przegląda broszurę. Doskonale go rozumiałem. Nie chciał żyć tak, jak obaj kiedyś żyliśmy – z dnia na dzień, w ciągłym strachu przed utratą dachu nad głową, bez siatki bezpieczeństwa; mieliśmy wtedy tylko siebie i palące pragnienie osiągnięcia czegoś więcej. Oczywiście miałem dość pieniędzy, żeby w razie czego stać się jego siatką bezpieczeństwa, rozumiałem jednak, że chciał do wszystkiego dojść sam.

– Rozumiem, Nick.

Popatrzył na mnie, uśmiechnął się lekko i kiwnął głową.

– Wiem, że rozumiesz.

Cisza, która między nami zapadła, wcale nie była krępująca. Patrzyłem przez szybę na mijający nas pociąg, podążający w tym samym kierunku co nasza limuzyna. Na widok rozmazanego profilu siedzącej za oknem brunetki serce dziwnie podskoczyło mi w piersi, ale dziewczyna zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Westchnąłem, zamykając oczy. Musiałem być zmęczony, skoro umysł zaczynał mi płatać figle.

* * *

Skomponowałem muzycznego potworka, wlepiłem w niego wzrok, po czym cisnąłem długopisem przez cały pokój, zgniotłem kartkę – na której nie znajdowało się nic poza moimi żałosnymi wypocinami – i również nią rzuciłem.

– Niech to szlag!

Wstałem, przeczesałem dłońmi włosy i przez chwilę stałem z opuszczoną głową. Zacisnąłem palce na czaszce i potrząsnąłem nią w nadziei, że dzięki temu wszystko się w niej poukłada. Cała moja kreatywność wypadła ostatnio z orbity i lewitowała teraz w moim mózgu, zagubiona i nieuchwytna. Energicznie potrząsnąłem głową, uderzając się pięścią w ucho tak mocno, że z gardła wyrwał mi się jęk. „Kurwa mać!”

Z imponującego tarasu w moim pokoju rozciągał się widok na rzekę. Przez chwilę stałem przy żelaznej barierce z wzrokiem utkwionym w noc, patrząc na odbijające się w wodzie gwiazdy. Ból ucha powoli znikał, razem z resztkami nadziei, które miałem jeszcze przed chwilą, zasiadając do pracy.

Co powinienem teraz zrobić?Po południu zameldowaliśmy się z Nickiem w zamku, którego zdjęcie widzieliśmy na okładce broszury, a później uciąłem sobie krótką drzemkę. Po przebudzeniu odkryłem, że głowa już mnie tak nie boli, i ogarnęło mnie lekkie podekscytowanie. Kiedy stałem pod prysznicem, przyszła mi do głowy pewna melodia. Wyszedłem z łazienki i rozpaczliwie próbowałem ją złapać, przelać na papier, ale zdążyła się rozpłynąć niczym scena z ulotnego snu.

„Jesteś do niczego. Tylko marnujesz mój czas”.

„Do niczego”.

„Do niczego”.

„Do niczego”.

Odwróciłem się plecami do rzeki i wszedłem z powrotem do pokoju. Włożyłem buty i sięgnąłem po portfel. Cicho zapukałem do drzwi sąsiedniego pokoju, który zajmował Nick, ale mi nie otworzył. Wyglądało na to, że światła w środku są zgaszone.

W windzie spotkałem uśmiechniętą starszą parę. Kiedy wsiadłem, kobieta wskazała panel z przyciskami i zadała mi po francusku pytanie, które, jak się domyśliłem, brzmiało: „Na które piętro?”.

– Hm, lebar.

– Ach, oui –odparła, wciskając guzik na samym dole.

