Terror

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


ODCINEK 1. PILOTAŻOWY

1.

WIELKI PIĄTEK

GODZINA 5:00

Mówi Ta’abbata Sharran. Macie równe sto osiemdziesiąt minut do końca waszego świata. Sto osiemdziesiąt minut od momentu, gdy nacisnę przycisk „nadaj wiadomość”. Nie interesuje mnie, kiedy ją odbierzecie ani jak długo zajmie wam jej odsłuchanie. Jeżeli dziś, do godziny siódmej rano wasze władze nie uwolnią Muhmuda Ibn Yusufa al-Aswaniego, Fajsala ibn Husajna i Sajfa Udina, wielu nie zobaczy zachodu słońca. Jeżeli nadal będziecie nie dowierzać, wasz bruk pokryje morze krwi. Zapuszczę swój sierp i żniw dokonam. Będziecie uciekać, a ja będę ciął ile sił, aż nabierzecie rozumu. Najlepiej dla was, abyście mieli go już teraz. Zostało tylko sto siedemdziesiąt osiem minut. A może i mniej. Jeżeli nie posłuchacie, rozleje się powódź łez i śmierci. Allah Akbar.

Inspektor Adam Knap przetarł oczy. Wyrwany przed dwoma kwadransami z głębokiego snu, wciąż dochodził do siebie. Jego umysł pracował już na najwyższych obrotach, ale jakby brakowało mu smaru. Do tego niewidoczna, zawzięta siła chciała skleić mu powieki. Oddałby wszystko, żeby zamiast tkwić na komisariacie, móc się jeszcze wylegiwać w łóżku.

Odchylił mankiet koszuli i zerknął na zegarek. Szwajcarski oris wskazywał trzy minuty po piątej.

No, dwie i pół, biorąc pod uwagę jego tendencję do spieszenia się.

– Jeżeli zakładamy, że to nie jest fałszywy alarm… – odezwał się i zawiesił na chwilę głos – do tego morza łez zostały nam niecałe dwie godziny. Spodziewam się, że skoro budzicie mnie o wpół do piątej, mamy przesłanki, że to jest całkiem na poważnie. Robert? Powiedz mi, że się mylę.

Komisarz Robert Bielawski założył ręce na piersi i napiął mięśnie jak przeciągający się kot. Był rosłym mężczyzną o wyćwiczonym ciele. Zacisnął nerwowo szczęki.

Za oknem dopiero rysował się świt. Różowawa poświata igrała na ścianach rozległego biura. Gdy Knap przed paroma minutami zjawił się na miejscu, natychmiast zgasił intensywne, białe jarzeniówki.

– Wiadomość trafiła na nasz wewnętrzny serwer – wyjaśnił Bielawski. – Jego adresu nie znajdzie się na cholernej, pierwszej lepszej stronie internetowej. Poza tym została oznaczona jako priorytetowa. Sedno w tym, że tylko my możemy ją tak oznaczyć.

– Przynajmniej teoretycznie – wtrącił się trzeci z obecnych w pomieszczeniu mężczyzn. Aspirant Tomasz Landau był najmłodszy i jako jedyny miał na sobie mundur. – Sama zawartość naszych serwerów jest zabezpieczona jak archiwum Białego Domu. Jednak skalę priorytetu dobry informatyk jest w stanie zmienić bez większego wysiłku.

– A więc możemy założyć, że to dobry informatyk?

– Bez dwóch zdań.

– Muzułmanin?

– O ile ktoś nie robi sobie z nas jaj… To chyba oczywiste.

Knap oderwał wzrok od ekranu komputera. Wpatrywanie się w plik z nagraniem dźwiękowym niewiele mogło pomóc. Poza tym o informatyce nie miał bladego pojęcia. Potrafił obsługiwać komputer, sporządzić notatkę lub wysłać maila i uważał, że jak na jego wiek tyle wystarczy. W firmie od skomplikowanej roboty miał swoich ludzi. W domu dorastającego syna, który dzielił więcej wspólnego ze światem wirtualnym niż rzeczywistym. Cud, że dzisiejszej nocy zamiast telepać się nad klawiaturą, udał się do kumpla. Nieważne, co tam robili.

– Błagam, powiedzcie mi, że jesteśmy w stanie ustalić, skąd nadeszła ta wiadomość… – Knap podszedł do okna i je uchylił. Świeże powietrze powinno pobudzić krążenie. – Informatyk jeszcze śpi? – zapytał.

– Nie jesteśmy kretynami – obruszył się Landau. – Kazałem mu się tym zająć, zanim pan przyjechał, inspektorze…

– Więc?

– Jak zwykle obiecuje złote góry, ale to potrwa. Na razie sprawa wygląda kiepsko.

