PrawdaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Goście przyszli razem, wszyscy troje, moi koledzy, Claudia i Mirko, a także Werner, mąż Claudii. To takie dziwne, widzieć ich tutaj, wydają się trochę nie na miejscu, i coś w tym jest, ich miejscem jest szkoła, nie mój dom. Mirko przyniósł kwiaty, Claudia i Werner wino.

Wyczuwam, że wszyscy troje czują się trochę nieswojo, nie wiem, co jest tego przyczyną. Czy to ten wielki, szacowny dom działa na nich krępująco? Czy instynktownie wyczuwają obecność duchów przeszłości, które żyją tu ze mną i z moim synem? Czy dla nich też jest czymś dziwnym, że widzą mnie w moim domu, a nie w szkole, tak jak dla mnie jest dziwne, że nie są już kolegami z pracy, lecz osobami prywatnymi?

– Och, jak tu jest cudownie chłodno – mówi Claudia. – Straszny upał na zewnątrz, prawda?

Mężczyźni przyznają jej rację, rozmowa się rozkręca, lody zostały przełamane. Jestem komplementowana za nową fryzurę, dla nikogo nie wydaje się ona zaskoczeniem – a może są w stanie to dobrze ukryć – biorę od gości kwiaty i wino, dziękuję, zauważam mimochodem, że Mirko wybrał czerwone róże, co wydaje mi się dziwnie niestosowne, ale oczywiście tego nie komentuję, lecz prowadzę wszystkich do jadalni, serwuję aperitif i przepraszam na chwilę, żeby wstawić kwiaty do wazonu i zająć się jedzeniem.

Leo zjadł kolację już wcześniej i bawi się teraz w swoim pokoju. Wszystko w najlepszym porządku.

Gdy wnoszę jedzenie, goście rozmawiają właśnie o najnowszym filmie z serii Tatort, by w końcu zejść na temat nowych stażystów z naszej szkoły. Wiem nadto dobrze, jak strasznie stęskniły się stare mury tego domu za tym, by ktoś wypełnił je życiem. Tak dawno już tego nie doświadczały.

– Dla mnie takie zachowanie jest nie do przyjęcia – mówi akurat Claudia. – Ta kobieta jest ciągle chora, a gdy przypadkiem pojawia się w pracy, to źle przygotowana. Dla niej uczenie biologii to puszczanie dzieciom na okrągło starych odcinków Było sobie życie.

Fuka z oburzeniem.

– Dlaczego tak często opuszcza zajęcia? – pyta Werner, który najwyraźniej nie ma pojęcia, o kogo chodzi, mimo to jednak chce się włączyć do rozmowy.

– Ach, w zeszłym roku nie było jej cały semestr. Wypalenie, podobno – mówi Claudia.

– Mówisz to tak, jakby czegoś takiego nie było – wtrąca Mirko.

Claudia wzrusza ramionami.

– Oczywiście, że coś takiego istnieje. Ale bądźmy szczerzy: ja też czuję się wypalona. Ale to jeszcze nie oznacza, że będę siedzieć na dupie w domu. Albo spójrz na Sarah. Jeśli ktoś ma ciężko, to akurat ona! Matka samotnie wychowująca dziecko i to, co stało się z jej mężem. Ale ona chodzi do pracy!

Claudia patrzy na mnie, oczekując pozytywnej reakcji. Ja milczę.

– Jak ty to widzisz? – Claudia nie daje za wygraną.

– Trudno mi powiedzieć – mówię. – Wydaje mi się, że wiem o sytuacji Kathariny zbyt mało, by ferować wyroki.

Claudia się uśmiecha.

To zadziwiające. Od czasu tego, co stało się z moim mężem, jak to ujęła Claudia, ludzie przestali się ze mną kłócić. Przestali mówić, że nie mam racji. Tylko przytakują. Jakbym przeistoczyła się w najwyższą moralną instancję, tylko dlatego, że przydarzyło mi się nieszczęście i je przetrwałam. Nawet ludzie lubiący się kłócić, jak Claudia, akceptują wszystko, co powiem. Czasami można od tego zwariować.

– Jesteś po prostu za dobra – oznajmia Claudia. – Nie wiem, jak ty to robisz.

Gdy po uprzątnięciu naczyń wracam z deserem, trafiam w środek rundy „prawdy i fałszu” – gry, która obecnie jest bardzo popularna wśród uczniów w naszej szkole. Okazuje się, że także wśród nauczycieli.

