Emmy 4 - Królowa dramatu z Zachodniej JutlandiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Emmy 4 - Królowa dramatu z Zachodniej Jutlandii
Emmy 4 - Królowa dramatu z Zachodniej Jutlandii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 15,98  12,78 
Emmy 4 - Królowa dramatu z Zachodniej Jutlandii
Emmy 4 - Królowa dramatu z Zachodniej Jutlandii
Audiobook
Czyta Magdalena Zając-Zawadzka
9,99  7,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mette Finderup

Emmy 4 - Królowa dramatu z Zachodniej Jutlandii

Saga

Emmy 4 - Królowa dramatu z Zachodniej Jutlandii przełożyła Aleksandra Szczepańska tytuł oryginału Emmy 4 - Drama queen i Vestjylland Copyright © 2008, 2019 Mette Finderup i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711868621

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Zachodnia Jutlandia to drugi koniec świata

Wtorek, 16 września

„ Rekordowo duże zainteresowanie szkołami z internatem. Coraz więcej młodych ludzi postanawia spędzić ósmą, dziewiątą lub dziesiątą klasę w jednej z wielu szkół z internatem w kraju i ta tendencja zdaje się utrzymywać. Większość szkół z internatem ma długie listy oczekujących i już teraz potwierdza komplet chętnych na kolejny rok”.

Tak mówią w wiadomościach. Pewnie rzeczywiście szkoły z internatem są niesamowitym odkryciem, ale jeśli twoja matka decyduje się wysłać cię do jednej z nich PO zakończonej rekrutacji, nie ma powodów do radości. Niestety miejsca w najfajniejszych szkołach z internatem są już zajęte, a mama nie chce przyznać, że musi być jakiś powód, dlaczego ostatecznie udało jej się znaleźć miejsce dla swojej „niedojrzałej córki, która potrzebuje pobyć trochę z dala od domu”.

– Emmy, czy to nie fantastyczne? Nie uwierzysz! W końcu udało mi się znaleźć dla ciebie miejsce w… Szkole Teatralnej w Grønnelunden – powiedziała machając radośnie ulotką. – Wygląda super, prawda? Na pewno wszyscy się tam świetnie bawią!

Jakoś mnie to nie zauroczyło. Być może ci nastolatkowe ze zdjęcia faktycznie się dobrze bawili. Ale albo byli wystylizowani na lata 80-te, albo była to prostu strasznie stara ulotka, zamówiona w zbyt dużej liczbie kopii.

– Ale mamo, popatrz tylko na te lampy. I tę sztuczną, skórzaną sofę.

– Jest przecież bardzo ładna. Daj już spokój, Emmy.

– Nie jest „bardzo ładna”. Jest turkusowa, mamo. Dziewczyny ze zdjęcia mają na nogach getry. A ich dżinsy są podciągnięte prawie pod pachy!

Mama spojrzała jeszcze raz z bliska na zdjęcie. Jej nowe, czerwone, markowe oprawki są bardzo modne, ale chyba źle dobrała szkła.

– To taka stylizacja retro. Naprawdę na czasie, Emmy…

– … albo mają tydzień tematyczny o latach 80-tych – powiedziałam, ale całą moją ironię diabli wzięli wraz z pojawieniem się promiennego uśmiechu na twarzy mamy.

– A tak, na pewno o to chodzi. To przecież szkoła teatralna. Och, Emmy, będzie niesamowicie. Nie będzie można cię stamtąd wyciągnąć – powiedziała mama i poklepała mnie po ramieniu.

