Wakacje na HawajachTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maya Blake
Wakacje na Hawajach

Tłumaczenie:

Monika Łesyszak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Odrażający pałac wyglądał tak ohydnie jak w nocnych koszmarach, które prześladowały Romea. Jaskrawa, pomarańczowa fasada paskudnie kontrastowała z masywnymi niebieskimi okiennicami. Tylko jasny blask słońca, oświetlający groteskowo okazałe marmurowe posągi, nie pasował do zapamiętanego obrazu.

Romeo Brunetti ostatni raz oglądał to miejsce w lodowatych strugach deszczu. Przemoknięte ubranie przylgnęło do skóry, gdy siedział, skulony w krzakach za bramą, modląc się, by go nie odnaleziono. Jednak z drugiej strony odkrycie jego obecności oznaczałoby kres głodu i bólu odrzucenia, który niszczył jego duszę i ciało od rana do nocy aż do trzynastego roku życia. Wolałby, żeby to jego pobito do nieprzytomności zamiast niechętnego wybawcy, który ośmielił się odesłać go z powrotem. Potem nie czułby już nic. Lecz los zdecydował inaczej. Pozostał niezauważony, zziębnięty do szpiku kości, póki nieodłączny głód nie zmusił go do odwrotu.

Popatrzył na oszczepy w rękach marmurowych postaci. Pamiętał przechwałki ojca, że zostały wykonane ze szczerego złota, zanim nazwał go bękartem i nakazał swemu słudze wygnać go raz na zawsze. Wywrzeszczał jeszcze, że nie obchodzi go, czy dzieciak dziwki, która zaspokoiła jego chuć na ulicy w Palermo, przeżyje, czy zdechnie z głodu.

Nie, Agostino Fattore, głowa kryminalnej familii nie zasługiwał na miano ojca.

Romeo zacisnął palce na kierownicy ferrari i po raz tysięczny zadał sobie pytanie, po co odbył całą tę drogę. Dlaczego list, który podarł z wściekłością na strzępy zaraz po przeczytaniu, skłonił go do złamania przysięgi, którą złożył sobie przed ponad dwudziestu laty. Spojrzał w prawo, na mur okalający posiadłość zmarłego Agostina Fattorego. Okalające go krzewy rosły tak bujnie jak wtedy, gdy dały mu złudne schronienie. Najchętniej powyrywałby je gołymi rękami wraz z korzeniami. Zacisnął zęby, otworzył okno i wystukał kod, który, jak na ironię, jego mózg zachował w pamięci.

A jeżeli list zawierał jakieś ukryte treści? Co mógłby mu oferować po śmierci człowiek, który tak brutalnie odtrącił go za życia?

Przyjechał, żeby zyskać pewność, że krew, która płynie w jego żyłach, nie przewróci jego życia do góry nogami w najmniej spodziewanym momencie, że dwie chwile słabości, kiedy czuł się obrzydliwie niemoralny i podły, pozostaną jedynymi i ostatnimi w jego życiu.

Nikt prócz Romea nie wiedział, jak bardzo żałował czterech lat po ostatnim pobycie w tym miejscu, podczas których rozpaczliwie poszukiwał czyjejkolwiek akceptacji, niemal za wszelką cenę. Nie mógł sobie darować, że zmarnował cztery lata na poszukiwaniu kogoś, kto zastąpiłby mu ojca. Dopiero w wieku siedemnastu lat podjął najlepszą decyzję w życiu, żeby zamknąć serce przed ludźmi.

Więc po co tu tkwił? Nie miał nic wspólnego z Agostinem Fattorem. W niczym go nie przypominał. Ale musiał spojrzeć na testament zmarłego, żeby zyskać pewność, że zagubiony chłopczyk, kompletnie załamany odtrąceniem, dorósł i całkowicie zobojętniał.

Zły na siebie za zwłokę, nacisnął pedał gazu i wjechał z piskiem opon na asfaltową drogę, prowadzącą na dziedziniec. Wysiadłszy z samochodu, pospieszył ku obitym blachą drzwiom i otworzył je na oścież.

Wkraczając do holu wyłożonego kafelkami, ułożonymi w szachownicę, z obrzydzeniem spojrzał na olbrzymi zabytkowy żyrandol. Gdyby go obchodziło, czy ten dom stoi, czy zostanie zburzony, natychmiast wywaliłby to monstrum na śmietnik. Ale nie przybył tu po to, by oceniać fatalny gust właściciela, tylko by przepędzić demony, o których od dzieciństwa usiłował zapomnieć. Wskrzesiła je jedna noc sprzed pięciu lat, kiedy to w ramionach pewnej kobiety stracił nad sobą kontrolę.

