Ucieczka od przeszłości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maya Blake
Ucieczka od przeszłości

Tłumaczenie:

Ewa Pawełek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– No już, nie ociągaj się! Ruszaj! Dlaczego to ja zawsze muszę odwalać całą robotę?

Sakis Pantelides opuścił wiosła na nieznacznie rozkołysaną wiatrem wodę. Uwielbiał ten dreszcz radosnego podniecenia i adrenalinę, która towarzyszyła mu zawsze podczas uprawiania sportu. Uśmiechnął się w odpowiedzi na pełną irytacji uwagę brata.

– Przestań narzekać, staruszku. To nie moja wina, że łupie cię w kościach. – Tak naprawdę Ari był od niego starszy zaledwie o dwa i pół roku, ale nie cierpiał, gdy ktoś mu wypominał wiek, z czego Sakis skwapliwie korzystał, gdy chciał się z nim trochę podrażnić. – Nie denerwuj się. Następnym razem pływaj z Theo. On z pewnością nie będzie się ociągał.

– Już to widzę. Theo zamiast wiosłować, prężyłby muskuły, próbując imponować swoim przyjaciółkom patrzącym na niego z brzegu – skwitował cierpko Ari. – Wciąż nie rozumiem, jakim cudem pięć razy zdobył puchar w mistrzostwach świata.

Sakis miarowo poruszał wiosłami, z satysfakcją spostrzegając, że nie stracił formy pomimo kilkumiesięcznej przerwy w ulubionym sporcie. Myśląc o młodszym bracie, nie mógł się powstrzymać od uśmiechu.

– Tak, własny nieskazitelny wizerunek i kobiety, oto, co dla niego najważniejsze – odparł pogodnie. Wiosłował w doskonałej synchronizacji z bratem. Ich ruchy były płynne, rytmiczne, gdy pokonywali połowę trasy jeziora należącego do ekskluzywnego klubu wioślarskiego, kilka mil za Londynem.

Sakis uśmiechał się szeroko, czując, że spływa na niego kojący spokój. Minęło sporo czasu, odkąd był tu ostatnim razem, w dodatku w towarzystwie starszego brata. Zarządzanie trzema filiami przedsiębiorstwa Pantelides Inc sprawiało, że nie mieli dla siebie zbyt dużo czasu. Prawdziwym cudem było, gdy udawało im się zgrać terminarz tak, by wszyscy trzej mogli się spotkać w tym samym czasie. Długo planowali wspólną wyprawę do klubu żeglarskiego, ale Theo w ostatniej chwili odwołał swój udział. Prywatnym jetem leciał do Rio, by zażegnać kryzys na światowym rynku. Przynajmniej tak twierdził. Sakis nie zdziwiłby się, gdyby się okazało, że prawda jest zupełnie inna. Jego brat, playboy, był w stanie przelecieć tysiące mil, by spędzić jedną godzinę w towarzystwie pięknej kobiety.

– Jeśli się dowiem, że wystawił nas do wiatru, już ja mu pokażę! Skonfiskuję samolot na co najmniej miesiąc.

– Powodzenia – prychnął Ari. – Według mnie narazisz się na szybką śmierć, jeśli spróbujesz stanąć na drodze Theo. Sam wiesz, że ma fioła na punkcie kobiet. A skoro mowa o kobietach. Ta twoja wreszcie zdołała oderwać wzrok od tableta i patrzy prosto na…

– Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Ona nie jest moją kobietą – zaprotestował ostro, spoglądając na brzeg.

Brianna Moneypenny, jego asystentka, stała przy limuzynie, patrząc wprost na niego. Miał wrażenie, że celowo ściąga go wzrokiem. Odkąd ją zatrudnił, minęło osiemnaście miesięcy i nie zdarzyło się, by w tym czasie zdradziła się z jakimikolwiek emocjami. Niezależnie od okoliczności profesjonalna, sumienna, skuteczna i zimna jak lód. Tym razem jednak coś było nie tak…

– Nie mów, że nie uległa twojemu urokowi – drążył Ari.

Sakis zmarszczył brwi, na próżno starając się zapanować nad słabością, do której za nic w świecie nie chciał się przyznać, a która ogarniała go zawsze, ilekroć myślał o swojej asystentce. Kiedyś, jako młody chłopak, dostał nauczkę, że lepiej trzymać romantyczne porywy na wodzy. Ulokowane niewłaściwie uczucia mogły pozostawić na duszy niezabliźnioną ranę i przypominać o straconych złudzeniach. Nauczył się tego, patrząc na matkę, która nigdy nie wróciła do równowagi po tym, jak ojciec złamał jej serce. Przelotne miłostki, proszę bardzo, ale żadnych trwałych związków. Natomiast romans w pracy był najgorszą rzeczą, na jaką mógłby sobie pozwolić. Już raz popełnił ten błąd i nie zamierzał powtórzyć go nigdy więcej.