Do końca miałam nadzieję, że jakimś dziwnym trafem, nigdzie nie znajdzie się dla mnie miejsce. Nie miałam ochoty na „poznanie mnóstwa zakochanych w teatrze osób”, jak napisano w ulotce. O wiele bardziej wolałabym razem z innymi wrócić po wakacjach do swojej starej klasy. Jeździć z Kit autobusem do Hejresø, spotykać się z nią i Sashą na przerwach, posłuchać o tym, co Sasha robiła w wakacje, być częścią naszej małej paczki, która nienawidzi wuefu z Marianne Olsen. Niestety, wraz z sobotnią pocztą przyszła wściekle zielona koperta, która przypieczętowała mój los. Tylko dlatego, że kiedyś za pomocą służbowego klucza wpuściłam kilku swoich znajomych i znajomych mojego brata na pływalnię (OK, to miało miejsce w nocy, było nas trzynaścioro, wchodzenie tam było kategorycznie zabronione, a my wlaliśmy do dziecięcego brodzika płyn do mycia naczyń i ostatecznie trzeba było zamknąć całą pływalnię, żeby wszystko posprzątać, ale mimo wszystko…) teraz zostaję zesłana za karę tam, gdzie kruki docierają tylko autobusem. To niesprawiedliwe.

Inni uczniowie zaczęli szkołę już wczoraj, ja na miejsce dotrę dopiero jutro, bo nie zdążyłyśmy z praniem i pakowaniem moich rzeczy. Mama podeszła do tego zadania z gorliwością czterolatki, której pozwolono buszować po sklepie z różowymi ciuchami. Najwyraźniej chce mnie jak najszybciej wyrzucić z domu, a mój starszy brat już zaczął przebąkiwać coś o używaniu mojego pokoju jako sypialni, a swojego jako pokoju dziennego. Poważnie. Przecież będę wracać do domu na weekendy!

– Możesz wtedy spać w pokoju gościnnym – powiedział Martin, ale na szczęście mama ruszyła mi na ratunek. Nie ma mowy, powiedziała… ale myślę sobie, że zrobiła to tylko dlatego, że pokój gościnny wypchany był po sam sufit jej niezliczonymi krawieckimi projektami, a ona nie miała pojęcia, co zrobić z maszyną i całą resztą w połowie uszytych sukienek plażowych, jeśli jeszcze ja miałabym tam nocować.

Dopiero wróciłam od Kit. Poszłam do niej po południu, po jej powrocie ze szkoły, żeby jak najwięcej poplotkować o reszcie klasy i porządnie się z nią pożegnać. Skończyło się tak, że zostałam też na kolacji. Moja mama na ten ostatni wspólny wieczór zrobiła lasagne, ale ja jakoś wolałam nędzny schab z gotowanym groszkiem mamy Kit i nieco więcej towarzystwa mojej przyjaciółki. Kit nie jest zbyt duża, ale teraz chciałabym, żeby była jeszcze mniejsza, tak żebym mogła ją schować do mojej torby i od czasu do czasu po nią sięgnąć z szafki w nowej szkole. Będę za nią nieznośnie tęsknić. Trzymamy się przecież razem od… zawsze. Od żłobka. I na mur beton w zachodniej Jutlandii nie mają takiej drugiej Kit. Tak naprawdę przeczucie mi mówi, że tam nie ma absolutnie <i>nikogo</i>, z kim będę mogła się trzymać, i że to będzie najdłuższy rok szkolny w życiu. To podobne przeczucie do tego przed wizytą u dentysty, kiedy ma się zęby pełne dziur.

– Coś ty. Będziesz miała masę znajomych – powiedziała Kit, kiedy siedziałyśmy po południu na ich narożnej kanapie. To był ten przyjemny czas, kiedy mogłyśmy popijać sok, rozkoszując się domem tylko dla siebie, bo dorośli nie wrócili jeszcze z pracy. Jednak tym razem nie było tak miło, jak zazwyczaj. Odkąd usiadłyśmy, wisiało nad nami widmo naszego rozstania, niczym praca domowa z matmy. – Tak to już jest z tymi, co idą do szkoły z internatem. Najpierw mówią, że będą przyjeżdżać co weekend, a w końcu dochodzą do wniosku, że tam gdzie są, jest o wiele fajniej i nie przyjeżdżają już do domu. Pamiętasz Leę z Kærvej?

