PrawdaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

11

Stoję nago przed lustrem i próbuję ocenić obiektywnie swój wygląd.

Kobieta w lustrze nie jest ani wysoka, ani niska. Jest szczupła, ma krótkie włosy, które nadają jej chłopięcy wygląd, sprawiają, że wydaje się młodsza. Jej skóra jest opalona. Ma małe piersi. Na lewym biodrze ma maleńki, jakby nieco rozmazany tatuaż. Małego motyla. Jej spojrzenie wydaje się trochę niepewne.

Próbuję ustalić, co się we mnie zmieniło w ciągu ostatnich lat.

Czy nadal jestem tą kobietą, którą zachował w pamięci Philipp?

Czy się zestarzałam?

Jak bardzo się zestarzałam?

Nie znajduję odpowiedzi na te pytania. I w ogóle, jaki ma sens łamać sobie tym głowę.

Philipp powiedział mi raz – to było krótko przed jego zniknięciem – że właściwie nie wierzy w miłość. Mogłoby jej w ogóle nie być. Nie mam pojęcia, jak zeszliśmy na ten temat. Ale pamiętam, że patrzyłam wtedy na niego, marszcząc brwi.

– Kiedy jesteśmy przekonani, że kochamy innego człowieka, to czy rzeczywiście kochamy tę drugą osobę? – pytał Philipp. – A może kochamy jedynie to poczucie, które ten ktoś nam daje.

Przewracam oczami.

– Oczywiście, że miłość istnieje – mówię.

– Ale jeśli miłość istnieje – odpowiada Philipp z grymasem zadowolenia na twarzy, jakbym zgodnie z jego oczekiwaniami wpadła właśnie w zastawione sidła – to jak moglibyśmy kiedykolwiek przestać kochać? Jeśli nie jest to tylko poczucie, które daje nam dany człowiek, lecz sam człowiek byłby tym, co kochamy… to jak moglibyśmy kiedykolwiek przestać go kochać?

Nie miałam odpowiedzi na to pytanie. Wtedy Philipp roześmiał się i gestem ręki dał do zrozumienia, że ten eksperyment myślowy uznaje za zamknięty, jednak ja od tamtej pory często o tym myślałam.

Odrywam wzrok od lustra i ubieram się. Jest środek lata, więc wkładam na siebie luźną, przewiewną sukienkę i sandały na półszpilkach. Ponownie rzucam krótkie spojrzenie w lustro. W tej białej letniej sukience wyglądam trochę jak panna młoda, brakuje tylko welonu. Podekscytowana jak młoda, nieśmiała narzeczona, która zadaje sobie pytanie, co czeka ją tam, po drugiej stronie. Na progu nowego życia.

12

Suniemy przez miasto SUV-em, którego wnętrze klimatyzacja schłodziła do nieludzkiej temperatury. Marznę w mojej białej letniej sukience, szczękam cicho zębami. Hansen z Ministerstwa Spraw Zagranicznych wygląda dokładnie tak, jak go sobie wyobrażałam. Wysoki, szczupły, elegancki, koło pięćdziesiątki, wąskie okulary. Kierowca ma na sobie ciemny garnitur i lustrzane okulary słoneczne, i gdy tak na niego patrzę, mam wrażenie, że wyjęto go żywcem z jakiegoś hollywoodzkiego filmu.

Jedziemy w milczeniu. Wczoraj odbyłam jeszcze jedną krótką rozmowę telefoniczną z Hansenem, ale niewiele więcej się dowiedziałam. Tak, Philipp został w Kolumbii uprowadzony. Nie, nie wiadomo, dlaczego nie było żądań ani prób przekazania okupu. Prawdopodobnie nie udało się nawiązać kontaktu z porywaczami. Możliwe, że porywacze spanikowali. Tak, to będzie oczywiście przedmiotem śledztwa. Tak, nasi południowoamerykańscy koledzy intensywnie nad tym pracują. Tak, osoby, które są za to odpowiedzialne, zostaną pociągnięte do odpowiedzialności. Tak, Philipp jest teraz bezpieczny. Tak, jego stan zdrowia jest zadowalający, ale rzecz jasna te przeżycia odcisnęły swój ślad. Także w psychice. Ależ nie, nie musi się już niczego obawiać. Tak, to istny cud.