– Och, zamknij się, Ari.

– Ja się po prostu martwię. Ta dziewczyna wygląda tak, jakby zamierzała zaraz wskoczyć do wody. Chyba nie może się ciebie doczekać. Proszę, powiedz, że zachowałeś zdrowy rozsądek i nie przespałeś się z nią. Pamiętasz, jakie miałeś kłopoty przez Giselle?

– Mógłbyś się wreszcie odczepić? To twoje niezdrowe zainteresowanie moim życiem seksualnym zaczyna mnie martwić.

Ponownie spojrzał na Moneypenny, która przestępowała nerwowo z nogi na nogę. Tknięty złym przeczuciem zapragnął jak najszybciej podpłynąć do brzegu.

– Czyli nic nie ma między wami? – naciskał Ari.

Jakaś dziwna nuta w głosie brata doprowadziła go do szału.

– Trzymaj się od niej z daleka. To najlepsza asystentka, jaką do tej pory miałem, i nie ręczę za siebie, jeśli spróbujesz ją podkupić.

– Wyluzuj, braciszku. Nic złego nie miałem na myśli – zaprotestował nieco rozbawiony. – Bronisz jej jak jakiś błędny rycerz. Coś mi się wydaje, że jednak zrobiłeś to, czego nie powinieneś.

Irytacja Sakisa rosła z każdą sekundą. Kiedy Ari wreszcie da mu spokój i zmieni temat?!

– Posłuchaj, to, że doceniam ją jako pracownika, nie znaczy, że poszedłem z nią do łóżka. Może porozmawiamy o twojej asystentce?

– Ja nie mam asystentki, tylko asystenta. To mężczyzna i mogę cię zapewnić, że nie jest tak interesujący jak panna Moneypenny.

– Panna Moneypenny jest przede wszystkim doskonałym fachowcem. Świetnie dba o moje interesy, prawdziwy rottweiler. Żadna z poprzednich asystentek się do niej nie umywała. Jest bardzo kompetentna, a to jest najważniejsze.

– No już dobrze, nie rzucaj się tak.

Sakis poszukał wzrokiem Brianny. Tym razem nie czekała przy samochodzie, tylko stała na pomoście, zasłaniając się ramionami przed zimnym wiatrem. Była wystarczająco blisko, by mógł dostrzec wyraz jej twarzy. Nie miał wątpliwości, że jest bardzo zdenerwowana i po raz kolejny w jego głowie rozległ się ostrzegawczy dzwonek. Ponadto trzymała w dłoniach ręcznik, a przecież wiedziała, że zawsze przed powrotem do biura korzystał z prysznica w klubie. Cokolwiek się stało, wymagało natychmiastowej interwencji, skoro oczekiwała, że od razu wsiądzie do samochodu.

– Coś jest nie tak – oznajmił. – Muszę wracać.

– Wyczytałeś to z ruchu jej warg, czy też jesteście ze sobą tak blisko, że potraficie czytać sobie w myślach?

– Mówię serio, Ari. Wracamy na brzeg. Natychmiast.

Gdy tylko zacumowali, Sakis ruszył przed siebie szybkim marszem.

– Nie martw się o mnie – zawołał za nim Ari. – Sam sobie poradzę ze sprzętem. I drinkami, które zostały dla nas zamówione.

Sakis nie zareagował, nie miał teraz ani czasu, ani ochoty na przekomarzanie się z bratem.

– Co się stało? – spytał ostro, a widząc, że dziewczyna się waha, ponaglił: – Niech to pani z siebie wreszcie wyrzuci.

Wziął od niej ręcznik i owinął wokół karku.

– Panie Pantelides, mamy problem.

– Domyśliłem się już – rzucił zniecierpliwiony. – Jaki problem?

– Jeden z naszych tankowców, Pantelides Szósty, osiadł na mieliźnie przy Pointe Noire.

Sakis, poczuł lodowaty dreszcz, mimo że stał w pełnym słońcu. Zmusił się, by przełknąć ślinę, nim podjął temat.

– Kiedy to się stało?

– Dostałam wiadomość pięć minut temu.

– Wiadomo coś więcej?

– Tak. Zaginął kapitan i dwóch członków załogi. Jest jeszcze coś…

– Niech pani mówi!

– Tankowiec wpadł na skały. Ropa naftowa wycieka do południowego Atlantyku, mniej więcej sześćdziesiąt baryłek na minutę.