– Co znaczy: kiepsko? – drążył Knap.

Bielawski bezradnie rozłożył ręce i opuścił je, głośno plaskając o wełniane spodnie.

– Nie wiemy nawet, czy wiadomość wysłano z Polski. Równie dobrze to może być żart zagranicznych hakerów. Albo gówniana zabawa jakichś małolatów.

Knap westchnął.

– Myślałem, że jedni i drudzy mają ciekawsze rzeczy do roboty – mruknął, po czym powiódł wzrokiem od jednego do drugiego policjanta. – W takim razie jak oceniacie ryzyko?

– Większe niż ciąży przy przerywanym. – Bielawski wydął wargi w ponurym uśmiechu, ale nikt nie podzielił jego humoru. – Znacznie większe.

– A ty, Tomek? – Knap wymierzył palcem w drugiego z policjantów. – Co o tym myślisz?

– Że mamy naprawdę przesrane – odparł Landau. – Nadawca zna się na rzeczy, jest zdeterminowany i sporo się nad tym napocił. Nawet nagranie wiadomości, a nie wysłanie zwykłego tekstu, o tym świadczy. Po jasną ciasną zawracał sobie tym dupę?

Knap skubnął palcami podbródek. Nigdy nie umiał sobie wyobrazić tej „jasnej ciasnej”. A może po prostu nie chciał.

Nie. To była zdecydowanie zła pora. Po pięćdziesiątce człowiek potrzebuje dodatkowej godziny snu. Ponoć jednocześnie z przejściem na emeryturę automatycznie odechciewa się spać, ale ostatnie lata to tryb nieustannego czuwania. Stand-by, jakby określił to jego syn. Coś w tym jest.

Knap intensywnie zamrugał, jakby chciał w ten sposób przegnać otępienie. Był bardzo drobnym, łysiejącym mężczyzną, z krótko przyciętą szczeciną szpakowatego zarostu. Przypominał drewnianego pajaca, na którego natura poskąpiła materiału. Zawsze wyprostowany, poruszał się flegmatycznie, jakby planował każde drgnięcie mięśnia. Mimo tego bez przerwy lustrował otoczenie bystrym spojrzeniem. Jego ciemne oczy pozostawały w nieustannym ruchu, a pierś głęboko falowała. Astmatyczny oddech powodował, że mówił cicho, a jego głos miał rzężący tembr.

– Nawet jeśli wiadomość wysłano z zagranicy… – odezwał się i zerknął za okno. Brzask mienił się w szklanych taflach wieżowców. Świt w wielkim mieście jest najpiękniejszą porą. – Musiał to zrobić Polak.

– Wnioskuje to pan po języku? – Landau powiódł spojrzeniem za Knapem. Warszawska panorama urzekała go znacznie mniej.

– Nie wyczułem choćby śladu zagranicznego akcentu – wyjaśnił inspektor.

– Też na to zwróciłem uwagę – rzucił Bielawski i poruszył myszką, rozjaśniając ekran. – Problem w tym, że nagranie brzmi dziwnie elektronicznie. Jak puszczone przez Ivonę albo inne gówno.

– Iwonę? – zdziwił się Knap. – O czym ty mówisz?

– To maszyna odczytująca teksty – oględnie wyjaśnił Landau. – Przeczyta wszystko, co jej się każe.

– Sugerujecie, że tę wiadomość odczytała maszyna? Że mogła ją napisać równie dobrze dwunastoletnia dziewczynka, a maszyna użyczyła jej głosu? – dopytywał się Knap.

– Musimy dopuścić taką możliwość. Możemy nie mieć nawet jego głosu… – odparł Landau.

Knap się zamyślił. Popatrzył po rzędach biurek, po ekranach komputerów i obrotowych fotelach. Za kilka godzin w tym pomieszczeniu będzie pracowało kilkanaście osób. Największa w Polsce, stołeczna siedziba Centralnego Biura Śledczego Policji przeszła niedawno generalny remont. Pełnymi garściami czerpano wzorce z zachodu: otwarte stanowiska pracy, dogodne warunki komunikacji pomiędzy funkcjonariuszami, inspirująca przestrzeń. Samo przebywanie w tak zaprojektowanym pomieszczeniu miało dawać natchnienie. Tyle że on miał teraz w głowie kompletną pustkę. Smar rozchodził się po trybach jego mózgu w ślamazarnym tempie.

– Musimy podjąć decyzję – obwieścił stanowczo. – Albo zaczynamy aferę, albo się wstrzymujemy. Tylko że jeśli to dzieje się naprawdę… Mamy mniej niż dwie godziny…

Landau wzruszył ramionami.

