Elita Brayshow High

Tekst
Z serii: Brayshaw High #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla tych, którzy czekają, by wzlecieć – bądźcie silni.

Słońce jeszcze zaświeci.

Rozdział 1

Raven

Odejdź.

Rusz się, wyjdź z tej beznadziejnej stołówki i zapal zioło. Wyluzuj się.

Tak, to właśnie zrobię.

Idę i niemal zyskuję wolność, prawie wychodzę przez drzwi, unikając kłopotów, których zapewne nie potrzebuję, ale okazuje się, że nie jest mi dane uciec.

Oczywiście w moim życiu nic nie może być proste, więc tuż przed tym, jak lewa stopa dołącza do prawej, zanim stawiam ostatni krok przez próg, suka stwierdza, że nie skończyła, i otwiera usta. Znowu.

– Może gdyby nie była taką zdzirą, ta kurwa, jej matka, nie wywaliłaby dziewczyny z domu za sypianie z jej nowym fagasem.

Rozlega się śmiech, jest coraz głośniejszy, aż owija się wokół mojego gardła jak ręce matki, kiedy szaleje, dusząc mnie, aż tracę koncentrację.

Zatrzymuję się.

Oczy zachodzą mi mgłą, wściekłość wygrywa ze spokojną brawurą, do której się zmuszałam.

– Śmieć z przyczepy.

Więcej śmiechu.

I oto nadchodzi szturchnięcie.

Dlaczego zawsze muszą mnie popychać?

Zanim ktokolwiek zdoła mnie powstrzymać – nie żeby komukolwiek się to udało – chwytam tacę z najbliższego stolika i jednym płynnym, mocnym ruchem uderzam dziewczynę w twarz.

Tani czerwony plastik pęka na jej głowie i rozlega się krzyk.

Krew płynie z czoła suki o niewyparzonej gębie, która skrzeczy i patrzy na mnie z przerażeniem. Czekam, aż nasze spojrzenia się spotkają, następnie kopię jej krzesło. Panika w jej oczach wzrasta, gdy dziewczyna upada na podłogę.

Nie ma czasu na ucieczkę. Nie żebym miała dokąd pójść.

Ludzie krzyczą, ale nikt nie ma odwagi do mnie podejść. Stojąca za ladą stołówki kobieta woła o pomoc i wszyscy podbiegają do leżącej na podłodze kretynki, bo to „ofiara”. Jasne, pierwsza jej przywaliłam, ale to ona wszystko zaczęła. Czego się spodziewała?

Jeśli nie dajesz rady, nie prowokuj.

I tak, jej docinki nie były wymyślone, moja matka to kurwa. I to z tych najgorszych. Przyznaję, śmieć z przyczepy w najgorszym wydaniu.

Mimo to ta idiotka nie ma prawa tak mówić.

I na pewno nie pozwolę jej publicznie mnie znieważać.

Nie wiem, jak to się udało mojej głupiej matce, ale jednego zdołała mnie nauczyć – zachowania dumy.

Najwyraźniej to jedyne, nad czym dziewczyna taka jak ja może sprawować kontrolę.

Więc nie pozwolę się poniżać.

– Do mojego gabinetu! Natychmiast! – skrzeczy dyrektor Folk. Nie woła mnie po nazwisku, nawet na mnie nie patrzy, ale dlaczego miałby to robić? Przecież jak zawsze przyłapał mnie na gorącym uczynku – wciąż stoję z połową czerwonej tacy w rękach.

Prawdopodobnie wiedział, że to ja, już w chwili, gdy usłyszał wołanie o pomoc, zanim nawet tu przyszedł.

Rzucam resztki plastiku na podłogę i idę do dobrze znanego mi miejsca – taniego drewnianego krzesła z podartym bordowym obiciem, które stoi dokładnie naprzeciwko biurka dyrektora.

W poniedziałek ostrzegł mnie, że dostałam „ostatnie upomnienie”, ale wczoraj zostałam nakryta na paleniu za salą gimnastyczną, a wciąż tu jestem. Dziś jest czwartek.

Zastanawiam się, czy znów jest w nastroju do wybaczania.

Chyba jednak nie, bo czterdzieści pięć minut później wpada do pomieszczenia i siada w fotelu, piorunując mnie wzrokiem przez małe kujońskie okularki.