Usłyszawszy szuranie, a za nimi odgłos pewnych kroków, odwrócił głowę z niewesołym uśmiechem. A więc dawny adiutant Fattorego nie zmienił zwyczajów albo też gniew Romea skłonił go do zaangażowania ochroniarzy do obrony.

Lorenzo Carmine wyciągnął ręce na powitanie, ale Romeo dostrzegł jego czujne spojrzenie.

‒ Witaj, synu. Wejdź, lunch na nas czeka.

Romeo zesztywniał.

‒ Nie jestem pańskim synem i nie zostanę tu dłużej niż pięć minut. Proszę nie marnować mojego czasu i od razu przedstawić swoją sprawę – odparował, nie kryjąc odrazy.

Bladoniebieskie oczy Lorenza rozbłysły takim samym gniewem jak podczas ostatniego pobytu Romea w majątku. Ale zaraz przypomniał sobie, że nie ma już do czynienia z bezbronnym chłopcem i przywołał na twarz łagodny uśmiech.

‒ Wybacz, ale jeżeli nie zjem posiłku o zalecanej porze, zawsze to odchoruję.

Romeo ruszył ku drzwiom. Pojął, że traci czas.

‒ Więc proszę przestrzegać swojego harmonogramu i więcej nie zawracać mi głowy.

‒ Ojciec zostawił ci coś, co chciałbyś zobaczyć.

‒ Nie uważam go za ojca i nie interesuje mnie nic, co posiadał.

Lorenzo westchnął.

‒ A jednak odbyłeś długą drogę na moją prośbę. Czyżby po to, żeby przypieczętować swój triumf nad staruszkiem?

Romeo zacisnął zęby, wściekły, że nikczemny bandyta sformułował na głos pytanie, które wciąż na nowo sobie zadawał.

‒ Proszę mówić – warknął.

Lorenzo zerknął na najbliższego ochroniarza i skinął głową. Osiłek w mgnieniu oka znikł na końcu długiego korytarza. Drugi podszedł bliżej do Lorenza, który wskazał pokój po lewej stronie. Wkroczyli do krzykliwie udekorowanej poczekalni dla gości, prowadzącej do sali audiencyjnej. Romeo pamiętał, że ojciec uwielbiał tu sprawować rządy. Staruszek dotarł do fotela przypominającego tron i ciężko opadł na siedzenie. Romeo pozostał w pozycji stojącej. Ledwie powstrzymał pokusę nerwowego przemierzania pomieszczenia.

Mimo że przeszedł do porządku dziennego nad koszmarami przeszłości, źle znosił wszystko, co mu ją przypominało. Kiedy przyprowadzono go tu po raz pierwszy, skulony w kącie tej komnaty słuchał krzyków bitego sługi, huku wystrzałów i przerażających wrzasków. Zmuszony przez ojca, siadł na złoconej sofie i bezradnie patrzył, jak jego adiutanci biją do nieprzytomności Paola Giordana.

Dręczyła go obawa, że odziedziczył okrutny charakter po rodzinie Fattore. Wyczerpany życiem na ulicy, niegdyś omal nie przystąpił do przestępczego gangu, znanego z bezwzględności. Pożałował, że tu wrócił, zamiast zostać w swoim nowo wybudowanym luksusowym kurorcie na Karaibach. Zmrużył oczy na widok drugiego z ochroniarzy, który wrócił z bogato rzeźbioną, zabytkową szkatułą, którą wręczył gospodarzowi.

‒ Dobrze, że ojciec nie spuszczał cię z oka – zagadnął Lorenzo.

‒ Co takiego?! – wykrzyknął Romeo z bezgranicznym zdumieniem.

‒ Twoja matka, niech Bóg ma w opiece jej nieszczęsną duszę, robiła, co mogła, ale nic nie wskórała.

Romeo z trudem zachował kamienną twarz. Definitywnie pogrzebał pamięć o matce wraz z nią samą przed pięciu laty. Tego samego wieczora stracił kontrolę nad swymi emocjami w ramionach kobiety, której obraz prześladował go nadal w najmniej spodziewanych momentach. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zapragnął ciepła i bliskości drugiej osoby. Wtedy uświadomił sobie, że nie zdołał całkiem zamknąć serca przed ludzkimi uczuciami. Dokładał wszelkich starań, żeby o niej zapomnieć. Czy dlatego, że obnażyła jego słabość?