– Na dobrą sprawę nie mieliśmy jeszcze w Polsce zamachu – powiedział.

– Co z tego? – żachnął się Knap.

– To, że…

Aspirant przerwał, widząc, że inspektor już go nie słucha. Knap odruchowo przyłożył dłoń do piersi. W wewnętrznej kieszeni marynarki nosił miniaturowe wydanie Nowego Testamentu. Zastukał w nie palcem, jakby chciał wywołać odpowiedź.

– Kiedyś musi być ten pierwszy raz – szepnął ponuro. – „Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny”. Śmierć nadchodzi niespodziewanie.

2.

Dwie minuty później Landau połączył się z pokojem dwadzieścia osiem. Pokój dwadzieścia osiem od lat był siedzibą pionu informatycznego i stał się synonimem mitycznych czeluści, w których dokonuje się cudów w alternatywnej rzeczywistości. Pięciu etatowych, najwyższej klasy pracowników warowało w systemie dyżurowym. Dwóch zawsze na miejscu, trzech pod telefonem. Nigdy nie obarczano ich zadaniami, które mogły zostać wykonane przez informatyków zewnętrznych lub z komend wojewódzkich. Zadaniowcy Komendy Głównej, a w szczególności Biura Operacji Antyterrorystycznych, musieli być gotowi do działania na wypadek sytuacji kryzysowych. Pokój dwadzieścia osiem z niezłym wyposażeniem i bogatym zapleczem sprzętów odstresowujących stanowił ich centrum dowodzenia. Mieli tam między innymi ministół do bilarda, boisko do trambambuli oraz kilka tarcz gotowych na ostrzelanie kolorowymi kulkami lub rzutkami. Informatyczna Ziemia Obiecana.

– Musimy wiedzieć cokolwiek na sto procent. – Landau z całej siły ściskał słuchawkę. – Czy to profesjonalista, skąd wysłano wiadomość, jakim cudem ten człowiek wszedł na nasze pieprzone serwery…

– Tak. To cholerny profesjonalista – burknął informatyk. – Tyle mogę powiedzieć.

 

– Nic więcej? – dociekał Landau.

– Mam strzelać? Domyślam się, że od tego, co wam teraz wcisnę, może sporo zależeć. To znaczy, ja nawet nie chcę się tego domyślać. Robię swoje. A robiąc swoje, ponad wszelką wątpliwość mogę tylko powiedzieć, że skurczybyk zna się na tym, co robi. Rozumie pan? Jest specjalistą. Łamie kody aż trzeszczy – denerwował się informatyk.

Landau pokręcił głową w stronę Knapa i Bielawskiego. Obaj mężczyźni oczekiwali wyniku rozmowy, ale na ten gest jednocześnie zacisnęli zęby. Jak jednojajowe bliźniaki. Albo para kochanków, nad której karkami rozkosznie dynda ostrze gilotyny.

– Kiedy? – dopytał aspirant.

– Co kiedy?

– Jak długo mam czekać na więcej informacji? Może potrzeba panu dodatkowych ludzi? – próbował uściślić Landau.

– Ilość niczego nie zmieni – wycedził lokator pokoju dwadzieścia osiem. – Sprzęt mieli dane w swoim tempie, a pan mnie właśnie odrywa od roboty.

– Jak długo? – powtórzył z naciskiem Landau.

– Trzy godziny. Jeśli dobrze pójdzie.

– Rozumie pan, że mamy mniej niż dwie godziny? – denerwował się aspirant.

– Gówno mnie to obchodzi. Po prostu nie dam rady. – Informatyk był wyraźnie zniecierpliwiony. – Grzebanie w systemie to nie jest bieg na sto metrów i nie wsadzę sobie w dupę…

Aspirant rozłączył się i rzucił słuchawkę na biurko. Knap natychmiast odwrócił się w jego stronę. Bystre spojrzenie przemknęło po nienagannie wyprasowanym mundurze, wyprostowanej sylwetce i spoczęło na pełnej determinacji twarzy młodego policjanta.

– Trzy godziny. – Landau przeczesał palcami włosy. – Ale i wtedy nie spodziewałbym się rewelacji.

– Trzy godziny… – ponuro powtórzył za nim Knap.

Gwałtownie pobladł i zacisnął usta. Popadanie w przygnębienie nie było teraz na miejscu. Zgarbił się i nerwowo pogładził połę marynarki. Nagle zastygł w bezruchu. W tej pozycji jeszcze mocniej upodabniał się do porzuconej zabawki, z której nieoczekiwanie wyjęto baterie. Bielawski podszedł do niego. Zatrzymał się o krok naprzeciw, jakby chciał go zaraz poklepać po ramieniu.