Jego gniew ma zapewne coś wspólnego z tym, że dziewczyna o niewyparzonej gębie – która wciąż może się wykrwawiać na białej podłodze stołówki – jest jego siostrzenicą.

A to peszek.

Mruży oczy, taksując mnie wzrokiem – moją za ciasną bluzkę i jeansy z dziurami.

Uśmiecham się więc, by go jeszcze bardziej rozdrażnić.

Ponieważ facet nie może powiedzieć ani zrobić nic, co byłoby bardziej popieprzone niż każdy dzień mojej rzeczywistości.

Chwytam się brzegów krzesła i pochylam ku mężczyźnie.

– Czekam, panie Folk.

Otwiera oczy nieco szerzej i zerka na mój dekolt, jakby nie mógł nad tym zapanować.

Mężczyźni nie mają kontroli nad takimi odruchami.

Oto kolejna rzecz, której nauczyłam się od matki.

– Panno Carver, wyraźnie widać, że nie chcesz tu być. Ilekroć cię upominam, zachowujesz się jeszcze gorzej.

Kiedy na moją twarz wypływa powolny uśmiech, mężczyzna chrząka i odwraca wzrok.

– To twoja trzecia szkoła średnia w przeciągu osiemnastu miesięcy i szczerze mówiąc, masz szczęście, że wytrzymaliśmy tu z tobą tak długo.

– Naprawdę, panie Folk? – Opieram się na krześle. – Jest pan pewien, że…

– Przestań. – Znów na mnie patrzy i wzdycha. – To poważna sprawa. Pozyskałaś uwagę całej szkoły. Nie mogę puścić tego płazem.

Przewracam oczami.

– Dobra, do sedna. Co dalej?

Przygląda mi się przez chwilę, nim składa dłonie i opiera łokcie o biurko.

– Wykonałem telefon.

Patrzę mu prosto w oczy.

– Do twojej opiekunki socjalnej.

– Nie mam jej.

– Najwyraźniej masz. Skontaktowała się ze mną kilka miesięcy temu i…

– Miesięcy?

– Posłuchaj, Raven…

W tej samej chwili sekretarka wprowadza do gabinetu ciemnowłosą kobietę w eleganckich spodniach i bluzce. Gość podchodzi do biurka, by przywitać się z dyrektorem.

– Maria Vega.

– Pani Vega, doceniam pani szybkie przybycie. – Oboje na mnie patrzą.

– Cześć – wita się sztucznie, omiatając mnie wzrokiem, i posyła mi pełen zaciekawienia sztywny uśmiech. – Mogę z tobą przez chwilę porozmawiać?

Nie odzywam się. Bez względu na to, co zrobię lub czego nie powiem, już mnie rozgryzła.

– Byłam w kontakcie z panem Folkiem przez ostatni semestr. Wprowadził mnie w twoją domową sytuację i przeszłe problemy. Uważamy, że tym razem będzie lepiej, jeśli odbierzemy cię spod opieki matki.

Parskam śmiechem, nim mam szansę się powstrzymać. „Opieki matki”, dobre sobie.

Kobieta patrzy na mnie przez chwilę i wzdycha. Szybko traci swoją słodką, troskliwą postawę.

– Słuchaj, rozumiem. Masz gdzieś to, co mam do powiedzenia. Okej, ale zabieramy cię z domu. Najpierw tam pojedziemy, byś się spakowała, a potem udamy się w długą podróż do twojego nowego miejsca pobytu. Sytuacja jest trochę inna ze względu na twój wiek, lecz mamy dla ciebie bezpieczne lokum.

– Tak? Pieką tam ciasteczka i tulą do snu? A może jest tam facet, który nocą zakrada się do pokojów małych dziewczynek?

Kobieta mruży oczy, a pan Folk wzdycha.

– Panno Carver, chcesz mi o czymś powiedzieć?

– O niczym, co by pana obeszło.

Przenosi wzrok do niewielkiej blizny nad moim lewym okiem.

– Spróbuj.

– Podziękuję. – Wstaję i zbliżam się do kobiety. – Poczekam na zewnątrz.

– Poczekasz tutaj, jeśli nie chcesz się spotkać z rodzicami tamtej dziewczyny, którzy stoją nieopodal tych drzwi.