‒ Nie wyciągnie mnie pan na wspominki – ostrzegł. – Nie zapomniałem, że to pan wyrzucił mnie za bramę, kiedy byłem dzieckiem. Doskonale pamiętam też groźbę, prawdopodobnie wypowiedzianą na rozkaz mojego ojca: „Jeżeli cię tu jeszcze raz zobaczę, opuścisz to miejsce w worku na zwłoki”.

Lorenzo wzruszył ramionami.

‒ Nikt z nas wtedy nie przewidział, że dzieciak poczęty w rynsztoku osiągnie tak wysoką pozycję.

‒ Na szczęście wcześnie pojąłem, że każdy, niezależnie od pochodzenia, musi sam kształtować swój los. Inaczej pewnie skończyłbym w kaftanie bezpieczeństwa w szpitalu psychiatrycznym.

Starzec spróbował się roześmiać, ale śmiech przeszedł w atak kaszlu. Kiedy przestał kasłać, otworzył szkatułę i wyciągnął kilka kartek.

‒ Nigdy nie dawałeś za wygraną bez walki – stwierdził. – Zauważyłem to już, kiedy byłeś dzieckiem. Ale nie zapominaj, po kim odziedziczyłeś bystry umysł.

‒ Sugeruje pan, że zawdzięczam swoje sukcesy tej bandzie kryminalistów, zwanej przez was rodziną?

‒ Za chwilę o tym podyskutujemy. Ojciec zamierzał ci to wszystko przekazać przed swoją tragiczną śmiercią.

Romeo podejrzewał, że eksplozja na jachcie, na którym zginął Fattore wraz z żoną i przyrodnimi siostrami, których nigdy nie pozwolono mu poznać, nie była wypadkiem, tylko starannie zaplanowanym zamachem. Odparłszy pokusę wyrażenia na głos swoich podejrzeń, w milczeniu obserwował, jak Lorenzo układa kolejne dokumenty na biurku.

‒ W pierwszej kolejności przekazał ci ten dom wraz z samochodami, końmi i dwustu hektarami gruntu bez żadnych zobowiązań finansowych – oznajmił. – Wystarczy podpisać, żeby wszystko przeszło na twoją własność.

Romeo oniemiał z zaskoczenia.

‒ Niestety interesy nie idą tak dobrze, jak się spodziewaliśmy, a na pewno nie tak dobrze jak twoje. Rodzina Carmelo uznała to za doskonały pretekst do próby ich przejęcia, ale wierzę, że pod parasolem twojego przedsiębiorstwa, Brunetti International, szybko rozkwitłyby ponownie.

‒ Chyba pan oszalał, jeżeli sądzi pan, że przejmę choćby część tej schedy, przesiąkniętej ludzką krwią, albo pozwolę na kojarzenie mojej osoby z nazwiskiem Fattore i wszystkim, co sobą reprezentuje.

‒ Czy twoim zdaniem nazwisko kurtyzany przynosi większy zaszczyt?

 

Nie, ale Romeo wybrał mniejsze zło, zwłaszcza odkąd rodzina Fattore zabroniła mu używać swojego.

‒ Pańskie pięć minut minęło, staruszku. Nie obchodzą mnie ani wasze problemy, ani wojny z rodziną Carmelo – oświadczył stanowczo. Dotarł do drzwi, kiedy Lorenzo ponownie przemówił:

‒ To twoje dziedzictwo, choćbyś nie wiem jak temu zaprzeczał. Twój ojciec przewidział, że gdy nadejdzie czas, nie zechcesz go przyjąć. Dlatego poprosił, żebym przekazał ci coś jeszcze.

Instynkt samozachowawczy podpowiadał, żeby wyjść, ale rozsądek nakazał zostać i sprawdzić, co starzec trzyma w zanadrzu. Lorenzo wziął wielką kopertę i przesunął na drugą stronę blatu z wyraźną satysfakcją. Romeo z wściekłością przemierzył z powrotem pokój i otworzył ją. Na widok własnego zdjęcia z pogrzebu matki zaparło mu dech. Tylko on i ksiądz towarzyszyli Arianie Brunetti w ostatniej drodze. Wykrzywił usta na widok drugiej fotografii, ukazującej go w żałobnej czerni, gdy siedział w hotelowym barze ze wzrokiem wbitym w lampkę koniaku.

‒ Szkoda, że Fattore kazał mnie śledzić przed pięciu laty. Gdyby pilnował interesów, lepiej by na tym wyszedł – skomentował z przekąsem.

‒ Obejrzyj wszystko. Najlepsze dopiero przed tobą.