Brianna miała na długo pamiętać to, co działo się potem. Sakis Pantelides pozornie wydawał się tym samym niewzruszonym, twardym potentatem, którego nic i nikt nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi, ale domyślała się, że złe wiadomości musiały nim wstrząsnąć. Widziała, jak zbielały mu kostki, gdy zaciskał dłonie na ręczniku.

Ponad jego ramieniem dostrzegła Ariego, który cumował łódkę. Ich spojrzenia skrzyżowały się na jedną chwilę i najwyraźniej musiał się zorientować, że sprawa jest poważna, bo zostawił wszystko i ruszył w ich stronę. Był równie przystojny i pociągający jak jego młodszy brat, Brianna musiała to przyznać, mimo że na co dzień starała się ignorować męski urok szefa.

– Czy wiadomo coś o przyczynach wypadku? – spytał Sakis.

Pokręciła głową.

– Na razie nie. Nie mamy kontaktu z pozostałymi członkami załogi. Rozmawiałam z przedstawicielami straży przybrzeżnej. Będą nas na bieżąco informować. – Zrobiła krok w stronę samochodu. – Domyślam się, że będzie pan chciał od razu udać się na miejsce katastrofy. Wysłałam już wiadomość załodze samolotu. Są w gotowości.

Sakis kiwnął głową, po raz kolejny nie żałując, że zatrudnił Moneypenny. Zawsze trafnie odgadywała niewypowiedziane jeszcze polecenia.

– Idziemy. – Zdążył zrobić krok, gdy poczuł na ramieniu silny uścisk.

– Co się stało? – usłyszał głos starszego brata.

– Szóstka rozbiła się przy Pointe Noire – odparł, referując krótko to, co usłyszał od Brianny.

– Jedź. Ja zostanę na miejscu i będę stąd monitorował sytuację.

Sakis krótkim uściskiem dłoni pożegnał się z Arim i ponownie zwrócił się do asystentki:

– Muszę się skontaktować z prezydentem Konga.

– Oczywiście. – Brianna przyjmowała każde zadanie ze stoickim spokojem. – Powinien się pan przebrać. Przyniosę suche ubranie.

Kiedy wyciągała z bagażnika pokrowiec, usłyszała dźwięk rozsuwanego kostiumu sportowego. Nie odwróciła się, choć była pewna, że jej szef nie poczułby się skrępowany, nawet gdyby wlepiła w niego natarczywe spojrzenie. Była w gotowości przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, spędzała z nim więcej czasu niż ktokolwiek inny i wiedziała, że dla Sakisa Pantelidesa jest tylko sprawnie działającym, aseksualnym automatem.

 

Najpierw podała mu niebieską koszulę, a następnie ciemnografitowy garnitur od Armaniego. Na koniec wyjęła z bagażnika skórzane buty i skarpetki, po czym odwróciła się plecami, patrząc na lśniącą w słońcu taflę jeziora. Nie chciała patrzeć na szerokie, silne ramiona Sakisa, doskonale wyćwiczone, umięśnione ciało, jedwabiste włosy na piersi, ciągnące się pasmem w dół do twardego jak stal brzucha. Mogła pracować jak robot, ale przecież dalej była kobietą.

Męczącą ciszę przerwał dzwonek telefonu.

– Pantelides Shipping – rzuciła machinalnie, wsiadając do limuzyny. Po chwili miejsce obok zajął Sakis, dając znak kierowcy, by ruszał. – Przykro mi, ale na razie nie mogę udzielić żadnych informacji. Naprawdę nie mogę. Pantelides Shipping za godzinę wyda oficjalne oświadczenie. Tak, będzie dostępne na naszej stronie. Jeśli będzie miał pan jeszcze jakieś pytanie, proszę się kontaktować z biurem prasowym.

– Tabloidy czy mainstreamowe media? – spytał Sakis, gdy zakończyła rozmowę.

– Prasa. Chcieli zweryfikować to, co usłyszeli. – Nie tracąc czasu, otworzyła laptop, by na bieżąco sprawdzać skrzynkę mejlową. Co chwila spływały kolejne informacje od służb przybrzeżnych.

Po chwili znów zadzwonił telefon. Brianna, widząc na wyświetlaczu numer popularnej bulwarówki, nie odebrała. Były pilniejsze sprawy do załatwienia. Przez kolejne dziesięć minut próbowała się skontaktować z sekretariatem prezydenta. Wreszcie uzyskała połączenie i przekazała telefon Sakisowi. Z przyjemnością słuchała jego niskiego, mocnego głosu świadczącego o spokoju i pewności siebie. Tak mógł mówić tylko człowiek sukcesu.