Hansen ostrzegł mnie ponadto, że oczywiście na miejscu będzie cały tłum dziennikarzy i fotografów. Biedny Philipp, myślę sobie. Zawsze skutecznie unikał prasy, szczerze nienawidził fotografowania i odpytywania. Firmowe przyjęcia i konferencje prasowe z zasady delegował na współpracowników. Jeśli wierzyć mojej teściowej, już jako dziecko nie lubił kamer. Mnie bardzo odpowiadało, że Philipp nie chce być postacią publiczną. Że nie ma zdjęć, na których ze sztucznym uśmiechem ściska ręce polityków i inwestorów. Że ważna dla niego byłam w zasadzie tylko ja i jego praca. Czy teraz będzie inaczej? Czy nas osaczą, będą nas analizować, rozkładać na czynniki pierwsze?

Czuję, że Leo szuka mojej dłoni. Patrzy przez okno. Tylko my dwoje. Już nie pamiętam, kiedy było inaczej. Może powinnam nacieszyć się tym jeszcze przez tych parę chwil, które nam zostały.

I wtem niczym fatamorgana wyłania się przed nami hamburskie lotnisko. Jesteśmy na miejscu.

13

Czasami mam wrażenie, że świat to tylko teatralne dekoracje. Wchodzimy na płytę lotniska, diabeł jeden wie, jak Hansenowi udało się uzyskać na to pozwolenie. Niewielka prywatna maszyna z Philippem i towarzyszącą mu ekipą na pokładzie wyląduje z dala od normalnego ruchu wielkich linii lotniczych. Wszyscy są spoceni, ja natomiast marznę. Przeciągam ręką po swoich krótkich włosach. Leo podskakuje obok podekscytowany. Kocha samoloty. Mimo całego napięcia widok ten sprawia, że się uśmiecham. Jestem wdzięczna za to, że mogę śledzić lądowanie samolotu z tego miejsca, staram się, jak potrafię, ignorować fakt, że poza nami na płycie lotniska swoje pozycje zajął dobry tuzin przedstawicieli prasy. To wszystko nie ma znaczenia, to wszystko nie ma znaczenia.

Powtarzam w myślach zdania, które sobie wcześniej obmyśliłam. Nagle jednak, tu i teraz, zaczynają brzmieć fałszywie, sztucznie, niczym frazy jakiegoś monologu. Ale co innego miałabym powiedzieć? Myślę o mojej porannej rozmowie z Leo i postanawiam, że pójdę za własną intuicją i będę mówić po prostu to, co czuję.

„Dobrze, że wróciłeś” – powtarzam.

Tak. To brzmi właściwie.

„Dobrze, że wróciłeś”.

Powtarzam bezgłośnie to zdanie niczym mantrę, która ma przynosić szczęście.

– Wszystko w porządku? – pyta Hansen, a ja kiwam głową.

Nie wiem, dlaczego w ostatnich dniach wszyscy mnie ciągle o to pytają. Miriam, Martin, pani Theis, nawet Leo. Mój mąż żyje! Oczywiście, że wszystko w porządku!

Stoimy tak w milczeniu, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Tam – mówi Hansen, który stoi tuż obok, i wskazuje na niebo.

Podążam za jego wzrokiem i widzę samolot podchodzący do lądowania.

Biorę mojego syna za rękę, wspólnie wpatrujemy się w nadlatującą maszynę.

„Dobrze, że wróciłeś” – myślę, gdy samolot zaczyna lądować.

Dotyka kołami ziemi, mija nas w pędzie, już prawie się zatrzymuje. Później zaczyna się ponownie toczyć w naszą stronę, powoli, nieznośnie powoli. Podjeżdża we właściwe miejsce i nieruchomieje. Próbuję wypatrzyć coś przez małe okienka, co jest oczywiście idiotyczne. Ale wiem, że gdzieś tam w środku jest Philipp, i to jest wszystko, co muszę wiedzieć.

„Dobrze, że wróciłeś” – myślę. – „Dobrze, że wróciłeś”.