– Moja kolej – mówi Claudia. – No, zobaczymy. Dobra. Numer jeden: skakałam ze spadochronem. Numer dwa: w młodości po koncercie poszłam z jednym gwiazdorem rocka do łóżka. Numer trzy: u lewej nogi mam sześć palców. Jedno z trzech jest kłamstwem.

– Gwiazda rocka jest zmyślona! – zgaduję.

– Nie – odpowiada Werner, robiąc nieszczęśliwą minę. – Gwiazda rocka to prawda.

Wszyscy się śmieją i w momencie, gdy Claudia zsuwa czółenko, by pokazać nam swój maleńki szósty palec u lewej stopy, uświadamiam sobie, jak wielką radość sprawia mi ten wieczór.

– To było naprawdę efektowne – stwierdza Mirko, gdy wszyscy już się trochę uspokoiliśmy. – No dobra, teraz ja.

Zastanawia się przez chwilę, rzuca spojrzenie w moim kierunku.

– Numer jeden – mówi w końcu, zanurzając dłoń w swoich blond włosach. – Mówię płynnie po japońsku. Numer dwa: jako nastolatek uratowałem kogoś z płonącego samochodu. Numer trzy: zakochałem się! Jedno z trzech jest kłamstwem.

Jego wzrok dotyka mojego policzka, nie patrzę w jego stronę.

Werner i Claudia wrzeszczą jak dzieci, gdy otwieram kolejną butelkę wina.

– Hm – mówi Werner. – Powiedz coś po japońsku.

– Co niby? – pyta Mirko.

– Cokolwiek – domaga się Werner.

Mirko rozkłada ręce na znak, że się poddaje.

– Przyłapany od razu na początku – odpowiada.

– Ty wiesz, że musisz już na zawsze zostać kawalerem, Romeo. W przeciwnym razie złamiesz serce wszystkim bez wyjątku maturzystkom, które uczysz!

Nalewam wszystkim wina. Widzę kątem oka, jak Mirko, który siedzi z mojej lewej strony, spogląda na mnie, uśmiechając się.

– Sarah, twoja kolej! – mówi Claudia i już zamierzam się jakoś sprytnie wykręcić, gdy słyszę za plecami cichy głos.

– Mama?

Odwracam się gwałtownie, widzę Leo, bosego, w piżamie.

– Co się stało, kochanie? – pytam odruchowo.

Mój syn wpatruje się wielkimi oczami w dorosłych przy stole. Claudia i Werner patrzą na niego z uśmiechem, natomiast Mirko wstaje i podchodzi do Leo. Schyla się w jego stronę, podaje mu rękę, tytułując go „panem domu”, co wydaje mi się strasznie głupie, ale tylko do momentu, kiedy na twarzy mojego syna dostrzegam uśmiech.

– Idź już na górę, zaraz przyjdę i położę cię spać – mówię i jeszcze przez chwilę odprowadzam go wzrokiem, patrząc, jak człapie na piętro.

Potem przepraszam gości i zapewniam, że szybko wrócę.

– Słuchaj, szczerze mówiąc, to będziemy raczej zaraz spadać – oznajmia Claudia. – Werner musi jutro wcześnie wstać.

– O – mówię. – Okej.

Rzucam okiem na zegarek, dopiero teraz widzę, jak już jest późno. Czas zaiste przeleciał jak z bicza trzasł. Czyli musiałam się dobrze bawić, a więc wieczór uwieńczony sukcesem.

– Było cudownie – mówi Werner.

– Tak, naprawdę cudownie – dodaje Claudia. – Następnym razem wpadacie do nas. Zrobię mój boeuf bourguignon.

Oboje wstają, całują mnie w policzki. Mirko też się podnosi. Idę przodem w kierunku drzwi, żegnam koleżankę i jej męża, dziękuję, że przyszli, mówię, że tak miło było ich gościć, uświadamiam sobie, że mówię to całkiem szczerze, i patrzę, jak znikają w ciemności.

– Silna kobieta! – Słyszę, co Werner mówi do Claudii, zapewne ma na myśli mnie. Nienawidzę tego określenia. Silna kobieta. Jak gdyby normalnie kobiety takie nie były. Silne.

Odwracam się w stronę Mirka. Dziękuję mu za miły wieczór i za kwiaty. Mirko patrzy mi w oczy, poklepuje mnie niezdarnie po ramieniu, jakby chciał powiedzieć: „Dałaś radę”.

Mirko był jedynym z tych trojga, który wiedział, że dzisiaj po raz pierwszy od wielu lat wpuściłam do mojego domu gości. Jemu można powiedzieć takie rzeczy.

Milczymy przez chwilę.

– Najwyższy czas – mówi, a ja przytakuję.

Odwraca się, patrzę, jak jego sylwetka znika w mroku.

6

Leo czeka na mnie. Siedzi na łóżku przykryty kołdrą, mimo że jest ciepło, z kolanami pod brodą. Leo uwielbia historie. Każdego wieczora ten sam handel. Sen w zamian za historię. I jego, i mój. Bo ja udaję, że czytam tylko ze względu na niego. W rzeczywistości ten wieczorny rytuał jest dla mnie najpiękniejszym momentem dnia. Potrzebuję tych bajek tak samo jak mój syn. Po tym jak w zeszłym roku przekopaliśmy się przez baśnie Grimmów, doszliśmy teraz do Hansa Christiana Andersena. Nie lubię go, tych jego mrocznych, dziwacznych historii, które funkcjonują na zupełnie innych zasadach niż baśnie braci Grimm, gdzie dobro i zło tak łatwo od siebie odróżnić, gdzie nie ma żadnych półcieni. Moim zdaniem klarowność Grimmów niesie pocieszenie, chętnie wysłuchałabym raz jeszcze smutnej historii o gęsiareczce lub nawet tej o Kopciuszku czy Królewnie Śnieżce, ale Leo jest obecnie totalnie zafascynowany Królową Śniegu Andersena. Początkowo myślałam, że to tajemnicza postać królowej tak go oczarowała. Potem jednak zdałam sobie sprawę, że fascynuje go zaklęte lustro, o którym mowa na początku bajki.

Siadam na brzegu łóżka, Leo nie mówi ani słowa, tylko na mnie patrzy. Tym swoim spokojem i luzem tak bardzo czasami przypomina ojca, że to wręcz nie do zniesienia. Odgarniam mu z twarzy kosmyk sklejonych włosów.

– Nie jest ci za ciepło, kochanie? Chcesz cieńszą kołdrę?

Leo potrząsa głową. Podejrzewam, że wyobraża sobie teraz, iż znajduje się w pałacu królowej, zbudowanym ze śniegu i lodu, zatem kołdra jest absolutnie niezbędna, nieważne, że to środek lata.

– O czym chciałbyś dzisiaj posłuchać? – pytam w zasadzie tylko pro forma.

– O Królowej Śniegu – mówi Leo.

– No dobrze.

Otwieram książkę i zaczynam. Bardziej opowiadam, niż czytam, tak dobrze znam już ten tekst. Opowiadam, jak to diabeł stworzył kiedyś lustro, które sprawiało, że wszystko, co piękne, kurczyło się w jego odbiciu do nieskończenie małych rozmiarów, a jednocześnie wszystko, co złe, odbite w nim stawało się jeszcze gorsze. Leo patrzy na mnie wielkimi oczami, które w momencie, gdy wypowiadam słowo „diabeł”, robią się jeszcze odrobinę większe.

– Jednakże – kontynuuję opowieść – pewnego dnia lustro się stłukło i wtedy dopiero wydarzyło się najgorsze nieszczęście. Wszędzie wokół latały jego maleńkie odłamki i komu taki odłamek wpadł do oka, ten widział wszystko na odwrót i pragnął wszystkiego na odwrót. A niektórym ludziom odłamek tego czarodziejskiego lustra wpadł aż do serca i serce takich ludzi zamieniało się w bryłę lodu.

 

Tak mnie to wzrusza, gdy widzę, jak Leo za każdym razem łapie się w tym miejscu za serce i mruga, jakby upewniał się, czy jego serce nie jest bryłą lodu i czy wszystko w porządku z jego oczami.

– Mama – przerywa mi.

Odwracam wzrok w jego stronę.

– Po czym poznać, że się nie ma bryły lodu zamiast serca? – pyta.

W pierwszej chwili nie wiem, co odpowiedzieć.

Po tym, że niczego się już nie odczuwa tak jak wcześniej, myślę sobie. Po tym, że radość to nie zawrót głowy, lecz tylko lekki uśmiech. Po tym, że złość nie osiąga już temperatury wrzenia, jest co najwyżej letnia. Po tym, że znikają barwy, że przestaje się w pewnym momencie rozumieć, co ludzie mają na myśli, mówiąc o szczęściu.

Przykładam rękę do piersi mojego syna. Wyczuwam bicie jego małego serca, tak szybkie, tak żywe. Łzy cisną mi się do oczu, sama w sumie nie wiem dlaczego, ale udaje mi się je powstrzymać, nim wypłyną na powierzchnię, tak że Leo, którego mała, szczera twarzyczka jest tuż obok, który obserwuje bardzo uważnie moje reakcje, nie mógł ich zobaczyć.

– Bryła lodu nie bije – mówię, próbując się uśmiechnąć.

Leo kiwa głową, wygląda na to, że to go przekonało. Potem kładzie rękę na mojej piersi. Nie wiem, co się ze mną dzieje, ale na krótki moment ogarnia mnie irracjonalny lęk, że nie wyczuje bicia, że trafił mnie odłamek diabelskiego lustra i nawet tego nie zauważyłam. I że w mojej piersi nie ma już serca, lecz wielki jak pięść kawał lodu. Dłoń mojego syna wędruje przez chwilę po moim ciele, jakby czegoś szukała, potem jego twarz się rozjaśnia. Nic nie mówi, po prostu zabiera rękę i opada zadowolony na poduszkę. Mam ściśnięte gardło.

– Mamo, czytaj dalej – mówi w końcu Leo.

Spełniam jego życzenie i podróżujemy z Królową Śniegu przez chłodną i niebezpieczną zimową noc. Nasze serca biją.

7

Do mojego wielkiego pustego domu powróciła cisza. Leo w końcu zasnął, delikatnie pocałowałam go w czoło, zgasiłam światło, opuściłam jego pokój, bezszelestnie zamykając za sobą drzwi.

Leżę już w łóżku, gdy dochodzi do moich uszu to coś.

Dziwny, trudny do zdefiniowania odgłos.

Jakby… tupot.

Ktoś tu jest.

Zrywam się na równe nogi. Szukam po omacku spodni, które dopiero co zdjęłam, szukam komórki, aż uświadamiam sobie, że zostawiłam ją na stole w kuchni. Telefon stacjonarny ładuje się w stacji – na drugim końcu domu. Cholera.

Ostrożnie otwieram drzwi sypialni. Zatrzymuję się, nasłuchuję. Zamieram w bezruchu, moje zmysły są maksymalnie wyostrzone. Ale nie słyszę nic, tylko własny oddech i znajome trzaski domu. Fałszywy alarm. Jestem przemęczona. Zamykam na chwilę oczy, biorę głęboki oddech – i wtedy znowu to słyszę. Tupanie. Zaczerpnięcie powietrza to nieprawdopodobny wysiłek. To tylko wiatr, mówię sobie. Wiatr. Albo kot. Kot, który dostał się jakoś do wnętrza domu i coś przewrócił.

Nic takiego się nie dzieje, myślę sobie. Ale sama sobie nie wierzę.

Wiem, że prawdopodobnie nie powinnam tego robić, ale idę w kierunku, z którego dobiega ów odgłos. W sumie sama nie wiem dlaczego, ale posuwam się dalej przez pogrążony w półmroku korytarz. Znowu się zatrzymuję, niepewna, w którą stronę iść. Tym razem jednak nie muszę długo czekać, by znowu usłyszeć to coś. Skóra na mojej głowie napina się boleśnie. Boję się. Ten odgłos dobiega z salonu. Tam coś jest, zaraz za drzwiami. Wstrzymuję oddech. Stoję wprost przed drzwiami, jak skamieniała, zapada absolutna cisza, i nie słyszę już nic, nawet własnego oddechu, i nie mam pojęcia, co robić, bo wiem, że nie mogę po prostu odwrócić się i odejść, nie rozumiem, skąd to wiem, ale jestem pewna, że muszę otworzyć drzwi. I nie wiem, skąd to wiem, ale nie mam innego wyboru.

Znowu rozlega się to kołatanie, trudne do zdefiniowania, przerażające. Moja ręka sama dotyka klamki, bez żadnego rozkazu z mojej strony. Moja ręka naciska klamkę, zupełnie bez udziału mojej woli, i odgłos zza drzwi milknie. Cokolwiek tam jest, za drzwiami, to coś na mnie czeka. Dociskam klamkę do końca, otwieram drzwi. Wiem, że nie wolno mi zobaczyć tego, co się za nimi znajduje, że ujrzenie tego zabije mnie, ale moja ręka nie jest mi posłuszna, ciągnie za drzwi i otwiera je na oścież. Oczy mam szeroko rozwarte, drzwi lecą gwałtownie w moją stronę i łomot kroków przewala się jak grzmot, nastawiam się na to, co za chwilę zobaczę – i słyszę własny krzyk, i w końcu się budzę.

Przez moment leżę bez tchu, wpatrując się w ciemność. Tylko nie zacznij rozpamiętywać tego snu, mówię sobie. Po prostu z powrotem zaśnij. Oczywiście mi się nie udaje, nigdy mi się to nie udaje, nocą mroczne myśli mają do mnie łatwiejszy dostęp. Leżę, a one podkradają się cicho. Myślę o zaćmieniu słońca, o tym sprzed wielu lat i o tym dzisiaj, myślę o małej, spoconej rączce mojego synka, jak szuka mojego serca, żeby sprawdzić, czy nie zamarzło, i myślę o tych wszystkich drzwiach, o tych wszystkich kryjących się za nimi niebezpieczeństwach, przed którymi nie jestem w stanie ochronić samej siebie, a tym bardziej jego. Myślę, że świat to niebezpieczne, bardzo niebezpieczne miejsce, w którym samotna nie mam szans na przetrwanie.

Dudnienie zza drzwi dawno mi się już nie śniło i zadaję sobie pytanie, co mogło sprawić, że ten koszmar teraz nagle powrócił. Zwłaszcza że wydaje mi się, iż wiem, co jest za tymi drzwiami. Przewracam się na łóżku, jakby gwałtowny ruch mógł przepłoszyć nocne myśli niczym stado kruków.

Zapalam światło. Potem mówię sobie, że potrzebuję snu, i gaszę je na powrót. Zamykam oczy.

Numer jeden, myślę sobie: jestem oszustką.

Numer dwa: zabiłam człowieka.

Numer trzy: mam tatuaż w mało widocznym miejscu.

Jedno z trzech jest kłamstwem.

Wsłuchuję się w swoje wnętrze, na próżno próbuję odnaleźć to cudowne uczucie z dzisiejszego poranka. Wypłoszył je stary zły sen i nagle czuję w sobie poruszenie czegoś zgoła odmiennego, powolne, ale nie powstrzymane, niczym małe zwierzątko o ostrych zębach, które zbudzone z długiego zimowego snu opuszcza swoje gniazdo: przeczucie czegoś złego.

Lato 2008

Moment bezpośrednio przed, pomyślał, chwila, gdy już wiadomo, co się zdarzy, a kiedy jednak nic się jeszcze nie wydarza. Ten moment jest wszystkim.

To wyglądało jak jeden z tych płynnych ruchów, taką swobodę, pozornie pozbawioną wysiłku, baletnice osiągają dopiero po latach ćwiczeń – a jednocześnie było to całkowicie spontaniczne. Jakby w tajemnej zmowie, do której nie potrzeba żadnych słów, zaczęli przechylać głowy, on swoją jasnowłosą w jedną, ona swoją pokrytą ciemnymi lokami w drugą. A potem ich usta się spotkały.

To był ich pierwszy pocałunek, widział to od razu. Podniecenie wibrujące między tymi dwojgiem można było wręcz wyczuć w powietrzu.

Zdziwi go miękkość jej warg, pomyślał Philipp, obserwując kątem oka siedzącą naprzeciwko parkę. Za każdym razem, gdy całuje się kobietę po raz pierwszy, pojawia się to zdziwienie, jak miękkie są jej wargi. Nieważne, jak wiele kobiet się już całowało, to zdumiewa za każdym razem.

Dla tych dwojga na świecie nie było nikogo innego, nie istniała poczekalnia pełna ludzi kierujących w ich stronę ciekawe spojrzenia, nie istniał terminal, nie istniało lotnisko, nie istniał Hamburg, kraj, cały świat – tylko oni dwoje, wilgotne ciepło, oddech, wargi. Spełnienie, nieważkość.

Naturalnie to wszystko to jedynie biochemiczne procesy, w zasadzie sprawdzali tylko instynktownie poprzez wymianę śliny, na ile kompatybilne są ich geny, całowanie się nie jest niczym więcej, wszystko inne to ezoteryka i puste słowa, pomyślał Philipp i wreszcie odwrócił od nich wzrok. Momentalnie otaczający go lotniskowy gwar wzmógł się, jakby ktoś gwałtownie podkręcił głośność. Stłumione rozmowy, komunikaty z głośników, postukiwanie obcasów, dzwonki telefonów i śmiech znowu trafiały nieprzefiltrowane wprost do jego uszu. Philipp podniósł się ze swojego siedzenia w poczekalni przy lotniskowej bramce i przespacerował parę kroków.

Dzisiaj jest mój jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąty piąty dzień na Ziemi, pomyślał. Budzić się jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąt pięć razy. Otwierać oczy, zawsze z tym samym pytaniem w tyle głowy: jaki będzie ten dzisiejszy dzień? Potem przeżywać go od początku do końca i znowu kłaść się spać. Po raz jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąty piąty leżeć i śnić.

Od kiedy jeden z jego przyjaciół z czasów młodości postanowił uczcić zamiast urodzin swój jedenaście tysięcy sto jedenasty dzień na Ziemi, Philipp podliczał od czasu do czasu swoje dni.

Patrzył na startujące i lądujące samoloty i zastanawiał się, na jakim jest etapie. Od zawsze przywiązywał wielką wagę do sporządzania bilansów.

Miał względnie szczęśliwe dzieciństwo, myślał. Nastoletniość przeżyłem bez większych katastrof. Byłem siedem razy zakochany, zanim poznałem moją żonę. Studiowałem ekonomikę przedsiębiorstw. Pochowałem ojca. Ożeniłem się, spłodziłem syna. Kieruję dużym przedsiębiorstwem, robię to dobrze.

Spełnione życie.

Ale to przecież nie wszystko, myślał. Zrobiłem coś jeszcze.

Philipp przeczesał włosy dłonią, zatęsknił nagle za papierosem, chociaż od lat już nie palił.

Kupił paczkę i przyłączył się do tłumku niemych postaci w pomieszczeniu dla palaczy.

Nie mógł przestać myśleć o pożegnaniu z Sarah.

Znowu jej nie powiedział. Pił kawę i przyglądał się dziecku, które chwiejnymi kroczkami wędrowało z pomocą Sarah po kuchni, na swoich tłuściutkich nóżkach, na których widok starsze panie piszczały z zachwytu. Obserwował, jak prawie się przewróciło, potknąwszy się o krawędź kremowego dywanu, złapało na powrót równowagę i parło dalej. Przyszło mu na moment do głowy, jaki to cud mieć żonę i zdrowe dziecko i że powinien czuć wdzięczność, ale jak większość jaśniejszych emocji, ta też jakoś nie chciała zagościć na dłużej.

To kara, pomyślał. Wiedziałem, że w jakiś sposób zostanę ukarany za to, co zrobiłem, i to jest ta kara.

Sarah się odwróciła, jakby poczuła na plecach jego spojrzenie, uśmiechnęła się z trudem.

Zapytaj mnie, pomyślał. Zapytaj, czy wszystko u mnie okej. Co u mnie słychać, zapytaj o cokolwiek. Zadaj mi któreś z tych głupich pytań, które mnie kiedyś zawsze tak denerwowały.

Ale Sarah milczała. Znowu. Zajęła się dzieckiem i nie patrzyła już na niego. Na jej długich rozpuszczonych włosach widać było jeszcze ślad po gumce, którą związane były na noc. Tak chętnie by ich dotknął, jej włosów. Na stole stały kolorowe kwiaty, jaskry, o ile się nie mylił, jedyny barwny akcent w tym monochromatycznym wnętrzu. Cały dom był tak straszliwie kremowy, wcześniej nie rzucało mu się to w oczy. Jakby coś się pojawiło i wyssało kolor ze wszystkich przedmiotów. Długo nic nie zmieniali w tym domu, urządzonym przez jego matkę według jej własnego gustu, z respektu dla Constanze, która po przeprowadzce do mniejszego, dostosowanego do potrzeb osób starszych mieszkania wpraszała się regularnie na herbatę i narzekała na każdą najmniejszą zmianę w „jej” domu. Później po prostu dali za wygraną, urządzili się jakoś pośród tego hanzeatyckiego chłodu, pośród tej wytworności w kremowym kolorze, która pasowała do Constanze, ale nie do niego – a do jego stąpającej twardo po ziemi żony, która kochała intensywne barwy, już w ogóle. Beżowe tapicerowane meble, dużo starego drewna, na ścianach oprawione w ramy sztychy z motywami marynistycznymi.