Romea ogarnęły złe przeczucia, gdy oglądał następną fotografię, na której przemierzał ulicę po wyjściu z hotelu w kierunku modnych kawiarni przy nabrzeżu. Zamarł w bezruchu na widok Maisie O’Connell. Zapamiętał ją najdłużej ze wszystkich przelotnych kochanek, nie tylko z powodu anielskiej buzi i kuszących kształtów. Po szalonej nocy w hotelowym pokoju wyszedł załamany. Mimo że spędził z nią tylko jedną noc, obudziła w nim tęsknoty, które zwalczał przez lata, póki ich całkiem nie stłumił. Nie zamierzał przywoływać tych krótkich chwil słabości. Rzucił zdjęcia na biurko.

‒ Proszę nie liczyć na to, że dokumentacja mojego prywatnego życia wywoła jakąkolwiek reakcję prócz gniewu.

Staruszek zgarnął zdjęcia, usiadł wygodnie i pokazał mu kolejne. Też przedstawiały Maisie, ale w obcym kraju, najprawdopodobniej w Dublinie, gdzie mieszkała, jak wyznała podczas krótkiej przerwy w gorących pieszczotach.

Na pierwszym szła ulicą w urzędowym kostiumiku, pantoflach na wysokim obcasie, z włosami upiętymi w staranny kok. Wyglądała zupełnie inaczej niż w krótkiej letniej sukience, klapkach i rozpuszczonych, ognistych włosach w dniu, w którym ją poznał. Na drugim ze strapioną miną zatrzymywała taksówkę przed kliniką. Na trzecim siedziała na ławce w parku, z twarzą zwróconą ku słońcu i ręką na wydatnym brzuchu. Na czwartym z macierzyńską czułością pchała wózek ulicami Dublina.

Romeo osłupiał. Odłożył fotografie, ale nie mógł oderwać od nich oczu. Wyglądało na to, że Fattore zostawił go w spokoju po pogrzebie matki, a zaczął dokumentować życie jego przygodnej kochanki, której serdeczność obudziła w nim tłumione od lat emocje.

‒ Niepotrzebnie traciliście czas. To normalne, że ludzie nawiązują i kończą romanse, a potem znajdują sobie narzeczonych i zakładają rodziny – stwierdził, choć sam nie zamierzał iść w ich ślady.

Uczciwie ostrzegał przygodne partnerki, że nie pragnie trwałego związku, żeby oszczędzić im rozczarowań. Z czasem jego niestałość obrosła legendą, co mu bardzo odpowiadało, bo nie robił nikomu niepotrzebnych złudzeń.

‒ Nie interesuje cię, że twoja kochanka nadała synkowi włoskie imię?

Romeo prychnął z niedowierzaniem. Nie wyjawił Maisie swojego nazwiska. Z obawy przed skojarzeniem jego osoby z matką lub ojcem jego noga nie postała na Sycylii przez ponad piętnaście lat.

‒ Zostawcie ją w spokoju. Nie łączyło nas nic prócz erotycznej przygody. Nie liczcie na to, że za jej pomocą wywrzecie na mnie presję.

Lorenzo pokręcił siwą, łysiejącą głową.

‒ Kiedy ochłoniesz, pojmiesz, że nas nie doceniłeś. Twój ojciec nie opierałby przyszłości swojej organizacji na domysłach czy przypuszczeniach. Dokładnie sprawdziliśmy wszystkie fakty. Potwierdziły je trzy testy DNA wykonane przez trzech różnych lekarzy.

‒ Jak zdobyliście próbki?

‒ Przy dzisiejszej technice wystarczy włos albo wyrzucony kubek po napoju.

Romeo zawrzał gniewem.

‒ Wysłaliście swoich zbirów za małym chłopcem?

‒ Nie za pierwszym lepszym. Twoja kochanka urodziła go dokładnie dziewięć miesięcy po waszym spotkaniu. W jego żyłach płynie krew rodziny Fattore.

ROZDZIAŁ DRUGI

Maisie O’Connell z przyjemnością zamieniła tabliczkę na drzwiach z napisem „Zamknięte” na „Otwarte”.

Odbyła długą drogę, ciężko pracowała, ale obecnie jej restauracja przynosiła wymierne dochody. Powierzyła ją profesjonalnemu kucharzowi, podczas gdy sama poszła na kurs wykwintnej kuchni włoskiej. Pochlebny artykuł w dodatku do jednej z najlepszych dublińskich gazet zapewnił jej taką popularność, że klienci zaczęli rezerwować miejsca z miesięcznym wyprzedzeniem.

