Sezon drugiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

10

S02E05

EWA

– Rok? Chce pan powiedzieć, że zabierzecie mi rok życia?!

To niewiarygodne. Dopiero po chwili wizualizuję sobie szale wagi i rok życia w kontrze do miliona euro. Jakichś czterech i pół miliona złotych.

Spodziewałam się kilku dni, maksymalnie tygodni.

W tym momencie Rylski nie wygląda na ani odrobinę zestresowanego. Wydaje się, że jego dotychczasowe zachowanie stanowiło tylko grę pozorów. Udawał empatycznego gnojka, lecz przez cały czas w tyle głowy miał wielki biznes.

Jesteśmy pionkami w grze miliarderów.

Michał milczy. Chciałabym, żeby się odezwał i wprowadził głos rozsądku, lecz z przymkniętymi oczami coś analizuje.

– Nasi informatycy dokładnie was sprawdzili. Zresztą nie tylko informatycy… – Rylski oznajmia to bez cienia skrępowania. – Prześwietliliśmy was na wylot i wiemy, że nie macie wiele do stracenia. A całe mnóstwo do zyskania. Chyba się nie mylę?

Z tego wynika, że Michał również ma swoje za uszami. Nie wiem, dlaczego moja pierwsza myśl po usłyszeniu tych słów dotyczy właśnie jego. Dopiero po chwili zastanawiam się, czego informatycy „i nie tylko oni” mogli się o mnie dowiedzieć. Odruchowo dotykam prawą dłonią sukienki, pod której rękawem kryje się bandaż owinięty na moim nadgarstku.

Pieprzyć to.

Nie muszę się wstydzić tego, co przeszłam. Nie muszę się wstydzić siebie.

Rylski odchrząkuje, zadowolony z wrażenia, jakie na nas wywarł. Gdzieś w oddali biją kościelne dzwony. Po chwili dołącza do nich gong zegara. Kamieniczne wnętrze staje się coraz mniejsze, ale wiem, że nie mogę uciec.

– Proszę państwa… – Rylski wyczuwa właściwy moment kontynuowania rozgrywki. – Mogę wam dać chwilę na zastanowienie, ale nie mamy dużo czasu. Chętnych na wasze miejsce jest wielu. Muszę też przyznać, że mamy parę, która zgodziła się na całoroczny udział, choć mieliśmy wobec niej zastrzeżenia innego rodzaju.

A więc nie jesteśmy jedyni. Forsa może nam się jeszcze wymknąć. Możemy też uratować rok na wolności.

Robi mi się na zmianę gorąco i zimno. Staram się skupić. Spowalniam oddech, po czym analizuję sytuację.

Rylski ma rację. Nie mam wiele do stracenia. Wynajęty pokoik, brudne biurko i cudzy plakat zespołu, za którym nigdy nie przepadałam. Do tego spalona większość mostów. Nawet z Mają nie łączy mnie ta podświadoma więź najlepszych przyjaciółek. Może zresztą nigdy nas nie łączyła. Nie mam dokąd ani po co wracać. Drobna część tej kasy mogłaby odmienić moje życie. Poza tym…

– Naprawdę nie mamy wiele czasu – naciska Rylski. Obracając między palcami długopis, uważnie nas obserwuje.

Nagle Michał głośno wypuszcza powietrze i uderza dłonią w blat biurka.

– No dobra, raz kozie śmierć – oznajmia drżącym głosem. – Chciałbym jednak zapytać o tę tragedię na końcu sezonu pierwszego…

Rylski obrzuca go znudzonym spojrzeniem. Ja nie mam pojęcia, o jakiej tragedii mówi, bo w trakcie emisji programu przebywałam na innej planecie. Planecie depresji i podciętych żył.

Producent nie podejmuje tematu. Nerwowo zerka na zegarek i gładko przechodzi do dalszych kwestii.

– Omówimy jeszcze ostatni warunek regulaminu, a potem dam wam kilka minut do namysłu. Tyle musi wam wystarczyć. I serdecznie proszę, żadnych zbędnych pytań – zastrzega.