– Mylicie mnie z kimś, kto się tym przejmuje. – Przepycham się obok kobiety i wychodzę w kierunku kochających rodziców małej suki o niewyparzonej gębie. Przenoszę wzrok z niej na dorosłych i widzę, że wszyscy patrzą wilkiem w moją stronę, a ich mowa ciała pokazuje dokładnie, co o mnie myślą.

Zbrukana.

Wykorzystana.

Bezwartościowa.

I się nie mylą.

Rozdział 2

Raven

– No chyba jaja sobie robicie – mamroczę pod nosem, rozglądając się po podwórku.

Pani Vega zbliża się do mnie.

– Przywykniesz.

– Co to, do cholery, za miejsce?

– To dom Bray.

– Wygląda jak dom Michaela Myersa[1].

Śmieje się cicho, po czym ponownie patrzy na budynek i ściąga brwi.

– O, rzeczywiście. Wcześniej tego nie zauważyłam.

Podłoga ganku pośrodku opada, jakby drewno przegniło, biała farba odchodzi dużymi płatami. To idealny kwadrat, małe okno po każdej ze stron i takie samo piętro wyżej, a pod nimi paskudna markiza.

– Wydaje się mały, ale jest szerszy z tyłu.

Mała to jest przyczepa, w której masz dla siebie tyle miejsca, co w lodówce, jednokomorowy zlew i dwupalnikową kuchenkę lub toster.

– W każdym razie to dom dla dzieciaków, które niedługo dorosną, a także kilku młodszych, które miały problemy z rodzicami. To miejsce dla trudnej młodzieży.

– Więc mieszka tu banda łobuzów?

– Nie. – Kręci głową. – Łobuzy są w szkole. To miejsce jest znacznie lepsze.

– Fantastycznie – rzucam z udawaną powagą.

Pani Vega wzdycha i mówi:

– Chodźmy.

Wchodząc po schodach, ciągnie za sobą torbę, którą mi pożyczyła, więc zmuszam się, by człapać za nią.

Kiedy zjawiłyśmy się wczoraj w mojej przyczepie, matka śmiała się, wpuszczając nas do środka. Siedziała, paląc jointa – z mojego zioła – przed opiekunką socjalną, i zaproponowała, że pomoże mi się spakować. Myślałam, że padnie, spróbuje mnie pobić lub zrobi to jej nowy fagas, jak działo się zawsze, gdy mnie zawieszano lub skądś wyrzucano. Wie, że jeśli wkracza pomoc społeczna, nie dostanie więcej kasy, a brak zasiłku oznacza brak „darmowej” kokainy. Bez zapomogi będzie musiała spędzić więcej czasu, leżąc na plecach. A to problem, bo naczelna prostytutka na osiedlu przyczep kempingowych Gateway gustuje w kosztownym białym proszku.

 

Jednak wiedziałam, że zachowała spokój nie dzięki obecności opiekunki socjalnej. Cholera, gadała z nią, jakby się znały od lat – z nienawistnym, paskudnym uśmieszkiem na twarzy. Gdyby została zgłoszona, najgorsze, co by ją spotkało, to kilka dni paki, a to nic dla niej nie znaczy, wszyscy dobrze o tym wiedzą. Według matki chyba łatwiej zdobyć działkę w pace niż tu, poza tym tam jej targi są milej widziane. Nie dyskryminuje ze względu na płeć. Mawia, że pieniądze kobiet warte są tyle samo.

Wnioskując po jej nonszalanckiej postawie, wiedziałam, że pozyskała nowego dostawcę, choć kto wie, czy to nowy diler gotowy wymieniać się na jej usługi czy klient bez kasy.

Ale kogo to obchodzi?

– Pani Vega, prawda? – Podążam za głosem i zastaję starszą kobietę z głębokimi zmarszczkami na twarzy i ciemnymi kręconymi włosami. Jej ton nie jest serdeczny, bardziej zagadkowy.

– Tak, proszę pani. – Opiekunka socjalna waha się przez chwilę, nim podchodzi i podaje kobiecie rękę. – Pani Maybell, to siedemnastoletnia Raven Carver ze Stockton w Kalifornii.

Kiedy kobieta na mnie patrzy, wyraz jej twarzy łagodnieje.

– Odbyłaś niezłą podróż, co, Raven? – pyta.