Otworzyła drzwi na oścież i podparła je stojakiem na menu, ustawionym tak, żeby z daleka przyciągał wzrok.

Gdy wracała do środka, przed sąsiednimi drzwiami przystanęła długa limuzyna. Choć widywała luksusowe auta w cichej wiosce Ranelagh, leżącej niedaleko centrum Dublina, ten widok przyspieszył bicie jej serca. Powiedziała sobie, że ponosi ją wyobraźnia. Zanim wróciła do biura, poszła sprawdzić, czy załoga przygotowała wszystko do realizacji pierwszego zamówienia na godzinę dwunastą. Zostało jej pół godziny na podliczenie rachunków przed powrotem do kuchni. Usiadłszy, zerknęła z rozrzewnieniem na stojącą na biurku fotografię. Wzięła ją do ręki i powiodła opuszką palca po konturze twarzy uśmiechniętego chłopczyka.

Gianlucca stanowił sens jej życia, jedyny powód, dla którego przed pięciu laty podjęła równie trudną co słuszną decyzję. Nie żałowała ani przez sekundę, że porzuciła wyuczony zawód, choć rodzice intensywnie wpajali w nią poczucie winy. Niemal oskarżyli ją o zdradę. Ich zdaniem jej postępek potwierdzał słuszność porzekadła, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Tak samo jak matka nie planowała ciąży w wieku dwudziestu czterech lat, co nie przeszkodziło jej pokochać oczekiwanego dziecka.

Od najmłodszych lat wiedziała, że gdyby rodzice mieli wybór, pozostaliby bezdzietni. Nie kryli, że stawiają naukowe ambicje na pierwszym miejscu. Z całą pewnością uważali jej wychowanie za znacznie trudniejsze wyzwanie niż umiłowana kariera akademicka. Z ciężkim sercem musiała przyjąć do wiadomości, że nie wszystkie dzieci bywają wyczekiwane i kochane. Ale zapragnęła syna w momencie, gdy odkryła, że rośnie w jej łonie. Zrobiłaby dla niego wszystko.

Stłumiła poczucie winy, że zawiodła nadzieje rodziców. Wbrew ich woli odbyła ponowną, daremną podróż na Sycylię. Przynajmniej spróbowała zrobić to, co należało.

Odłożyła fotografię i otworzyła księgę rachunkową. Rozważanie, jak mogłaby postąpić, nie zapewni jej utrzymania ani pensji pracownikom. Grunt, że była zadowolona ze swojego wyboru, a synek szczęśliwy. Zerknęła jeszcze na głęboko osadzone piwne oczka, które czasami patrzyły na nią tak, jakby zaglądały do głębi duszy, tak samo jak oczy jego ojca Romea tamtego długiego popołudnia i jeszcze dłuższej nocy przed pięciu laty w Palermo.

Romeo – złowieszcze imię, o ile takowe istnieją. Choć jej życie nie zakończyło się tragedią jak w słynnym dramacie, spotkanie z zabójczo przystojnym, tajemniczym Włochem o głębokim spojrzeniu odmieniło je diametralnie.

Porzuciła bezowocne rozważania i włączyła komputer. Otworzyła właśnie listę płac, gdy ktoś zapukał do drzwi.

‒ Proszę wejść.

Lacey, młoda kierowniczka działu rezerwacji, wsunęła głowę przez drzwi.

‒ Ktoś do ciebie przyszedł – oznajmiła teatralnym szeptem z nieskrywanym zaciekawieniem.

‒ Jeżeli poszukuje pracy, przekaż mu, że nie przyjmę nikogo przed rozpoczęciem sezonu.

‒ Nie sądzę, żeby szukał zatrudnienia. Prawdę mówiąc, robi wrażenie nieprawdopodobnie bogatego i wpływowego i bardzo stanowczego człowieka. Przyjechał limuzyną – dodała szeptem z rumieńcem na policzkach, zerkając przez ramię w stronę sali jadalnej, jakby się obawiała, że obcy wtargnie do biura.

‒ Podał swoje nazwisko?

‒ Nie. Tylko spytał, czy cię zastał, a kiedy potwierdziłam, kazał mi cię przyprowadzić.

Maisie drżącymi rękami wygładziła ciemną spódnicę i różową bluzkę. Opis Lacey przypomniał jej, że podobne wrażenie odniosła przed laty w Palermo podczas spotkania z Romeem. Przerażała ją jego silna osobowość, lecz to nie ona uciekła, lecz on. Następnego ranka obudziła się sama. Tylko skotłowana pościel i ślad zapachu kochanka na poduszce świadczyły o tym, że nie wyśniła sobie nocnej przygody.

