PrawdaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

15

Wpadam do łazienki w ostatniej chwili. Podnoszę klapę i schylam się nad sedesem. Moim żołądkiem wstrząsa kilka razy gwałtowny skurcz, torsje są bardzo intensywne, czuję, jak do oczu napływają mi łzy. Ataki wymiotów nawracają kilkakrotnie, zimny pot występuje mi na czoło. Jak zawsze, gdy wymiotuję, myślę sobie, że umrę, że to się nigdy nie skończy, że po zawartości żołądka wypluję wszystkie wnętrzności, a na końcu duszę i zostanie po mnie tylko pusta powłoka, która osunie się na kafelki niczym gumowa lalka pozbawiona powietrza.

W końcu jest po wszystkim, gramolę się w górę i naciskam spłuczkę. Cała się trzęsę, jest mi straszliwie zimno, ubranie jest wilgotne i klei się do ciała, z ledwością trzymam się na nogach, tak się czujesz, kiedy masz zatrucie.

Rozglądam się. Zalana jasnym światłem dziennym wpadającym przez okno łazienka swoją bielą zaczyna mi nagle przypominać salę operacyjną. Drżąc, próbuję usiąść na krawędzi wanny, potrącam przy tym smukłą fiolkę z płynem do kąpieli, która dzwoniąc, wpada z hałasem do wanny. Ten dźwięk wydaje mi się nienaturalnie wysoki i głośny, trzeszczą mi bębenki, głuchnę na lewe ucho, w końcu zaczynam słyszeć wysoki, piszczący ton. Przyglądam się buteleczce, która toczy się na dnie wanny tam i z powrotem, w końcu się zatrzymuje. Pisk w moim uchu jest coraz głośniejszy, pole widzenia przysłaniają jasne plamki, przez chwilę nic już nie ma sensu. Mój wzrok błądzi bezradnie, próbuję odnaleźć jakiś związek między rzeczami, które dostrzegam. Biel, wszystko jest białe i gładkie. Białe, zimne kafelki. Gładka, biała powierzchnia wanny. Biała umywalka. Biała orchidea, białe ręczniki, białe dozowniki mydła, biała zasłona prysznica. Tylko kilka barwnych akcentów. Smukła butelka, która leży w wannie i wypełniona jest płynem: szafirowoniebieska. Małe okularki z fajką do nurkowania, jaskrawozielone. Maleńka figurka Dartha Vadera z plastiku, głęboka czerń. Kaczuszka do kąpieli, różowa. I ja. Patrzę w dół, na siebie. Mrugam oczami. Na moje opalone nogi, które wystają spod białej sukienki, wiśniowoczerwone paznokcie u nóg. Mrugam. Czuję pod sobą chłodną, gładką powierzchnię, czuję, jak gęsia skórka prostuje wszystkie włoski na moich ramionach, gapię się w kafelki przede mną. Biel miga mi przed oczami. Kapie z kranu, chlup, chlup, chlup, ten odgłos staje się coraz głośniejszy, chlup, chlup, chlup, chlup, ale nie mogę wstać i go dokręcić, muszę siedzieć tu i czekać, aż ustąpią drgawki, mdłości, ogłuszenie. Czuję w nozdrzach lekką woń świecy zapachowej, która stoi na brzegu wanny, zapomniałam, co tak pachnie. Wanilia? Cytryna? Ambra?

Mój puls się powoli uspokaja.

W samochodzie nie wydusiłam z siebie ani słowa. Siedziałam tylko bezradnie, nie mogąc zebrać myśli. Nie mogąc znaleźć rozwiązania mojego problemu.

Leo zauważył, że coś jest nie tak, tulił się do mnie, może był po prostu przejęty tym wszystkim. Jego ojciec. Wszyscy ci obcy ludzie. Fotografowie.

Nie wiedziałam, co należałoby teraz zrobić. Jak powinnam postąpić? Czego ten człowiek ode mnie chce? Czy powinnam doprowadzić do konfrontacji jeszcze w samochodzie? Wyrzucić go za drzwi? Zrobić scenę? Ale jak mogłabym to zrobić w obecności Leo, któremu wbiłam do głowy, że wraca tata, że tatuś ma za sobą bardzo trudny czas, że powinniśmy być dla niego bardzo dobrzy i wyrozumiali? Źle było nic nie zrobić, ale źle było też powiedzieć cokolwiek w obecności Leo. Nie wiedziałam po prostu, jak mam postąpić.