– No ale z wszystkimi innymi jest inaczej – powiedziałam i wzięłam taki głęboki wdech, że jeszcze bardziej zapadłam się w miękkie poduchy kanapy. – Wybierają takie szkoły z własnej woli, a mnie do tego zmuszono. Tylko dlatego, że moja matka sądzi, że dzięki temu dojrzeję… i dlatego, że chce mieć dom tylko dla siebie, żeby Mogens od Matmy mógł tam cały czas przesiadywać. To takie cholernie niesprawiedliwe!

Z tym Kit nie mogła się nie zgodzić. Ale teraz to ona westchnęła.

– Mimo wszystko. Z tobą będzie tak samo. Jak z Leą. Będziesz miała miliard nowych, o wiele fajniejszych znajomych i nie będziesz pamiętała, żeby zadzwonić, napisać maila, przestaniesz przyjeżdżać na weekendy. Ja to po prostu wiem. Nie będę mogła się z tobą naprawdę widywać… aż do lata. A wtedy będziesz już kimś innym i nigdy nie będzie już tak samo, jak teraz.

– Coś ty, wcale tak nie będzie – odpowiedziałam jej przybita jej beznadziejnym nastrojem. Przecież to ona miała pocieszać mnie.

– Będzie. Ja to po prostu wiem – powiedziała Kit.

Siedziałyśmy więc tak na dwóch końcach kanapy, gapiąc się przed siebie. Spojrzałam w końcu na Kit, a ta zaczęła mrugać nerwowo oczami, żebym nie zauważyła, że zaraz się rozryczy. Wtedy ja zaczęłam chlipać. Zrobiło się strasznie smutno.

– To bez sensu – powiedziałam w końcu, kiedy atmosfera na miękkiej sofie zrobiła się tak gęsta, że czułam się zgnieciona w harmonijkę pod jej ciężarem. – Musimy coś z tym zrobić. Nie możemy złożyć sobie jakiejś przysięgi, czy czegoś w tym stylu?

Kit pokiwała głową, zamyślona.

– Przysięgnijmy, że na zawsze pozostaniemy najlepszymi przyjaciółkami, choćby nie wiem co… – zaproponowałam.

Kit znowu pokiwała głową i lekko się uśmiechnęła.

– Będziemy też musiały przysiąc, że nikomu nie powiemy o naszej przysiędze. Bo nas wyśmieją.

– Dlaczego? Każdy przecież chce mieć jakiegoś przyjaciela na zawsze – powiedziałam i zrobiło mi się trochę przykro, że Kit nie poparła w stu procentach mojego pomysłu, który przypieczętowałby naszą przyjaźń.

– No bo… bo takie rzeczy robią mali chłopcy. Przysięgają być na zawsze przyjaciółmi i gdzieś w szopie przeprowadzają rytuał pomieszania krwi – powiedziała Kit.

– Ale my to robimy na poważnie. To różnica. Liczy się nawet jeszcze bardziej, bo nie mamy po osiem lat! – Złapałam wzrok Kit i wiedziałam, że się ze mną zgadza.

Chwilę później stałyśmy już w kuchni. Kit wyjęła apteczkę, a ja przeszukiwałam kuchenne szuflady, żeby znaleźć nóż, który byłby odpowiedni do tego zadania. Postanowiłyśmy też wyłączyć kuchenne radio, którego popowe rytmy zazwyczaj towarzyszyły nam podczas popołudniowych spotkań. Jednak przeboje z konkursów piosenki nie wydawały nam się odpowiednim podkładem do ceremonii mieszania krwi.

– Ale by było, gdybyśmy nacięły się za mocno i zmarły – wymamrotała Kit. – Wszyscy by myśleli, że popełniłyśmy zbiorowe samobójstwo związane z twoim wyjazdem do szkoły z internatem, bo nie wyobrażałyśmy sobie życia bez siebie.