– Panie prezydencie proszę pozwolić, że wyrażę głęboki żal i zaniepokojenie z powodu tego, co się stało. Oczywiście, moje przedsiębiorstwo poniesie pełną odpowiedzialność za wypadek i dołoży wszelkich starań, by naprawić skutki ekologicznej i ekonomicznej katastrofy. Tak, moi eksperci już są w drodze… Oczywiście, zgadzam się. Tak, będę na miejscu za dwanaście godzin. Dziękuję.

Ledwie zdążył się rozłączyć, ponownie rozległ się dzwonek.

– Życzy pan sobie, żebym to ja odebrała?

– Nie. To ja jestem szefem firmy i odpowiedzialność spoczywa na mnie. Najpierw musi być gorzej, żeby potem było lepiej. Rozumie pani, panno Moneypenny?

Brianna zmusiła się, by normalnie oddychać, gdy nagle z całą mocą powróciło wspomnienie sprzed dwóch lat, gdy, zmęczona płaczem, złożyła pewną uroczystą przysięgę. Od tamtej chwili miało być tylko lepiej. „Nigdy więcej na dnie”. To było jej kredo życiowe.

– Tak, rozumiem, proszę pana – odparła spokojnie.

– Pantelides, słucham – rzucił krótko, odbierając telefon. – Pani Lowell. Nie, przykro mi, wciąż nie mam żadnych wieści – tłumaczył ze współczuciem żonie zaginionego kapitana. – Proszę być dobrej myśli. Osobiście zadzwonię do pani, jak tylko się czegoś dowiem.

Rozłączył się i ponownie zwrócił do Brianny:

– Przyszła informacja, ile ekip pracuje na miejscu?

– Dwie, na dwunastogodzinnej zmianie.

– Niech pani zgłosi zapotrzebowanie na trzy. Nie chcę, żeby cokolwiek przeoczyli. I mają szukać, dopóki nie znajdą członków załogi, czy to jasne?

– Oczywiście.

Brianna o mało się nie potknęła, gdy wchodząc do samolotu, poczuła na plecach rękę Sakisa. Jeszcze nigdy jej nie dotknął, nie licząc służbowego uścisku ręki przy pierwszym spotkaniu. Oczywiście nie było w tym nic szczególnego, zwykły, uprzejmy gest, a mimo to zrobił na niej wrażenie. Zerknęła na Sakisa. Miał ściągnięte brwi, jak zawsze, gdy intensywnie o czymś rozmyślał. Poprowadził ją na miejsce i dopiero wtedy opuścił dłoń. Gdy usiadł obok niej, pierwsze, co zrobił, to zadzwonił do Thea, by go poinformować o niespodziewanych kłopotach. Brianna tymczasem otworzyła laptop i pracowała w milczeniu. Nie oderwała wzroku od ekranu, gdy samolot kołował na pasie, dopiero gdy wzbił się w powietrze, zamknęła oczy, pozwalając sobie na krótki odpoczynek. Najbliższe godziny, a może nawet i dni będzie musiała spędzić w towarzystwie swojego szefa, który wymagał absolutnej koncentracji i profesjonalizmu. Całe szczęście, że Sakis Pantelides sam również był stuprocentowo profesjonalny. Nigdy nie pozwolił sobie na ani jedno słowo czy gest, które wykraczałyby poza relacje służbowe, i dlatego tak ceniła sobie tę pracę. Tego właśnie oczekiwała.

Dostała od życia bolesną lekcję, z której skutkami wciąż musiała się zmagać. Wiedziała, że nigdy nie wyrzuci z pamięci tego, co się stało, a gdyby jakimś cudem tak się stało, tatuaż na ramieniu z pewnością jej przypomni. I o to chodziło. Nie może zapomnieć, żeby znów nie popełnić błędu.

Sakis odłożył telefon i upił łyk wody. Od kiedy wszedł na pokład, nie miał nawet czasu, by coś przekąsić. Naprzeciwko siedziała Brianna ze wzrokiem utkwionym w ekranie laptopa, uderzając rytmicznie w przyciski klawiatury. Ona również nic jeszcze nie jadła, a minęły już cztery godziny lotu. Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Jak zwykle twarz nie wyrażała żadnych emocji, czoło pozostało gładkie, bez choćby jednej zmarszczki świadczącej o głębokim skupieniu czy zmartwieniu. Gęste włosy, związane w gładki, skromny kok, wyglądały tak samo nienagannie i schludnie jak o szóstej rano, gdy przyszła do pracy. Nawet jeden kosmyk nie wydostał się z ciasnego węzła. Jej strój również był bez zarzutu. Czarna markowa garsonka i biała koszula dodawały jej może niepotrzebnie surowej powagi, ale pasowały idealnie. Klasyczne, delikatne perłowe kolczyki ładnie rozświetlały twarz.