Ach, pomyślałam, no tak.

A więc to takie uczucie, gdy jest się w szoku.

Przymuszam się do uspokojenia oddechu. Wdech i wydech, tylko spokojnie. Kilka chwil tak siedzę, potem przypomina mi się nagle jedna z rozmów z Hansenem. Spytałam go, czy mogłabym porozmawiać z moim mężem jeszcze przed jego przybyciem do Hamburga, przez Skype’a albo przez telefon. Hansen obiecał, że się tym zajmie i się do mnie odezwie, tak też zrobił. Wyraźnie zakłopotany poinformował mnie, że mój mąż nie życzy sobie wcześniejszej rozmowy ani przez telefon, ani przez Skype’a. Ponadto Philipp nie chce, abym brała ze sobą na lotnisko naszego syna, i będzie wdzięczny, jeśli ulokuję dziecko na parę dni poza domem. Na przykład u przyjaciół.

Ta odmowa była dla mnie prawdziwym szokiem. Po tylu latach Philipp nie chciałby porozmawiać ze mną tak szybko, jak to możliwe? I nie chciał zobaczyć syna? To było do niego zupełnie niepodobne. Co to, do jasnej cholery, miało znaczyć?! Z drugiej strony, myślałam tknięta złym przeczuciem, przez siedem lat mogło się wydarzyć to i owo. Nikt nie wiedział tego tak dobrze jak ja. Co mogło więc się kryć za jego odmową? Postanowiłam spełnić jego życzenia tylko w połowie, zabrałam wprawdzie Leo na lotnisko, ale zaraz potem oddałam go pod opiekę Miriam. Nigdy nie znosiłam, gdy ktoś wydawał mi polecenia.

Nie mogłam pojąć, dlaczego mój mąż miałby się zachowywać w ten sposób, dlaczego nie zgodził się nawet na to, by porozmawiać ze mną przez telefon, po tylu latach, ale teraz wszystko było już dla mnie jasne: nie chciał wzbudzić zawczasu moich podejrzeń, ten obcy.

Chciał wziąć mnie na lotnisku z zaskoczenia. Działać metodą faktów dokonanych.

I doskonale mu się to udało.

Jestem tak bardzo na siebie wściekła, że niemal wychodzę z siebie. Jak to się mogło stać, że nie wywalczyłam sobie posłuchu natychmiast, od razu na miejscu? Od kiedy jesteś cichą, małą dziewczynką, Sarah, hm? Weź się w garść, myślę sobie. To co, że twój świat rozpadł się właśnie na tysiąc większych i mniejszych kawałków. Nikt ich za ciebie nie pozamiata i nie zbuduje ci nowego. To twoje zadanie. Więc koniec biadolenia. Wstawaj! Zrób coś!

Wstaję. Podchodzę do umywalki. Płuczę usta, przemywam twarz zimną wodą, wycieram się.

Dobra. A teraz się zastanów!

Zastanawiam się, chociaż moja głowa reaguje bardzo ociężale i szczękam zębami. Wczoraj miał wrócić do domu mój mąż, mój ukochany ponad wszystko mąż, zamiast niego na pokładzie samolotu przyleciał obcy mężczyzna. Nie udało mi się zdemaskować go od razu na lotnisku, wsadzono mnie razem z nim do samochodu. Zawieziono do domu. Gdzie teraz jestem. Odzyskałam zdolność działania, odzyskałam kontrolę nad sobą.

Muszę zadzwonić na policję.

Natychmiast.

Nie mam pojęcia, co planuje ten obcy.

Czego ode mnie chce?

A czego może chcieć?

Odwracam się, kładę dłoń na klamce – gdy nagle to słyszę. Kroki.

Czuję, jak moje serce się kurczy i twardnieje ze strachu.

Gdy wbiegałam do domu, z dłonią przyciśniętą do ust, z trudem starając się powstrzymać wymioty, nie zaszczyciwszy obcego, który został w samochodzie, nawet spojrzeniem – czy zamknęłam za sobą drzwi na klucz?

Przełykam ślinę.

Obcy jest w domu.