Gdy tylko wysiedliśmy, usłyszałem znajome dźwięki muzyki, śmiechu i pobrzękiwania szkłem. Ruszyłem w ich kierunku i po chwili znalazłem się w przestronnej sali z ozdobnym mahoniowym barem zajmującym jedną ze ścian. Przez całą jej długość biegło lustro, w którym odbijały się różnokolorowe butelki ustawione na szklanych półkach oraz migoczące żyrandole. Efekt był niesamowity i po raz pierwszy od chwili przyjazdu zacząłem to doceniać. Pewnie tak właśnie czuł się pan tej posiadłości – król zamku? – w czasach, kiedy ją zbudowano, czyli… w którym roku? Nie miałem bladego pojęcia. Nie znałem się na historii, epokach, tytułach i jak zawsze na myśl o brakach w swojej edukacji poczułem ogarniający mnie smutek. Miałem pieniądze i znane nazwisko, więc dlaczego czułem się jak oszust? Tak jakby sukces, którym się cieszyłem, mógł mi zostać odebrany z chwilą, gdy ludzie wreszcie się zorientują, że brakuje mi prawdziwego talentu. Zawsze miałem wrażenie, że tylko krok dzieli mnie od tego, by moje oszustwo wyszło na jaw. Czułem się przez to źle i samotnie. Strach przypominał stertę ciążących mi na żołądku kamieni.

– Burbon bez lodu. Podwójny.

Oui, monsieur.

Barman postawił przede mną drinka. Podpisałem rachunek, upiłem łyk alkoholu, czując w gardle przyjemne pieczenie, i odwróciłem się w stronę sali. W pobliżu kanap stała grupka kobiet, które nie spuszczały ze mnie wzroku, szepcząc do siebie i chichocząc. Kiedy uniosłem w ich stronę drinka, usłyszałem kilka pisków.

– Pięć, cztery, trzy – mruknąłem pod nosem, prawie nie poruszając ustami. Upiłem kolejny łyk burbona. – Dwa i… – Jedna z kobiet ruszyła w moim kierunku.

Miała apetycznie zaokrąglone biodra i drobne piersi; szła kusząco rozkołysanym krokiem, obciągając w dół rąbek obcisłej czerwonej sukienki, jakby nie chciała jej się pozwolić podwinąć. Było to o tyle zabawne, że widziałem każdą wypukłość i linię jej ciała, wyraźnie odznaczające się pod cienkim materiałem. Stanęła przede mną, uśmiechnęła się niewinnie i nawinęła sobie na palec pukiel włosów w odcieniu truskawkowego blondu.

– Założyłyśmy się z koleżankami o to, czy jesteś tym sławnym Callenem Hayesem. One twierdzą, że nie, a ja, że na pewno tak.

– Co dostaniesz, jeśli okaże się, że masz rację?

Zachichotała.

– Od nich? Nic. Ale mam nadzieję, że podniesiesz stawkę.

Roześmiałem się.

– Podnoszenie stawek to moja specjalność. Co powiesz na kąpiel w jacuzzi?

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Jessica

Château de Bellefeuille było perłą renesansowej architektury; majestatyczne i eleganckie, otoczone zachwycającymi ogrodami i położone tuż nad brzegiem Loary. Stanęłam na środku swojego pokoju i powoli się obróciłam, chłonąc widok starych kamiennych ścian, jasnozielonych jedwabnych zasłon w tym samym odcieniu co pościel i prostych, lecz ślicznych francuskich mebli, które wyglądały jak z epoki. Był to jeden z najmniejszych pokoi na parterze zamku, a mimo to czarujący. Mogłam sobie tylko wyobrazić przepych apartamentów na najwyższym piętrze.

Przyjechałam wcześniej tego dnia pociągiem, zameldowałam się w recepcji, a później wybrałam do ogrodów na długi spacer. Była sobota i pozostali członkowie zespołu badawczego – niektórzy spoza Francji – mieli tu dotrzeć dopiero w poniedziałek. Byłam zachwycona możliwością obejrzenia okolicy, zanim rzucimy się w wir pracy. Zawsze uwielbiałam wędrować po rzadko odwiedzanych przez turystów miejscach, nie popędzana przez przewodnika. Dzięki temu mogłam naprawdę poczuć klimat. Zjadłam samotnie posiłek w restauracji zamku i wróciłam do swojego pokoju. Miałam zamiar wcześnie położyć się spać, lecz byłam na to zbyt podekscytowana. Przez cały dzień w moich żyłach krążyła nerwowa energia, a im bardziej zbliżałam się pociągiem do Doliny Loary, tym bardziej byłam rozemocjonowana. Tak, jakby to miejsce mnie przyzywało, jakby znalezienie się w nim było moim przeznaczeniem. Czułam się dokładnie tak samo jak tamta dziewczyna przebrana za Philippe’a. Przeczytałam dopiero pierwszy wpis, a już czułam się z nią dziwnie związana i nie mogłam się doczekać, by poznać jej dalsze losy.

