Skłóceni kochankowieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
Skłóceni kochankowie

Tłumaczenie:

Barbara Ert-Eberdt

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Lauro, wiem, że tam jesteś!

Ronan Connolly uderzył jeszcze kilka razy w pomalowane jaskrawoniebieską farbą drzwi i zaczął nasłuchiwać. Ze środka nie dochodziły żadne odgłosy, ale wiedział, że Laura jest w domu. Niemal czuł, że stoi za drzwiami.

Przeklęta uparta kobieta. Jak mogła mu się kiedyś podobać ta jej cecha? Teraz działa przeciwko niemu.

Mijały sekundy, lecz w domu panowała cisza, co zirytowało go jeszcze bardziej. Patrzył to na zaparkowanego pod domem żółtego volkswagena – jej samochód – to na zamknięte drzwi.

– Nie dam się nabrać, widzę na ulicy twój samochód.

Wtedy dobiegł go przytłumiony, lecz wyraźny głos:

– W Ameryce mówi się „na podjeździe”. Nie jesteś w Irlandii.

– Wielka szkoda.

W Irlandii pół wioski stanęłoby po jego stronie i musiałaby otworzyć te cholerne drzwi.

– Co stoi na przeszkodzie, żebyś wskoczył w swój prywatny samolocik i wrócił do kraju przodków?

Zrobiłby to, gdyby mógł, ale przyjechał do Kalifornii na otwarcie amerykańskiej filii swojej firmy i dopóki Cosain nie zacznie działać na pełnych obrotach, on nigdzie się nie wybiera.

Był zmęczony do granic wytrzymałości i nie w nastroju do dyskusji z kobietami, zwłaszcza z jedną.

Ostatnich sześć tygodni krążył po Europie jako bodyguard szesnastoletniej gwiazdki popu, której śpiewanie wkurzało go niemal na równi z jej zachowaniem. Rozdarty między dziewczyną a jej nieznośną matką, Ronan nie mógł się doczekać końca kontraktu i powrotu do normalności. A kiedy to nastąpiło, spodziewał się spokoju, a tymczasem…

Dwukrotnie odliczył do dziesięciu i krzyknął:

– Słuchaj, Lauro, mało mnie obchodzi, jak to nazywasz, ale twój wóz tu stoi, a ty jesteś za drzwiami.

– Mogłoby mnie nie być! – odkrzyknęła.

Czuł, że zaraz wyskoczy ze skóry.

– Ale jesteś i doprowadzasz mnie do szału. Wrzeszczę jak kretyn pod tymi drzwiami.

– Nie musisz wrzeszczeć. Dobrze cię słychać.

Laura Page mieszkała przy schludnej uliczce w Huntington Beach w Kalifornii w kolonii kilkunastu domków zbudowanych na podobieństwo wioski z Cape Cod. Kiedy zjawił się tu po raz pierwszy, uznał to osiedle za czarujące. Teraz patrzył na dom Laury wrogo, jakby to on był winny jego obecnej sytuacji.

Chłodna bryza znad oceanu szarpała niemal bezlistne gałęzie wiązu rosnącego w ogródku, nisko kłębiły się szare chmury, zapowiadając nadciągający sztorm.

– Twoi sąsiedzi też mnie słyszą – zawołał, kiwnąwszy głową mężczyźnie strzygącemu żywopłot. – Otwórz, porozmawiajmy bez świadków.

– Nie mam ci nic do powiedzenia.

Roześmiał się. To ci nowina. Ta kobieta zawsze miała coś do powiedzenia, i to na każdy temat. Na początku nawet mu się to podobało. Nie lubił niemających własnego zdania kobiet, które, aby mu się przypodobać, we wszystkim mu potakiwały i śmiały się z jego nawet najmniej wybrednych dowcipów.

Laura taka nie była. Od początku demonstrowała niezależność i nie imponowały jej jego majątek i sława. Lubił słowne potyczki, które z sobą toczyli, podziwiał jej lotny umysł i ostry język. A największy podziw czuł do niej wtedy, kiedy udało mu się zaciągnąć ją do łóżka.

Popatrzył na bukiet czerwonych róż, z którymi do niej przyszedł. Co za idiota z niego, że pomyślał, iż tę kobietę weźmie na lep ładnych kwiatków i gładkich słówek. Przecież do tej pory nawet nie wiedziała, że przyszedł z kwiatami. I jak tak dalej pójcie, w ogóle się nie dowie.