16

Przez uchylone okno w łazience dobiega świergot ptaków, mój wzrok wędruje na zewnątrz. Intensywna zieleń kasztanowców połyskuje w słońcu, odznacza się na tle ciemnego błękitu nieba. Niedługo zaczną zrzucać na głowy przechodniów swoje owoce niczym małe bomby. Matki, które jeszcze pomagają swoim dzieciom w pracach ręcznych, będą robić z nich ludziki, by potem pozwolić córkom i synom lecieć na trening piłki nożnej albo pograć na konsoli – ja tak samo. Jest niemal tak, jakby ta idylla szydziła mi prosto w twarz. Ale co ja sobie właściwie wyobrażałam? Że cały świat na zewnątrz przestanie się kręcić tylko dlatego, że mój mały świat się zawalił? Odwracam oczy.

Jesteśmy sami, ten obcy i ja. Instynktownie szukam ręką komórki, którą zawsze noszę w kieszeni spodni – ale letnia sukienka nie ma kieszeni, więc telefon jest prawdopodobnie w torebce, którą rzuciłam na podłogę gdzieś w korytarzu. Przeklinam cicho. Jeśli chcę do kogoś zadzwonić, wezwać pomoc, to muszę stąd wyjść. Muszę wyjść do niego. Cholera! Siadam na klapie sedesu, chowam twarz w dłoniach. Żałuję, że pojechałam na lotnisko sama, że nie było przy mnie nikogo. Dlaczego Johann musi akurat teraz być za granicą? Mija parę minut, za drzwiami łazienki panuje cisza, ale ja wiem, że on tam jest. Przeczesuję dłonią włosy, moje palce drżą. Nie mogę siedzieć tu wiecznie.

Wstawaj! – mówię w myślach i wstaję. Liczę po cichu do trzech.

Otwórz drzwi – dodaję w myślach.

Otwieram drzwi łazienki – obcy stoi bezpośrednio przede mną i przygląda mi się tymi swoimi dziwnymi, ciemnymi oczami.

Uśmiecha się.

Jego uśmiech wygląda jak rozwarta brzytwa.

Staje się dla mnie jasne, że znalazłam się w pułapce. Pozostaje mi tylko ucieczka do przodu. Wściekłość przezwycięża strach, robię krok w kierunku mężczyzny, to mój dom. Ma spuszczoną głowę, widać jakieś przyczajenie w układzie jego ciała. Mimo uśmiechu sprawia wrażenie spiętego. Jest bez marynarki, którą miał na sobie na lotnisku i w samochodzie, widać teraz jego opalone przedramiona. Krótki zarost na twarzy obcego nie jest całkiem nierównomierny, widzę pod nim pracujące mięśnie szczęki.

– Kim pan jest? – pytam.

– Kim pani jest? – odpowiada obcy jak echo.

Patrzę na niego z irytacją.

– Czego pan ode mnie chce? – rzucam.

– Czego pani ode mnie chce? – powtarza obcy.

To wytrąca mnie z równowagi. Doskonale imituje ton mojego głosu.

– Co pan robi w moim domu?

– Co pani robi w moim domu? – odpowiada.

– Precz stąd! – wrzeszczę.

– Precz stąd! – krzyczy obcy.

Zszokowana robię krok w tył. To szaleniec!

– Kim pan do diabła jest? – pytam, niemal szeptem.

Obcy unosi brwi w udawanym zdziwieniu, w przesadnym pantomimicznym geście łapie się za pierś, jakby chciał powiedzieć: „Kto, ja?”. Otwiera usta, zamyka je na powrót, jakby był zdziwiony, wręcz zszokowany, kręci teatralnie głową.

– Ale to przecież ja, Philipp, twój mąż! – mówi w końcu.

Kąciki jego ust drgają lekko. W jego oczach połyskuje szyderstwo. Ta sytuacja go bawi.

Moje ciało jest jak odrętwiałe. Czy to sen? Nie, to nie sen, to się dzieje naprawdę.

– Co to ma znaczyć? – mówię głucho.

 

Na jego twarz wkrada się szyderczy uśmieszek, nawet się nie stara go ukryć.

– Czy to nie oczywiste? – pyta. – Jestem z Secret Service, przeszedłem x operacji plastycznych, żebym mógł od biedy udawać pani męża. Nos, czoło, wargi – wszystko nowe. Jak się pani dokładnie przyjrzy, dostrzeże pani jeszcze blizny. Philipp Petersen to moja nowa tożsamość. Mógłbym nawet zdradzić pani moje prawdziwe nazwisko. Ale wtedy naturalnie musiałbym panią zabić.