Stoimy tak nieskończenie długo, przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, ale nawet Leo nie marudzi i nie kwęka, tylko przygląda się w napięciu.

A potem drzwi samolotu się otwierają. Nieskończenie powoli. Moje serce niemal przestaje bić, uświadamiam sobie, że zaciskam zęby tak mocno, aż trzeszczą mi szczęki. Próbuję je rozewrzeć, bez skutku. Są. Widać ludzi. Philipp, gdzie jest Philipp? Zaczesuję za ucho nieistniejący kosmyk włosów. Potem jakiś ruch w drzwiach samolotu. Zamieram w absolutnym bezruchu, podczas gdy wokół mnie rozpętuje się istne pandemonium. Burza fleszy, krzyki, przepychanki, obiektywy skierowane są także w moją stronę, krzyki fotografów adresowane są także do mnie. Zupełnie nie zwracam na to uwagi, trzymam za rękę swojego synka, moje spojrzenie biegnie ku drzwiom samolotu, nie przegapię momentu, gdy Philipp przekroczy te drzwi i wróci do mojego życia. Wzrok utkwiony mam w drzwiach i gdy przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje i już sobie myślę, że to wszystko to tylko jakaś straszna pomyłka, że coś poszło nie tak, że Philippa wcale w tym samolocie nie ma, że w tym samolocie w ogóle nikogo nie ma, ani pilotów, ani załogi, ani pasażerów, lot widmo – wtedy coś się zaczyna dziać. Nieliczna grupa ludzi, wychodzą jeden za drugim i schodzą na płytę lotniska. Czuję, jak mój puls przyśpiesza coraz bardziej. Idą tu. Najpierw wysoka blondynka w czarnym kostiumie, za nią ciemnowłosy mężczyzna w dżinsach i marynarce, potem mężczyzna koło sześćdziesiątki w szarym garniturze, dalej kobieta w nieokreślonym wieku o białych jak śnieg włosach, potem stewardesa, kolejna, i jeszcze jedna, następnie mężczyzna i kobieta, oboje w mundurach pilotów. Gdzie jest Philipp? Staram się spokojnie oddychać, gdy cała grupka staje na płycie lotniska, mówię sobie, że czekałam siedem lat, więc zniosę teraz jeszcze tych kilka sekund. Nie słyszę, jak krzyk fotografów i dziennikarzy wzmaga się. U mnie, w oku cyklonu, panuje spokój. Ignoruję ludzi wokół, ignoruję to towarzystwo idące w naszą stronę, mój wzrok skierowany jest na drzwi samolotu.

I nagle to. Widok tak banalny, tak codzienny, że w pierwszej chwili nie pojmuję, co może oznaczać. Drzwi kabiny się zamykają. Schody odjeżdżają.

Marszczę brwi. Ktoś zamknął drzwi, to nie ma sensu, to nie ma sensu, to samolot, który miał przywieźć Philippa, ale Philipp przecież jeszcze nie wysiadł, a ktoś już zamknął drzwi, ktoś odholował schody i jak teraz Philipp ma się wydostać z tego cholernego samolotu? Gapię się na te zamknięte drzwi. Nie ma Philippa. Nie ma Philippa. Nie ma Philippa.

Ktoś łapie mnie za łokieć, ledwie czuję ten dotyk, mimo to wzdrygam się. Grupka z samolotu już tu jest, niechętnie odrywam wzrok od drzwi samolotu i kieruję go na ludzi przede mną.

Gdzie jest Philipp?

Dlaczego nie było go na pokładzie?

Co z nim?

Czy coś mu się stało?

Przecież jemu już nic nie ma prawa się przytrafić, to przecież niemożliwe, nie po tym wszystkim, co się wydarzyło, nie po tym wszystkim, co przeszedł.

Ciemnowłosy mężczyzna i wysoka blondynka są już prawie przy nas. Ktoś coś do mnie mówi, nie rozumiem, dopiero teraz dostrzegam, jaki chaos panuje wokół nas. „I oto jest” – powtarza ktoś stojący obok mnie.

Nie rozumiem, co ten ktoś ma na myśli, podążam za jego wzrokiem, bezradna, zagubiona. Krzyki fotografów robią się jeszcze głośniejsze: „Panie Petersen, panie Petersen!”. A ja wciąż nie pojmuję, bo pan Petersen to Philipp, pani Petersen to ja, przegrałam moje panieńskie nazwisko krótko przed ślubem, grając w papier, kamień, nożyce. „Panie Petersen, panie Petersen!” – wrzeszczą dziennikarze. I w tym momencie ten obcy ciemnowłosy mężczyzna na lewo ode mnie podnosi rękę w geście pozdrowienia, macha krótko w stronę fotografów – potem kieruje uwagę w moją stronę. Czuję te wszystkie spojrzenia, które spoczywają teraz na mnie. I jedyne, co jestem teraz w stanie zrobić, to stać bez ruchu. Nadal nic nie rozumiem. Czuję tylko, że wszyscy czegoś ode mnie oczekują, paru słów, reakcji, czegokolwiek. Ja jednak mogę tylko stać. Szumi mi w głowie. Coś tu jest bardzo nie w porządku. Cholernie nie w porządku. Stoję tak, z głową schowaną w ramionach, jakbym chroniła się przed burzą, którą tylko ja jestem w stanie dostrzec. Ponieważ milczę, ten ktoś obok mnie przerywa ciszę i mówi:

 

– Panie Petersen. Nazywam się Wilhelm Hansen. W imieniu całej ekipy chciałbym powiedzieć: witamy w domu!

A mężczyzna odpowiada:

– Bardzo dziękuję, panie Hansen.

Tylko tyle. Cztery słowa.

Jego głos jest cichy i skrzeczący. Głos obcego człowieka.

Świat się zatrzymał. Prawa rządzące przestrzenią i czasem przestały obowiązywać. Nieważkość. Zwracam wzrok ku ziemi i widzę, że moje stopy nie dotykają ziemi, wyciągam koniuszki palców, szukam oparcia, nie znajduję. Unoszę się całkowicie swobodnie w powietrzu. Próbuję się czegoś uchwycić, ale wszystko unosi się w powietrzu wraz ze mną. Przedmioty, ludzie. Początkowo znajduję się kilka centymetrów nad ziemią, potem nagle metr, dwa metry, dziesięć. Wymachuję rękami i nogami, nie ma nic, czego mogłabym się uchwycić, żadnego oporu, tylko pustka. Wznoszę się wyżej i wyżej, ponad wierzchołki drzew, ponad dachy drapaczy chmur, powoli, niepowstrzymanie, a świat pode mną robi się coraz mniejszy i mniejszy.

Potem powraca ciążenie, raptownie, w jednej chwili, i spadam. Świat mknie wprost na mnie, uderzam twardo o ziemię.

I oto znowu tu stoję, na płycie lotniska. Wsparta na obu nogach.

Przede mną stoi ten obcy mężczyzna. Patrzy na mnie wyczekująco. Nie wygląda na to, bym miała w jakikolwiek sposób zareagować, więc podchodzi do mnie bez słowa – jego ruchy są sztywne i mechaniczne, ma się wrażenie, że to nie jest człowiek, myślę sobie, to automat! – i przyciska mnie do siebie. Dyszę przerażona, chcę się cofnąć, ale nie mogę się poruszyć. Jestem jak sparaliżowana. Obcy nie zwalnia uścisku.

Patrzę stojącemu przede mną mężczyźnie prosto w twarz, szukam najmniejszego punktu zaczepienia, który mogłabym rozpoznać, nie znajduję nic. Nie chodzi o to, że Philipp był wysoki i mocno zbudowany, podczas gdy ten mężczyzna jest ledwie odrobinę wyższy ode mnie. Nie chodzi o zarost, który pokrywa jego policzki i nie pozwala stwierdzić, czy obcy ma dołeczki jak Philipp. To nawet nie ten dziwny sposób, w jaki ów mężczyzna się porusza.

To jego oczy, zupełnie wyzbyte ciepła, jednocześnie ciemniejsze od oczu, w których się zakochałam, przed tak wieloma laty. Włoski na moim karku stają dęba. Choć obcy sprawia wrażenie wyczerpanego, czuć z jego strony niepokojącą energię.

TO. NIE. JEST. PHILIPP.

Jestem uwięziona w jakimś koszmarze. Wszystko, co się tu teraz dzieje, jest tak dziwaczne i groteskowe, że mój mózg nie odnajduje w tych zdarzeniach najmniejszego sensu.

Kim jest ten mężczyzna?

Dlaczego trzyma mnie w ramionach?

Dlaczego ludzie nazywają go panem Petersenem?

Potrząsam głową jak spłoszony koń. Obcy nadal trzyma mnie w ramionach.

Czy oni naprawdę myślą, że to Philipp?

Brakuje mi powietrza.

Oni naprawdę myślą, że to Philipp.

Co tu się dzieje?

Nic nie rozumiem, co to ma znaczyć, dlaczego on się tak zachowuje, kim jest ten człowiek, nigdy w życiu go nie widziałam, co on tu robi, dlaczego podaje się za Philippa, jak może być tak bezczelny, by mnie w ogóle dotykać, i gdzie, do jasnej cholery, jest mój mąż?

Obcy ciągle mnie trzyma, tkwię w jego uścisku jak w imadle, moje serce bije jakby z musu, nieregularnie, brak mi tchu, wpadam w panikę, nagle zaczynam się bać, że ten mężczyzna mnie udusi, tak po prostu, na oczach wszystkich.

Ale potem luzuje uścisk, łapię powietrze, na krańcach mojego pola widzenia pojawiają się jasne punkciki, pierwsze oznaki nadchodzącego omdlenia. Ale nie, nie zemdleję teraz, muszę coś powiedzieć, to ważne, bardzo ważne – ale mój mózg przestał pracować, nie jestem w stanie sformułować żadnej jasnej myśli, straciłam mowę. Oszołomiona kręcę głową, próbuję wydusić z siebie jakiś sprzeciw, ale nie znajduję słów, które mogłyby wyrazić moje przerażenie i szok, i te wszystkie pytania w mojej głowie. Wypowiadam pierwszą rzecz, jaką podsuwa mi mózg.

– Dobrze, że wróciłeś.

I te słowa, te słowa, one mają smak gorzkich migdałów.

Obcy mężczyzna uśmiecha się z satysfakcją, najwyraźniej powiedziałam dokładnie to, co chciał usłyszeć. Potem kuca, dopiero wtedy przypominam sobie, że przecież cały czas trzymam za rękę Leo, jego mała wilgotna rączka promieniuje ciepłem w mojej dużej, suchej dłoni. Teraz puszcza moją rękę i pozwala, by ten obcy mężczyzna podniósł go w górę. Z moim synem na rękach obcy odwraca się do prasy. Częstotliwość błysków fleszy momentalnie się potęguje. Jestem jak w transie, jak przez mgłę słyszę, co mówi ten obcy człowiek, tak bardzo się cieszy, że jest znowu w domu. Dziękuje wszystkim za okazane zainteresowanie, ma jednak nadzieję, że uszanowana zostanie prywatność jego i jego rodziny, że bardzo tego potrzebuje, by móc powrócić do normalności.

Rozglądam się. Czy to żart? Wiem, że to nie może być żart, nikt nie robi takich okrutnych żartów. Jednak liczę na jakieś rozwiązanie, jednak rozglądam się wkoło. Dreszcz przebiega po moich plecach, od karku po pośladki.

Ludzie wokół mnie patrzą na obcego i uśmiechają się. Obcy spogląda na mnie.

On się nie uśmiecha.

14

Moje ciało znowu robi się dziwnie lekkie.

Rozglądam się bezradnie. To przecież niemożliwe! Nie mogę być jedyną osobą, która widzi, że to nie Philipp! Ale potem patrzę na twarze wokół mnie – na tych wszystkich przedstawicieli prasy, tych wszystkich oficjeli – i uświadamiam sobie, że jestem tu jedyną osobą, która znała Philippa osobiście, która wie, jak on wygląda. Nie ma nawet oficjalnych zdjęć Philippa, jasna cholera!