Sięgnęłam po leżącą na stoliku broszurę, otworzyłam ją, spojrzałam na profesjonalne zdjęcia zamku i przeczytałam krótki opis jego historii. Król, który go zbudował, zostawił posiadłość w spadku swoim dwóm kochankom zamiast dzieciom. Wywołało to wielki skandal i pomimo licznych prób odzyskania zamku przez dzieci, kochanki – które wcale nie pałały do siebie sympatią i zajęły osobne skrzydła zamku – mieszkały tu aż do śmierci. Z gardła wyrwało mi się poirytowane westchnięcie. Ach, ci mężczyźni otaczający się wianuszkiem kobiet! Czy żaden z nich nie miał nigdy ochoty pozostać wierny jednej wybrance?

Wciągnęłam walizkę na przeznaczony do tego stojak, rozpięłam ją i zaczęłam wypakowywać sukienki oraz inne ciuszki, które Frankie kazała mi ze sobą zabrać. Powinnam była pamiętać o tym, żeby od razu powiesić je na wieszaku, ale byłam zbyt zajęta zwiedzaniem ogromnego zamczyska, by myśleć o szmatkach gniotących się w mojej walizce. Materiał musiał chyba zostać utkany przez magiczne wróżki, bo nie dostrzegłam na ubraniach ani jednego zagniecenia. Powiesiłam je w szafie, a buty – również pożyczone od Frankie – postawiłam na podłodze. Przyjrzałam się im podejrzliwie. Chyba miałam szczęście, że nosiłyśmy ten sam rozmiar, aczkolwiek wcale nie byłam pewna, czy zdołam przejść chociaż kilka kroków w szpilkach z wąskimi czubkami i na niebotycznych obcasach. Miałam nadzieję, że w ogóle nie będę miała okazji ich włożyć. Frankie uparła się jednak, żebym zrobiła jej tę przyjemność i przygotowała się na każdą okoliczność. Przynajmniej w kwestii mody.

Rozpakowałam piżamę, bieliznę i zaniosłam przybory toaletowe do maleńkiej łazienki, po drodze związując włosy w niedbały koczek. Cudownie było zmyć z siebie trudy podróży. Łazienka wypełniła się parą i zapachem mojego żelu pod prysznic.

Po powrocie do pokoju spojrzałam na piżamę i znowu przeszedł mnie przyjemny dreszczyk oczekiwania. Wcale nie byłam zmęczona, co wydawało się zaskakujące, zważywszy na to, jak wcześnie rano musiałam wstać i ile godzin spędziłam później w podróży oraz na zwiedzaniu. Stałam pośrodku pokoju, ciasno otulona ręcznikiem i zastanawiałam się, co powinnam zrobić. Może drink w barze ukoiłby moje nerwowe podekscytowanie. Ze względu na liczbę godzin, które przepracowałam w paryskim barze, rzadko zaglądałam do nich w wolnym czasie. Ale przecież mam dwadzieścia cztery lata.Chyba właśnie tam chodzą inne dwudziestoczterolatki? Wypiję jednego drinka i pogapię się na ludzi.

Przejrzałam stroje, które właśnie schowałam do szafy, i zdecydowałam się na srebrną sukienkę uszytą z materiału przetykanego błyszczącą nitką. Wyglądała dość skromnie, miała asymetryczny dekolt w serek i spódnicę w kształcie litery A, ale kiedy ją włożyłam, podkreśliła moją wąską talię i pięknie wyeksponowała dekolt.

– Och, Clémence, jesteś geniuszem zła – wymamrotałam pod nosem, przeglądając się w lustrze ze wszystkich stron, po czym włożyłam srebrne buty. Nie były tak niewygodne, na jakie wyglądały, poczłapałam więc do łazienki, zrobiłam sobie lekki makijaż, przeczesałam włosy i zakręciłam je w węzeł, zostawiając kilka luźnych pasm wokół twarzy. Przejrzałam się w lustrze, zadowolona z efektu, choć nie miał go podziwiać nikt poza mną.