Sakis przesunął wzrok na szyję, linię piersi, brzuch i nogi. Moneypenny była szczupła, może nawet zbyt szczupła. Taka delikatna, a potrafiła sobie poradzić z każdym, nawet najtrudniejszym zadaniem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby się spóźniła do pracy albo żeby wzięła zwolnienie. Zdawał sobie sprawę, że coraz więcej czasu spędzała w firmie niż we własnym domu, gdziekolwiek on był, a mimo to nigdy nie usłyszał słowa skargi, że zbyt wiele spoczywa na jej barkach. Był naprawdę wdzięczny losowi, że postawił ją na jego drodze. Poprzednia asystentka Giselle budziła w nim jedynie niemiłe wspomnienia. Nie przypuszczał, że znajdzie kogoś, kto spełni wszystkie oczekiwania, ale CV Brianny naprawdę zrobiło na nim wrażenie. Zastanawiał się nawet, dlaczego osoba z tak wysokimi kwalifikacjami chce pracować jako asystentka, zamiast szukać jakiegoś kierowniczego stanowiska. Zapytał o to i dostał krótką odpowiedź:

– Jest pan najlepszy w tym, co pan robi, a ja chcę pracować dla najlepszych.

Oczywiście nie byłby mężczyzną, gdyby nie zauważył, że jest atrakcyjną kobietą, ale akurat to nie miało żadnego znaczenia, gdy przyjmował ją do pracy. Potrzebował bystrej, odpowiedzialnej i sumiennej asystentki, a Brianna Moneypenny idealnie sprawdziła się w tej roli.

Taksując wzrokiem smukłe łydki, zauważył maleńki tatuaż na wewnętrznej stronie lewej kostki. Rysunek feniksa, wypełniony czarnym i niebieskim tuszem wyróżniał się na tle jasnej skóry. Taka ekstrawagancja zupełnie nie korespondowała z typem osobowości jego asystentki, toteż przez chwilę myślał, że może mu się przywidziało. Poważna, surowa Moneypenny w skromnych garsonkach i tatuaż? Zerknął raz jeszcze. Oczywiście, był na swoim miejscu.

Brianna jakimś szóstym zmysłem musiała wyczuć, że szef się jej przygląda, bo oderwała dłonie od klawiatury i podniosła głowę.

– Będziemy lądować dopiero za trzy godziny – powiedział Sakis obojętnym tonem. – Zróbmy sobie przerwę i zjedzmy coś. Czeka nas jeszcze dużo pracy.

Mimowolnie jego wzrok znów spoczął na lewej kostce. Brianna natychmiast skrzyżowała nogi, chcąc ukryć tatuaż przed natrętnym spojrzeniem.

– Niech podadzą lunch za dziesięć minut. – Sakis podniósł się z miejsca, przerzucając marynarkę przez oparcie fotela. – Idę wziąć prysznic.

Profesjonalna, pracowita i skuteczna, tak zawsze myślał o swojej asystentce, tak prezentował jej walory Ariemu. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że w gruncie rzeczy niewiele o niej wiedział. Odkąd osiemnaście miesięcy temu zaczęła dla niego pracować, nigdy nie zadał sobie trudu, by dowiedzieć się czegoś o jej życiu prywatnym. Dziwne, ale tatuaż na kostce przypomniał mu, że Brianna wprawdzie jest profesjonalna, ale nie jest maszyną.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Kiedy tylko wylądujemy, jedziemy spotkać się ze strażą – powiedział Sakis, kończąc lunch.

Brianna pokręciła głową, odkładając widelec na talerz.

– Najpierw minister środowiska. Próbowałam przełożyć spotkanie, ale nalegał. Chce się wykazać, w końcu w tym roku są wybory. Czeka nas jeszcze konferencja.

Sakis prychnął zniecierpliwiony. Brianna nie musiała pytać dlaczego, doskonale wiedziała, jaki stosunek ma jej szef do wszelkich wystąpień publicznych i zainteresowania mediów. Czytała w interecie o skandalu, jaki przed laty zafundował swojej rodzinie ojciec Sakisa. Prasa nie pozostawiła wówczas suchej nitki na Pantelidesach.

– Helikopter będzie czekał w pogotowiu, żeby zabrać pana na miejsce, gdy już będzie po spotkaniu – dodała.

– Dopilnuj, żeby wszystko przebiegało zgodnie z planem. Oczywiście, jestem świadomy, że nie unikniemy rozgłosu, ale wolałabym, żeby sprawa jak najszybciej przycichła. To nie służy przedsiębiorstwu.