Śmieje mi się prosto w twarz.

Cofam się z odrazą o pół kroku.

A potem moja prawa ręka unosi się niemal bez udziału woli i wymierza obcemu siarczysty policzek.

– Gdzie jest mój mąż? – słyszę mój własny krzyk. – Gdzie jest Philipp, co pan z nim zrobił?

Obcy trzyma się za policzek, fałszywy uśmieszek znikł z jego twarzy.

Błyskawicznym ruchem łapie mnie za ramię, próbuję się wyrwać, nie mam najmniejszych szans. Przyciąga mnie do siebie, patrzy mi prosto w twarz.

– Żeby to było ostatni raz – mówi, potem nagle mnie puszcza, zataczam się bezsilnie, niemal pokonana, ale on syczy coś jeszcze przez zęby w moją stronę, coś, co doprowadza mnie na skraj obłędu:

– To przecież ja, Philipp, twój ukochany mąż.

– Precz z mojego domu! – wrzeszczę, wymierzając mu cios prosto w pierś, który sprawia, że na moment się zachwiał. – Precz stąd!

Chwytam go za ramię, wlokę do drzwi, z całej siły, sapię, do oczu napływają mi łzy, z wysiłku i z nienawiści, stawia opór, wyrywa się. Staję, łapiąc powietrze. To nie może być prawda!

– Proszę wyjść! – krzyczę. – Nie wierzy pan chyba, że to się panu uda!

Może nie jestem w stanie wyrzucić go o własnych siłach, ale wykurzę go z tego domu, choćby nie wiem co.

On tylko na mnie patrzy. Zupełnie spokojny i rozluźniony. Teraz nagle nie sprawia już wrażenia wariata, lecz kogoś, kto dokładnie wie, co robi. Rozkłada w milczeniu ramiona, jakby chciał powiedzieć: już mi się udało.

Myślę o lotnisku. O tych wszystkich ludziach, fotografach prasowych. Myślę o jutrzejszych gazetach. Będzie można zobaczyć w nich zdjęcie, na którym obcy trzyma na rękach mojego syna. I pod tym nazwiskiem stoi nazwisko Philippa. Myślę o mnie samej, jak otaczają mnie dziennikarze. Jak pozwalam na to, by obcy mnie objął, jak wypowiadam to jedno fatalne zdanie: „Dobrze, że wróciłeś”.

Cholera. Cholera. Cholera.

Wymijam go, torując sobie drogę do pokoju, gdzie jest telefon, jestem nastawiona na to, że stanie mi na drodze, że będzie próbował mnie zatrzymać, że mnie fizycznie zaatakuje – nic takiego się nie dzieje. I oto stoję już przy telefonie, biorę go do ręki, słyszę, że oszust przyszedł tu za mną.

– Nie robiłbym tego – mówi ze spokojem.

Przez chwilę zastanawiam się, czy nie zadzwonić pod 110. Potem jednak przychodzi mi na myśl, co spotyka prominentne rodziny, które dzwonią na policję: o wszystkim dowiaduje się prasa. Mnie potrzebne jest rozwiązanie dyskretne, przede wszystkim ze względu na Leo. Co robić, co mam teraz zrobić?

Tak mocno przyciskam słuchawkę do ucha, że aż boli, ale nic nie słyszę. Nie ma sygnału. Podnoszę wzrok. Oszust trzyma w ręku kabel. Wyciągnął wtyczkę.

Stoimy naprzeciw siebie jak uczestnicy pojedynku. Przez okno za jego plecami mogę zobaczyć ogród sąsiadów. Widzę cztery kruki pląsające po trawie. Przypominam sobie, jak babcia powiedziała mi kiedyś, że nie znosi kruków, bo to ptaki śmierci, i jak moja matka odpowiedziała wtedy, że to bzdura, ale ona też ich nie lubi, bo odstraszają mniejsze śpiewające ptaki, niedługo w ogóle już nie będzie sikorek ani rudzików, ani kowalików, tylko kruki i wrony. Miałam wtedy mniej więcej tyle lat, ile Leo teraz, i bardzo lubiłam sikorki i rudziki. Pozwalano mi karmić je zimą. Więc zaczęłam wtedy obrzucać kruki kamieniami, żeby je przepędzić, aż moja matka powiedziała mi, żebym przestała.