– Wiesz, dlaczego tu jestem – zniżył ton. – Załatwmy to i między nami kwita.

Zapadła cisza, jakby się zastanawiała.

– Nie dostaniesz go – odezwała się wreszcie.

– Co?

– Słyszałeś.

– Owszem, ale nie wierzę własnym uszom. Przyszedłem po coś, co do mnie należy, więc nie odejdę, dopóki tego nie dostanę.

– Należy do ciebie? Nie było cię dwa miesiące, Ronan. Naprawdę myślisz, że on ciągle jest twój?

Rzucił róże na ziemię, oparł się rękami o framugę.

– Lauro, spędziłem dziesięć godzin w samolocie, cały czas wysłuchując biadolenia rozkapryszonej nastolatki domagającej się nieustannego adorowania i jej zrzędliwej matki, narzekającej na wszystko, począwszy od marki wody mineralnej w butelkach do twardości poduszek. Jestem na granicy wytrzymałości. W ostatnich tygodniach myślałem tylko o powrocie do domu i swojego cholernego psa. Nie odejdę bez niego.

Drzwi nagle otworzyły się i stanęła przed nim. Metr siedemdziesiąt wzrostu, kształtna blondynka z niebieskimi oczami jak pogodne letnie niebo. Nawet w znoszonych dżinsach i prostej, zapinanej na guziki białej koszuli wyglądała tak, że zatkało go z wrażenia i był na siebie wściekły za tę reakcję.

Stała z jedną ręką na framudze, drugą na klamce, jak gdyby uważała, że starczy jej siły, by mu zagrodzić drogę, w przypadku gdyby postanowił wejść.

Zauważył psa lgnącego do jej uda w niewolniczym uwielbieniu. Pies, nazywany Bestią, nie zwracał na niego najmniejszej uwagi.

– Nie było mnie parę tygodni, a ty już mnie nie poznajesz? – zwrócił się do psa. – Czy takiej lojalności należy się spodziewać po najlepszym przyjacielu?

– Najlepszy przyjaciel by go nie porzucił.

– Nie został porzucony w dżungli, skazany na samodzielne zdobywanie pożywienia – zaprotestował Ronan. – Mój kuzyn, Sean…

– Zostawił go u mnie przed wyjazdem do Irlandii. Widzisz, że ma się dobrze. Jest szczęśliwy.

– Możliwe. Tyle że on nie jest twój.

– Jest u mnie, dlatego jest mój.

– Jest u ciebie, bo Sean cię prosił, żebyś się nim zaopiekowała do mojego powrotu.

Sean zasłużył, żeby dostać w mordę. Kiedy nieoczekiwanie został odwołany do Irlandii, poprosił Laurę, by zaopiekowała się Bestią. Chciał oszczędzić zwierzęciu miesięcznego pobytu w schronisku. Ronan dowiedział się o tym za późno, by zadziałać. Takie rozwiązanie wyszło na dobre psu, ale nie jemu.

Nie widział Laury od czasu, kiedy się rozstali przed dwoma miesiącami. Przez ten czas nie zdążył jeszcze wykreślić jej z pamięci. Podjął się osobiście ochrony młodocianej piosenkarki, zamiast zlecić zadanie swojemu pracownikowi, bo chciał oddalić się na jakiś czas od kobiety stojącej teraz tak blisko niego. Oddalenie nie pomogło. Ciągle o niej myślał. Śnił o niej i każdego ranka budził się gotowy, by ją pokochać.

I znowu wytworny, z lekką kwiatową nutą zapach perfum drażnił jego zmysły i przypominał chwile, w których się z nią kochał…

– Ronan – jej rzeczowy ton przywrócił go do rzeczywistości – oboje dobrze wiemy, że Bestii jest lepiej u mnie. Nie jesteś idealnym ojcem dla psa…

– Do cholery, nie jestem żadnym ojcem, tylko właścicielem.

Zignorowała tę uwagę.

– Wkrótce wrócisz do Irlandii i…

– I wezmę Bestię z sobą – dokończył.

Prawdę powiedziawszy, nie zastanawiał się jeszcze nad tym, co zrobi, gdy nadejdzie pora opuścić Amerykę. Na razie decyzja wydawała się prosta. Skomplikowane wymogi kwarantanny, której nie ominie, jeśli zechce sprowadzić psa do Irlandii, są niczym w porównaniu z uporem Laury Page.