– No… może mama by coś dzięki temu zrozumiała – odpowiedziałam. Ale jaki bym miała z tego pożytek, leżąc wykrwawiona i martwa na nowej, jesionowej, lakierowanej podłodze w kuchni rodziców Kit.

 

Braterstwo krwi okazuje się całkiem szalonym pomysłem, gdy jest się na to za starym i nagle zacznie się nad tym zastanawiać. Kiedy więc wybrałyśmy najlepszy nóż i go dodatkowo naostrzyłyśmy, a także wysterylizowałyśmy ogniem ze świecy, żeby mieć pewność, że nie wda się zakażenie, wciąż pozostawała najtrudniejsza i najistotniejsza część planu: Miałyśmy się nawzajem naciąć.

– Gdzie to się robi? Tu, na ramieniu? – zapytałam.

– Nnnoo, nie wiem – odpowiedziała Kit, która powinna być przecież ekspertem w tych sprawach, bo była harcerzem o wiele dłużej niż ja, która wytrzymałam jedzenie zwęglonego nad ogniskiem chlebka przez całe pół roku. – Jest ryzyko, że zostanie w tym miejscu widoczna blizna. Może wystarczy draśnięcie w palec? To i tak może oznaczać dużo krwi.

Ale mimo że zgodziłyśmy się na „zaledwie” draśnięcie w palec, nie było to łatwe.

– To chyba jednak zbyt szalone. To <i>jest</i> jedna z tych rzeczy, które powinnyśmy były zrobić, jak miałyśmy po osiem lat – spróbowałam jeszcze, bo to ja przegrałam w papier-kamień-nożyce i pierwsza stałam z nożem przyłożonym do kciuka.

– Nie, przeciwnie, postępujemy słusznie. Po prostu tchórzysz – powiedziała Kit patrząc na mnie poważnym wzrokiem, dopóki nie skinęłam głową, zamknęłam mocno oczy… i znowu się poddałam.

– Hmm… właśnie widać, ile warta jest dla ciebie nasza przyjaźń – powiedziała Kit i zabrzmiała jak prawdziwa obrażalska. W tym samym momencie usłyszałyśmy, jak jej mama parkuje na podjeździe swój mały, zielony samochód.

– Moja matka! Emmy, teraz albo nigdy! – Kit wyrwała mi nóż i wbiła go bez ostrzeżenia w swój kciuk, po czym podała nóż mnie. Nie miałam czasu na zastanawianie się, jak ohydne było dźganie samej siebie. Po prostu to zrobiłam. Ukłucie było nieprzyjemne, ale trwało tylko chwilę.

Kiedy matka Kit gramoliła się z zakupami do wejścia, w mgnieniu oka złączyłyśmy nasze kciuki.

– Przyrzekam, że na zawsze pozostaniesz moją najlepszą przyjaciółką – powiedziałyśmy sobie nawzajem z prędkością 10 000 słów na minutę. Kiedy matka Kit przekręcała klucz w drzwiach, stałyśmy wstrzymując oddech i przyklejałyśmy plaster na kciuk Kit, krwawiący o wiele bardziej niż mój.

– O Boże – powiedziała matka Kit stawiając torby z zakupami na kuchennej ławie. – Skaleczyłaś się?

– Tak, nóż mi się omsknął, kiedy chciałam przekroić chleb – powiedziała moja-teraz-oficjalnie-najlepsza-przyjaciółka Kit, podczas gdy ja starałam się ukryć mój krwawiący kciuk w ręczniku papierowym za plecami.

– Niech no na to spojrzę – powiedziała matka Kit zatroskanym głosem i zauważyła nóż. – Och, to nie zbyt mądre brać najostrzejszy nóż do krojenia chleba. Chyba powinnyście wiedzieć, że używa się do tego noża do pieczywa – wymamrotała.