Kruki wydają z siebie gardłowe dźwięki. Skąd one się tu właściwie tak nagle wzięły? Roztrzęsiona odrywam od nich wzrok.

Ogarnia mnie panika, gdy obcy robi krok w moim kierunku, jesteśmy sami w wielkim domu, a ja nic nie wiem o tym człowieku, nic. Tylko tyle, że jest najwyraźniej bardzo inteligentny i bezwzględny. Moje spojrzenie błądzi po pokoju – szukam jakiegoś narzędzia, które mogłoby posłużyć mi do obrony – i zatrzymuje się na wielkim oknie, za którym widać ogród. Okno jest tylko lekko uchylone, słyszę kosiarkę do trawy i śmiech dzieci. To wszystko robi tak surrealistyczne wrażenie, ja tu w środku z tym typem, a na zewnątrz normalny, piękny, letni dzień.

– Ostrzegam pana – mówię. – Jeśli podejdzie pan bliżej, zacznę krzyczeć i postawię na nogi całą okolicę. Sąsiedzi szybciej zadzwonią na policję, niż zdąży pan policzyć do trzech.

Mój głos drży, nie wiem, czy ze złości, czy ze strachu. Skłamałam, tam na zewnątrz mogła być najwyżej moja stara sąsiadka i kilkoro dzieci. Sąsiedzi po lewej wyjechali. A kosiarka pani Theis straszliwie rzęzi.

– I tego byś chciała? – pyta, podchodząc krok bliżej. – Policji w domu?

– Ostrzegam pana – powtarzam, bardziej, żeby sobie samej dodać odwagi, niż z wiary, że to odniesie jakiś skutek. Mężczyzna wpatruje się we mnie. Kręci głową, długo, raz po raz, przypomina mi trochę tego słonia z chorobą sierocą w zoo. Pomijając fakt, jak smutny widok sobą prezentował – nie był niebezpieczny. Szukam jakiegoś wyjścia. Muszę się stąd wydostać, to nie ulega wątpliwości.

Robi krok w moją stronę. Ja cofam się o krok. On robi kolejny krok.

– Gdyby był pan moim mężem, nie miałby pan powodów do obaw, jeśli chciałabym zatelefonować – oświadczam w desperacji.

Wybucha śmiechem, zatrzymuje się. Zdaje się zastanawiać.

Długie sekundy.

Nasze spojrzenia się spotykają, znowu te iskierki rozbawienia w jego oczach.

– Spoglądam w moją kryształową kulę – mówi obcy wysokim, drżącym głosem, wykonując w powietrzu magiczne gesty niczym stara wróżka. – Przyszłość jest zamazana, mocno zamazana – ciągnie. – Lecz och! Mgła się rozwiewa! Tak! Coś widzę! I kula mówi, że ty… – Mruży oczy, jakby chciał dostrzec rozmazany obraz. – Tak! – woła dramatycznym tonem. – Kula mówi mi, że nie zadzwonisz na policję.

Opuszcza ręce z lekkim skinieniem głowy. W pierwszej chwili nie pojmuję. Powoli, bardzo powoli, jakby sprawiało mu to ból, kuca. Potem rozlega się ciche kliknięcie i uświadamiam sobie, że włożył na powrót do kontaktu wtyczkę kabla telefonicznego. Obcy znowu się wyprostowuje, kieruje ku mnie spojrzenie. Spokojne, pewne siebie, niemal szydercze. Wyzywające. Jakby mówił: „Dobra. Teraz twój ruch”.

W podświadomości czuję jakieś poruszenie.

Obcy patrzy na mnie swoimi ciemnymi oczami. Trwa to sekundę, dwie, całą wieczność.

– Tak myślałem – mówi w końcu.

OBCY

Funkcjonować.

Robić to, co trzeba zrobić.

Jestem zaciśnięty jak pięść. Wszystko, co nie jest w tej sytuacji przydatne, zatrzymuję w środku.

W tym stanie nic i nikt nie ma ze mną szans.

Funkcjonuję. Funkcjonuję.

Zawsze.

17

Ten obcy jest jak pieczenie skóry. Jak swędzenie pod gipsem, w miejscu, do którego nie da się sięgnąć. Stoję w środku pokoju. On naprzeciwko mnie. Nie patrzymy na siebie bezpośrednio, ale nie spuszczamy się też zupełnie z oka.