Lecz teraz nie przebywała wśród niebezpiecznych mieszkańców Palermo. Wybrała na miejsce zamieszkania spokojną wioskę Ranelagh, gdzie zbudowała nowe życie dla siebie i synka. Tu nic jej nie groziło. W krótkiej karierze prawniczki, specjalistki od prawa karnego, poznała sporo osób o trudnych, a nawet groźnych charakterach. Z tym też sobie poradzi.

Pojęła, jak bardzo się myliła, jeszcze zanim wysoki, barczysty przybysz, ubrany w czerń od stóp do głów, odwrócił głowę. Maisie zamarła w bezruchu. Serce podeszło jej do gardła.

‒ Romeo!

Gdy wymówiła jego imię drżącymi wargami, odwrócił się powoli i wbił w nią spojrzenie tych zamyślonych piwnych oczu. Mocna szczęka stężała, gdy zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i z powrotem. Kości policzkowe były bardziej wydatne, niż zapamiętała, włosy dłuższe i bardziej falujące niż przed pięciu laty. Ale wyglądał równie oszałamiająco jak wtedy, gdy siedział naprzeciwko niej w kawiarni i tak samo emanował niespożytą energią. Przycisnęła pięść do piersi, jakby mogła w ten sposób powstrzymać oszalałe serce.

‒ Nie wiem, czy świętować, czy przeklinać ten moment – zagadnął zamiast powitania.

‒ Jak mnie znalazłeś?

Podszedł bliżej, nie spuszczając jej z oka i nie wyjmując rąk z kieszeni płaszcza. Wyglądał w nim jak lord. Z daleka przyciągał wzrok, choć wszyscy inni też nosili ciepłe okrycia. Mimo że nastał już czerwiec, na dworze nadal było zimno.

‒ Tylko to chcesz wiedzieć po pięciu latach niewidzenia? Nic więcej cię nie interesuje?

Maisie wyobrażała sobie tę scenę niezliczoną ilość razy. Przemyślała, co powie, i usiłowała przewidzieć, jak Romeo zareaguje. Wiedziała, jak ochronić synka przed odrzuceniem, tak jak wtedy, gdy rodzice okazali wobec niego taką samą obojętność jak wobec niej. Lecz teraz miała pustkę w głowie.

‒ A co chciałbyś usłyszeć? – spytała w końcu.

‒ Na przykład: „miło cię widzieć” albo „co u ciebie słychać”?

Maisie zesztywniała, usłyszawszy lodowatą nutę w jego głosie.

‒ Z jakiej racji? Pamiętam, jak obudziłam się sama w hotelowym apartamencie, wynajętym przez anonimowego gościa – wytknęła lodowatym tonem. ‒ Skoro nie zadałeś sobie trudu, żeby się pożegnać, nie oczekuj serdecznego powitania.

Romeo poruszył nozdrzami tak jak wtedy, gdy w hotelowym pokoju wyznała mu, że rodzice od dziecka traktowali ją jak balast, jak niepożądanego gościa. Upomniał ją wówczas surowo, że powinna być wdzięczna losowi, że ich w ogóle ma. Zaniemówiła wtedy, nie tyle z oburzenia, że prawi jej morały, ale dlatego, że zobaczyła ból w jego oczach, jakby cierpiał męki na samą wzmiankę o rodzicach.

Dokładała wszelkich starań, żeby odpędzić tamto wspomnienie i zachować spokój, kiedy wreszcie oderwał od niej wzrok i rozejrzał się dookoła.

‒ Co tu robisz, kiedy nie bawisz się w restauratorkę?

‒ To nie zabawa. To mój lokal, mój sposób zarabiania na życie, moja kariera.

‒ Naprawdę? Myślałem, że jesteś wpływową prawniczką.

Maisie zmarszczyła brwi. Czyżby powiedziała mu o tym w Palermo? Niewiele wcześniej obroniła dyplom i dostawała ciekawe sprawy. Rodzice w końcu zaakceptowali jej wybór. Po raz pierwszy w życiu myślała, że wreszcie ich usatysfakcjonowała, że są z niej dumni, aczkolwiek nie wyrazili radości w tak serdeczny sposób jak rodzice koleżanek i kolegów.

Oczywiście nie byli zachwyceni, gdy niewiele później oznajmiła, że bierze cały miesiąc urlopu, żeby zwiedzić Europę. Mimo pełnego poparcia przełożonych odradzali jej tę podróż. Ich głębokie przekonanie, że krótka przerwa we wspinaczce po drabinie społecznej zrujnuje jej karierę, świadczyło o tym, że czas poświęcony na jej wychowanie też musieli uważać za stracony.