Kwiaty, które Sarah tydzień w tydzień przynosiła z rynku, były jedynym elementem nadającym tym wnętrzom odrobinę koloru.

Dziwił się, że ona ciągle ma jeszcze czas na takie drobiazgi. Na tę piękną, bezsensowną aktywność. Kupowanie kwiatów. Przycinanie ich, układanie w wazonie. Ale prawdopodobnie to właśnie te drobne, na pozór pozbawione sensu czynności sprawiały, że Sarah zachowywała równowagę.

Z zewnątrz wszystko wyglądało jak zawsze, rzeczy utraciły jednak swoją oczywistość, po tej… po tej sprawie. Nie wiedział, co robić. Nie wiedział, jak pogłaskać żonę po włosach, jak pocałować ją na pożegnanie, nie wiedział, jak ma się bawić ze swoim rocznym dzieckiem, czasami nie wiedział nawet, jak wziąć i wypuścić oddech. Zadawał sobie pytanie, kiedy to się zaczęło, że rzeczy zaczęły tak zupełnie wymykać się spod kontroli. Czy naprawdę dopiero wtedy, tej jednej brzemiennej w skutki nocy? A może już wcześniej?

Przy pożegnaniu Philipp toczył wewnętrzną walkę.

Czy ma jej powiedzieć? Zmagał się z tym dylematem. Obserwował wskazówki kuchennego zegara posuwające się w swojej żmudnej wędrówce, tak długo, aż było już za późno, by rozpoczynać rozmowę. Pocałował Sarah w czoło i ruszył ku wyjściu.

Sarah miała w zwyczaju towarzyszyć mu do drzwi i odprowadzać wzrokiem, zawsze gdy wyruszał w dłuższą podróż. Tyle razy stała w drzwiach i machała mu na pożegnanie tak długo, aż zniknął jej z oczu. Wsiadając do samochodu, czuł jej wzrok na plecach. Widział we wstecznym lusterku, jak stawała się coraz mniejsza i mniejsza, w miarę jak się oddalał. Początkowo wydawało mu się to takie słodkie, później stało mu się to obojętne, w pewnym momencie wręcz idiotyczne, wreszcie przestał to w ogóle widzieć. Ale tego dnia ten rytuał sprawiał mu radość. Oznaczał, że ona kocha go jeszcze, a miał już teraz świadomość, że to nie jest oczywiste.

 

I zdawało mu się wtedy – przed tą krótką podróżą służbową, która miała okazać się bardzo wyczerpująca – że tak dobrze jest wiedzieć, co teraz nastąpi. Ten drobny, czuły gest, który mówił: nieważne, jak wiele padło między nami złych słów, ile napsuła Constanze, to wszystko, co się stało, nie ma żadnego znaczenia, bo nasz związek ciągle funkcjonuje. Za to jestem wdzięczny, pomyślał wtedy i poczuł radość, uświadomiwszy sobie, że wciąż jeszcze jest zdolny do takich uczuć.

Przekroczył próg, czuł na plecach wzrok Sarah, jak zawsze, i postanowił, że tym razem zrobi coś, czego nigdy wcześniej nie robił, bo zawsze wydawało mu się to trochę głupie. Postanowił, że wsiądzie jak zawsze do swojego mercedesa, jak zawsze włączy silnik, ruszy jak zawsze – a potem opuści szybę i też pomacha Sarah. I ona to zobaczy i będzie wiedzieć, że on ją jeszcze kocha. I ona się wtedy uśmiechnie. I ten uśmiech nie będzie wymuszony. Jak kiedyś.

Philipp zszedł po schodach, odwrócił się do niej, uśmiechając się – i zdążył jeszcze zobaczyć, jak Sarah zamyka za sobą drzwi i znika wewnątrz domu. Tak po prostu. Żadnego machania, żadnej Sarah. Żadnego rytuału. Żadnej pociechy. Tylko śnieżnobiałe drzwi z numerem 11.

Pokonując kolejne stopnie prowadzące na ulicę, czuł już w powietrzu jesień – zapach pierwszego mrozu i gnijących liści – tak jak koty, które podobno wyczuwają, kiedy do łóżka ciężko chorego człowieka zbliża się śmierć. Gdy jechał samochodem na lotnisko, zaczęło padać. Deszcz złączył niebo i ziemię szarymi sznurami, grubymi jak pręty krat.