Mój wzrok spoczywa na oprawionym w ramy sztychu z żaglowcem, prezencie od Constanze dla mnie i dla Philippa, wiszącym teraz w salonie. Nigdy go nie lubiłam i teraz pewnie pierwszy raz tak intensywnie mu się przyglądam. Stanowi dla mnie jakiś punkt zaczepienia w tej absolutnie nierzeczywistej sytuacji.

Jest już późne popołudnie, wcześniej wykonałam kilka nerwowych telefonów. Przerażenie całą sytuacją jeszcze się spotęgowało. To nie będzie wcale takie łatwe, pozbyć się fałszywego Philippa, to było już dla mnie jasne. Szczególnie po tym, jak sama na oczach kamer uznałam w nim własnego męża. Bernardy, członek sztabu kryzysowego, z którym wczoraj zamieniłam kilka słów, po prostu mnie spławił. Oczywiście, że tożsamość Philippa została dogłębnie sprawdzona. Ale jeśli mimo to mam jakieś wątpliwości, to znajdzie czas na spotkanie ze mną w przyszłym tygodniu.

Wątpliwości – tak naprawdę powiedział. Wątpliwości. Jakby szło tu o coś zupełnie nieistotnego, a nie o śmierć i życie. Hansen kazał powiedzieć, że go nie ma, a może rzeczywiście go nie było.

I oto teraz stoimy, obcy i ja, i milczymy, podczas gdy ja zastanawiam się, jak będą wyglądać moje kolejne kroki. Naturalnie nie chcę policji w moim domu. Nie jesteśmy prawdziwymi celebrytami – ale jesteśmy bogaci i nie chciałabym, żeby prasa zwietrzyła coś, z czego mogłaby zrobić skandal i żerować na nim.

Jest upalne popołudnie, pełnia lata, ja jednak mam gęsią skórkę. Zaciskam mocno zęby, żeby nimi nie szczękać. Wiązka promieni słonecznych wędruje leniwie przez szyby i ląduje na parkiecie. Patrzę na drobinki kurzu, które tańczą w świetle słońca jak elfy na leśnej polanie. Wolę się przyglądać im, niż patrzeć na obcego. Ta twarz, w której tkwią niepokojące oczy, jest w dziwny sposób piękna. Kto wie, co dzieje się w tej głowie, kto wie, czego te oczy się naoglądały. Cieszę się, że Leo nie ma w domu.

– Muszę usiąść – mówi mężczyzna, wyrywając mnie z rozmyślań.

Z irytacją przyglądam się, jak powoli, ostrożnie sunie przez pokój ku kanapie. Patrzy przy tym na mnie jak na zalęknione dziecko, którego nie chce jeszcze bardziej wystraszyć. W końcu opada na kanapę. Denerwuje mnie to, normalnie na tej kanapie leżę ja z Leo, oglądamy kreskówki albo filmy dokumentalne o meteorytach i dinozaurach. Obok sofy stoi bagaż, który obcy miał ze sobą. Średniej wielkości torba podróżna z ciemnobrązowej skóry, która naprawdę pomieścić mogła tylko to, co najpotrzebniejsze.

W zasadzie postanowiłam sobie, że nie będę z nim więcej rozmawiać, ale nie umiem się opanować.

– Czego pan ode mnie właściwie chce? Niech pan wreszcie powie – wyrywa mi się. – Hm? Co to ma znaczyć? Uważa pan, że to jest śmieszne?

Mruga oczami.

– W tej sytuacji nic nie wydaje mi się śmieszne, Sarah, wierz mi – odpowiada w końcu.

Do szału doprowadza mnie sposób, w jaki wypowiada moje imię. Jakby sam fakt, że konsekwentnie zwraca się do mnie po imieniu, miał nas w jakikolwiek sposób do siebie zbliżać. Napełnia mnie to odrazą. Poza tym Philipp praktycznie nigdy nie mówił do mnie po imieniu, ale obcy nie może oczywiście tego wiedzieć. Wpatrujemy się w siebie. Nie wiem, czemu on brnie w te szarady, przecież to, że mnie nie zwiedzie, powinno być dla niego absolutnie jasne. Może to strach, że zostanie przeze mnie w jakiś sposób zdemaskowany, jeśli choć na sekundę wypadnie z roli. Może się boi, że go potajemnie nagrywam? Albo że ktoś mógłby go przypadkiem usłyszeć. Znowu zapada milczenie, ja w tym czasie próbuję ułożyć sobie w głowie jakiś plan. Czuję na sobie ciężar spojrzenia obcego.