Jak już wspominałam, zostałam u nich na kolację i było bardzo miło… Obie jednak przyglądałyśmy się uważnie, kiedy matka Kit wbijała nóż w schab. Przez moment mięso wyglądało jak gigantyczny kciuk.

10 rzeczy, które strasznie przegapiłam nie będąc na rozpoczęciu roku szkolnego (według Kit)

2 Do naszej klasy doszedł nowy uczeń! Nie mieliśmy nikogo nowego od piątej klasy. Chłopak nazywa się Jannick i pochodzi z Aarhus. Jego ojciec kupił stare siedlisko Olego Sørensena i chce je przerobić na jakąś agroturystykę. Kit mówi, że Jannick wygląda na spokojnego, ale, do choroby, przeprowadzka z Aarhus do Karleager może być przecież bardzo dołująca.

4 Moja klasa uzyskała podwyższony status „starszej” przejawiający się tym, że w nowej sali dostaliśmy pojedyncze ławki. Kit to pasuje, bo dzięki temu moja nieobecność przy niej nie rzuca się tak bardzo w oczy.

6 Chociaż raz to właśnie moja klasa dostała nowe podręczniki do angielskiego. Przez ostatnie lata dostawaliśmy ciężkie cegły, bo było w nich niewiele kartek, ale za to dziesięć razy więcej taśmy klejącej.

8 Wygląda na to, że Heine urósł przez lato z pół metra. A jego głos przybiera najbardziej irytujące brzmienie z możliwych, kiedy wymawia „Republika Weimarska” na lekcji historii.

10 Lisbeth miała nietęgą minę, kiedy Tobias nazwał ją „Kąpielową Lisbeth” i zapytał, jak to jest być odbieraną w środku nocy z posterunku policji przez ojca (ha!).

11 

12 Sasha była ciągle bardzo, ale to bardzo zazdrosna o to, że nie było jej na imprezie, po której wszyscy wylądowali na posterunku policji.

13 

14 Susanne nie będzie dłużej uczyć duńskiego! Będzie teraz bibliotekarką, a moją klasę uczyć będzie całkiem nowa nauczycielka, która nazywa się Iben Svejgaard. Jest całkiem młoda, jak na nauczycielkę, mówi Kit.

15 

16 Julie S ma cycki – i to NIE takie, za które musiała zapłacić (nie uwierzę, dopóki nie zobaczę).

17 

18 Chodzą plotki, że jedna z dziewczyn z 10 klasy ma dla odmiany cycki, za które musiała zapłacić (w to też nie uwierzę, dopóki nie zobaczę).

19 

20 W maju w szkole obchodzony będzie wielki jubileusz, na którym będą występy uczniów i wielki grill na placu. Oby tylko było to w jeden z tych weekendów, kiedy będę mogła przyjechać do domu. Jeśli nie, to po prostu zrobię sobie wagary!

Na zabitej wsi. Plus trzy kilometry dalej.

Czwartek, 18 sierpnia

Pomimo że ja i Kit przyrzekłyśmy sobie uroczyście, że zostaniemy przyjaciółkami na dobre i złe, kiedy wczoraj wyjeżdżałam, lekko ścisnęło mnie w gardle. Nie było jakoś strasznie. Nie siedziałam, rozpaczając nad wyjazdem z rodzinnego domu, ale jednak poczułam niewielki uścisk… tak jakbym połknęła za szybko landrynkę. Siedziałam na tylnym siedzeniu i patrzyłam przez okno jak Karleager znika za wzgórzami, podczas gdy gruchot mojej mamy mknął po dziurawych drogach na zachód, a moje trzy sportowe torby podskakiwały w bagażniku.

Szkoła Teatralna Grønnelunden leży na wzniesieniu, prawie nad samym Morzem Północnym. Mama wskazywała zauroczona na horyzont, jakby do celu zostało jeszcze kilka dni drogi.