Philipp zgasił papierosa, od którego zrobiło mu się niedobrze, i usiadł znowu w poczekalni przy bramce, tym razem możliwie daleko od tamtej zakochanej pary. Większość obciągniętych sztuczną skórą siedzeń zajmowali biznesmeni, szarzy panowie jak on, piszący coś na swoich laptopach albo komórkach. Pomiędzy nimi tu i ówdzie kilku obligatoryjnych turystów, którzy byli jak barwne, egzotyczne ptaki.

Wcześniej, szukając biletu, zauważył, że Sarah włożyła mu do torby jabłko. Nie wiedział, czy go to cieszy, czy irytuje. Gdyby chciał zabrać ze sobą jabłko, to sam by je spakował. Dziwaczna mieszanka przesadnej, natarczywej troski i chłodu. Co to ma znaczyć?

Przyglądał się ludziom przemierzającym w pośpiechu budynek lotniska, każdy szedł na spotkanie swojego własnego, niepewnego losu. Myśl, że wolna wola jest tylko iluzją, że porusza się przez życie nie swobodnie, lecz jakby po szynach, które zupełnie bez jego udziału kierują go raz w tę, raz we w tę, powróciła ze szczególną mocą, jak często ostatnio. Nie mógł wybrać, którą drogą na rozstajach pójdzie, czy zdecyduje się na prawdę, czy na fałsz, wielkość czy nikczemność, miłość czy nienawiść. Wszystko, co mógł zrobić, to trzymać się poręczy, gdy pociąg bierze gwałtowny zakręt, wystawić głowę za okno i delektować się pędem powietrza, jeśli odcinek podróży na to pozwala. Wszystko zmierzało w stronę nieuniknionego, dawno ustalonego celu. On, Sarah, Leo, wszystko, każdy.

Nigdy wcześniej nie zaprzątał sobie głowy takimi myślami, to wszystko zaczęło się dopiero w tę jedną, przeklętą noc. Ale może się oszukiwał. Może wszystko zaczęło się już dużo wcześniej. Przywoływał w pamięci całą sytuację, jak tyle razy w ostatnich miesiącach, krok po kroku, i jak zawsze czuł się obezwładniony biegiem wypadków. Jakby zderzył się z rozpędzonym pociągiem. Pociągiem, którego w żaden sposób nie można było zatrzymać. W swoich wspomnieniach nie odnajdywał ani jednego momentu, w którym mógł postąpić inaczej, niż postąpił. Kiedy ten pociąg ruszył? Tego fatalnego wieczora, który spędzili poza domem? Nie znajdował odpowiedzi na to pytanie.

Mimo wszystko powinien był powiedzieć Sarah. Nawet jeśli na to nie zasługiwała.

Philipp wziął komórkę, wybrał numer Sarah. Przerwał połączenie, odłożył telefon. Takich rzeczy nie załatwia się przez telefon.

Powie jej, oczywiście. Zaraz po powrocie.

Mój jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąty piąty dzień, pomyślał. Który niemal w całości spędzę na pokładzie samolotu.

Ze swojego miejsca Philipp mógł przyglądać się startującym i lądującym maszynom. Usiadł wygodnie, obserwował, jak samoloty pędziły po pasie startowym, i w pewnym momencie przezwyciężały grawitację. Letni deszcz ustał, niebo przyodziane było w brudną szarość pokrytą plamami błękitu.

Mógłbym nie lecieć, pomyślał nagle.

Całymi tygodniami pragnął tylko jednego: uciec, nic, tylko uciec, zniknąć, teraz jednak myśl, że za chwilę wsiądzie na pokład jednej z takich maszyn, która z każdą sekundą oddalać go będzie od wszystkiego, co dla niego ważne, zdała mu się niemal nie do zniesienia. Ameryka Południowa. Czego do cholery szuka w Ameryce Południowej?

Mógłbym zostać, pomyślał znowu, nie wsiąść do samolotu, nie uciekać. Zamiast tego zrobić wreszcie to, co należy.

Spojrzał w stronę krzeseł, które zajmowała zakochana para, jakby tam kryła się odpowiedź. Para zniknęła.

Mógłbym polecieć późniejszym samolotem, pomyślał Philipp. Albo w ogóle nie lecieć.

Jedenaście tysięcy osiemset siedemdziesiąt pięć, pomyślał.

Dużo mam. Mam dużo do stracenia.

Czego chcę?

Jaki będzie dzisiejszy dzień?

Gdy pasażerowie powoli wchodzą na pokład, ciągle nie podjął decyzji.

Inne książki tego autora