– Co mamy robić? – zapytał i wyciągnął z kieszeni notatnik i tani, plastikowy długopis. – Doskonale wiemy, że odpowiedzialność za to gówno spadnie na nas.

Knap podniósł wzrok i powoli skinął głową.

– Wezwijcie dyżurnych – mruknął. – Wszystkich. Niech wypruwają sobie flaki, bo mają do odwalenia kawał roboty. Chcę wiedzieć, kim są te gnojki, o których mowa.

– Muhmud Ibn Yusuf al-Aswani, Fajsal ibn Husajn i Sajf Udin – odczytał z kartki Bielawski.

– Zgadza się. I ten nasz szantażysta.

– Ta’abbata Sharran – dodał komisarz.

– Jezu. – Knap odkaszlnął. – Z moją astmą, gdybym się tak nazywał, nie byłbym się w stanie nawet przedstawić.

Landau wziął telefon i giętkim krokiem przemaszerował wzdłuż pomieszczenia. Zatrzymał się przy drzwiach. Położył dłoń na klamce i wbił wzrok w czubki wypolerowanych butów.

– Mam zawiadomić górę? – zapytał.

Inspektor przygryzł wargę. Nabrał głęboko powietrza, jeszcze raz odkaszlnął i pokręcił głową.

– Jeszcze nie – zadecydował. – Zgarnijcie wszystkich wolnych ludzi. Niech zajmą się przeszukiwaniem AFIS–u, rejestrów karnych, banków, i niech przepiorą całe to biurokratyczne szambo. Możecie wypiąć się na tajemnice, jakimi się będą zasłaniali. Chrzańcie je. Macie moje błogosławieństwo. Przejrzyjcie wnioski wizowe, podania o azyl, ośrodki dla uchodźców…

Zamilkł i po raz kolejny wybuchnął kaszlem. Tym razem wszystko przez suchość w gardle. Podszedł do ustawionego na parapecie dystrybutora, ale nie było przy nim żadnego kubka.

– Coś jeszcze? – Bielawski oderwał długopis od notatnika. Starał się nie zwracać uwagi na systematycznie pogarszającą się formę szefa.

Knap wreszcie odchrząknął.

– Zacznijcie od zakładów karnych i aresztów. Może ten Muhmud i reszta doprowadzą nas do szantażysty.

Zerknął na zegarek. Piąta czternaście.

Zostało im sto sześć minut.

Lepsze to od liczby bestii, ale też wyczuwał w tym zło. Nie zwrócił nawet uwagi, że Landau wybiegł z pomieszczenia, a Bielawski gorączkowo zarządzał przez telefon akcją ściągania do firmy wszystkich ludzi.

Co mogliby zrobić więcej? Czas do zapowiadanego końca świata nieubłaganie płynął.

3.

Pytanie o wydajność jest zasadniczym, które powinien zadawać sobie każdy szef. Tak uważał Machiavelli. Można to również wywnioskować z pism Sun Tzu, niesłusznie zwanego Sunem Zi.

Co mogliby zrobić więcej?

Knap ciężko opadł na pierwszy z brzegu obrotowy fotel i założył na uszy przewieszone przez kark słuchawki. Odsapnął. Możliwość słuchania muzyki gdziekolwiek się ma na to ochotę była jednym z nielicznych owoców technologicznego postępu, który w pełni rozumiał. Michał nauczył go obsługiwać telefoniczną playlistę, zgrał mu kilkadziesiąt starannie wybranych utworów i kupił słuchawki. Bywał dobrym synem. Co prawda Knap dał mu na to dwie stówy, później okazało się, że sprzęt kosztował nie więcej niż pięćdziesiąt złotych, ale nie zrobił z tego afery. Bo po co? Oszustwo jest złe, brak szacunku dla rodzica tym bardziej, lecz w pewnym wieku wybiera się święty spokój, a nie misyjne nawracanie. Oszustwo można nazwać smykałką do biznesu.

Trzy minuty słuchania pozwalały zebrać myśli lepiej niż litry kawy lub innych używek. Wlewały smar w charkoczące trybiki mózgu.

Utwory wybierał na chybił trafił. Lubił myśleć, że kieruje tym wola Boska lub tchnienie Ducha Świętego i podsunięty zostanie akurat ten, który zdoła go najlepiej napędzić do roboty. Ot, cała filozofia. Wiedział, że za plecami nazywają go dewotem, jezuitą lub świętojebliwym, ale raczej nie było w tym złośliwości. Raczej.

Kyrie Missa de Angelis. Wspaniale. Podkręcił głośność w komórce, przycisnął słuchawki do uszu i zamknął oczy.