Zajrzał głęboko w jej spokojne niebieskie oczy i zastanowiło go, czy rzeczywiście jest jej tak obojętny, jak to demonstrowała. Zapomniała go tak szybko? Tak kompletnie wyparła ze wspomnień? Niezbyt pochlebnie świadczyłoby to o nim jako o mężczyźnie. Nie będzie jednak teraz łamał sobie tym głowy.

– Bestia jest mój, zawsze chciałem zabrać go do Irlandii. Nic się nie zmieniło.

– Zmieniło, i to bardzo wiele. Masz już jednego psa w Irlandii, prawda?

– I co z tego?

– Dawno go widziałeś?

– Co to ma wspólnego z Bestią?

– Wszystko. Pies potrzebuje czegoś więcej, niż widywać swojego pana co parę miesięcy. Potrzebuje miłości i towarzystwa kogoś, na kim może polegać.

Spojrzał na nią spode łba. Właśnie dlatego wycofał się z tego romansu. Ta kobieta miała niemal wypisane na czole takie słowa jak „ognisko domowe” czy „na zawsze”. Chciała być kochana, zresztą zasługiwała na to, tyle że on nie był mężczyzną, który mógłby jej to dać, więc zerwał, zanim sprawy zdążyłyby się skomplikować w stopniu trudnym do rozwiązania.

– Mówisz o Bestii, Lauro, czy o sobie?

– Twoje zarozumialstwo nie ma granic. Naprawdę myślisz, że siedzę osowiała i umieram z tęsknoty za tobą?

Właściwie tak. Jej złośliwości umacniały go w przekonaniu, że nie był jej bardziej obojętny niż ona jemu.

– To nie ma nic wspólnego z nami, Ronan. Chodzi o Bestię. Nie dostaniesz go. Nie zasługujesz na niego.

Zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, słyszał, jak przekręca zapadkę zamka. Zaskoczyła go. Gapił się w drzwi i nie mógł uwierzyć, że tak go potraktowała. Do diabła, nikt nigdy nie trzasnął drzwiami przed nosem Ronanowi Connolly’emu.

Słyszał, jak w środku szczebiotała do Bestii, by się nie bał, bo nic mu nie grozi. To rozwścieczyło go ponownie i znowu zaczął dobijać się do drzwi. Po chwili ochłonął. Niech wierzy, że wygrała tę bitwę. Uśpi jej czujność, wtedy łatwiej będzie ją później podejść.

Odszedł, depcząc po rozsypanych na schodkach różach.

On tu jeszcze wróci. Connolly’owie nie rezygnują.

– Już dobrze, piesku. – Laura głaskała Bestię po głowie i drapała za uszami. – Zły człowiek sobie poszedł.

Słyszała, jak Ronan odpala swój sportowy samochód i odjeżdża. Trzęsła się. Nie z powodu awantury; od tygodni wiedziała, że musi dojść do konfrontacji. Okazało się, że zniosła jego widok gorzej, niż przypuszczała.

 

W jego ciemnoniebieskich oczach, teraz błyszczących złością, rozpoznała pasję, z jaką na nią patrzył w chwilach zbliżeń. Wysoki, szeroki w barach, o kasztanowych włosach pod słońce lśniących czerwienią, nosił garnitury i dżinsy z jednakową nonszalancją, która jednocześnie onieśmielała i zniewalała. Najwyraźniej dwa miesiące rozstania wcale nie stępiły jej reakcji na jego bliskość.

Od pierwszej chwili, kiedy przed kilkoma miesiącami przekroczył próg jej biura obrotu nieruchomościami, Laura wiedziała, że ma problem. Wraz z siostrą sprzedawały już wcześniej domy naprawdę bogatym ludziom, ale nigdy nie odczuwała pokusy, by wpasować się w ich świat. Z Ronanem wszystko było inaczej.

Nadal go pragnęła, chociaż rozum podpowiadał, że nie powinna. Od dwóch miesięcy starała się wykreślić go z życia, bo tak byłoby najlepiej. Przecież kiedy się angażowała w ten romans, wiedziała, że nie będzie trwał wiecznie. Ronan był bogaty, ona nie. Jeździł ferrari, ona volkswagenem. Mieszkał w Irlandii, a ona nie zamierzała opuszczać Kalifornii.

Pies, o którego się kłócili, był wielki, ważył co najmniej pięćdziesiąt kilogramów, i miał gęste czarne futro, którego kępki opadały mu na oczy. Trudno zgadnąć, jakiej rasy byli jego przodkowie. Laura śmiała się, że musiał mieć w żyłach krew kucyka. Pies patrzył na nią, jakby jej współczuł.