– Patrz, patrz, to tam. Ależ TAM zielono i sielsko – kłamała. I robiła się jeszcze bardziej wylewna, im bliżej byłyśmy celu. – Wygląda prawie jak gospodarstwo ze starych duńskich filmów – westchnęła, wpadając w koleiny, które były tak wyjeżdżone, że znajdujący się pomiędzy nimi pas trawy rysował podwozie, a samochód niemal bokiem wjechał na szkolny plac.

Robiłam co mogłam, aby dostrzec ten uroczy słomiany dach i spacerujące na wolności kury, które moje matka widziała chyba oczyma wyobraźni, ale nigdzie nie było śladu wiejskiej idylli. Jedyne, co dostrzegłam, to przestarzałe siedlisko na planie kwadratu i jakieś dodatkowe drewniane budynki na tyłach. Całość wymagała wizyty malarza… nie zaszkodziłoby też gdyby zabrał ze sobą brata ogrodnika, bo trawa sięgała kolan, a tam gdzie kiedyś zapewne był urokliwy, stary sad, teraz rozrosło się pole pokryte mniszkiem, ostami i kilkoma sponiewieranymi wiatrem drzewami, które wyciągały swoje gałęzie w stronę domów, jakby szukały tam schronienia.

Na zewnątrz było już sporo innych samochodów, a kiedy weszliśmy do niskiego pomieszczenia z wyłożoną kafelkami podłogą, usłyszałam rozproszone głosy nauczycieli i moich pięćdziesięciu trzech przyszłych kolegów (dwudziestu ośmiu z dziewiątej i dwudziestu pięciu z ósmej klasy). Będę miała normalne zajęcia w swojej grupie wiekowej, takie jak duński, matematyka i angielski, ale podczas zajęć teatralnych mamy być podzieleni na trzy grupy niezależnie od wieku. W tym roku w szkole jest dużo dziewczyn. Aż czterdzieści osiem dziewczyn i tylko sześciu chłopaków. Chociaż chłopcy w moim wieku to na sto procent gromada niedojrzałych gówniarzy, którzy powinni być trzy klasy niżej od nas, są obrzydliwi, hałaśliwi i mocno ograniczeni, ponieważ w ich głowach nie ma miejsca na nic innego poza piłką nożną, martwi mnie trochę, że będzie ich tak niewielu. Czterdzieści osiem dziewcząt w jednym miejscu może oznaczać niebezpieczeństwo. A już na pewno wtedy, gdy zaczną tworzyć paczki.

Zostaliśmy przyjęci przez nauczycielkę, która przypominała moją matkę z czasów, zanim ta upodobniła się do wszystkich pań z kobiecych czasopism. Nauczycielka miała okrągłą twarz i długie włosy w mysim kolorze. Ubrana była w sweter o miliardzie barw, który wyglądał tak, jakby sama go wydziergała z używanych wstążek po świątecznych prezentach i zwisające jak węgorze, wypchane na kolanach getry. Jedynym nowoczesnym elementem jej ubioru były buty… które jednak zupełnie nie pasowały do całej reszty. To były takie różowe, plastikowe crocsy z dziurami.

– Dzień dobry, nazywam się Lone Jensen – powiedziała, wyciągając do mnie rękę. – Prowadzę zajęcia teatralne. Tydzień zapoznawczy jeszcze się nie skończył i reszta idzie pograć w piłkę, więc mam teraz wolną godzinę. – Najpierw podała rękę mnie, a potem mojej mamie. Spojrzała mi przesadnie głęboko w oczy, wyglądając jak emotikon z wyjątkowo szerokim uśmiechem. – A przepraszam, jak ty się nazywasz?

– Mam na imię Emmy.

Zaczęła mnie szukać na liście, którą trzymała w ręku. Westchnęłam.

– Pewnie jestem pod Emilie.

– A tak. Już mam. Pewnie wolisz, jak mówi się do ciebie Emilie?

– Wolę, jak mówi się do mnie Emmy. – O co tej kobiecie chodziło? Przecież jej powiedziałam, jak się nazywam, kiedy pytała.

– No dobrze. Chodźmy więc, Emilie, pokażę ci, gdzie będziesz mieszkać. Jestem pewna, że Merethe ucieszy się ze współlokatorki. Przez kilka pierwszych dni doskwierała jej samotność.

Poszłyśmy za nią długim korytarzem, po którego obu stronach było mnóstwo zamkniętych drzwi. Próbowałam odsunąć od siebie myśli, że zanim gospodarstwo przejęła szkoła, w obecnej części prawdopodobnie mieściła się obora i być może będę musiała spać w przerobionej zagrodzie. Jedne drzwi się otworzyły i wybiegł z nich chłopak we wściekle zielonym T-shircie z symbolem pokoju, nieomal nas tratując.

– Przepraszam, droga Lone, ale właśnie się spóźniam na piłkę – krzyknął, nie przestając biec obok nas wzdłuż korytarza.

– To tylko Johan. Będziesz go spotykać częściej, bo jesteście w tej samej grupie – uśmiechnęła się Lone i odwróciła się w stronę kolejnego skrzydła szkoły.

– O, tu będziesz mieszkać – powiedziała, otwierając drzwi pokryte białymi plamami po starych naklejkach. To był oczywiście pokój, który leżał w najdalszej części korytarza. Z dala od wszystkiego. Zajrzałam do środka. Po czym natychmiast cofnęłam głowę, bo serce właśnie podskoczyło mi do gardła. W moim pokoju była prawdziwa wiedźma, a ja się tak wystraszyłam, że omal nie umarłam.

– O, Merethe też się spóźnia na piłkę – powiedziała Lone. A ja musiałam sprowadzić moje serce na właściwe miejsce i jeszcze raz zajrzeć do pokoju.

To BYŁA wiedźma. Bez wątpienia. Ale przynajmniej w moim wieku. Miała na sobie olbrzymią czarną, koronkową spódnicę i spiczaste, czarne buty na obcasach, zupełnie nie nadające się do gry w piłkę. Miała także czarną bluzkę z rękawami nietoperza, masę srebrnej biżuterii i długie czarne paznokcie. Jej włosy były kruczoczarne i tworzyły nieuładzony gąszcz wokół jej białej jak papier twarzy z kontrastującą czerwoną szminką na ustach. Miała nienaturalnie zielone oczy (później odkryłam, że to dlatego, że używała kolorowych soczewek kontaktowych) i w pierwszej chwili wydawało mi się, że nosi jakieś idiotyczne okulary w grubych oprawkach, które przy bliższym spojrzeniu okazały się jednak być przesadzoną warstwą cieni do powiek. Wyglądały jak pomalowane sprayem.

Nieznajoma Merethe nie zdążyła się jeszcze rozpakować, mimo że mieszkała tutaj już od kilku dni. Należąca do niej walizka stała otwarta na jednym z łóżek, a jej zawartość zdawała się pełzać po pokoju. Nie było w niej niczego, co kolorem odbiegałoby choć trochę od czerni. Tak jakby spakowała do swojej torby 50 sztuk nocy. Zerknęłam na mamę, która chociaż na chwilę straciła swój przyklejony wyraz twarzy pod tytułem „czyż ta szkoła nie jest wspaniała” i gapiła się na wiedźmę z takim samym przerażeniem, jak ja.

– Cześć. To jest właśnie Merethe… – Lone uśmiechnęła się szeroko do wiedźmy i kontynuowała. – A to jest Emilie, z którą będziesz dzieliła pokój, Merethe.

Wiedźma odwróciła się w moją stronę i rzuciła mi trwające sekundę spojrzenie. Po czym odezwałyśmy się w tym samym momencie:

– Wolę, jak nazywa się mnie Emmy/Rakel.

I obie się uśmiechnęłyśmy. Trochę się uspokoiłam. Być może nie zje mnie razem z butami… jeśli tylko <i>nie</i> zapomnę, żeby nie nazywać jej Merethe.