A gdy po powrocie wreszcie zebrała się na odwagę, żeby oznajmić, że zaszła w ciążę, nie kryli rozczarowania. Roberta O’Connell nie musiała mówić, że Maisie zniszczyła jej życie. Na każdym kroku okazywała rozgoryczenie. Ta świadomość straszliwie bolała. Odpędziła bolesne wspomnienia i pokręciła głową.

 

‒ Porzuciłam karierę prawniczą cztery lata temu – odparła.

‒ Dlaczego zrezygnowałaś z zawodu, który zdobyłaś wielkim nakładem pracy?

A więc wyjawiła więcej, niż pamiętała, bo inaczej skąd by o tym wiedział? I dlaczego pytał, skoro znał odpowiedzi?

‒ Zmieniłam priorytety – odrzekła lakonicznie. – A teraz wybacz, jeśli wpadłeś przejazdem na pogawędkę. Pierwsi klienci przyjdą lada chwila. Muszę sprawdzić, czy kuchnia wszystko przygotowała.

‒ Myślisz, że odbyłem tak długą drogę, żeby sobie pogawędzić? – Rozejrzał się dookoła, jakby czegoś szukał. Albo kogoś.

Strach chwycił Maisie za gardło. Nie, nie mógł wiedzieć o istnieniu Gianlucki, ponieważ kiedyś szukała go nadaremnie.

Nikomu nie zdradziła, z kim zaszła w ciążę. Powiedziałaby rodzicom, ale kiedy wyznała, że spędziła jedną noc z nieznajomym, nie chcieli dalej słuchać.

Ciężko przeżyła jedyną szczerą rozmowę z matką w cztery oczy. Doradziła jej, żeby oddała maleństwo pod opiekę niań, by mogła się całkowicie skoncentrować na budowaniu własnej kariery. Zaoferowała nawet całkowite sfinansowanie szkoły z internatem od wieku przedszkolnego! Mimo że Maisie znała ich stosunek do rodzicielstwa, przeżyła wstrząs. Nie wątpiła, że gdyby mieli wybór, skazaliby ją na taki sam los, oddając w obce ręce.

‒ Nie wiem, co tu robisz, ale tak jak mówiłam, obowiązki czekają… – Zaczerpnęła gwałtownie powietrza, gdy chwycił ją za ramię.

‒ Gdzie on jest, Maisie? Gdzie mój syn? – zapytał lodowatym tonem.

W tym momencie Lacey wypadła z kuchni, a równocześnie do restauracji weszła czwórka gości. Romeo przeniósł wzrok z Maisie na jej pracownicę, przeczytał identyfikator, po czym rozkazał:

‒ Lacey, wskaż klientom stolik. Twoja szefowa przejdzie ze mną do biura.

Lacey zrobiła wielkie oczy, ale spełniła polecenie.

Romeo wyprowadził Maisie do niewielkiego pomieszczenia i zamknął za sobą drzwi. Nie ulegało wątpliwości, że najchętniej by je za sobą zatrzasnął. Maisie przeżywała równie silne emocje. Stanęła za biurkiem i popatrzyła na niego spode łba.

‒ Co ty sobie wyobrażasz? Jakim prawem rozkazujesz moim podwładnym?

‒ Gra na zwłokę nic ci nie da. Gdzie mój syn? Chcę go zobaczyć.

‒ Jakim prawem? Spędziłam z tobą tylko jedną noc. Miesiąc później odkryłam, że jestem w ciąży. Nic o tobie nie wiem. Nie znam twojego pochodzenia, przeszłości, a nawet nazwiska. Wykorzystałeś mnie i odszedłeś bez słowa, a po pięciu latach ni stąd, ni zowąd stajesz w progu, władczy i groźny, i żądasz widzenia z moim dzieckiem. Jak mogę ci zaufać?

Maisie widziała, że targają nim silne emocje: zdziwienie, złość, niepewność, respekt, a w końcu determinacja. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, po czym gwałtownie zaczerpnął powietrza.

‒ Jeżeli to mój syn… – zaczął, ale nie dała mu dokończyć:

‒ Skoro nie jesteś pewny, to dlaczego tak bardzo chcesz go zobaczyć?

Romeo skrzyżował ręce na piersi. Przytłaczała ją jego obecność. Odnosiła wrażenie, że wypełnia całą wolną przestrzeń niewielkiego pomieszczenia.