Co mogliby zrobić więcej? Czy naprawdę jest się czego obawiać? Zgodnie z najnowszym raportem wywiadu rozesłanym do wszystkich oddziałów antyterrorystycznych zagrożenie zamachami na terytorium kraju było znikome. Nie minimalne, ale znikome. Znaczyło to mniej więcej tyle, że nie ma żadnych przesłanek, aby się ich spodziewać, lecz z obowiązku dmuchania na zimne…

Muzyka ucichła. Przerwał ją dźwięk dzwonka.

Knap przyciągnął komórkę do siebie i z niechęcią zerknął na ekran.

Dom.

A właściwie DOM zapisany wielkimi literami, kontakt, który w tym momencie mógł zwiastować jedynie niebezpieczeństwo.

– Halo? – odezwał się prawie szeptem.

Zerknął w stronę Bielawskiego. Komisarz siedział kilka biurek dalej i również rozmawiał przez telefon. Miał nietęgą minę.

– Dlaczego spałem w salonie? – Głos ojca zatrzeszczał na linii. – Obudziłeś mnie, wychodząc, i nie wiem, jak się tam znalazłem. W ogóle która jest godzina?

Knap przytknął palec do skroni. Dlaczego wszystko musi się walić jednocześnie? Raz na trzy lub cztery dni jego siedemdziesięcioośmioletni ojciec był całkowicie oderwany od rzeczywistości. Ostatnio wydarzyło się to przedwczoraj, więc statystyka została zaburzona. Jego stan zaczął się pogarszać niespełna dwa lata temu, a ostatnie miesiące to była równia pochyła, ale od kilku tygodni sytuacja zdawała się stabilizować. Pozory najwyraźniej mylą, a złudne nadzieje rozczarowują najbardziej. Opiekunka przychodziła o ósmej, więc ojciec musiał przetrwać jeszcze prawie trzy godziny. O tej porze powinien wciąż spać.

Ale nie spał.

– Chciałeś koniecznie położyć się na wersalce – wyjaśnił Knap spokojnie. – Wiem, że nie pamiętasz, ale wszystko ci prześcieliłem, widzisz chyba, że…

– Jest świt – wszedł mu w słowo ojciec. – Która godzina?

– Po piątej piętnaście. Tato, proszę cię, jestem okropnie zajęty. Usiądź spokojnie i włącz sobie telewizor, a pani Lichocka zaraz do ciebie przyjdzie. Jeżeli jesteś głodny, zostawiłem ci kanapki na stole, ale…

– Sam sobie włączę – przerwał mu znów ojciec.

Knap zaczerpnął powietrza. Było mu duszno.

– Zrobisz to? – zapytał, siląc się na wesoły ton.

– Co zrobię, do cholery?

– Pytam, czy włączysz telewizor.

– A po co, do kurwy nędzy, miałbym włączać telewizor? Myślisz, że jest tam coś ciekawego? Ciągle te same mordy, które albo kłamią, albo uśmiechają się, jakby zeżarły cytrynę. Sztuczne, wypindrzone lafiryndy… – gderał stary.

– Tato – przerwał ten monolog Knap. Jeszcze przed dwoma laty przekleństwo nie przeszłoby ojcu przez usta. Był opanowany i cierpliwy. Być może Bóg wystawił go na próbę. Tylko którego z nich? – Proszę cię. Zajmij się czymś przez ten czas, aż…

– Pieprz się.

Połączenie zostało przerwane. W słuchawkach na powrót rozległy się mszalne tony.

Knap zdjął słuchawki, obrócił komórkę w dłoni i uruchomił listę kontaktów. Zegarek w górnym rogu wskazywał piątą osiemnaście. Wydzwanianie do syna o tej porze było bezsensowne. Michał z pewnością od wczorajszego wieczoru miał wyciszony telefon. Jeśli tylko wyrwał się z domowego „pokoju numer dwadzieścia osiem”, wnikał w inny świat. Nie było w nim miejsca ani dla własnego staruszka, ani dla starszego od dinozaurów staruszka staruszka. Knap przesunął kciuk nad ikonkę wiadomości tekstowych.

Może dobrym wyjściem byłoby napisanie mu wzywającego pomocy esemesa? Pewnie też nie odczyta. Telefon do opiekunki? Błaganie o to, aby przyszła wcześniej, została dłużej i do pakietu opieki nad starym Klemensem Knapem dodała jeszcze jego wnuka? Dlaczego w Wielki Piątek szkoły wprowadziły dzień wolny? Może wcale nie wprowadziły. Samotne wychowywanie dorastającego syna to wieczne ścieranie się z półprawdami. Dzień wolny mógł się okazać obowiązkowym wyjściem do muzeum. Albo dniem matur próbnych, którymi przecież nie warto zawracać sobie poczochranej, bo po owocach nas poznacie. Nie po próbach. Syn potrafił go załatwić jego własną bronią.