– Jasne. – Schyliła się, nie przestając głaskać psa po łbie. – Od początku wiedziałam, że znajomość z Ronanem oznacza kłopoty, ale jak miałam się oprzeć atrakcyjnemu, idącemu od sukcesu do sukcesu mężczyźnie, na dodatek z irlandzkim akcentem? Topniałam przy nim jak masło na patelni.

Pies polizał ją po twarzy. Był równie czarujący jak jego pan. Jeszcze jeden powód, by go nie oddawać. Laura poszła do kuchni, za nią podreptała Bestia, stukając pazurami o drewnianą podłogę.

– Słyszałam, zachowałaś się z godnością – odezwała się jej siostra, Georgia, znad kuchennego stołu.

– Nie o to chodziło.

– Na szczęście.

Laura znała zdanie Georgii na temat jej związku z Ronanem. Siostra hołdowała zasadzie niemieszania interesów z życiem prywatnym. Laura nie chciała znowu wysłuchiwać wszystkiego od początku. Unikała wzroku aż nadto domyślnej siostry.

Georgia bębniła palcami o szklany blat stołu tak długo, aż Laura wreszcie na nią spojrzała.

– Nie chcę o tym rozmawiać, Georgio.

– W porządku. – Siostra wyłączyła tablet i zasłoniła pokrowcem ekran. – To ja coś powiem, a ty słuchaj. Naprawdę sądziłaś, że Ronan nie przyjdzie po psa?

– Jasne, że nie. Byłam pewna, że przyjdzie.

Nawet chciała go zobaczyć, chociaż wiedziała, że to bez sensu. Nie mieli szans na wspólną przyszłość. On zakończył ich gorący romans, zanim zdążyli się zanadto zaangażować, ale ona nie mogła o nim zapomnieć. Nabiła sobie nim głowę od pierwszego spotkania.

– I uważasz, że rozwiązaniem problemu jest przetrzymywanie jego psa w charakterze zakładnika?

– To już nie jego pies. Sean przyprowadził go do mnie, pamiętasz?

– Tak. Żebyś się nim zaopiekowała do powrotu Ronana. – Siostra była zawsze lojalną i wierną przyjaciółką Laury, dlaczego teraz jej nie wspiera? – O co chodzi, Lauro? Próbujesz odzyskać Ronana? Dać mu nauczkę? Zranić go tak, jak on cię zranił, kiedy z tobą zerwał?

– Ani mi to w głowie. – Laura poczuła się dotknięta podejrzeniami siostry. – Zresztą nie zranił mnie. Zawsze wiedziałam, że nasza znajomość się skończy.

– Jasne, lepiej jednak, gdyby to była twoja decyzja, a nie jego. Zresztą chciałam zauważyć, że tutaj wcale nie chodzi o Bestię, i o tym wiesz. Przynajmniej mogłabyś się do tego przyznać.

Niby dlaczego? Laura otworzyła laptop i go włączyła. Komputer zaszumiał, błysnął światłem na ekranie. Czekając na rozpoczęcie pracy, myślała o tym, co powiedziała Georgia. Może rzeczywiście nie mogła wybaczyć Ronanowi, że tak łatwo przeciął to, co ich łączyło, i odszedł bez oglądania się za siebie? Może naprawdę bardzo ją bolało, że nie czuł tego, co czuła ona. Może faktycznie chciała się na nim odegrać za wszystko, co ostatnio utraciła.

Ale miała przecież dom, siostrę, a teraz psa. Czego jeszcze mogłaby chcieć? Może miłości?

Próbowała już wcześniej miłości, lecz miłość nie dała jej szczęścia. Próbowała gorącego, opartego na seksie, niewiążącego się z żadnymi zobowiązaniami romansu z Ronanem, i to także szczęścia jej nie dało.

– Może czas pomyśleć o klasztorze – powiedziała.

– Naturalnie – parsknęła śmiechem Georgia. – Przecież z łatwością podporządkowujesz się zwierzchnictwu.

Georgia trafiła w dziesiątkę. Gdyby Laura łatwo znosiła rozkazy, nadal pracowałaby w agencji Manny Toledo, zamiast próbować własnych sił z siostrą jako wspólniczką.

– To jego wina – mruknęła. – Owszem, jest właścicielem Bestii, ale to nie wszystko. Pies potrzebuje kogoś kochać. Kogoś, na kogo może liczyć. Ronan lata po świecie i spodziewa się, że wszystko będzie na niego czekało, gdy wróci.