‒ Ponieważ nigdy go nie widziałem, nie mam absolutnej pewności – wyjaśnił. – Człowiek o mojej pozycji musi zweryfikować każde domniemane ojcostwo.

Maisie zrobiła wielkie oczy.

‒ Każde? Czy to znaczy, że nie mnie pierwszą zostawiłeś w ciąży? – Sama nie rozumiała, dlaczego jego słowa tak bardzo ją zabolały. Czyżby wyobrażała sobie, że szczególnie ją wyróżnił? Człowiek, który wyglądał, całował i kochał jak on, z pewnością nie żył w celibacie. – Co to za pozycja?

‒ Nie wiesz?

‒ Gdybym wiedziała, to bym nie pytała. Jeżeli oczekujesz ode mnie współpracy, podaj swoje pełne nazwisko.

‒ Romeo Brunetti – obwieścił takim tonem, jakby oczekiwał, że zaraz zabrzmią fanfary. Ponieważ milczała, spytał z bezgranicznym zdumieniem: ‒ Nic ci to nie mówi?

‒ A powinno?

Romeo patrzył na nią bez słowa jeszcze przez minutę, zanim zaczął nerwowo przemierzać niewielką przestrzeń.

‒ Niekoniecznie – wymamrotał w końcu. Nagle przystanął i wbił wzrok w zdjęcie Gianlucki na biurku.

‒ Czy to on? – wyszeptał schrypniętym, drżącym z emocji głosem.

Gdy skinęła głową, wyciągnął rękę, zamarł w bezruchu, zacisnął palce, rozprostował je i powoli podniósł ramkę. Maisie nie potrafiła wyczytać z jego twarzy, co czuje. Przysięgłaby, że strach. Pomna chłodnej obojętności rodziców wobec jedynego wnuka, najchętniej wyrwałaby mu zdjęcie z ręki, żeby ochronić wizerunek ukochanego jedynaka, tak jak chroniła go codziennie przed odtrąceniem, które jej przypadło w udziale.

Popatrzyła na zdjęcie, które Romeo ściskał w dłoni. Zrobiła je w parku w pierwszym dniu wiosny. W eleganckiej koszuli, dżinsach i jasnoniebieskim wełnianym sweterku Gianlucca wyglądał jak okaz zdrowia i radości życia. Nie powstrzymała pokusy, żeby utrwalić jego wizerunek.

Romeo oddychał powoli i spokojnie. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Po minucie uniósł dłoń i pogładził policzek Gianlucki niemal tak samo jak Maisie pół godziny wcześniej.

‒ To mój syn. Bez cienia wątpliwości – stwierdził z niezachwianą pewnością. ‒ Ukryłaś go przede mną – dodał oskarżycielskim tonem.

Maisie odstąpiła krok do tyłu.

‒ Nic podobnego! Gdybyś chwilę pomyślał, sam doszedłbyś do wniosku, że to absurdalny zarzut.

Romeo przeczesał ręką włosy i znów zaczął przemierzać gabinet.

‒ Ile ma lat?

‒ Za trzy tygodnie skończy cztery.

‒ Mój Boże! Przez cztery lata żyłem w nieświadomości!

‒ Kto cię oświecił?

Romeo zamarł w bezruchu, jakby przeraziło go jej pytanie.

‒ Wytłumaczę ci za chwilę. Najpierw podaj mi, proszę, jego imię i powiedz, gdzie jest.

Natrętne naleganie Romea mocno zaniepokoiło Maisie. Najchętniej odmówiłaby udzielania jakichkolwiek informacji. Żałowała, że ją odnalazł, choć nie zamierzała zatajać przed nim istnienia synka. Wręcz przeciwnie. W chwili, gdy odkryła, że zaszła w ciążę, postanowiła dać swojemu dziecku szansę poznania ojca. W pierwszym trymestrze pojechała do Palermo z zamiarem odszukania Romea. Po dwóch tygodniach bezowocnych poszukiwań dała za wygraną.

Lecz teraz przeczuwała jakieś ukryte motywy jego niespodziewanej wizyty, zwłaszcza że jak do tej pory nie okazał radości z odnalezienia dziecka, za które oddałaby życie.

‒ Co naprawdę cię sprowadza? – spytała.

‒ Już odpowiedziałem na to pytanie.

Maisie pokręciła głową. Nie przekonały jej jego lakoniczne wyjaśnienia.

‒ Nie – odrzekła stanowczo. ‒ Odmawiam udzielenia wszelkich informacji, póki nie wyjaśnisz, o co naprawdę ci chodzi.