Oczywiście pokusa zdobycia forsy wygrywa z chęcią zaspokojenia ciekawości.

Chciwość prowadzi prosto do piekła.

Powinnam to wiedzieć.

11

Ponoć powinnam czuć pustkę i samotność, ale nie czuję niczego. Jeżeli już, to delikatną radość. Czy jeżeli czuje się radość po popełnieniu okrutnego grzechu, oznacza to, że jest się złym człowiekiem?

Czy jestem zła?

Kim jestem?

12

S01E05

SARA

Vogel ponownie zerka za okno. Na horyzoncie zbierają się ciężkie, burzowe cumulonimbusy. Na tej wysokości słońce oświetla je całkowicie inaczej niż na poziomie bruku.

Nie wiem, dlaczego przychodzi mi na myśl „Lato” Vivaldiego. Czasem mam tak, że czuję potrzebę, by usiąść do pianina i zagrać choć kilka taktów. To rodzaj nałogu. Tu nie ma pianina ani zeszytów nutowych. Jest chromowane biurko, kilka foteli i piękna panorama stolicy.

– To nic nadzwyczajnego… – mówi Adam.

– Owszem, ale całkowicie zmienia sposób funkcjonowania uczestników podobnych programów. Już to przetestowaliśmy w innym formacie. Pani Saro?

Zdaję sobie sprawę, że wciąż trzymam ostatnią stronę regulaminu, lecz analizowanie setki poprzednich paragrafów całkowicie zlasowało mi mózg. Nie rozumiem tego, co czytam. Tępo gapię się na dwa wydrukowane niemałą czcionką akapity.

– Muszę zapytać wprost. – Vogel, jakby strzelając, wskazuje palcem na kolejne obiektywy kamer. – Czy rozumiecie państwo treść tego zapisu?

– Tak – rzuca Adam.

– Ja…

Vogel uśmiecha się wyrozumiale. Spogląda na mnie i lekko się pochyla.

– Rzecz w tym, że w trakcie całej emisji programu widzowie będą mogli głosować, oceniając waszą popularność. – Mimowolnie unosi wzrok ku sufitowi, najwyraźniej zastanawiając się, czy wyraził się wystarczająco jasno. – Popularność każdego z was – precyzuje.

– Rozumiem.

– Jeśli na koniec programu odsetek polubień któregoś z was przekroczy osiemdziesiąt procent, liczonych w średniej czasu antenowego, wówczas cała wygrana trafi do tej osoby. Spadek miesięcznej popularności poniżej czterdziestu procent oznacza usunięcie z projektu i zastąpienie kimś innym, zgodnie z procedurą opisaną w załączniku. Choć takiej opcji raczej nie przewidujemy.

Zaciskam dłonie na udach i nabieram tchu.

– Czyli po miesiącach użerania się ze sobą możemy zostać na lodzie? – pytam spiętym tonem. – Całkowicie bez grosza?

– Użerania się? – Adam wzrusza ramionami. – Nawet o tym nie pomyślałem z tej perspektywy. Ofiarowuję to, co najlepsze, i jestem pewny…

Vogel mu przerywa.

– Psycholodzy pracujący przy naszych produkcjach twierdzą, że ten warunek znacząco zwiększa atrakcyjność projektu. – Przysuwa się tak blisko biurka, że trąca blat guzikiem koszuli, a następnie zniża głos. – Z jednej strony zrobicie dobrze, jeżeli będziecie się dogadywać, bo wtedy popularność rozłoży się po równo i nie zostaniecie usunięci. Z drugiej warto być wyrazistym. Warto kłócić się i gwiazdorzyć. Wówczas potencjalnie zdobędziecie polubienia, a wasze szanse na indywidualne zgarnięcie całej kwoty wzrosną. Choć to tylko psychologiczne prognozy.