– Rae.

Uśmiecha się i gdybym nie wiedziała lepiej, powiedziałabym, że szczerze. Do diabła, może to nawet prawda, bo kolejny bachor oznacza więcej kasy w jej kieszeni.

Wiem, że mogę się mylić, ale… czy są jeszcze ludzie, którzy biorą popieprzeńców pod swój dach dla zabawy?

– Rae. – Uśmiecha się lekko. – Zamieszkasz w pokoju numer siedem. W każdym pomieszczeniu przebywają dwie osoby, lecz w tym akurat ostatnio były siostry, więc obie odeszły w zeszłym tygodniu. Przez chwilę będziesz miała cały pokój dla siebie, ale nie oznacza to, że będzie ci tu łatwiej. Nie wiem, czy ci powiedziano, że to dom wyłącznie dla dziewcząt, chłopcy mieszkają tam. – Wskazuje na kolejny biały budynek. – Żadnych narkotyków, seksu, kradzieży i absolutnie żadnych bójek z innymi dziewczynami. Prócz tych kilku zasad jest tu całkiem miło. Chodź, odłóż rzeczy i zawieziemy cię do szkoły. Spodziewają się tam ciebie.

Wzdycham, idę do drzwi, ale zatrzymuję się, gdy woła za mną:

– O, Rae?

Zerkam przez ramię, unosząc brwi.

– Nie możesz chodzić za domem. To znaczy możesz poruszać się po podwórzu do huśtawki, lecz gruntowa droga za nią nie służy do spacerów. Jednak możesz przebywać w całej części z przodu.

– Jasne – odpowiadam i wchodzę do domu, rozglądając się po wnętrzu przypominającym zakład psychiatryczny. Białe ściany, gdzieniegdzie jakaś kanapa i pojedynczy telewizor w kącie – przymocowany na stałe do muru, najwyraźniej po to, by go nikt nie gwizdnął. Na ławie zostawione karty, jakby przerwano w połowie grę, obok popielniczka.

– Co to, u diabła, za miejsce? – mamroczę pod nosem, wzdrygając się lekko, gdy niespodziewanie odpowiada mi głos.

– Cztery ściany więżące trudne przypadki i uciekinierki z domu, by nikt nie musiał dłużej udawać, że się nimi przejmuje. – Kiedy patrzę dziewczynie w oczy, ta stwierdza, że pozyskała moją pełną uwagę i ciągnie: – Wszystkie dzieciaki stąd zapisane są do jednego ogólniaka w ramach jakiegoś programu dla biedaków. Spoko miejsce. Banda uprzywilejowanych dupków z wyjątkiem garstki nas, popieprzeńców, i kilku innych pochodzących z ubogich domów. Ale nie jesteśmy tak podzieleni, jak można by pomyśleć, bo to jeden wielki system. Albo podwijasz ogon i chodzisz tak, by nikt cię nie widział i nie słyszał, na co pozwalają, albo trafiasz do środka i każdy twój ruch jest oceniany. Wyłam się, a będziesz traktowana jak śmieć, którego już widzą.

– Brzmi jak koszmar.

Wzrusza ramionami.

– Może nim być. Prowadzony przez prawdziwe perełki.

– Prowadzony?

– Myślisz, że pozwalają nam chodzić po swoich marmurach, nie wykorzystując nas? – Kręci głową. – Są bystrzy. Oferują nam coś, czego nie mamy w domu, byśmy się nie wychylali. Coś za coś.

– A ludzie dają się na to nabierać?

Od stóp do głów taksuje wzrokiem moją szczupłą sylwetkę.

– Niedługo zrozumiesz. – Odchodzi.

– Okej. – Ściągam brwi, rozpakowuję pospiesznie torbę, wrzucając rzeczy do komody podpisanej moim imieniem, i wychodzę z pokoju.

Rzucam torbę opiekunce socjalnej, która pojawia się znikąd. Kobieta się krzywi.

– Mówiłam, byś ją zatrzymała.

– Nie chcę twojej litości.

– Nie ma jej we mnie.

– Więc nie chcę twoich rzeczy.

– Wsiadaj do auta, Raven – mówi z irytacją.

Maybell podchodzi do mnie z uśmiechem.