– Na konferencji będą przedstawiciele Agencji Ochrony Środowiska.

– Niestety! Co prawda nie możemy im zabronić, żeby uczestniczyli w spotkaniu, ale pamiętaj, że Agencja nie ma żadnych praw, by mieszać się w akcję ratunkową albo proces oczyszczania wybrzeża. Nikt nas nie musi pouczać, że priorytetem jest zminimalizowanie szkód, choć przyznam, że walka z zanieczyszczeniami nie będzie łatwa.

– Wiem. I… chyba mam pewien pomysł.

Jej plan był ryzykowny, mógł zwiększyć zainteresowanie mediów, czego Sakis nie cierpiał, ale gdyby się udało, Pantelides Shipping przekułoby porażkę w sukces. To pozwoliłoby także umocnić pozycję Brianny w oczach Sakisa, potwierdzić jej najwyższe kompetencje. Może wtedy pozbyłaby się wreszcie tego okropnego, bolesnego ssania w żołądku, który dopadał ją w nocy, gdy budziła się zlana zimnym potem. Brianna ceniła sobie bezpieczeństwo zatrudnienia bardziej niż cokolwiek innego. Po tym, co przeszła w dzieciństwie, praca dawała jej gwarancję, że sobie poradzi. Strach, czy będzie miała co jeść albo czy nie straci domu, wciąż prześladował ją w bezsenne noce. Za swoją naiwność zapłaciła wielką cenę i postanowiła, że nie pozwoli się już nigdy więcej skrzywdzić. Nigdy więcej nie znajdzie się na dnie!

– Moneypenny, słucham – ponaglił Sakis.

– Myślałam o tym, że moglibyśmy wykorzystać media i portale społecznościowe na naszą korzyść. Osoby, które piszą blogi poświęcone ochronie środowiska, już zaczęły porównywać wypadek naszego tankowca z katastrofą innej firmy sprzed kilku lat. Musimy zdusić w zarodku falę niechęci wobec Pantelides Shipping.

– Wiem, o czym pani mówi, ale to przecież dwie zupełnie inne sprawy. U nas doszło do wycieku ropy na powierzchni oceanu, a nie do pęknięcia rury na jego dnie.

– Tak, wiem, ale…

– Poza tym zależy mi, żeby trzymać media jak najdalej. – Jego głos był zimny, ostry. – Nie wierzę, by mogły nam w jakikolwiek sposób pomóc.

– A ja myślę, że to najodpowiedniejszy moment, żeby zdobyć ich przychylność. Znam kilku rzetelnych dziennikarzy, z którymi moglibyśmy współpracować. Przyznaliśmy, że do wypadku doszło z naszej winy, nie mamy więc nic do ukrycia. Chodzi o to, by pokazać, że nie tylko nie uchylamy się od odpowiedzialności, ale także robimy wszystko, by naprawić błąd. Powinniśmy też na bieżąco informować opinię publiczną o postępach prac.

– Informować na bieżąco? W jaki sposób?

Brianna weszła na właściwą stronę i odwróciła laptop w jego stronę. Sakis zerknął w ekran, mrużąc powieki.

– Ratujmy Pointe Noire?

Pokiwała głową, a w napięciu oczekując, czy jej pomysł spotka się z aprobatą.

– O co dokładnie chodzi?

– Założyłam specjalną stronę. To zaproszenie dla każdego, kto chciałby pomóc.

– Pantelides Shipping samo sobie poradzi. Nie potrzebujemy pomocy.

– Wiem, ale ludzie chętnie biorą udział w tego typu akcjach. Dzięki temu utrwali się przekaz, że wspólnie ze społeczeństwem walczymy w imię słusznej sprawy.

– Rozumiem. Czy jednak wolontariat nie zostanie odebrany jako szukanie taniej siły roboczej?

 

– Nie, jeśli na ochotników będzie czekała nagroda.

– Na przykład jaka?

Brianna poczuła, że ze zdenerwowania zaschło jej w gardle.

– Jeszcze nie wiem, ale wymyślę coś do końca dnia.

Patrzył na nią przez dłuższą chwilę, taksując uważnie wzrokiem.

– Nieustannie mnie pani zaskakuje, panno Moneypenny. Podoba mi się ten plan, ale jak pani zamierza poradzić sobie z organizacją wolontariatu? To duże wyzwanie.

– Jeśli pozwoli mi pan działać, zorganizuję zespół ludzi, którzy będą weryfikować podania.

– No dobrze, zostawmy na chwilę ten temat. Nie skończyła pani jeść.

Zaskoczona, spojrzała na talerz.

– Nie jestem już głodna.

– Czeka nas dużo pracy, musi pani mieć siłę.

Jej wzrok spoczął na jego talerzu z niedokończonym posiłkiem.

– A pan?

– Ja jestem zdecydowanie bardziej wytrzymały od pani. Nie chciałbym wyjść na szowinistę, ale mężczyzna da radę, nawet jeśli nie dojada, z kobietami jest już gorzej. Nie chciałbym, żeby pani zemdlała z głodu.

– Nie spodziewałam się, że moje wyżywienie zostanie poddane analizie – oświadczyła, ściskając widelec mocno w dłoni.

– Trudno nie zauważyć, że je pani jak ptaszek. Zupełnie jakby była pani na diecie.

– Może jestem – mruknęła, wbijając wzrok w talerz.

– Cóż, na dłuższą metę to może być niebezpieczne. Ryzykuje pani zdrowie. Powinna być pani w dobrej formie, żeby dobrze wykonywać obowiązki.

– Proszę wybaczyć, ale mam wrażenie, że rozmawiamy o czymś więcej niż tylko o niezjedzonej sałatce.

Nie odpowiedział od razu. Oparł łokcie na kolanach, ściskając w jednej dłoni szklankę z wodą. Ze zdumieniem spostrzegła, że dłoń drży…

– Nie da się zapomnieć widoku kogoś, kto marniał w oczach, mimo że miał wszystko.

– Och, przepraszam… Nie chciałam obudzić złych wspomnień. O kim pan…?

Pokręcił głową.

– To nieważne. Niech pani nie pozwoli, żeby marnowało się jedzenie.

Briannę zastanowiło jego dziwne zachowanie. Drżące dłonie i bolesne wspomnienia nie pasowały do pewnego siebie, twardego i bezkompromisowego szefa, z którym miała na co dzień do czynienia. Oczywiście nie była głupia i zdawała sobie sprawę, że Sakis Pantelides w pracy pokazuje tylko jedną z wielu twarzy. Która była prawdziwa, a która tylko maską? Być może nigdy się tego nie dowie.

Nagle przypomniała sobie moment podczas rozmowy kwalifikacyjnej, gdy Sakis oderwał wzrok od teczki z dokumentami i spojrzał na nią. Jego intensywnie zielone oczy wydawały się zimne i bezwzględne.

– Jeśli uda się pani dostać tę pracę, radziłbym wziąć sobie do serca pewną radę, panno Moneypenny. Niech się pani we mnie czasem nie zakocha.

– Z całym szacunkiem, panie Pantelides, ubiegam się o pracę, bo chcę zarabiać. Z tego co wiem, miłością nie opłaci się rachunków.

Wtedy na końcu języka miała stwierdzenie, że po pierwsze nie jest nim zainteresowana, a po drugie, że jest strasznie zarozumiały, skoro uważa, że każda pracownica nie robi nic innego, tylko marzy, by szef łaskawie zwrócił na nią uwagę.

Teraz miała ochotę powiedzieć, że zaznała w życiu czegoś gorszego niż pusty żołądek. Poznała, czym jest odrzucenie, samotność i strach. Żyła w betonowej dżungli, zdana na opiekę matki narkomanki, osaczana przez zamroczonych od alkoholu i prochów sąsiadów o ciężkich pięściach. Nigdy nikomu o tym nie opowiadała, chcąc zepchnąć w niebyt bolesne wspomnienia, ukryć je głęboko, zamknąć pod kluczem, by nie wydostały się na światło dzienne. To, co było kiedyś, nie miało znaczenia. Liczyła się teraźniejszość i przyszłość. Nigdy na dnie.

W milczeniu dokończyła posiłek i wytarła usta serwetką. Po chwili znów zadzwonił telefon.

– Kapitan straży przybrzeżnej chce z panem rozmawiać – poinformowała Sakisa, przekazując mu telefon, sama zaś otworzyła laptop.

Po spotkaniu z ministrem Sakis i Brianna natychmiast wsiedli do helikoptera, by polecieć na miejsce wypadku. Czekało ich jeszcze wiele zadań, a już dawało o sobie znać znużenie spowodowane kilkugodzinną podróżą. Na szczęście kawa w towarzystwie wysokiego urzędnika szybko postawiła ich na nogi.

Sakis wydał polecenie pilotowi, by zatoczył koło nad tankowcem. Chciał sam zobaczyć szkody, zanim wylądują.

Na miejscu czekała nie tylko ekipa ratunkowa, ale także żądni sensacji reporterzy, którzy ustawili się za szczelnym kordonem straży przybrzeżnej.