Wreszcie wstaje.

– No dobra – mówi. – Baw się dobrze, robiąc te kawały przez telefon.

Bierze swoją torbę i znika w kuchni.

Stoję cichutko i nasłuchuję. Słyszę jego oddalające się kroki, zaraz potem zatrzaskujące się drzwi. Może powinnam za nim iść, ale ciało odmawia mi posłuszeństwa, czuję po prostu ulgę, że nie jestem już razem z nim w jednym pokoju. Serce wali mi w piersi, a potem moja tunelowa perspektywa nagle się rozszerza. Stoję w salonie, mrugam oczami. Tu kremowa kanapa z kremową poduszką na plamie po kakao, na tej kanapie siedzę często wieczorami z Leo. Tam fotel do czytania, obok drzewko pomarańczowe, które akurat kwitnie, wydając upojną woń, tam telewizor, zestaw stereo, regał z płytami Philippa, obok moje półki na książki. Tam parapet, zdjęcia rodzinne w ramkach, Leo, Philipp i ja. Szczypię się, robiąc to, wiem, że to strasznie głupie, czuję ból w ramieniu, wprawdzie jakby po znieczuleniu, ale jednak go czuję, tak jak podłogę pod stopami. To wszystko jest rzeczywiste, to naprawdę się wydarza, to nie jest jeden z moich koszmarów, nie ma drzwi, za którymi czai się groza, nie ma łomotu, żadnej zmory siedzącej mi na piersiach i spijającej mój oddech, nie obudzę się za chwilę z klejącymi się oczami, ale z uczuciem wielkiej ulgi. Nikt mnie nie obudzi. To dzieje się naprawdę, wszystko zależy tylko ode mnie.

Wreszcie mogę się zastanowić poza zasięgiem wzroku obcego śledzącego każdy mój ruch. I od razu przychodzi mi do głowy rozwiązanie.

Nie mogę oczekiwać pomocy od Bernardy’ego i Hansena, teraz już to wiem, ale co z tą wysoką blondynką, która na lotnisku dała mi swoją wizytówkę? Wygrzebuję z torebki ten niewielki kartonik. Widać na nim tylko jej nazwisko, Barbara Petry, i numer telefonu, jedno i drugie prostą, czarną jak smoła czcionką. Wykręcam numer, wstrzymuję oddech. Odbiera po drugim sygnale.

– Barbara Petry.

– Halo, tu Sarah Petersen.

– Pani Petersen! – W jej głosie słychać zaskoczenie, pewnie powinnam trwać teraz w radosnym uniesieniu wywołanym powrotem męża, a nie zawracać jej głowę telefonami. – Jak mogę pani pomóc? – dorzuca.

 

Muszę przełknąć ślinę, wręcz boli mnie gardło, tak jest suche.

– Potrzebuję bardzo pilnie pomocy z pani strony – mówię. – Czy mogłaby pani wpaść do mnie na chwilę?

– Czy coś się stało?

Jak mam jej to powiedzieć, by potraktowała mnie poważnie?

– Wiem, że to brzmi idiotycznie – mówię. – Ale ten mężczyzna, którego pani i wszyscy inni biorą za Philippa, to nie jest Philipp Petersen. Nie wiem, kto to jest, ale to nie jest mój mąż.

W telefonie zapada na chwilę cisza. Spodziewam się, że zapyta, co się dzieje.

– Już jadę – mówi zamiast tego.

Dziękuję jej, czuję, jak do oczu napływają mi łzy ulgi, mrugam, żeby je odpędzić.

– Ależ oczywiście – mówi Petry. – Po to tu jestem.

Daje się słyszeć trzask, zaraz potem sygnał zajętości.

Siadam na sofie i przyglądam się żaglowcowi w ramkach. Widzę niemal, jak statek porusza się na falach. Zamykam na moment oczy.

Od razu mam w uszach krzyki fotografów. „Panie Petersen! Panie Petersen!” A potem głos Hansena. „Pani Petersen? Wszystko w porządku?”