Z zamyślenia wyrwało go głuche dudnienie. Ekran telefonu i tak był już zaciemniony.

– Nie ma ich – stwierdził Bielawski i zaczął nerwowo bębnić kłykciami o blat biurka. – Ten człowiek chce uwolnienia ludzi, którzy nie istnieją. Nie ma po nich śladu w AFIS-ie, nie siedzą w naszych pierdlach, nie ma ich w rejestrach międzynarodowych. Landau stara się dobić do muzułmańskiego związku wyznaniowego, ale ci albo śpią, albo się modlą.

Knap schował telefon do kieszeni i podniósł się z fotela.

– Musimy skontaktować się z CAT-em.

Centrum Antyterrorystyczne ABW działa jak stacja benzynowa: czynne dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Pracują w nim doskonali specjaliści i zrzutki odesłane z innych jednostek w delegację. Nigdy nie wiadomo, co może wyniknąć ze współpracy z nimi, ale po przefiltrowaniu informacji należało informować CAT o każdym poważnym zagrożeniu. A Knap coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że tym razem ryzyko zamachu jest więcej niż poważne. Miał naprawdę parszywe przeczucie.

Bielawski trzymał w dłoni notes, ale go nie otworzył.

– Jest pan pewny? Może powinniśmy jeszcze zaczekać – zapytał.

– Wolę, żeby wściekali się, że zawaliłem ich bezsensowną robotą, niż że olałem zagrożenie. To łatwa kalkulacja – przekonywał inspektor.

– Tak, ale…

– Ale co do licha? – zniecierpliwił się Knap.

Bielawski wzruszył ramionami.

– To wygląda jak dziecięcy żart – mruknął. – Może ktoś użył arabskich imion znalezionych w Google i zabawił się w hakera? Może wyskoczy zaraz z żądaniem forsy, bo inaczej upubliczni, że nasze serwery są bardziej chwiejne niż Kim Dzong Un czy jak mu tam…?

– Rocketman. – Knap uśmiechnął się ponuro. – Może tak, a może nie. Ale tak samo jak on może nam zaserwować masakrę.

4.

Koordynator Centrum Antyterrorystycznego ABW przyjął informacje od Knapa do wiadomości. O jego reakcji nie można było powiedzieć wiele więcej. Landau natychmiast dosłał na maila wiadomość od szantażysty, a Bielawski usiłował się dodzwonić do pokoju dwadzieścia osiem. Tym razem jego telefon pozostał bez odpowiedzi.

Tuż po wpół do szóstej w głównej sali operacji Centralnego Biura Śledczego pojawili się pierwsi ściągnięci pospiesznie funkcjonariusze. Niezły wynik, mając na uwadze, że zostali powiadomieni ledwie kilkanaście minut wcześniej. Nawet gdyby przyjąć, że mieszkali w niedalekim apartamentowcu wynajmowanym w większości na potrzeby policji, zjawili się błyskawicznie.

Knap każdemu oddzielnie dziękował za szybkie przyjście i wręczał odpis wiadomości oraz pospiesznie skreślony raport. Sześć punktów już wykonanych oraz zakres zadań do zrealizowania. Na samym szczycie niezmiennie te same pozycje: ustalenie, kim jest Ta’abbata Sharran, i jak najszersza analiza nagrania. Należało zweryfikować, czy próby podobnego szantażu miały miejsce już wcześniej. Nieważne, czy w Polsce, Europie, czy Stanach.

 

Drugi, nie mniej istotny punkt dotyczył tożsamości Muhmuda Ibn Yusufa al-Aswaniego, Fajsala ibn Husajna i Sajfa Udina – jeśli nie były to tylko ściągnięte z Google’a nazwiska. W tym celu poszukiwano arabisty i nękano telefonami uparcie milczący muzułmański związek wyznaniowy.

Pozostałe punkty stanowiły naturalną konsekwencję dwóch pierwszych. Zebranych podzielono na grupy i zagoniono do roboty. Pod czujnym „jezuickim” okiem. Wszyscy byli zdeterminowani, ale i nerwowi. Po raz pierwszy po ściągnięciu o takiej porze nikt nie oznajmił im, że to tylko ćwiczenia.

O piątej trzydzieści sześć Knap opuścił ruchomy pulpit telewizora i przy pomocy Landaua uruchomił sprzęt. Włączył kanał IiN, na którym wciąż wyświetlano pasek z aktualną godziną. Chciał, żeby wszyscy zebrani zdawali sobie sprawę z upływu czasu. Mimo kolejnych zamówień wciąż nie dostali na wyposażenie porządnego zegara. Ministerialny gadżet w kształcie orła ściskającego pod skrzydłem cyferblat był czytelny co najwyżej z dwóch metrów. Poza tym źle chodził.

Inspektor wyciszył dźwięk i przez chwilę wpatrywał się w reporterkę wskazującą na płonący budynek. Informacją poranka był pożar mleczarni w Nowinach. Nie wiedział tylko, czy Nowiny to nazwa programu, miejscowości czy wymysł wydawcy. Nie interesowało go to.

O piątej trzydzieści osiem przybyły dosłownie przed kilkoma minutami policjant niespokojnie poruszył się na fotelu. Knap wyłowił ten ruch, a następnie zrozumiał ściągające go spojrzenie. Powlókł się w jego stronę.

– Ta’abbata Sharran – wydusił aspirant. – To po arabsku znaczy: Ten, Który Wziął Zło pod Pachę.

Pochylony kilka metrów dalej nad telefonem Bielawski wymownie fuknął.

– Pięknie. Nie dość, że świr, to jeszcze zboczeniec.

– Tak nazywał się arabski poeta – wtrącił aspirant.

– Nazywał czy nazywa? – natychmiast dopytał Knap. – Bo chętnie bym go zapuszkował za samo imię.

– Spóźnił się pan o jakieś półtora tysiąca lat, panie inspektorze. Żył w szóstym wieku po Chrystusie – dodał policjant.

Knap położył dłonie na oparciu fotela podwładnego. Zerknął na monitor. Ekran był podzielony na dwa pulpity, które wypełniały z jednej strony arabskie zawijasy, a z drugiej najwyraźniej ich angielskie tłumaczenie.

– Masz coś więcej?

– Żadnych źródeł po polsku. Po angielsku też niewiele. Głównie po francusku, włosku… No i po arabsku.

– Niech ktoś to przetłumaczy. Może w ten sposób szantażysta daje nam jakiś znak. Oświećcie mnie, co to był za poeta, o czym pisał i jakie zło brał pod pachę.

– Pieprzoną kozę kusicielkę. – Uwaga z głębi sali wywołała szmer chichotów.

Knap natychmiast odwrócił się do młodego, krępego policjanta, który przyszedł jako jeden z pierwszych. Wymierzył w niego palcem.

– Bez takich proszę – zgromił go, a palec, niczym lufę pistoletu, schował do kieszeni.

Wymianę kpiących, porozumiewawczych spojrzeń przerwał dźwięk telewizyjnej relacji. Landau stał kilka kroków przed ekranem i nerwowo naciskał pilota. Knap w pierwszej chwili chciał go upomnieć, lecz nim otworzył usta, wszystko zrozumiał. Miejsce blond reporterki relacjonującej pożar stodoły albo mleczarni zastąpił dziennikarz nadający ze studia. Był poważny i skupiony. W dłoni przed sobą trzymał kartki, co zdarzało się bardzo rzadko. W zasadzie tylko wtedy, gdy pojawiały się tak zwane „wiadomości z ostatniej chwili”. Knap pamiętał moment, gdy dziennikarze podawali informacje o katastrofie pod Smoleńskiem, śmierci Jana Pawła II lub zamachach w Paryżu. Napięte mięśnie, niepewny głos, niewłaściwa dykcja. Brak przygotowania. Paniczna spontaniczność.

Prowadzący odłożył kartkę i podniósł wzrok. Spoglądał teraz prosto w kamerę.

– Czy Polacy po raz pierwszy powinni naprawdę obawiać się zamachu?

Dramatycznie postawione pytanie wywołało na twarzy Knapa grymas niezadowolenia. Nie po raz pierwszy. Po raz pierwszy jednak sprawy zaszły tak daleko, że dowiadywały się o nich media.

5.

O piątej czterdzieści pięć Greta Nawrocka od wielu miesięcy z reguły była już na nogach. Budziła się o czwartej trzydzieści, najpóźniej za kwadrans piąta, i zwyczajowo jeszcze przez kilka minut polegiwała w łóżku. Tego ranka nie była senna, ale zmęczona. Tak samo zmęczona jak poprzedniego dnia, gdy przed dwudziestą drugą okrywała się pod szyję cieniutką i wywietrzoną kołdrą. Tak samo zmęczona jak poprzedniego dnia w południe. I tak samo jak o dowolnej porze przed miesiącem, dwoma czy trzema. Dokładnie od stu czterdziestu dni. Jak długo jeszcze? Tego jak zwykle nikt nie mógł przewidzieć. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Była drobną brunetką z haczykowatym nosem, ładnymi ustami i wesołym spojrzeniem. Każdy jej ruch wyrażał emocje, w których kryła się jednocześnie nieudolnie tłumiona nerwowość. Zupełnie jakby spodziewała się nagłego ataku z każdego kierunku.