Cała kwota dla jednej osoby brzmi kusząco. Lubię rywalizację, lecz nie wiem, czy nadaję się do tego formatu. Na to nie byłam przygotowana. Nie będę miała dość czasu, by przygotować się do roli pani bezwzględnej. Ktoś kiedyś nazwał mnie kameleonem w spódnicy, ale nie powinnam brać tego zbytnio do siebie. Jasne, potrafię dopasowywać się do okoliczności, potrafię wcielić się w kogoś całkowicie innego, i to nie kwestia empatii, ale odgrywać rolę przez wiele miesięcy? Być tą złą? Znacznie lepiej udawać kogoś dobrego.

Vogel bębni palcami w teczkę. Zaczyna się niecierpliwić.

– Kooperacja lub mordercza wrogość – cedzi. – Co wybieracie? Nadajecie się do tej rywalizacji?

13

S02E06

EWA

Ani mnie, ani Michałowi nie przeszkadza koncepcja głosowania i zdobywania popularności. Właściwie chyba od początku byliśmy gotowi do morderczej rywalizacji. Jakimś dziwnym instynktem podobnym do tego, dzięki któremu psy i koty przewidują zbliżające się trzęsienia ziemi, wyczuwam, że Michał przeszedł równie dużo, co ja. Ta płaszczyzna jednak wcale nie łączy, a czasem może stać się głównym ogniwem zapalnym.

Rok… – dudni mi w myślach. – Chcesz spędzić z nim rok?

– Tak więc – Rylski ciągnie swój wywód – względem sezonu pierwszego zmienia się przede wszystkim czas zakontraktowanej emisji oraz ośrodek. No i tak zwane sceny intymne. To tylko…

– Sceny intymne? – Natychmiast wchodzę mu w zdanie. Powinnam się jednak dokładnie zapoznać z tym cholernym regulaminem.

Oczy Michała natychmiast rozbłyskają zainteresowaniem. Sięga po kontrakt i zaczyna go przeglądać.

– Tak, tak… – cedzi Rylski. – Zwróćcie uwagę na punkt sześćdziesiąty dziewiąty.

– Sześćdziesiąty dziewiąty? Wasi prawnicy mają poczucie humoru.

Pośpiesznie odszukuję wskazany ustęp i bezgłośnie go czytam. Dwa razy, bo za pierwszym prawniczy bełkot mnie przerasta.

69. Wskazane we wcześniejszych punktach (przede wszystkim 59a–68) zachowania małżeńskie obejmują wszelkie społecznie przyjęte formy konsumpcji i podtrzymywania związku małżeńskiego, w tym rozporządzanie przydzielonym przez producenta budżetem, gospodarowanie domostwem, a także wspólne pożycie.

Konsumpcja, podtrzymywanie, wspólne pożycie. Te trzy wyrywki pulsują mi w głowie. Michał odkłada umowę i mierzwi palcami brodę. Z lekko przechyloną głową łypie na Rylskiego.

– Chce pan powiedzieć, że jednym z warunków naszego udziału w projekcie jest uprawianie seksu?

– Od początku macie zachowywać się jak mąż i żona – stwierdza producent. – To zmiana względem sezonu pierwszego, gdy sprawy potoczyły się… Nazwijmy to, swoim biegiem.

– To absurd – szepczę.

– Być może. Choć pomysłodawcy i marketingowcy mówią, że to konieczność.

Michał przeciąga dłońmi po twarzy. Podnosi się i sięga do kieszeni.

– Mogę zapalić? – pyta. – Mam w głowie kompletny mętlik.

– Skoro to pomoże go panu okiełznać…

 

Chwilę później we dwójkę stoimy na podwórzu. Michał zaciąga się papierosem tak mocno, że sterczy z niego czerwona marchewka żaru.

– Rok jak mąż i żona? Rok?! – syczy. – Ja o tobie nic nie wiem. Jezu. Znam tylko twoje imię, nie wiem nawet, czy nie jesteś lesbijką, fanką BDSM-u albo inną fetyszystką. Nie wiem, czy potrafisz gotować albo czy nie masz napadów szału, a…

Przerywa, widząc moją surową minę.