Moje myśli dryfują w nieokreślonym kierunku i przypominam sobie, że Philipp mówił do mnie „pani Petersen” zawsze wtedy, gdy go czymś zdenerwowałam, gdy jego zdaniem byłam znowu zbyt surowa lub zbyt poważna. Mnie za każdym razem doprowadzało to do szału, nie lubiłam mojego nowego nazwiska, nie potrafiłam się do końca przyzwyczaić do tego, że będę się teraz nazywać tak jak rodzice Philippa – nie jak moi. W kwestii, czy powinniśmy mieć wspólne nazwisko, długo nie mogliśmy dojść do porozumienia. Przed weselem spieraliśmy się całymi nocami, prowadziliśmy długie dyskusje przy czerwonym winie i pizzy z kartonu. W końcu Philipp zaproponował, żebyśmy zagrali w papier, kamień, nożyce. Zawsze tak robiliśmy, gdy w jakiejś sprawie absolutnie nie mogliśmy się dogadać. Postąpimy tak samo, postanowiliśmy sobie, także nadając imiona dzieciom, bo Philipp w żaden sposób nie dawał się odwieść od Artura dla chłopca i Lindy dla dziewczynki, mnie natomiast podobały się imiona Leo i Amelie. W każdym razie zagraliśmy o moje panieńskie nazwisko i przegrałam. Nigdy nie umiałam przegrywać.

Przypomina mi się jedna z naszych wycieczek nad Morze Północne. Byłam wtedy w zaawansowanej ciąży. Siedzieliśmy na ręczniku rozłożonym na piasku, pachniało kremem do opalania i morzem, kłóciliśmy się o jakieś bzdury. W końcu Philipp uniósł ręce w geście kapitulacji i powiedział:

– Okej. Masz rację, pani Petersen. Już się nie kłóćmy.

– Widzisz? – odpowiedziałam, bo teraz dopiero sprowokował mnie do prawdziwej kłótni. – To właśnie jedna z tych rzeczy. To nazwisko.

Philipp jęknął.

– Sarah, naprawdę? Znowu ten temat? Nie mogę pojąć, że wciąż jeszcze mi to wyrzucasz. Losowaliśmy i przegrałaś. Czy musimy ciągle od nowa do tego wracać?

– W pewnym sensie mnie oszukałeś – mówię.

– Okej, teraz to już naprawdę się ośmieszasz. W tej grze nie da się oszukiwać, na tym polega cały jej urok.

– No jasne – mówię z ironią. – Oczywiście.

– Myślisz, że mógłbym coś takiego zrobić? – spytał, szczerze oburzony.

– Wiesz co, ty jesteś po prostu przyzwyczajony, że zawsze dostajesz to, czego chcesz. Prawdopodobnie to nawet nie jest twoja wina.

– Co przez to rozumiesz?

Nic nie odpowiedziałam.

I postanowiłam, że mój syn na pewno będzie miał na imię Leo.

Najchętniej zostałabym już tam na zawsze, w tym wspomnieniu o dniu nad Morzem Północnym, kłótnia czy nie kłótnia. Ale muszę stawić czoło rzeczywistości.

Może nie powinnam tu tak siedzieć, tylko iść poszukać mojego męża, który nie jest moim mężem, ale kręci się gdzieś po moim domu. Nie, myślę sobie. Żadnych nieprzemyślanych ruchów. Nie mam pojęcia, czego ten obcy ode mnie chce, niedługo i tak to już nie będzie mój problem. Muszę wytrzymać, jeszcze tylko trochę. Tylko do momentu, aż dotrze tu Barbara Petry. Do tego czasu będę po prostu siedzieć tu, gdzie siedzę, i nie ruszać się z miejsca.

Nie wiem, jak długo już gapię się na tę ścianę i czekam. Obcy nie daje znaku życia. W końcu całe moje ciało zaczyna wibrować z niecierpliwości. Nie wytrzymam tego dłużej.

Dokąd on poszedł?

OBCY

Kobieta jest w pokoju obok.

Telefonuje. Odczekam chwilę.

Chłopca tu nie ma.

To dobrze.

Jestem w kuchni.

Wypijam szklankę wody.

Biorę jedzenie z lodówki.

Nie czuję głodu, jem mimo to.

Żuję. Połykam. Funkcjonuję.

Droga była długa. Ale teraz jestem tutaj. Mogę działać. Zbadać wszystko dogłębnie.

Czuję się silny.

Cokolwiek zrobi ta kobieta, nie odwiedzie mnie od mojego planu.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora