Rozkosz w sieci kłamstw

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Charlie poczuła ukłucie z sercu. Jak to jest – być tak kochaną? Wyobraziła sobie piękną młodą królową, właścicielkę naszyjnika, i zakochanego króla, który ją uwielbiał. Życie bywa piękniejsze niż bajki.

– To bardzo romantyczne.

– I z pewnością podniesie wartość naszyjnika. Nic nie sprzedaje się lepiej niż takie sentymentalne historyjki. – Justin mrugnął do niej łobuzersko.

– Jesteś niepoprawnym cynikiem – roześmiała się.

– Przyznaję się do winy.

Charlie wyciągnęła dłoń, ale zatrzymała się w porę.

– Nic się nie stanie. Alarm jest na razie wyłączony – zapewnił Justin. – Pozwól, zademonstruję ci go w całej okazałości. – Podniósł szybę i wyjął naszyjnik.

– Jest jeszcze piękniejszy – westchnęła Charlie. Miała nieprzepartą ochotę założyć go na szyję, choć nigdy nie byłoby jej stać na królewski klejnot.

– Masz ochotę go dotknąć?

– Dotknąć, włożyć, zanieść do domu i schować pod poduszkę – wyznała ze śmiechem i cofnęła rękę.

– Przy twoich jasnych włosach i różanej cerze świetnie by się prezentował – zauważył Justin.

Charlie wyobraziła sobie chłodny dotyk złota na skórze i kamienie połyskujące na dekolcie. Naszyjnik był nie tylko piękny, widziała w nim coś… magicznego. Wyobraziła sobie, że na miejscu Justina stoi Vance i zakłada jej kolię na szyję. Stop, stop!

– Kiedy wyjdę za mąż za księcia, poproszę go o taki naszyjnik. – Roześmiała się speszona.

– To lubię, kobieta, która wie, czego chce.

Justin odłożył eksponat na miejsce, a Charlie rozejrzała się ponownie. Jutro pokój będzie wypełniony ludźmi biorącymi udział w licytacji. Specjalnie dla nich zostaną rozstawione wyściełane krzesła. Pod ścianą, na podium z mikrofonem, stanie aukcjoner prowadzący ceremonię. Licytujący będą podbijać cenę, bo każdy z nich ma nadzieję, że wyjdzie stąd z upatrzonym skarbem.

Charlie zgłosiła się na ochotnika do pracy przy aukcji, wszystko jedno w jakiej roli. Nie zazdrościła kupującym. Justin się nie pomylił – jest kobietą, która wie, czego chce. Obiektem jej marzeń nie są rubiny i brylanty. Kiedy zarobi dużo pieniędzy, kupi dom z ogrodem, dużym ogrodem, w którym będzie się bawić jej syn. Oby tylko zdążyła, dopóki Jake jest dzieckiem. Przez ładnych paręnaście lat szczytem jego marzeń będą piaskownica i domek na drzewie.

Charlie Potter nie spodziewała się, że mężczyźni będą rzucać diamenty pod jej stopy. Nie miała o to pretensji do losu. Klejnoty są piękne, ale łatwo je stracić.

Nie miała nic wspólnego z bogaczami, którzy za dwa dni powiększą swoje kolekcje o królewską biżuterię. A to znaczy, że nie ma nic wspólnego z Vance’em. Wymiana paru zdań w niewymuszonej atmosferze i wspólny śmiech to za mało, by tracić głowę. Powinna pamiętać, że kierując się sercem, pakuje się w kłopoty.

ROZDZIAŁ TRZECI

– Świetna robota, Justin, jestem przekonana, że aukcja okaże się ogromnym sukcesem – powiedziała.

– Dziękuję. – Obrzucił salę uważnym spojrzeniem. – Ja też tak sądzę. Pracujesz z nami, prawda?

– Za żadne skarby bym tego nie opuściła.

– Tak myślałem. – Puścił do niej oko.

W ciągu dwóch lat pracy w Waverly’s Charlie starała się spędzać jak najwięcej czasu na aukcjach. Żyłkę do licytowania odkryła w sobie jeszcze na studiach, gdy koleżanka zaciągnęła ją na wyprzedaż pamiątek po zmarłej gwieździe filmu. Pokochała atmosferę aukcji.

Skarby z zamierzchłej przeszłości, adrenalina związana z rywalizacją, radość ludzi wygrywających licytację – wszystko to ekscytowało Charlie, dodawało jej energii. Obserwowała prowadzącego licytację, wystarczyło uderzenie młotkiem i okrzyk: „sprzedane!”, a przedmioty trafiały do rąk nowych właścicieli. Od tej chwili wiedziała, co chce robić w życiu. Ta ścieżka doprowadziła ją na Manhattan i do domu aukcyjnego Waverly’s.

Chłonęła wiedzę na temat rynku dzieł sztuki i antyków, obserwowała funkcjonowanie domu aukcyjnego od środka. Od pierwszego dnia pracy wiedziała, że jest na swoim miejscu, a to uczucie nasilało się z każdym miesiącem.

– Dobrze mnie znasz – powiedziała cicho. – Za żadne skarby świata bym tego nie opuściła.

– Świetnie. Wszystkie ręce na pokład.

Przedszkole dla dzieci pracowników Waverly’s w dni aukcji pracowało dłużej, by rodzice nie denerwowali się o maluchy. Jake będzie się bawił z innymi dziećmi, pod dobrą opieką wykwalifikowanych opiekunek.

– Dziękuję za pokaz, Justin – powiedziała.

– Cała przyjemność po mojej stronie. Do zobaczenia w sobotę. – I już wsadził nos w foldery z dokumentacją.

Charlie nie patrzyła na zachwycające klejnoty. Opuściła krainę marzeń i wjechała dwa piętra wyżej, do świata swojej rzeczywistości.

– Nie będę się poniżała, pisząc sprostowanie do szmatławca. W tekście nie ma ani słowa prawdy. – Ann ogarnęła wzrokiem członków zarządu zgromadzonych wokół długiego stołu konferencyjnego. – Mam nadzieję, że mogę liczyć na wsparcie z waszej strony.

Ludzie kręcili się w fotelach z niewyraźnymi minami, ale Vance siedział sztywno, świdrując wzrokiem kobietę, która odpierała pomówienia. Wysoka i szczupła Ann Richardson miała platynowe włosy obcięte na krótkiego pazia. Ani jeden włosek nie odstawał od nienagannie uczesanej głowy. Nieugięcie patrzyła na zgromadzonych. Miała na sobie czarną garsonkę w stalowe prążki i jak zwykle sprawiała wrażenie prawdziwej żelaznej damy.

Vance zawsze ją szanował, ale dziś wzbudziła w nim podziw. Całe miasto plotkowało na jej temat, ludzie szeptali za plecami. Ann postanowiła to pogardliwie zignorować, a on mógł jej tylko przyklasnąć. Gdyby się wdała w wyjaśnienia i sprostowania, plotki by się nasiliły. Powtarzała tylko – „bez komentarzy”. Zaczęła to robić na spotkaniu zarządu i po reakcji kolegów mogła przewidzieć, czy jej metoda przyniesie pożądany skutek.

Członkowie zarządu byli poruszeni i zmartwieni. Wszyscy zastanawiali się, jak pogłoski wpłyną na sytuację Waverly’s i ich własną. Jeśli sprawa się nie wyjaśni, i to prędko, plotki zamienią się w podejrzenia, a podejrzenia w fakty. Winna czy nie, kariera i opinia Ann są zagrożone, podobnie jak przyszłość całego domu aukcyjnego.

Mijały sekundy, cisza w sali konferencyjnej stawała się coraz bardziej ogłuszająca. Tu, na szóstym piętrze, wszystkie pomieszczenia urządzono z dyskretną elegancją. Jasnobeżowe ściany wykończone były pod sufitem śnieżnobiałą sztukaterią. Niejedno muzeum mogło pozazdrościć Waverly’s wiszących tu arcydzieł. W rogu pokoju gigantyczny Atlas zmagał się z ciężarem globu ziemskiego na barkach.

Vance czekał w milczeniu. Chciał usłyszeć, co inni mają do powiedzenia. Nie zdążył doliczyć do dziesięciu, gdy głos zabrał George Cromwell.

– To oburzające! – zawołał.

– Pogłoski są bezpodstawne – oświadczyła spokojnie Ann. – Wiecie, że nigdy bym nie naraziła Waverly’s.

– Ann, nikt nie kwestionuje twojego oddania dla firmy, ale artykuł jasno pokazuje, że mamy problem.

Vance dostrzegł nieznaczny grymas na twarzy kobiety. Sądził, że tylko on przygląda się jej uważnie, więc nikt poza nim nie zauważył, jak bardzo było jej przykro.

– Cały ten artykuł jest wyssany z palca.

– Sama wiesz, co ludzie powiedzą – upierał się George. – Nie ma dymu bez ognia.

Vance przewrócił oczami. Cromwell to mistrz świata w wypowiadaniu banałów z taką miną, jakby wygłaszał głębokie mądrości. Starszy pan ma siedemdziesiąt pięć lat i już dawno mógłby pójść na emeryturę, ale wcale nie zamierzał ustępować miejsca w zarządzie komuś młodszemu. Uwielbiał władzę, lubił czuć się ważny. Teraz z przyjemnością przepuści Ann przez wyżymaczkę.

– Dlaczego mamy przyjmować za dobrą monetę twoje słowa? Reporter nie napisałby artykułu zupełnie bezpodstawnie – mądrzył się dalej George.

– Od kiedy to dziennikarz potrzebuje dowodów? – odparła. – W gazetach znajdziesz więcej fikcji niż w pierwszej lepszej bibliotece.

Ona ma rację, pomyślał Vance. Szkoda, że nigdy nie postarał się poznać Ann lepiej, zaprzyjaźnić z nią. Była miłą kulturalną osobą, ale zawsze trzymała ludzi na dystans, nie mieszała życia prywatnego z zawodowym. Teraz ta strategia obracała się przeciwko niej.

– Ludzie wierzą w słowo drukowane – wieszczył ponuro George.

– Bądź wreszcie cicho – prychnęła Edwina Burrows.

– Wiesz, że mam rację – zaprotestował George.

Reszta obecnych obserwowała starcie między seniorami, a Vance patrzył na Ann. Miał wrażenie, że zgrzyta zębami ze złości, a może tylko zagryzała wargi, by nie wybuchnąć. Trudno się dziwić. Nikt nie chciałby być teraz w jej butach i bronić się przed plotkami, na które nie było cienia dowodu.

– Vance? – zwróciła się do niego. – Jesteś ostatnim Waverlym w zarządzie firmy. Co o tym sądzisz? Czy mi wierzysz?

Wiedział, że inni czekają na jego słowa. Może teraz przechylić szalę na rzecz Ann albo przeciw niej. Czuł się odpowiedzialny przede wszystkim za firmę i tysiące ludzi tu i na świecie, których byt zależał od Waverly’s.

Jednak Ann Richardson zasługuje na zaufanie. Przez cały czas była lojalnym i oddanym pracownikiem. Przyczyniła się do rozwoju domu aukcyjnego. Była bardzo kompetentna i zawsze wysoko oceniał jej morale.

Nie był przekonany, że Ann mówi stuprocentową prawdę. Dziennikarz powoływał się na swoje źródła i podawał fakty, które należałoby najpierw sprawdzić. Ale nawet jeśli poszła do łóżka z Daltonem, to jeszcze nie znaczy, że wypaplała mu firmowe tajemnice.

Wolałby sprawdzić niektóre informacje, przekonać się o ich prawdziwości. Nie ma na to czasu. Musi się kierować instynktem. Cóż, nigdy dotąd go nie zawiódł.

– Wierzę ci – oznajmił głośno i jednoznacznie.

Kobieta wyraźnie się odprężyła. Miał rację, wspierając ją publicznie. Jednak jeszcze nie skończył.

 

– Gdyby reporter upierał się przy swoim i zaczął obrzucać Waverly’s błotem, musimy być przygotowani – dodał z naciskiem, kierując swoje słowa do Ann.

„Jeśli się mylę co do ciebie, przygotuj jakiś sensowny plan wybrnięcia z sytuacji, bo być może będziemy musieli poświęcić cię dla dobra firmy” – tak brzmiało niewypowiedziane przesłanie, które Ann odczytała w jego wzroku.

Nieznacznie kiwnęła głową, aby mu dać znać, że zrozumiała.

– Dalton Rothschild to podstępny i bezwzględny gracz – przyznała mu rację. – Jeśli uzna, że jesteśmy osłabieni, wykona kolejny ruch.

– Jaki? – spytała Edwina.

– W najgorszym razie wrogie przejęcie – powiedziała ponuro Ann.

Jej słowom towarzyszyły okrzyki oburzenia i szeptem wymieniane uwagi. Czyżby nikt nie brał tego wcześniej pod uwagę? Vance od początku przewidywał najgorsze scenariusze. Rothschilda nie było stać na wykupienie z rynku akcji konkurencji, jednak podkopanie zaufania do Waverly’s i panika akcjonariuszy spowodowałyby takie zamieszanie, że z łatwością przejąłby firmę.

Diabelski plan – zrujnować reputację domu aukcyjnego i wykupić to, co z niego pozostanie.

Trzeba przyznać, że mogłoby mu się udać, ale Vance nie zamierzał na to pozwolić. Obroni swe dziedzictwo. Oboje z Ann czekali, aż emocje opadną, w końcu Ann zastukała w stół jak nauczycielka usiłująca przywołać do porządku rozbrykanych uczniów.

– Proszę, zachowajcie czujność, obserwujcie pracowników. Jeśli Dalton coś knuje, może mieć w firmie szpiegów. Waverly’s potrzebuje teraz naszej zimnej krwi.

Vance skrzywił się. Wcale mu się nie podobała myśl, że wśród pracowników są wtyczki konkurencji. Większość ludzi pracuje tu od lat. Wielu pamiętał jeszcze z dzieciństwa. Podejrzliwość w stosunku do wieloletnich współpracowników nie leżała w jego naturze. Nie widział powodu, dlaczego mieliby zdradzić dobrego pracodawcę. Dom aukcyjny miał cały pakiet świadczeń socjalnych dla pracowników, ba, mieli nawet przedszkole na trzecim piętrze, by pracujące matki miały możliwość rzucenia okiem, jak się sprawują ich pociechy.

Dzieci. Niespodziewanie w jego głowie pojawił się obraz – fotografia w ramkach na biurku Charlie. Dziecko pokazujące w uśmiechu dwa mleczne ząbki. Z jakiegoś powodu to go zaniepokoiło. Czy powinien podejrzliwym okiem śledzić poczynania swojej asystentki?

Nie musiał słuchać burzliwej dyskusji, aby wiedzieć, co mieli do powiedzenia członkowie zarządu. Dwie kobiety, Veronica Jameson i Edwina Burrows – damy z najlepszych nowojorskich kręgów, obydwie po siedemdziesiątce – z zapałem broniły Ann. Może w grę wchodziła kobieca solidarność, ale dyrektorka zawsze mogła liczyć na ich głosy.

– Jestem pewna, że najlepiej wiesz, jak sobie z tym poradzić – mówiła właśnie piskliwym głosem Veronica.

– Dziękuję, doceniam twoje zaufanie.

– No jasne, jasne – burczał niezadowolony Simon West. – I co nam to da?

– Zdaję sobie sprawę z zagrożenia – przekonywała cierpliwie Ann. – Tym bardziej musimy się zjednoczyć.

– Zjednoczyć? Przeciw czemu? Jakiemuś niewidzialnemu wrogowi czy przeciwko tobie? – Simon, przygarbiony staruszek na oko stuletni, uderzył laską w stół, aby uciszyć gwar. Nawet Vance skupił na nim uwagę.

Simon był w domu aukcyjnym dłużej niż ktokolwiek z nich. Fama głosiła, że był obecny przy wmurowaniu kamienia węgielnego pod kamienicę sto pięćdziesiąt lat temu. Vance uśmiechnął się, przypomniawszy sobie tę bajeczkę. Teraz Simon był zirytowany i poczerwieniał na twarzy, jakby groziła mu apopleksja.

– Nie doszłoby do tego, gdybyśmy nie pozwolili kobiecie rządzić całą firmą! – wybuchnął, plując śliną z wielkiej złości.

– Och, na miłość boską – wymamrotał Vance. Niektórzy członkowie zarządu mentalnie tkwili w ubiegłym stuleciu. Zapominali, że żyją w nowym lepszym świecie, w którym obowiązuje równouprawnienie.

– Ten sposób rozumowania nie zaprowadzi nas daleko, Simonie – odparła spokojnie Ann.

Vance dał jej kolejny plus za cierpliwość i opanowanie, bo miał ochotę wygarbować staruszkowi skórę jego własną laską.

Ale już Veronica i Edwina przyszły Ann z odsieczą. Gdy wygłaszały płomienne filipiki, Vance patrzył smętnie na puste krzesło. Powinien na nim siedzieć jego stryj, Rutherford Waverly. Jako jeden z najstarszych członków zarządu powinien być obecny na każdym posiedzeniu. Teraz bardzo by się przydało jego doświadczenie. Jednak stryj wiele lat temu pokłócił się z bratem, ojcem Vance’a, i ogłosił, że jego noga w tym domu nie postanie. Uparty starzec dotrzymywał obietnicy, a Vance zajęty pracą rzadko się widywał ze stryjem.

Szkoda, bo przydałaby się opinia kogoś z boku.

– Czy nam się podoba, czy nie – oznajmiła Ann spokojnym głosem – problem istnieje i powinniśmy śledzić rozwój sytuacji. Zakładając, że Dalton Rothschild planuje przejęcie naszej firmy, powinniśmy zwracać uwagę na wszystkie wydarzenia odbiegające od normy. Nie chcę brzmieć jak paranoiczka, ale nikt nie jest poza podejrzeniem.

Myśli Vance’a wróciły znowu do jego nowej asystentki. Co właściwie o niej wie?

Trzecie piętro kamienicy bardzo różniło się od reszty budynku – człowiek miał wrażenie, że przeniósł się na inną planetę. Na pozostałych kondygnacjach obowiązywała dyskretna wysmakowana elegancja, tutaj królowały wyraziste kolory, pachniało kredkami, ciasteczkami i mlekiem. Zewsząd słychać było dziecięcy śmiech, który dźwięczał jak dzwoneczki elfów.

Charlie za każdym razem myślała z wdzięcznością o menedżerach Waverly’s, którzy stworzyli idealne warunki dla pracujących matek. Gdyby musiała płacić za przedszkole, nie stać by jej było na przeprowadzkę do mieszkania z dwiema sypialniami. W dodatku cały czas by się zamartwiała, czy synowi nie dzieje się krzywda. Czy nie jest głodny, czy nie płacze, czy jest otoczony czułością, jakiej potrzeba każdemu dziecku.

W Waverly’s nie musiała się o to niepokoić. Przedszkole było przystosowane do potrzeb dzieci. Wszystkie wychowawczynie miały licencję uprawniającą do pracy w żłobkach i przedszkolach. Każde dziecko otaczano tu troską, uwzględniano też oczekiwania i wskazówki rodziców. Przedszkole warte było dużo większej opłaty niż niewielka miesięczna kwota.

Charlie minęła pokój ze stolikami i komputerami dla starszych dzieci. Mogły tu przychodzić po szkole i odrabiać lekcje. Zajrzała do sypialni z sześcioma łóżeczkami i dwoma wygodnymi fotelami, wreszcie stanęła w drzwiach sali zabaw dla przedszkolaków. Ze wszystkich ścian uśmiechały się przyjazne wróżki i inne postaci z bajek. Były tu chodziki dla najmłodszych, pluszowe zabawki i kolorowe klocki, starsze dzieci miały na półkach książeczki oraz gry. Na podłodze leżały dywaniki i wielkie poduchy, na których można było usiąść.

Powitał ją radosny głosik synka: mamamama. Charlie poczuła wszechobejmująca miłość i porwała malucha na ręce. Pachniał szamponem i bananami. Objął ją za szyję małymi ramionkami, wtulił buzię w jej ramię i powtarzał swoje „mama”.

Pierwsze słowo Jake’a dokładnie opisywało stan jej uczuć. W chwili, gdy dowiedziała się o ciąży, zniknęła gdzieś lekkomyślna i niefrasobliwa Charlie. Wywietrzały jej z głowy marzenia o dalekich podróżach, szybkich samochodach i pięknych ubraniach. Stała się matką, której marzenia i ambicje skoncentrowały się na dziecku. Chciała zapewnić synkowi szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo.