O piątej czterdzieści rozciągnęła mięśnie karku i po raz kolejny uruchomiła wyodrębniony przez specjalny program fragment siedemnastominutowego nagrania. Przysunęła do siebie notatnik. Z profesjonalnych, studyjnych słuchawek popłynęły kolejne słowa po niemiecku.

Bez względu na to, jak ciężki wydaje się w tej chwili kryzys, w końcu mimo wszystko przezwyciężymy go naszą niezłomną wolą, naszą ofiarnością i umiejętnościami. Przetrwamy również tę biedę. W tej walce nie zwycięży Azja Środkowa, lecz Europa – a na jej czele naród, który od półtora tysiąclecia reprezentował Europę jako czołowe mocarstwo przeciwko Wschodowi…


Pauza. Ostatnie radiowe przemówienie Adolfa Hitlera z 30 stycznia 1945 roku po komputerowej obróbce zyskało nowy wymiar. Usunięte zostały wszystkie szumy, przekłamania dźwiękowe i spadki tonacyjne. Przede wszystkim jednak udało się jej wyeliminować efekt, jaki dawał specjalny mikrofon skonstruowany dla Führera. Jego głos okazał się wyższy, bardziej rozedrgany i sapliwy niż znany z medialnych przekazów.

Nawrocka przygryzła ołówek. Przewróciła kartkę gęsto zapisanego czerwonym tuszem notatnika i zaraz wróciła do poprzedniej. To był jej system pracy. Najpierw ogólne uwagi zapisywała piórem nabitym krwistym atramentem, później dołączał ołówek, na koniec gumka i markery. Od ogółu do szczegółu. Od czerwieni przez szarości do pełnej tęczy.

Pracujący w tle program rozkładał nagranie na elementy pierwsze. Wykres wskazywał częstotliwość dźwięku, tembr głosu, zmianę jego barwy i wysokości. Kilkanaście kolejnych wskaźników tworzyło rozmaite wykresy. Linie proste, sinusoidalne, mieszane…

Na górze strony notatnika wielkimi, drukowanymi literami było napisane pojedyncze słowo: NEGACJA. Termin zaczerpnięty z nomenklatury logicznej doskonale pasował do jej badań. Rozszyfrowywanie myśli i emocji człowieka na podstawie jego głosu nie jest wróżeniem z fusów. Opiera się na logicznym fundamencie i żmudnej pracy. Po wielu miesiącach analiz, napisanych kilku artykułach, które wciąż czekały na publikację, Nawrocka była pewna jednego: Hitler, gdy wypowiadał te słowa, nadal wierzył, że zwycięstwo jest ciągle możliwe. Mimo tego nie miał już takiej pewności siebie jak przed dwoma czy trzema miesiącami. Fiasko ofensywy w Ardenach musiało na krótko przywołać go do rzeczywistości. Trauma, nie tylko w jego przypadku, spowodowała oprzytomnienie.

Wszystko sprowadzało się do szeregu zmiennych występujących na różnych etapach przemówienia. Kiedy Hitler mówił o rzeczach ogólnych albo czysto ideowych, robił to wolniej i wyraźniej. Gdy tylko poruszał temat zwycięstwa, niezamierzenie przyspieszał, a jego głos stawał się bardziej bełkotliwy. Poza tym coraz mniejszą wagę przywiązywał do odpowiedniego akcentowania słów. Jednocześnie za szczątkową, ale wciąż istniejącą wiarą przemawiała wysokość jego głosu i głośność, z jaką wypowiadał kolejne zdania.

Negacja.

Kiedyś wyniki tych badań znajdą się w podręczniku dla negocjatorów i psychologów policyjnych. Podobne prace prowadzono na większości poważanych uczelni, a także w licznych ośrodkach szkoleniowych. Jeden z profesorów pracujących dla FBI w Quantico stworzył podobno algorytm wykrywający fałszywe zdania w dłuższych wypowiedziach. To ciekawe, ale nie tak odkrywcze jak analiza głosu. On chciał uchwycić pewne zmienne. Nawrocką natomiast interesował przede wszystkim „zapach” głosu. To określenie to również był jej pomysł. Ze wszystkich zmysłów zapach jest przetwarzany najdłużej i najdłużej pozostaje w pamięci. Zapach pozwala wyczuć niebezpieczeństwo, strach, gniew czy radość. Pozwala zajrzeć w alkoholową przeszłość i w krótką przyszłość.