* * *

Z baru dobiegały rytmiczne dźwięki La Vie en Rose[1]. Krew zaczęła mi krążyć w żyłach jeszcze szybciej, a nagły zastrzyk adrenaliny sprawił, że potknęłam się na kamiennej podłodze. Chociaż nie czułam się zbyt stabilnie w pożyczonych butach, nagle zapragnęłam puścić się biegiem, jakbym już była spóźniona.

– Opanuj się, Jessico – szepnęłam pod nosem. Musiałam ostudzić podniecenie spowodowane tym, że znalazłam się w tak wspaniałym miejscu, inaczej nigdy nie zdołałabym się skupić na pracy.

Odetchnęłam głęboko. Słowa i muzyka słynnej francuskiej ballady nieco ukoiły moje nerwy. Przystanęłam na moment w wejściu. Sala była ogromna, udekorowana różnymi odcieniami błękitu królewskiego, jasnoniebieskiego i złota, z wielkim, bogato zdobionym barem biegnącym wzdłuż najdalej położonej ściany. Nagle poczułam się niepewnie, przyglądając się grupkom wesoło gawędzących ludzi i odbijającym światło kryształom w żyrandolach. Przygryzłam wargę i weszłam do środka. Nerwowa energia zamieniła się w ciepłe mrowienie, które rozluźniło moje mięśnie i sprawiło, że zapragnęłam usiąść w jednym z wyglądających na bardzo wygodne, tapicerowanych foteli. „Chodź do mnie” – zdawały się szeptać.

Podeszłam do baru.

– Madame? –zwrócił się do mnie barman.

Un verre de vin blanc s’il vous plaît.

Mężczyzna podał mi carte des vines. Zdecydowałam się na kieliszek sauvignon blanc pochodzącego z winiarni w Dolinie Loary. Odwróciłam się i rozejrzałam po barze, podczas gdy barman nalewał mi wino. Dostrzegłam grupkę kobiet otaczających mężczyznę z ciemnymi włosami, który właśnie się śmiał i mówił coś, co najwyraźniej je zachwyciło, ponieważ wszystkie zaczęły jak na komendę chichotać, odrzucając do tyłu włosy. Ogarnęła mnie irytacja i odwróciłam się do nich plecami, dokładnie w chwili, gdy barman postawił przede mną wino i rachunek. Podpisałam się, sięgnęłam z uśmiechem po kieliszek, wymamrotałam merci i zaczęłam się zbierać do odejścia.

– Excusez-moi,Jessica Creswell. Madame Creswell?

 

Dopiero po chwili zarejestrowałam dźwięk swojego nazwiska. Odwróciłam się i zobaczyłam barmana wyciągającego w moją stronę wieczorową torebkę, którą zostawiłam na kontuarze. Sięgnęłam po nią z uśmiechem skrępowania na twarzy.

– Que je suis bête. –Gapa ze mnie.

Odeszłam od baru, w stronę drzwi, które musiały prowadzić na balkon z widokiem na ogrody, po których się wcześniej przechadzałam. Już miałam wyjść na zewnątrz, ale rozmyśliłam się na widok stojącej przy barierce pary. Stali zwróceni do siebie twarzami i najwyraźniej cieszyli się prywatnością. Poczułam na karku falę gorąca, a gdy powoli się obróciłam, moje ciało przeszył dreszcz.

Zdławiłam okrzyk zdziwienia i stanęłam oko w oko z Callenem Hayesem.

Zadrżała mi ręka. Ledwie zdołałam nie upuścić kieliszka na podłogę. Dobry Boże.Miałam wrażenie, że cała krew odpłynęła mi do stóp.

Jakim cudem, ze wszystkich miejsc na całym szerokim świecie, spotykało mnie to po raz drugi? To niemożliwe. Po prostu niemożliwe. Callen szedł w moją stronę z szeroko otwartymi oczami i malującym się na twarzy niedowierzaniem, jakby zobaczył ducha, a ja mogłam tylko odwzajemnić jego spojrzenie. Stałam jak skamieniała.

Czułam się sparaliżowana całą tą nierzeczywistą sytuacją, kiedy wyminął dwie kobiety i zbliżał się do mnie… coraz bardziej. Jakaś część mnie chciała uciec, podczas gdy inna, znacznie silniejsza, pragnęła znaleźć się przy nim jak najszybciej. To było… po prostu niemożliwe. Jednak nie wiedzieć czemu odniosłam wrażenie, że nasze spotkanie było nieuniknione i że na nie czekałam. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć nawet sobie.