Kiedy pierwszy raz wzięła go na ręce, obiecała sobie, że nigdy nie będzie się zastanawiał, czy był chciany, że nigdy niczego nie będzie się bać.

Spojrzała w jego ciemne oczy, dziedzictwo po ojcu, którego nigdy nie pozna.

– Byłeś grzeczny? – zapytała, a chłopczyk uśmiechnął się szeroko. Serce w niej stopniało na ten widok.

– Wspaniałe dziecko – powiedziała Linda Morrow, jedna z wychowawczyń. – Słodki aniołek.

Charlie postawiła synka na dywanie. Skrzywił się, gotowy do płaczu, ale zaraz się rozpromienił, gdy podała mu piłkę. Nic nie było w stanie zmącić jego dobrego humoru.

– Byłam na dole w związku z sobotnią aukcją i nie mogłam sobie odmówić pięciu minut z moim skarbem.

– Świetnie cię rozumiem. – Linda rozmawiała z nią, ale bacznie obserwowała poczynania dzieci. – To wielka frajda, gdy można się w ciągu dnia upewnić, że dziecko jest pod dobrą opieką.

– Nie jestem jedyna – roześmiała się Charlie.

– Wszystkie mamy zaglądają na chwilę. Niby człowiek wie, że nic się nie może stać, ale serce go popędza: przekonaj się na własne oczy. – Linda mrugnęła do niej porozumiewawczo.

– Żałuję, że nie spędzam z nim więcej czasu – przyznała Charlie. W idealnym świecie byłaby mamą siedzącą w domu z gromadką dzieci. Zawsze chciała mieć dużą rodzinę, jednak jako samotny rodzic cieszyła się, że znalazła pracę, która dawała jej satysfakcję.

– Jake zrobił dzisiaj pierwszy kroczek – powiedziała Linda.

– Naprawdę? – ucieszyła się Charlie i natychmiast ogarnął ją smutek, że nie mogła tego zobaczyć. Pocieszyła się, że będzie świadkiem wielu rzeczy, które synek zrobi po raz pierwszy.

– To tylko jeden krok. Miał bardzo zdziwioną minę i zaraz klapnął na pupę. Zanim się obejrzysz, będzie biegał.

– Nie chce mi się wierzyć, że czas tak szybko mija.

Charlie patrzyła, jak Jake raczkuje w stronę pluszowego misia. Pierwszy krok, a za chwilę tupot małych nóżek w całym domu. Potem przyjdzie czas na szkołę i za paręnaście lat to małe dziecko będzie poważnym maturzystą, potem studentem, wreszcie ojcem rodziny. Charlie uśmiechnęła się do własnych myśli. Jake ma trzynaście miesięcy, a ona praktycznie doprowadziła go do emerytury.

– Muszę wracać do pracy – westchnęła. – Czy zjadł kawałki arbuza, które zostawiłam rano?

– Nie, ale spałaszował całego banana.

Jake, mała małpka, najchętniej żywiłby się samymi bananami.

– To świetnie. – Spojrzała jeszcze na synka i na palcach wymknęła się z bawialni.

W sekretariacie zaczęła od sprawdzenia poczty. Vance polecił jej zamówienie opinii ekspertów na temat autentyczności kolekcji obrazów, które zamierzali wystawić na aukcję, i certyfikatów autentyczności chińskiej porcelany z dynastii Ming.

Niektóre już nadeszły, więc je wydrukowała. Pomyśleć, że twórcami rzeczy tak pięknych i delikatnych byli ludzie, którzy żyli i umarli wieki temu, a kruche cacka przetrwały o całe stulecia dłużej.

Czy spodziewali się, że tworzą dzieła sztuki, które będą podziwiane przez ludzi z innych epok, żyjących na innych kontynentach? A może chcieli tylko przypodobać się władcy i zapewnić miseczkę ryżu rodzinie? Charlie lubiła snuć fantazje na temat anonimowych twórców, zastanawiała się, jak by zareagowali na widok swoich dzieł w nowoczesnym domu aukcyjnym.

Cichy sygnał dał jej znać, że do skrzynki trafił kolejny mejl. Nadawca nieznany, temat: Pilna informacja. Otworzyła pocztę i skamieniała. Nie wierzyła własnym oczom, nagle zabrakło jej powietrza. Paniczny strach odebrał jej zdolność myślenia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?