Nogi uginają się pode mną. Zataczam się, w ostatnim momencie łapię równowagę. Nie wolno mi tu upaść. Nie przed tymi wszystkimi kamerami, nie przed tymi wszystkimi ludźmi, nie przed moim synem, nie przed tym obcym.

– Wszystko w porządku, pani Petersen? – pyta z troską wysoka blondynka, która też była na pokładzie samolotu.

Mój mózg za wszelką cenę stara się zrozumieć sytuację, w której się znalazłam, ale nie jest to łatwe. Stoję na płycie lotniska. Stoję w oku cyklonu. Wokół mnie hałas. Fotografowie krzyczą, strzelają flesze.

Dzisiejszy dzień miał być tym dniem, kiedy wróci Philipp.

Ale nie jest. Philipp nadal pozostaje zaginiony. To nie jest mój mąż. Ten mężczyzna, który trzyma na rękach mojego syna i wyraźnie zmęczony, lecz zadowolony uśmiecha się do kamer, a fotografowie na ten widok odchodzą od zmysłów – długo zaginiony ojciec ze swoim synem – to nie jest mój mąż. I ten ktoś trzyma na rękach mojego syna.

Wszystkie włosy stają mi na głowie, otrząsam się z odrętwienia, moje ciało znowu funkcjonuje. Robię krok w stronę obcego, chcę odebrać mu Leo, który swoją drogą jest już za duży na to, żeby brać go na ręce – co to w ogóle ma znaczyć, przecież to głupie, Leo ma osiem lat – ale akurat w tym momencie obcy stawia go z powrotem na ziemi. Przyciągam Leo do siebie, trochę za gwałtownie, bo podnosi na mnie zdziwiony wzrok, ale nikt poza nim i mną tego nie dostrzega, wszystkie oczy skierowane są na obcego i doprowadza mnie wprost do szału, że wszyscy nazywają go Philipp. Wciąż jeszcze zajęta jestem porządkowaniem myśli w głowie, gdy cała ta niewielka kolumna, którą tworzymy, pracownicy MSZ, jakieś służby porządkowe, policjant, rusza w kierunku budynku lotniska. Dziennikarze tłoczą się za nami, paru fotografów wyprzedza nas biegiem, by móc zrobić zdjęcie w momencie, gdy będziemy wchodzić do budynku.

Obcy idzie przede mną, rozmawia z białowłosą kobietą, która razem z nim wysiadła z samolotu. Rozglądam się nerwowo po tych wszystkich obcych twarzach. Gdzie jest Hansen? Muszę pomówić z Hansenem!

Jesteśmy otoczeni przez gromadę dziennikarzy, tracę orientację i z ledwością udaje mi się utrzymać pod kontrolą moją klaustrofobię, z wielkim trudem powstrzymuję się przed hiperwentylacją i jednocześnie staram się nie stracić z oczu Leo, który puścił moją rękę. Między dwoma mężczyznami idącymi za mną otworzyła się niewielka luka i dostrzegam dystyngowaną, spokojną twarz Hansena. Rzucam okiem w kierunku Leo, ta miła blondynka, która wcześniej mnie zagadywała, pochyla się teraz nad nim i coś do niego mówi, ale tak, jak się mówi do dorosłego, nie do małego dziecka. Leo jej odpowiada, uśmiecha się z dumą, lubi, gdy traktuje się go jak dużego chłopca. Nie słyszę, o czym rozmawiają, wrzawa wokół nas jest zbyt głośna, ale u Leo wszystko w porządku, to dobrze. Zostaję w tyle, żeby znaleźć Hansena, próbuję się do niego przecisnąć, z użyciem łokci. Mężczyźni, między których się wpycham, rzucają mi zirytowane spojrzenia, ale nic nie mówią. Hansen patrzy na mnie spod lekko uniesionych brwi. Jestem tak zdyszana, że ledwie mogę wydobyć z siebie głos.

– To nie jest mój mąż – wyrzucam z siebie.

Hansen marszczy brwi, przez krótki moment wypełnia mnie dziecinne przeświadczenie, że wszystko będzie dobrze, że Hansen zajmie się tą sprawą. Powie, że on też już wcześniej miał wątpliwości i że teraz naprawi swój błąd.

Hansen kręci lekko głową.

– Słucham?! – krzyczy, próbując przekrzyczeć wrzawę fotografów.

Przykłada rękę do ucha, chcąc zasygnalizować, że mnie nie zrozumiał.

Biorę głęboki wdech, chcę właśnie wrzasnąć w jego stronę, że to nie jest mój mąż, że to wszystko jest jakimś straszliwym nieporozumieniem, gdy cała kolumna, z którą się poruszamy, nagle zwalnia i staje w miejscu.

Hansen odrywa ode mnie wzrok, ja też spoglądam na czoło pochodu, widzę, że dotarliśmy do wejścia na lotnisko, ale blokuje je paru fotografów. Hansen unosi palec wskazujący, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że teraz musi się zająć tą sprawą, ale zaraz do mnie wróci.

– Niech pan zaczeka! – wrzeszczę, łapię go instynktownie za ramię. Patrzy na mnie z takim wyrazem twarzy, że go puszczam. – To nie jest Philipp.

– Zaraz do pani wrócę – odpowiada Hansen, jakbym zakomunikowała jakiś absolutny banał, do którego można powrócić później, i znika mi z pola widzenia. Przeklinam z cicha, rozglądam się nerwowo, stwierdzam, że Leo nadal rozmawia z tą miłą blondynką. Mój wzrok błądzi bez celu – i nagle napotyka spojrzenie obcego. Wpatruje się we mnie. To spojrzenie przenika mnie do szpiku kości.

Odwracam się szybko. Widzę, jak Hansen rozmawia przy wejściu z fotografami, udało mu się rozwiązać problem i droga jest wolna. Znowu ruszamy. Znów muszę się przeciskać, doganiam go, razem z nim wchodzę do budynku lotniska.

– Pani Petersen – mówi. – Wszystko w porządku?

– Nie – odpowiadam. – Nic nie jest w porządku! To nie jest mój mąż.

Hansen patrzy na mnie przez swoje drogie okulary i przez moment mam wrażenie, że z trudem powstrzymuje westchnienie.

– Rozumiem, że to wszystko nie jest dla pani łatwe – oznajmia. – Pani mąż też przeszedł swoje. Przykro mi, że nie mogłem przygotować pani lepiej na to spotkanie.

Jakbym dostała obuchem w głowę. Czy on mnie nie rozumie, czy nie chce zrozumieć?

– Nie, pan nie rozumie! – mówię, odzyskawszy równowagę. – To nie jest…

– Bardzo panią przepraszam! – przerywa mi. – Woła mnie kolega.

Czy on przede mną ucieka?

– Halo! – wołam za nim. – Może by mnie pan łaskawie posłuchał?

Ale on jest już zupełnie gdzie indziej. Rozglądam się, stwierdzam, że pokonaliśmy halę i niemal dotarliśmy do jednego z wyjść.

– Jakie to uczucie, mieć znowu pod stopami niemiecką ziemię? – dociera do mnie strzęp rozmowy.

Moja głowa odwraca się gwałtownie w kierunku, z którego dochodzi głos, i widzę, że to białowłosa kobieta, która również była na pokładzie samolotu, kieruje te słowa do obcego, który utrzymuje, że jest Philippem.

Nie, myślę jeszcze, nie, to przecież jakaś fikcja.

Ktoś podtrzymuje mnie za łokieć. Patrzę w twarz tej miłej blondynki, która tak sympatycznie rozmawiała z Leo.

– Jaka fikcja? – pyta.

Wyraz jej twarzy jest szczery i zatroskany. Mój mózg pracuje na najwyższych obrotach.

 

– Ten mężczyzna. – To wszystko, co jestem w stanie z siebie wydusić.

Marszczy brwi.

– Jaki mężczyzna?

– Ten mężczyzna – odpowiadam. – Ten tutaj. Ja go nie znam.

Kobieta patrzy na mnie. Na jej twarzy maluje się współczucie, a w tym czasie kolumna, z którą ciągle się poruszamy, transportuje nas przez drzwi i wypluwa na zewnątrz budynku lotniska. Potem odrywa ode mnie swój wzrok i zaczyna szperać w swojej eleganckiej, rdzawobrązowej torebce.