– Pani Vega była na tyle uprzejma, że wysłała wczoraj wszystkie niezbędne dokumenty, więc mogłam cię zapisać. Kiedy dotrzesz do szkoły, idź prosto do administracji, to pierwsze drzwi po lewej od wejścia. Dostaniesz plan lekcji.

Odchodzę, kiwając głową, ale Maybell woła za mną, nim mam szansę wsiąść do samochodu.

– Po zajęciach grupa uda się w tym kierunku. Możesz dołączyć. To nieco ponad dwa kilometry marszu tą drogą, chyba że zapłacisz za bilet, wtedy możesz jechać autobusem miejskim. Przystanek jest tutaj. – Wskazuje znak na chodniku przed budynkiem, o którym mówiła, że to dom chłopaków.

Nie odpowiadam, tylko zamykam drzwi auta.

Pani Vega wsiada za kierownicę i prycha.

– Słuchaj, Raven…

– Rae.

– Musisz sprawić, by się udało. Rozmawiałam z kilkoma dziewczynami stąd. Pani Maybell daje im swobodę, jeśli tylko przestrzegają zasad. Tutaj masz prawo robić, co chcesz, możesz być złośliwa, a i tak ujdzie ci to płazem. – Parska śmiechem, a ja na nią patrzę. – Możesz myśleć, że jestem osobą, która ma cię tylko odwieźć, ale mnie się wydaje, że poczujesz się tu lepiej. Nie oczekuję, że będziesz tu szczęśliwa, lecz może uporasz się z gniewem, który pozostawiła w tobie matka.

– Dorabia pani jako psychiatra czy co?

Uśmiecha się, włączając do ruchu, i przejeżdża kilka przecznic.

– Nie, ale niegdyś ktoś mi pomógł, więc chciałabym się odwdzięczyć.

– Proszę nie tracić czasu i skupić się na maluchach, które nie rozumieją jeszcze swojego życia. – Wyglądam przez przednią szybę. – Ja jestem już zepsuta.

– Hej! – rzuca, więc na nią zerkam. – Nie jesteś zepsuta. Wierz lub nie, lecz wystarczy jedna osoba, byś to dostrzegła. Daj sobie czas, a wydobrzejesz.

– Nie jestem zainteresowana. Chcę jedynie żyć z dala od wszystkich, którzy słyszeli o mnie, mojej matce lub czytali moje akta. – Wysiadam i wpatruję się w swoją nową rzeczywistość: wielki ceglany budynek z betonowym szyldem pośrodku.

Kręcę głową i przemierzam schody. Zatrzymuję się, gdy pani Vega krzyczy za mną:

– To nie jest zwyczajne liceum, Raven. Tutaj sprawy mają się nieco inaczej niż tam, skąd pochodzisz.

Żołądek mi się kurczy.

– Co chce pani powiedzieć?

Przygląda mi się przez chwilę.

– Takie dziewczyny nie są mile przyjmowane w takich miejscach, więc… nie wychylaj się i odwracaj wzrok.

Parskam śmiechem.

– Poznała mnie pani?

– Mówię poważnie – podkreśla, marszcząc czoło.

– Ja też.

– Mam wejść z tobą?

– Żegnam, pani Vega.

Patrząc na budynek za mną, kiwa głową, wsiada do auta i odjeżdża.

Przez chwilę stoję nieruchomo.

Mogłabym uciec, ale nie byłoby to mądre. Nie dostanę pracy, no chyba że pójdę w ślady matki. Pozostanie tutaj przynajmniej pomoże zabić czas. Nie brakuje mi wiele do osiemnastki.

– Pieprzyć to – mamroczę i popycham drzwi, by wejść, ale ktoś z drugiej strony otwiera je w tym samym czasie. Wychodzi trzech chłopaków… za nimi podążają trzy dziewczyny.

Chłopcy mnie nie zauważają, gdy odsuwam się na bok, unikając trafienia metalowymi drzwiami, lecz kiedy wychodzą dziewczyny, jedna z nich celowo na mnie wpada, a naprawdę nie powinna tego robić.

Chyba najlepiej od razu pokazać jej, że nie jestem popychadłem.

Kiedy trafia mnie ramieniem, obracam się, rzucam do przodu i chwytam w garść jej włosy. Gdy ciągnę do tyłu, duża ręka łapie mnie w talii.