– Aha. Ale obie dobrze wiemy, że nie chodzi o psa.

Laura zachmurzyła się. Im więcej o tym myślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że ma rację. Bestia potrzebuje więcej, niż może mu dać Ronan, a poza tym zdążyła się już przywiązać do psa. Nie ma zamiaru z niego rezygnować.

Ostatnio ciągle z czegoś musiała rezygnować. Łzy napłynęły jej do oczu. Zamrugała powiekami, by je ukryć, hardo uniosła głowę. Cóż, niektóre marzenia się nie spełniają. Przecież ma dom, w którym się dobrze czuje, siostrę, z którą ten dom dzieli, i firmę, nad której rozwojem obie ciężko pracują. Właśnie, firma…

– Czy mogłybyśmy porozmawiać o pracy? – Laura skupiła uwagę na ekranie laptopa.

– Okej, wkładasz głowę w piasek, to też terapia.

– Będę ci wdzięczna.

– Więc muszę ci powiedzieć, że nasz nieoceniony gospodarz za sześć miesięcy podnosi czynsz…

– Co?

– A jednocześnie obniża cenę, gdybyśmy nadal były zainteresowane kupnem budynku.

– Podnosi czynsz i obniża cenę sprzedaży? Czy to ma sens?

Jak to dobrze móc oderwać myśli od Ronana, choćby na kilka minut. Ona i Georgia założyły agencję nieruchomości i prowadziły biuro w niewielkim wynajmowanym budynku przy szosie nad brzegiem Pacyfiku w Newport Beach. Czynsz był szokujący, ale w tej części okręgu Orange czynsze były wysokie. Aby sprzedawać tego rodzaju domy, w jakich specjalizowały się Laura i Georgia, należało być w centrum tego rynku.

– Dlaczego on obniża cenę sprzedaży?

– Dobre pytanie. – Georgia wzruszyła ramionami. – Ceny na rynku spadły i on o tym wie. Poza tym jego żona chce się przenieść do Montany, żeby być bliżej wnuków.

Rodzice Laury i Georgii przed pięciu laty wyprowadzili się do Oregonu. Laura pamiętała, jak zazdrościła im odwagi, jakiej wymagała przeprowadzka w kompletnie obce otoczenie. Ona czuła się zakorzeniona w Kalifornii i nie widziała siebie nigdzie poza nią.

– Więc musiałybyśmy tylko zgromadzić forsę na gigantyczny zadatek.

– Tak, tylko tyle – przyznała z przekąsem Georgia.

– Nie będzie łatwo, ale jak solidnie popracujemy przez najbliższe miesiące, może się uda. Mogłabym także obciążyć hipotekę tego domu…

– Nie – sprzeciwiła się energicznie Georgia. – To szaleństwo, Lauro. Nie warto ryzykować twojego własnego domu.

– Naszego domu – poprawiła ją Laura.

– Dziękuję, ale nadal jestem przeciwna. Znajdziemy inny sposób.

Na szczęście nawet w okresie zastoju na rynku nieruchomości wciąż byli ludzie gotowi przenosić się do większych domów. Kilka takich transakcji, a zdołałyby zgromadzić odpowiednią kwotę.

– Okej, znajdziemy sposób, żeby temu zaradzić.

– Wiesz co, Lauro – Georgia złapała spojrzenie siostry – zastanawiam się, dlaczego jesteś tak pozytywnie nastawiona do gromadzenia pieniędzy na zakup domu, a nie widzisz szansy na ułożenie przyszłości z Ronanem?

– Mogłybyśmy nie wracać do tego tematu?

– Z nas dwóch to ja powinnam stracić wiarę w ludzi. Musiałam się do ciebie wprowadzić po rozwodzie, kiedy mój utracjusz mąż ogołocił nasze konta i ulotnił się z miasta z piersiastą cheerleaderką.

Laurę rozśmieszyły określenia użyte przez siostrę, ale trafiały w sedno. Były mąż Georgii pracował jako trener futbolu na małym uniwersytecie w Ohio. Dwa lata temu, po zakończeniu sezonu, ukochany trener i szefowa grupy cheerleaderek uciekli na Hawaje. Mąż pozbawił Georgię dosłownie wszystkich oszczędności, co gorsza, zrujnował jej poczucie wartości.