Głęboko zaczerpnęłam powietrza, obserwując jego zbliżającą się postać. Wyglądał olśniewająco. Przypomniałam sobie pierwszy raz, gdy go zobaczyłam. Siedział w opuszczonym wagonie, posiniaczony i samotny. Chociaż był chłopcem, już wtedy wydał mi się piękny, byłam nim oczarowana. Podobnie jak później w Lounge La Vue. I teraz. Jakim cudem się tu znalazł?

– Jessica Creswell? Jessie? – zapytał lekko zachrypniętym głosem.

Serce łomotało mi w piersi. Głośno odetchnęłam, ściskając kieliszek z winem tak mocno, że prawie pękł. Callen Hayes był tutaj i najwyraźniej słyszał, jak barman wypowiada moje nazwisko. Przełknęłam ślinę, przeczesując wzrokiem wnętrze baru, jakbym szukała… no właśnie, czego? Tematu do rozmowy? Drogi ucieczki?

Wolno pokręcił głową.

– Jessie Creswell? O rany. Byłaś… w Paryżu, a teraz tutaj. Jakim cudem?

– Tak, ja… – O co właściwie pytał? Jak się tu znalazłam? – No cóż, przyjechałam do pracy. Pracuję tutaj. – Pokręciłam głową. – Nie w zamku, ale… zostanę tu jeszcze przez jakiś czas.

Przyglądał mi się z niedowierzaniem. Nadal wyglądał na wstrząśniętego, jakby miał problem ze zrozumieniem całej sytuacji. Dobrze znałam to uczucie.

– A ty co tutaj porabiasz?

Przeciągnął dłonią po włosach, jakby nie mógł sobie przypomnieć.

– Przyjechałem na dwutygodniowe wakacje. Mój Boże, to… niewiarygodne. Jessie Creswell. I do tego wpadamy na siebie już drugi raz. – Zawiesił głos, ponownie mi się przyglądając. Czułam na sobie jego gorące spojrzenie, które prześliznęło się po moim ciele. Upiłam łyk wina, modląc się, żeby serce przestało mi tak walić. – Tamtej nocy w Paryżu wiedziałaś, kim jestem. Próbowałaś mi o tym powiedzieć.

Ciepłe wino spłynęło mi w przełyku. Od razu poczułam się lepiej i pewniej chwyciłam kieliszek.

– Tak – przyznałam. – Nic nie szkodzi. Nie spodziewałam się, że będziesz mnie pamiętał. – Miałam tylko nadzieję…

– Oczywiście, że cię pamiętam. Gdy tylko usłyszałem twoje nazwisko, od razu je skojarzyłem. Po prostu… – Jego głos był głęboki i aksamitny, a oczy skrywały emocje, których nie potrafiłam odczytać. – Od dawna nie myślałem o Santa Lucindzie, a ty… zmieniłaś się. Zawsze byłaś ładna, ale teraz jesteś piękna. – Słowa Callena sprawiły mi radość. Na moment spuściłam wzrok. Kiedy nasze spojrzenia ponownie się skrzyżowały, wciąż na mnie patrzył. – Jesteś już… całkiem dorosła. – Nie mógł się otrząsnąć z szoku, jakby zachował mnie w swoim umyśle jako małą dziewczynkę, z którą nie potrafił mnie powiązać. Byłam w stanie to zrozumieć. Możliwe, że czułabym się tak samo, gdybym nie miała dość czasu, by przyzwyczaić się do widoku dorosłej wersji Callena Hayesa.

Posłałam mu blady uśmiech.

– Oboje jesteśmy teraz dorośli.

– No tak. – Przeskoczyła między nami jakaś iskra, od której ścisnęło mnie w żołądku. Przypominało to trochę uczucie towarzyszące wjazdowi kolejką górską na sam szczyt pętli, ułamki sekund przed runięciem w dół. Mieszaninę strachu i przyjemności.

Callen zmarszczył czoło.

– Jestem ci winien przeprosiny za tamten wieczór.

– Nie musisz mnie za nic przepraszać, naprawdę. Nic się nie stało. To był po prostu… Paryż. – Wzruszyłam ramieniem, uśmiechając się do niego.