– No proszę – mówi głęboki, zaczepny głos. Zerkam przez ramię i widzę brązowowłosego chłopaka, który zaraz zarobi łokciem w twarz. – Nie potrzeba agresji. Pogadamy ze wszystkimi gotowymi i chętnymi.

– Zabieraj ode mnie łapy, chyba że jesteś gotowy i chętny zarobić kopa w jaja.

– O, brzmi jak dobra zabawa. – Przysuwa się. – A teraz ty puść i pokaż, co jeszcze potrafisz tą rączką.

Zaciskam palce, a dziewczyna krzyczy.

Chłopak uśmiecha się szerzej i zanim mam szansę coś zrobić, chwyta mnie za tyłek.

– Chcesz się zabawić? Też mogę pociągnąć cię za włosy… – szepcze.

Spinam się przy nim, na co parska drwiącym śmiechem i odsuwa leniwie.

Puszczam dziewczynę, która stęka i wraca do budynku. Zapewne, aby poprawić fryzurę. Pusta pipa.

– Nie jesteś chyba tak twarda, jaką grasz, co, nowa? – pyta ostro chłopak, podchodząc do swoich koleżków, razem z nimi tworząc ciasny rząd.

Jednak to nie on jest w jego centrum.

Posyłam mu sztuczny uśmieszek, choć tak naprawdę mam ochotę skoczyć mu do gardła.

– Chyba nie.

– Nie martw się, kociaku, masz wybaczone. Z dobrego źródła wiem, że ona nie ma odruchu wymiotnego.

Kiwam lekko głową.

– Zatem świetnie do ciebie pasuje?

Chłopak pochyla głowę na mój bezczelny ton, ale jego koledzy się nie ruszają.

Mają okulary przeciwsłoneczne, więc kiedy przeskakuję pomiędzy nimi wzrokiem – celowo nie patrząc na żadnego dłużej – nie mogę odczytać ich spojrzeń, a nauczyłam się rozszyfrowywać facetów pod tym względem.

Stoję nieruchomo, aż jeden z nich, najwyższy z trójki, obraca się i idzie w stronę parkingu, a dupek, który mnie dotknął, wsiada za kierownicę dużego, czarnego, chromowanego SUV-a, niepodobnego do reszty krzykliwych samochodów na parkingu, choć zdecydowanie najbardziej pociągającego. Jest coś w eleganckim SUV-ie z przyciemnionymi szybami. Skupia na sobie uwagę – jak ten głupek, który nim jeździ.

W moich stronach taka bryka mówi, w którą stronę uderzać lub uciekać – zawsze odpowiedzią jest przeciwny kierunek. No chyba że jest się moją matką. Dla niej i jej znajomych to patrzenie lwu w oczy i liczenie, że złapie przynętę – im bardziej wymyślna bryka, tym więcej kasy.

Odsuwam od siebie tę myśl, ale zapamiętuję pojazd.

Zakładam plecak na jedno ramię i przygotowując się do przejścia przez te drzwi po raz pierwszy, patrzę na betonowy szyld nade mną.

Witamy w liceum Brayshaw.


[1] Michael Myers – psychopata, główny bohater serii filmów Halloween (przyp. tłum.).

Rozdział 3

Raven

Sekretariat nie daje mi dziś uczestniczyć w normalnych lekcjach, zamiast tego mam oglądać filmiki o poprawnym zachowaniu i o tym, jak unikać konfrontacji. Nakazano nawet dostarczenie mi talerza ze stołówki – najwyraźniej naprawdę przeczytali moje akta. Udaje mi się jednak wymknąć na kilka minut pod pretekstem skorzystania z toalety.

W chwili, gdy odzywa się dzwonek, kończąc nieciekawy pierwszy dzień, wychodzę z pomieszczenia, a następnie z budynku. Omijam grupki, które zaczynają się tworzyć przed szkołą, i idę w kierunku domu Bray, ale nim skręcam w lewo, rozlega się stękanie i sapanie.

Mimowolnie zerkam przez ramię.

Gnojki z rana wpatrują się w SUV-a, inni szepczą obok, wytrzeszczając oczy.

Obmacywacz trzaska drzwiami.