– Zrozumiałe, dlaczego ja nie dowierzam mężczyznom – stwierdziła Georgia – ale czy ty nie odgrywasz się przypadkiem na Ronanie za to, co zrobił Thomas?

Thomas Banks był kiedyś narzeczonym Laury. Zawiódł ją, ale było to pięć lat temu. Dziś nie potrafiła sobie przypomnieć, dlaczego uważała, że jest w nim zakochana.

– Nie, to nie ma nic wspólnego z Thomasem. Thomas miał być na zawsze. Co to znaczy „na zawsze”, wyszło na jaw, gdy rzucił mnie dla Dany.

– Szkoda, że nie oślepła od blasku wielkiej obrączki, którą jej kupił – złośliwie zauważyła Georgia.

– Dzięki, siostro! Prawdę powiedziawszy, utrata Thomasa nie była dla mnie ciosem. Wątpię, czy go naprawdę kochałam, a on zasługiwał na to, żeby ktoś go pokochał.

– Ty też.

– Co do Ronana, to rozstanie było od początku wpisane w naszą znajomość, i ja o tym wiedziałam. On przejawia rezerwę wobec ludzi, ja jestem towarzyska. Ja kocham dom, on szuka przygód. Niedobrana z nas para.

– A jednak zatrzymałaś jego psa.

Laura znowu poczuła wyrzuty sumienia, zwłaszcza gdy sobie przypomniała minę Ronana, kiedy odmówiła mu oddania zwierzaka.

– Czy to wina Bestii, że miał takiego właściciela?

– Miał?

– Bestia tu zostanie.

– Życzę powodzenia.

Dobre życzenia się przydadzą. Ronan odszedł, ale wróci. Laura wiedziała, że tak będzie. Ronan Connolly nie akceptował porażki. Nigdy. Należał do tego gatunku mężczyzn, którzy kreują rzeczywistość tak, by im służyła. Ze swojej firmy uczynił największą na świecie prywatną agencję ochroniarską. Znał wszystkich sławnych i niesławnych i szedł przez życie z pewnością siebie gladiatora.

To ją pociągało, ale i przerażało. Nie można wdawać się w dyskusję z człowiekiem, któremu nigdy nie przychodzi do głowy, że mógłby się mylić.

– Tak naprawdę to obie dobrze wiemy, że nie chodzi o psa – przypomniała jej Georgia. Laura najeżyła się. Nie chciała o tym rozmawiać, siostra jednak uparcie wracała do tematu. – Nie możesz go obwiniać za coś, o czym nie mógł wiedzieć.

– Nie obwiniam go – zaprzeczyła, ale zdawała sobie sprawę, że to nie do końca prawda. – Naprawdę nie. Ronan to przeszłość. Nasz romans miał datę przydatności do konsumpcji. Wiedziałam o tym, kiedy się angażowałam.

– Nie musi tak być – zauważyła Georgia.

– Pamiętaj, że nie ja zerwałam. – I żeby uniemożliwić siostrze podważenie tego argumentu, dodała: – On tu nie jest na zawsze. Wróci do Irlandii, a ja zostanę. Zresztą, każde z nas chce czegoś innego. Poruszamy się w innych światach. To po prostu… przesądzone.

– A ty nie zamierzasz mu powiedzieć, co się za tym kryje? Nie uważasz, że on ma prawo wiedzieć?

– Możliwe. – Laura utkwiła wzrok w drzewach za oknem: ostatnimi żółtymi liśćmi targał wiatr, po czym zrywał je z gałęzi i kręcił nimi w powietrzu. Lało jak z cebra, deszcz tłukł o szyby. Odgłos ten przypominał niecierpliwe stukanie palcami o powierzchnię stołu.

Zabawne, ich matka nienawidziła jesieni i zimy. Mawiała, że jesień to czas, kiedy umiera nadzieja. Trzeba pogodzić się z tym faktem. To, co łączyło ją z Ronanem, umarło. Nadzieja jest po prostu śmieszna, kiedy nie ma żadnych przesłanek, by ją utrzymywać przy życiu.

– Jaki byłby sens mówić mu, że poroniłam jego dziecko? – zwróciła się do siostry.

– Sama sobie odpowiedziałaś. To było jego dziecko. Chyba wystarczy.

Tylko że to nic nie zmieni, pomyślała Laura. A co by było, gdyby mu powiedziała, a on by to olał? Chyba nie za bardzo chciała się dowiedzieć, jak zareagowałby Ronan na wiadomość, że mógłby zostać ojcem.