– Oto moja wizytówka – oznajmia, podając mi kartonik, który odruchowo biorę i chowam. – Jeśli będzie pani czegoś potrzebowała, proszę do mnie zadzwonić, dobrze? Ale teraz proszę porządnie wypocząć.

– Czy pani nie rozumie? – mówię, nie, wrzeszczę, choć wiem, że powinnam zachować spokój, jeśli chcę, by brano mnie na poważnie, ale jestem wściekła i moja wściekłość znalazła ujście. – Czy to, cholera, do pani nie dociera? To nie jest mój mąż! To nie jest Philipp!

Mój krzyk ginie w ogólnym rozgardiaszu, bo fotografowie uświadomili sobie, że za chwilę znikamy, i nie chcą zmarnować ostatniej szansy na zdjęcie. I nawet jeśli ta kobieta zrozumiała to, co powiedziałam, najwyraźniej nie widzi potrzeby podjęcia jakichkolwiek działań.

Wściekłość zapiera mi wręcz dech, znowu na moment tracę orientację, znowu instynktownie szukam oczami mojego syna, nie dostrzegam go od razu i momentalnie ogarnia mnie panika, odwracam się, spoglądam w kierunku lotniska, podczas gdy tłumek ludzi wokół popycha mnie dalej do przodu, na chodnik, dalej i dalej. Gdzie jest Leo? Gdzie jest mój syn?

Obcego też tracę nagle z oczu i przez parę straszliwych sekund jestem przekonana, że ziścił się mój najstraszniejszy sen, że przyszedł potwór i porwał mojego syna.

– Gdzie jest mój syn? – Nie kieruję tego pytania do żadnej konkretnej osoby, nie uzyskuję odpowiedzi, lecz nagle zza szerokich pleców tamtych dwóch mężczyzn dostrzegam czuprynę Leo. Przepycham się do niego, biorę go za rękę, niemal w tym samym momencie potykam się, tracę równowagę, ktoś łapie mnie za łokieć, po raz kolejny ktoś łapie mnie za łokieć, tak wielu ludzi wokół mnie, zupełnie nie wiem, co się dzieje, gdzie właściwie jest ten obcy, nie chcę, żeby pojawił się obok z tymi swoimi przerażającymi oczami, nie chcę, żeby dotykał mojego syna. Tłok jest coraz większy i wtedy nagle czuję na włosach czyjąś dłoń, która łagodnie, ale zdecydowanie przyciska moją głowę ku ziemi. W pierwszej chwili zupełnie nie rozumiem, co to ma znaczyć, bronię się, próbuję pozbyć się tej ręki, ale wtedy dwaj mężczyźni przede mną rozstępują się i widzę, że stoję na samym skraju krawężnika, przy którym jest zaparkowany samochód, i ktoś najwyraźniej próbuje mnie do tego samochodu wepchnąć, pozwalam na to, bo i tak chcę już tylko stąd uciec, uciec, ogłuszający hałas wkoło, straszliwy ścisk. Czuję, jak Leo ściska moją dłoń, mocniej i mocniej, że powoli już tego wszystkiego dla niego za dużo, nic dziwnego, przecież nas zaraz stratują!

– Mamusiu! – mówi Leo.

Nie słyszę go, czytam to z jego ust.

– Wszystko dobrze, kotku – mówię i ledwie udaje mi się go usadzić na tylnym siedzeniu, zanim sama zostaję wepchnięta do środka przez jakieś niewidzialne ręce za moimi plecami. Nie zdążyłam jeszcze usiąść, gdy drzwi się zatrzaskują, do moich uszu docierają przytłumione krzyki fotografów. Oddycham z ulgą, zamykam na chwilę oczy. Nie mijają dwie sekundy, a samochód rusza. Gdy otwieram oczy, zamieram. Leo i ja nie jesteśmy sami w samochodzie. Odwracam gwałtownie głowę.

Obok mnie siedzi ten obcy mężczyzna.

Inne książki tego autora