– Kto to, kurwa, zrobił?! – ryczy, odsuwając się, i najzabawniejsze, że wszyscy zebrani cofają się, gdy do nich podchodzi. Rozgląda się po tłumie i natychmiast nieruchomieje, kiedy jego spojrzenie pada na mnie. Zaraz puszcza się pędem, a jego kompani są tuż za nim.

Stoję w miejscu, nie przesuwając się nawet o centymetr, w żaden sposób nie zmieniając postawy.

I chyba go to wkurza, właściwie ich wszystkich, ponieważ jednocześnie unoszą brwi ponad ciemne okulary.

W przeciwieństwie do poranka powoli omiatam wzrokiem całą trójkę i nie jestem rozczarowana. Gdybym musiała zgadywać na podstawie tej jednej chwili, powiedziałabym, że to elita – osoby znajdujące się na samym szczycie żałośnie małego łańcucha pokarmowego tej szkoły.

 

Dowodem na to jest sposób, w jaki wszyscy inni wokół się kulą – zbyt przestraszeni, by otwarcie się przyglądać, ale zbyt spragnieni plotek, by odejść.

Zabawne, że to zazwyczaj nabuzowani kolesie z nażelowanymi włosami i w eleganckich ciuchach, którzy wierzą, że mają magiczne fiuty. Ci na prostej drodze do uczelni z ligi bluszczowej i pochodzący z zamożnych rodzin. To za nimi idą tłumy z nadzieją, że zdobędą ich wsparcie.

Jednak ci trzej… stanowią przeciwieństwo uroczych chłoptasiów.

Sposób, w jaki idą, wyprostowani i niezłomni, silni i wyluzowani, okazując fizyczną dominację, tak niezachwianą, że ściągają na siebie uwagę – nie ma w nich niczego schludnego czy klasycznego. Moja niezawodna intuicja podpowiada mi, że nie są prostolinijni.

Są szorstcy i potrafią udowodnić swoją władzę.

I mają sekrety.

Znam ten typ.

Wiem również, jak to jest być źle ocenionym, więc…

– Lepiej zacznij uciekać – mówi ktoś z lewej. Obracam głowę i widzę dziewczynę o kręconych włosach, która zerka na idących ku mnie chłopaków, ale się nie ruszam.

Za sekundę stają przy mnie.

– Porysowałaś mój samochód.

– Tak? – Przechylam głowę i unoszę nieco brwi, po czym je opuszczam.

Chłopak warczy i się zbliża, lecz kumpel kładzie rękę na jego ramieniu, a szczeniak przyjmuje polecenie pana.

Gość unosi głowę, a zebrani wokół pierzchają jak myszy.

Przewracam oczami i próbuję się obrócić, ale zostaję otoczona przez tę trójkę.

– Popełniłaś błąd, dziewczyno – mówi blondyn.

– Nie zgodzę się. To znaczy, mimo wszystko tu jestem.

Wysoki, ciemnowłosy, władczy, który musi być dowódcą, milczy, jednak jego intensywne spojrzenie sprawia, że wszystkie włoski na karku stają mi dęba.

– Szybko się nauczysz – ostrzega obmacywacz. – Nie odpuszczamy tego typu gów…

Nie powstrzymuję się i parskam oschłym śmiechem, a cała trójka ślicznych główek się cofa. Podchodzę.

– Nauczę się? – drwię, unosząc brwi jak rozwydrzona gówniara. – Dotknij mnie tak jeszcze raz, a spalę ci tę słodką bryczkę i może nawet w niej wtedy będziesz. Może tym razem ty się nauczysz. – Trzepoczę rzęsami jak kokietka, utrzymując przewagę dzięki temu, co wisi mu między nogami. – Dziewczyna musi mieć jakiś cel.

– Ty suko…

Szefuńcio unosi rękę, przerywając mu, a ja mogę przysiąc, że jego spojrzenie jest w stanie przepalić ciemne szkła okularów i moje oczy. Z każdą mijającą sekundą wzrasta adrenalina, ale ostatecznie wygrywa irytacja i rozpala się mój gniew.

Nie padają żadne słowa i chłopcy, jakby byli mentalnie połączeni, obracają się na pięcie i odchodzą. Obmacywacz jednak rzuca mi zjadliwe spojrzenie przez ramię.

– Masz przejebane.

Obracam się i widzę, że dziewczyna, która się wcześniej do mnie odezwała, stoi z boku, skryta w cieniu wysokiego drzewa.