– Jak sytuacja? – spytał Sakis kapitana straży, krępego, szpakowatego mężczyznę w średnim wieku.

– Udało nam się dostać do środka. W trzech komorach już pracują pompy. Staramy się zatrzymać wyciek.

– Jak długo to potrwa?

– Trudno powiedzieć. Od trzydziestu sześciu do czterdziestu ośmiu godzin.

Sakis kiwnął głową, szukając wzrokiem Brianny, która rozmawiała z członkiem ekipy. Odkąd się przebrała, z trudem rozpoznawał w niej swoją asystentkę. Oczywiście, włosy wciąż miała ściągnięte w ciasny węzeł, ale lniane jasne spodnie i biały T-shirt sprawiły, że wyglądała jakoś inaczej, mniej formalnie i z całą pewnością ładniej.

Już po raz drugi tego dnia, pomyślał, że niewiele wie o swojej asystentce. Nagle uświadomił sobie, że nie patrzy na nią, jak powinien patrzeć szef, i odwrócił głowę, koncentrując się na rozmowie z kapitanem straży ubranym w ochronny kombinezon.

– Za trzy godziny zrobi się ciemno. Ile łodzi prowadzi poszukiwania?

– Cztery, w tym dwie z Pantelides Shipping. Pański helikopter też pomaga przeszukiwać teren. Jednak to, co mnie martwi, to piraci.

– Myśli pan, że członkowie załogi mogli zostać porwani?

– Nie możemy tego wykluczyć – potwierdził kapitan z zatroskaną miną. – Przepraszam, muszę wracać do ludzi.

Sakis odszukał wzrokiem Briannę i przywołał ją skinieniem głowy.

– Słyszałam obawy kapitana. Powinnam była przewidzieć… – zaczęła, spuszczając głowę jak dziecko, które wie, że nie ominie je kara.

Nie pozwolił jej dokończyć, tylko chwycił za podbródek i delikatnie uniósł, zmuszając, by spojrzała mu w oczy. Dostrzegł w nich cień głębokiego smutku, co zbiło go z tropu.

– Spokojnie, oficerowie śledczy są na miejscu i zajmą się tym. Pani i tak miała wystarczająco dużo pracy przez ostatnie godziny. Proszę przygotować listę dziennikarzy, o których pani wspominała.

Kiwnęła głową, a on, choć powinien cofnąć dłoń, nie robił tego. Czuł pod palcami ciepłą, gładką jak jedwab skórę i… Nie! Gwałtownie zrobił krok w tył, odpychając od siebie niebezpieczne myśli. To nie miejsce i czas!

– No, to proszę się zająć tym, co kazałem – rzucił szorstko. – Ja płynę na tankowiec.

– Ja również – pospieszyła z odpowiedzią.

– Nie, pani zostanie tutaj. To może być niebezpieczne.

– Będzie pan potrzebował kogoś, kto zrobi notatki i zdjęcia szkód.

– Tym zajmą się śledczy. A jeśli już koniecznie będę potrzebował zdjęć, to sam sobie poradzę. Nie wiem, co tam zastanę, i nie chcę, żeby pani niepotrzebnie ryzykowała – oświadczył, wyciągając ręce, by oddała mu aparat fotograficzny.

Wyglądała tak, jakby nie miała zamiaru ustąpić. Widział, jak pod białym T-shirtem jej piersi falują, i nagle znów poczuł dreszcz erotycznego napięcia.

– Jeśli jest pan pewien…

– Tak, jestem pewien.

Ociągając się, niezadowolona z jego decyzji, podała mu aparat. Na ułamek sekundy ich palce się zetknęły, ale tym razem Sakis nie pozwolił, by to rozproszyło jego uwagę. Gdy zaczął iść w stronę łodzi, usłyszał jeszcze krzyk:

– Proszę zaczekać!

– O co chodzi, Moneypenny? – rzucił szorstko, odwracając się.

Brianna podbiegła szybko, w rękach trzymała duży, odblaskowy kombinezon ochronny.

– Powinien pan to założyć. Przepisy BHP tak nakazują.

Pomimo że sytuacja wcale nie nastrajała wesoło, miał ochotę się roześmiać, widząc poważną, nieprzejednaną minę asystentki.

– Dziękuję. – Szybko założył na ubranie kombinezon. Do jednej kieszeni schował aparat, do drugiej telefon. – Niech pani trzyma rękę na pulsie.

Godzinę później jeden ze specjalistów, który od kilku godzin sprawdzał tankowiec, przekazał mu wyniki ustaleń.

– Nie ma mowy, żeby zawiódł system nawigacji. Ten zainstalowany tutaj jest najnowocześniejszego typu. Sprawdziłem, działa bez zarzutu.