– Inne dziewczyny są w czteroosobowych pokojach – zwróciła się do mnie Lone. – Ale wy jesteście tylko we dwie. Co oczywiście ma swoje plusy i minusy, mam jednak nadzieję, że się zaprzyjaźnicie… No tak, nie mamy PEŁNEGO obłożenia w tym roku – powiedziała przepraszającym tonem do mojej matki.

 

– Ale przecież może jeszcze ktoś dołączy – odpowiedziała mama. – I znajdą się chętne na dwa łóżka.

– Na to liczymy. Tak się zdarza. – powiedziała Lone i wyglądała, jakby naprawdę w to wierzyła. – Chcecie iść do świetlicy? Mamy tam wywieszony tygodniowy plan zajęć. W tym roku szkolnym czeka nas wiele ciekawych rzeczy, o których będziecie mogły poczytać przy filiżance dobrej kawy – zaproponowała Lone.

Mama z nią poszła, a ja podziękowałam i zostałam. Na pewno będę miała jeszcze okazję, żeby sprawdzić, jak spędzę ten rok. Teraz wolałabym się raczej dowiedzieć, kiedy będę mogła wrócić na weekend do Karleager… Poza tym naprawdę się obawiałam, że eksploduję, jeśli jeszcze raz usłyszę, jak moja matka mówi: „Emmy BĘDZIE zachwycona pobytem tutaj. Czuję to”. Zniknęły więc w korytarzu, paplając o czekającej je kawie.

– Ta cała Lone to jakieś nieporozumienie, co nie? – powiedziała Rakel, która sama sprawiała podobne wrażenie. Ale mimo wszystko jej przytaknęłam.

À propos nieporozumienia, to nasz pokój też pozostawiał wiele do życzenia. Rakel zajęła miejsce na górze piętrowego łóżka przy oknie, z widokiem na wydmy, a jej walizce przypadło miejsce na dole, więc swoje torby wrzuciłam na łóżko w drugim końcu pokoju i wdrapałam się na górę. Twarde jak kamień łóżko groźnie zaskrzypiało. Jego czasy świetności musiały przypadać na lata osiemdziesiąte. Kiedyś oglądałam program o słoniach, które wybierają sekretne miejsce, kiedy czują, że zbliża się ich koniec. Teraz wiem, gdzie lądują stare, zdezelowane meble, zanim się rozpadną. Wyobraziłam sobie szereg starych krzeseł i stołów z trzema nogami zatrzymujących taksówkę i jęczących: „Do Szkoły Teatralnej w Grønnelunden. Szybko”.

W pokoju znajdują się cztery brudne i porysowane biurka, a siedziska krzeseł mają dziury. Na moim biurku ktoś napisał niezmywalnym markerem „Lotte kocha Fiutka Henrika”, a poprzedni mieszkańcy zostawili na ścianach plakaty z beznadziejnymi popowymi zespołami. Najpierw wydawało mi się, że to Rakel je powiesiła, ale kiedy spojrzałam na plakaty, a potem na nią, musiała chyba odczytać moje myśli. To pewnie jakaś szczególna moc, którą mają wiedźmy.

– Nie, nie są moje. Ale kiedy próbowałam je zdjąć, okazało się że farba nieco wyblakła, a na ścianie pozostawał odznaczający się kwadrat. Możemy przywieźć jakieś nowe po powrocie z weekendu.

Patrzyłam na wkurzającego Simona z Yellow Boys. I pomyśleć, że mieszkał tu ktoś, kto go lubił. Może jednak jestem szczęściarą, że mieszkam z wiedźmą z Narni.

– Kiedy dołączasz do tygodnia zapoznawczego? – zapytała. Ale myślę, że nie usłyszała już mojego „jutro”, bo w tym samym czasie krzyknęła – Maaatko. Piłka!

I po chwili zamieniła się w czarny cień na stukających obcasach, przemykający po korytarzu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?