– Ale jesteś wścibska. – Mijam ją, lecz mnie dogania.

– Tak, jednak nie o to chodzi. Jesteś szalona, jeśli sądzisz, że tylko ja patrzyłam. Wszyscy to robili.

– Może więc wszyscy musicie znaleźć sobie lepsze zajęcie. – Kiedy tylko opuszczam teren szkoły, zatrzymuję się przy drzewie, rozchylam cholewkę moich znoszonych glanów i wyjmuję skręta.

– Czy ty właśnie wyjęłaś jointa z buta?

– Nie byłam pewna, czy będą mnie przeszukiwać. – Wzruszam ramionami i puszczam do niej oko. – A gruby skręt by się nie zmieścił.

Śmieje się i bierze go ode mnie, gdy jej podaję.

Idzie ze mną przez dwie przecznice, więc się jej przyglądam. Ma na sobie czarne bojówki i stary T-shirt z logo zespołu. Nie żeby nie mogła sama sobie wybrać tych ciuchów, ale coś mi mówi, że udaje się dokładnie tam, gdzie ja.

– Jesteś Raven Carver, nie?

Patrzę na nią, ściągając brwi.

– Przepraszam, ale Maybell mówiła, że dziś przyjedziesz. Nie sądziłam, że tego samego dnia przyjdziesz do szkoły, ale nowi uczniowie zazwyczaj pochodzą z naszego domu.

– Tak, cóż, nie dostałam wyboru, więc oto jestem.

– Uciekniesz?

Śmieję się lekko, patrząc jej w oczy.

– Nie. Nie mam dokąd pójść. Utknęłam w tym systemie, póki nie skończę osiemnastki, więc pieprzyć to. Równie dobrze mogę płynąć z prądem.

– Musisz uważać z tymi chłopakami. Nie są jak większość licealistów. Ludzie ich słuchają, podążają za nimi.

Zatem to ci sami, o których rano w domu mówiła tamta laska.

– Co dziś zrobiłaś? Nie pozwolą, by uszło ci to na sucho. Nie mogą. – Kręci głową.

– Porysowałam GMC denali. – Wzruszam ramionami. – Nic takiego.

Dziewczyna się zatrzymuje, wytrzeszczając oczy.

– Tak, ale nie rozumiesz. To poważna sprawa. Jeśli pozwolą nowej, czyli „nikomu”, bez urazy, otwarcie okazać sobie brak szacunku, zagrozi to całemu systemowi.

– Systemowi?

– Tak, systemowi. Oni się tu liczą, nie tylko w szkole. Albo klęczysz u ich stóp, albo zostajesz zdeptana. Dopilnują, by cię upokorzyć, w taki czy inny sposób.

Przemierzamy podjazd.

– To jeden z nich jako pierwszy okazał brak szacunku. Wiem o nich jedno – że jeśli pozwolisz się sponiewierać, z pewnością to zrobią.

Dziewczyna idzie z przodu, otwiera moskitierę i patrzy na mnie.

– Jeżeli wiem jedno o chłopakach z Brayshaw High, to to, że zniszczą wszystko, co grozi zakłóceniem ich wizji. Uważaj, Raven. Twój dzisiejszy wyczyn mógł przejść niezauważony przy facetach, których do tej pory znałaś, ale ci? Namalowałaś sobie na plecach jasną tarczę.

Unoszę ciemne brwi, a ona przygląda mi się z powagą.

– A bycie ich celem oznacza bycie celem wszystkich ich wyznawców – rzuca.

No tak.

– Niech zgadnę. Jesteś jedną z nich?

Tym razem to ona unosi brwi.

– Witamy w liceum Brayshaw.

***

Opadam na materac, podłączam słuchawki do starego odtwarzacza MP3, który ukradłam jednemu z nocnych gości matki, wsuwam scyzoryk za gumkę spodni od dresu, następnie włączam muzykę najgłośniej, jak się da. Zapalam latarkę i kładę ją obok swojej głowy, po czym leżę, wpatrując się w drzwi, nie słysząc nic prócz wściekłych krzyków Halsey, która śpiewa mi o pragnących się uwolnić demonach. Mija godzina, nim moje oczy się poddają i jestem zmuszona je zamknąć.