– Paryż – mruknął. – To miasto ma w sobie coś…

La Ville des Amoreaux –powiedziałam bez zastanowienia. Miasto zakochanych.Tylko że my nigdy nie byliśmy zakochani. Tamtego wieczoru Callen miał inną kochankę. Należącą do szerokiego grona jego kobiet. Poczułam na twarzy falę ciepła. Miałam nadzieję, że nie zauważył moich rumieńców.

Patrzyliśmy na siebie i atmosfera zrobiła się nagle dziwnie ciężka, jakby należało coś powiedzieć, tylko że żadne z nas nie wiedziało co. Przestąpiłam z nogi na nogę.

– Cieszę się, że odniosłeś tak wielki sukces – powiedziałam z uśmiechem. – Śledziłam twoją karierę… trochę. – Bardzo uważnie.

– Dzięki. Wiesz, że to dzięki tobie odkryłem muzykę?

– Naprawdę? – pokręciłam głową. – Nie. Na pewno odkryłbyś ją i bez mojej pomocy. Widać, że to twoja pasja. Masz prawdziwy talent.

Przygryzł swoją pełną dolną wargę. Skręciło mnie w żołądku, nie mówiąc już o miejscach położonych niżej i znacznie głębiej. Miejscach, o których nie bardzo chciałam myśleć.

– Może. Nie wiem. Nadal mam tamten keyboard, który mi dałaś.

Roześmiałam się w oszołomieniu.

– Poważnie?

Uśmiechnął się i przez chwilę nie wyglądał jak Callen Hayes, słynny kompozytor muzyki klasycznej i playboy, tylko Callen – książę i bohater, który podbił moje dziewczęce serce. Poczułam się zazdrosna o ten uśmiech, jakby należał tylko i wyłącznie do mnie. Głupiutka Jessica. Taka naiwna.Odwróciłam wzrok. Nie chciałam do niego żywić podobnych uczuć. Były bezsensowne i bolesne. Jednak ta chwila przypominała sen, a ja nie potrafiłam się zmusić do powrotu do rzeczywistości.

– Czym się teraz zajmujesz? Jeszcze kilka miesięcy temu pracowałaś w barze.

Kiwnęłam głową, upijając łyk wina.

– Żeby mieć się z czego utrzymać. Z zawodu jestem tłumaczką i właśnie tym się tutaj zajmuję. Należę do zespołu badającego pewne dokumenty.

Przytaknął, przekrzywiając głowę.

– Francuski. Tak, pamiętam. – Zawiesił głos. – Zawsze byłaś taka mądra, Jessie. – Zastanowił mnie wyraz jego twarzy, czuły i jednocześnie trochę zasmucony. Później jednak się uśmiechnął i cały smutek wyparował. – Spełniłaś swoje marzenie – przeniosłaś się do Paryża. Ale chyba nie jesz tyle czekolady, ile zamierzałaś. – Obciął mnie spojrzeniem, unosząc brwi w wyrazie niemego uznania.

Roześmiałam się, zadowolona z tego, że pamiętał przynajmniej część naszych rozmów. Nie zapomniał tak całkiem ani mnie, ani moich płynących prosto z serca wyznań.

– Na to nie mogę sobie jeszcze pozwolić. Akurat to marzenie pozostało niespełnione.

Odpowiedział mi śmiechem.

– Każdy powinien mieć jakieś marzenie.

Uśmiechnęłam się i już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć, gdy podeszła do nas kobieta w nieprzyzwoicie obcisłej czerwonej sukience, uwiesiła się na Callenie i posłała mi chłodny uśmiech.

– Gotowy na naszą randkę w jacuzzi? – zagruchała. – Nie mogę się już doczekać, żeby wyskoczyć z tej sukienki.

Zmroziło mnie. Ciepłe uczucie szczęścia, które dopiero co przepełniło moje serce, ustąpiło miejsca lodowatemu rozczarowaniu. Callen Hayes nie był już tamtym chłopakiem, którego znałam, i nie należało o tym zapominać, nawet w tej zachwycającej sali zamkowej w Dolinie Loary, gdzie los ponownie skrzyżował nasze ścieżki. Posłałam Callenowi uśmiech, mając nadzieję, że nie jest zbyt sztuczny.

– Powinnam już wrócić do pokoju i się położyć. Miło było cię znowu spotkać.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?