– Nic nie powiesz?

Argumenty za i przeciw przetaczają się przez mój mózg niczym tiry po autostradzie. Jednak już dawno podjęłam decyzję. Podjęłam ją w momencie, gdy zgodziłam się odpowiedzieć na zaproszenie.

– Nie mam nic do stracenia – stwierdzam, choć dla Michała zapewne nie brzmi to dość zachęcająco. – Rok czy pięć lat? Co za różnica. Do końca życia będę mogła odcinać kupony od tej sumki.

– O ile nie zdarzy się pierdylion „ale” zapisanych w tym regulaminie.

– I tak nie miałabym nic lepszego do roboty.

Miałabym – mówi mój wewnętrzny głos. – Miałabym milion lepszych rzeczy, lecz nie mogłabym marzyć o milionie euro. Przeżyłam już miłość, rozpacz i śmierć. Czas, żebym przeżyła dostatek. Wszystkiego trzeba spróbować.

Tylko…

Orgazmy można udawać – przekonuję samą siebie.

I nagle nachodzą mnie wątpliwości. Czy naprawdę potrafiłabym przespać się z obcym facetem? Czy mogłabym sypiać z nim regularnie? Dociera do mnie obłęd całego zamysłu.

Powinnam się wycofać.

Można się pozbierać i wrócić do takiego życia jak kiedyś. Przecież miało swoje dobre chwile. Przynajmniej do momentu, gdy…

– Rzeczywiście może być fajnie. – Michał wyrzuca papierosa na chodnik i przydusza go butem. Przez moment lustruje mnie wzrokiem. – Nie mam żadnego syfa, a ty…? – Zawiesza głos, nad czymś się zastanawiając. – Wydaje mi się, że się dogadamy. Musimy to tylko potraktować jak dobrą zabawę. No wiesz. Pijany Chińczyk czy coś w tym stylu…

Nieudolnie maskuje wątpliwości. Jego głos drży.

– To prostytucja… – Na głos wyrażam zdanie mojego sumienia. – Nie powinniśmy się okłamywać.

– Nie, nie, nie… – Michał rezolutnie kręci głową. Należy chyba do tych facetów, dla których seks znaczy coś więcej niż rozładowanie emocji. Mimo to nawet on w tym kontekście nie waha się odwołać do zagmatwanej koncepcji logicznej. – Będę twoim jedynym partnerem – dodaje.

– I to mnie martwi.

Nie zdążyłam ugryźć się w język.

14

S01E06

SARA

Kilka minut spędzonych z Adamem bez Vogla podniosło mnie na duchu. Adam poświęcił je pajacowaniu i snuciu fantastycznych planów o wspaniałej zabawie na planie projektu.

– To będzie jak wakacje all inclusive. A nawet więcej – mówiąc to, wymownie klepie się po piersi. – Z luksusowym pakietem AWC.

– AWC?

– To najdroższe pakiety premium. Nie słyszałaś o nich?

Mam wrażenie, że ględzi jak potłuczony. A mimo to czuję się przy nim wyjątkowo dobrze. Bawi mnie, gdy co chwilę przeczesuje jasną czuprynę i potrząsa głową. Zabawnie wydyma mięsiste wargi.

– Chyba nie… – mruczę zadowolona, że w momencie, gdy powinnam rozpatrywać wszelkie za i przeciw, prowadzę absurdalną dyskusję.

– Adam W Cenie. To lepsze niż najlepszy drink, do którego dodano jeszcze palemkę i oprószoną cukrem limonkę. To…

Drzwi otwierają się i Vogel wraca do gabinetu. Czas naszej narady minął.

– Podjęliście państwo decyzję?

Prezes stawia ciężkie kroki. Staje za swoim fotelem i opiera się o niego łokciami.

– Tak… – Wiedziona dziwnym bodźcem odzywam się pierwsza. – Zgadzamy się.

– Kaszka z mleczkiem – stwierdza Adam, co chyba stanowi potwierdzenie moich słów.

Vogel zaciera ręce.

– Świetnie! – Nachyla się nad biurkiem i przyciska guzik intercomu. Sekretarka zgłasza się niemal natychmiast. – Szampana i trzy kieliszki, proszę!

Po niespełna minucie do gabinetu wjeżdża wózek z szampanem, kieliszkami i drobnymi przekąskami. Wszystko musiało zostać przygotowane już wcześniej. Machina jedynie czekała na teatralny znak prezesa.

Porcyjki czerwonego i czarnego kawioru ułożone są na maleńkich talerzykach. Nie wiem, czy powinnam je wessać, nabrać na palec, czy zgarnąć zaserwowaną obok bułką. Olewam je. Tak samo jak koreczki z kilku rodzajów szynek oraz coś, co przypomina białe czipsy, lecz z pewnością nimi nie jest. Obok leżą dekoracyjne jadalne wodorosty, takie same jak te, które kiedyś widziałam w sushi barze. Dzięki tamtej wizycie wiem, że nie lubię orientalnej kuchni. Upijam jedynie łyk szampana. Czuję, że bąbelki natychmiast wirują w moim żołądku.

Adam mlaska ze znawstwem i obraca kieliszek w stronę przebijającego zza chmur słońca. Delikatnie nim kręci, tak że trunek oblewa cienkie ścianki.

– Lepszy niż przeciętny chatteau de jabol rocznik zeszły wtorek – stwierdza poważnie, po czym wypija całość do dna.

Vogel uśmiecha się z politowaniem. Dopiero teraz wznosi toast za powodzenie produkcji, jakby przez ostatnie minuty czekał właśnie na ten moment, gdy Adam pozostanie z pustym kieliszkiem.

– Zdjęcia rozpoczynamy pojutrze – oznajmia beznamiętnym tonem.

Boże, czy zdążę tak szybko uporządkować sprawy? Przygotować się?

– Już pojutrze? Nie możemy tego przesunąć chociaż o jeden dzień?

Vogel kręci głową.

– Macie dokładnie trzydzieści sześć godzin. Stawcie się do naszego biurowca z torbą rzeczy osobistych.

– Szampony, mydła, szczoteczki do zębów? – dopytuje Adam.

– Nie. Jak wspomniano w regulaminie, to wszystko zostanie wam zapewnione.

– Golarka, dezodorant, pianka do golenia?

– Tylko rzeczy osobiste. I pamiętajcie – Vogel znacząco unosi palec – torba. Jak na bagaż podręczny. Czterdzieści centymetrów na trzydzieści na dwadzieścia i do dziesięciu kilogramów. Dusze podobno ważą dwadzieścia jeden gramów. Ja wiem, ile ważą wasze życia. Dziesięć kilo i ani grama więcej. Tak mówi regulamin.

15

S02E07

EWA

– Okej, zgoda – obwieszcza Michał.

Niech się dzieje wola nieba, dodaję w myślach. Gdybym jeszcze była wierząca…

Gdybym była…

Rylski uśmiecha się drapieżnie. Na jego twarzy pojawia się ulga. Musiał mieć choć krztynę wątpliwości, czy zgodzimy się na udział w programie. Z westchnieniem zapada się w swoim fotelu i zerka w papiery.

– A więc od dziś będziecie mężem i żoną – wypowiada, nie patrząc nam w oczy. Zachowuje się niczym speszony urzędnik stanu cywilnego. – Gratuluję!

– Chwila, chwila… – tłumię jego entuzjazm.

Rylski i Michał wbijają we mnie zmieszane spojrzenia.

– Co takiego?

– Gdzie będą kamery? – pytam nienaturalnie hardym tonem. Od odpowiedzi na to pytanie moje sumienie uzależniło ostateczną decyzję. Postanowiłam, że nie mogę złamać pewnych barier.

Rylski nerwowo przekłada kartki.

– Zgodnie z planem i załącznikiem, który…

Przerywam mu.

– Darujmy sobie szczegóły i rysunki. W toalecie?

– Nie.

– W łazience?

– Będzie płaskie ujęcie na wannę – przyznaje z ociąganiem.

– A sceny intymne?

– Co ma pani na myśli?

Wzruszam ramionami i rozkładam ręce. Wszystko. Chodzi mi, kurwa, o wszystko.

– O ile nie zaczniecie… Albo powiem inaczej. O ile nie zaskoczycie realizatorów numerkiem w trakcie robienia obiadu, wszystko zostanie wypikselowane w tak zwanym stylu japońskim. Do tego ten… – Rylski przygryza wargę i szuka właściwego słowa. – Ten content będzie emitowany tylko użytkownikom premium na platformie VisionPlus. Relacja prowadzona na żywo na stronie internetowej ograniczy się do kuchni, salonu, części komunikacyjnej oraz ogrodu.

Zerkam ponad jego ręką na rzut „Terenu produkcji”. Widnieje na nim również plan domu, na który naniesiono czerwone, zielone i żółte punkciki. Domyślam się, że chodzi o kamery.

– O co chodzi z tymi kolorami? – dopytuję.

Rylski mimowolnie przyciąga do siebie dokument i przykrywa go dłonią. Zastanawiam się, czy aby na pewno załączniki do naszych umów wyglądają tak samo. Michał również nachyla się nad biurkiem i spogląda na plany.

– Niektóre kamery będą działały non stop – wyjaśnia producent. Rozluźnia się i zakłada dłonie na łysą czaszkę. Po chwili reflektuje się, po czym opuszcza je na blat biurka. – Inne uruchomią się tylko na czujkę lub pozostaną nieaktywne. Wszystko po to, by zaskakiwać was ujęciami. Często w programach reality show uczestnicy zajmują się przede wszystkim pozowaniem i wyszukiwaniem kamer, które ich rejestrują. To burzy naturalność.

– A w małżeństwie naturalność to podstawa – stwierdza ponuro Michał.

Mam wrażenie, że za tymi słowami coś się kryje. Żart, ironia, wspomnienie? Na moment jego twarz wykrzywia tik. Oczy wytrzeszczają się, a brwi unoszą. Mięśnie szczęk przypominają dwa wałki przesuwające się pod brodą. Mężczyzna momentalnie się opanowuje i nabiera powietrza. Uśmiecha się, nie wiedząc, że dostrzegłam tę chwilową zmianę.

Odwracam wzrok i przeciągam się, aby strząsnąć nieprzyjemny dreszcz, który mnie przebiegł. Rylski po raz kolejny przekłada kartki.

A co mi tam.

Informacja co do rozmieszczenia kamer uspokoiła moje sumienie, nawet jeżeli nie do końca w nią wierzę. Od dawna uczę się przymykać oczy na wiele wątpliwości. Zbyt często ich nawarstwianie prowadziło mnie w złą stronę. To jedna z niewielu nauk, które wyniosłam z terapii.

– No dobrze. – Sięgam po długopis, który ze wszech miar powinien być piórem. – Gdzie mam podpisać?

Rylski tryumfalnie wskazuje konkretne miejsca, a ja składam w nich podpisy. Chwilę po mnie robi to Michał. Ręka mu drży, a pismo przypomina bazgroły kilkulatka. Zupełnie jakby podpisywał się w ten sposób po raz pierwszy. Na jego czole skrzy się pot i chyba wstrzymuje oddech.

– Przepraszam – rzuca, odwracając się nagle do przysłoniętego, kamienicznego okna. Sięga do kieszeni i coś wyciąga. Stara się zasłonić palcami etykietę na niewielkiej fiolce.

Et…

Etacort – uzupełniam w myślach. Gdzieś już widziałam to logo.

Etacort, staram się zapamiętać.

Rylski jakby nic zbiera kartki i upewnia się, że podpisaliśmy się w każdym niezbędnym miejscu. Wyciąga z kieszeni tandetny, pomarańczowy długopis.

– Za dwadzieścia cztery godziny rozpoczniecie swój wspólny rok – obwieszcza dziwnie spięty.

16

S01E07

SARA

Strona po stronie drę zeszyt nutowy. To moje poprzednie życie. Nie chcę do niego wracać. Każda nuta to emocja i wspomnienie, o których chcę zapomnieć.

Za pierwszym razem poczułam ukłucie w sercu. Gdy podarta kartka trafiła do kosza, myślałam, że się rozpłaczę. Jednak potem błyskawicznie się rozkręciłam. Nie ma we mnie żalu ani sentymentów.

Wyrzucam z siebie to, czego powinnam się pozbyć już dawno.

W trakcie realizacji produkcji zaszyję się w jakimś kącie i napiszę wszystko od nowa, tak jak powinno brzmieć. Już czuję, że będzie to znacznie lepsze od wszystkiego, co stworzyłam do tej pory.

Uśmiecham się sama do siebie. Odkładam podarty w połowie zeszyt i siadam przy pianinie. Moje palce całkowicie spontanicznie muskają klawisze. Wygrywam adagio Albinoniego, potem gładko przechodzę do żywiołowej kompozycji, której autorstwa nie mogę sobie przypomnieć. Może stworzyłam ją ja sama?

A może był to ON?

Gwałtownie urywam i zamykam wieko. Wstaję, po czym delikatnie przeciągam dłonią po hebanie. Pianino to jedyne, co mam naprawdę wartościowego. Całą resztę bez problemu zdołałam spakować do niewielkiej torby podróżnej.

Obyłam się nawet bez walizki.

Nie wiem, ile waży moja dusza, lecz Vogel nie mylił się, podając wagę mojego życia. Dziesięć kilo. Może nawet to było optymistyczną przesadą.

Wyrywam kolejną kartkę z zeszytu nutowego. Blok rozpada się i cała reszta wypada na podłogę.

– Kurwa… – syczę jak wąż.

Klękam i zaczynam zbierać kartki. Mimowolnie rejestruję zapisane moim pismem tytuły kompozycji. LaLaTaTawiec – kiedyś wydawało mi się to tak pomysłowe. Przebudzenie budzika, Senność Morfeusza, Cienie, KołySUNka… Są tego dziesiątki. Dziesiątki pomnożone przez nieskończoność godzin spędzonych nad pustymi stronami.

Kiedyś chciałam coś po sobie zostawić. Zbyt wiele czasu zajęło mi zrozumienie, że dziś nikt nie pamięta o arcymistrzach muzyki starożytnej Grecji.

 

To głupie.

Sięgam po kolejną kartkę. Mój wzrok pada na nakreślony czerwonym flamastrem tytuł: Najszczęśliwsza. Napisałam ją zainspirowana pewną książką i grałam tamtego wieczoru, gdy…

Nieważne.

Nie chcę o tym myśleć.

Skończyłam z tkwieniem w przeszłości i we wspomnieniach. Mnę kartkę i rzucam ją do kosza, lecz ta oczywiście odbija się od rantu, po czym toczy się w moją stronę.

Los nie przestał kopać mnie w dupę. Świat nie przestał być złośliwy.

Podnoszę się i wściekle kopię resztkę rozpadniętego zeszytu. Gdybym miała przy sobie zapałki, podpaliłabym go. Właśnie tu, gdzie leży. Roznieciłabym cholerny stos pogrzebowy mojego przeszłego życia.

Zamiast tego chwytam spakowaną do połowy torbę i zarzucam ją na ramię.

Jestem gotowa.

Przetrwam te kilka miesięcy i niczym owad przepoczwarzę się w to, co zechcę. Imago. Czeka mnie całkiem nowe, lepsze życie.

Choćby miało trwać ledwie kilka godzin.