Noc na plaży

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
Noc na plaży

Tłumaczenie:

Julita Mirska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jesse King kochał kobiety, a one kochały jego. Wszystkie z wyjątkiem jednej.

Wszedł do Bella’s Beachwear, należącego do Belli Cruz sklepiku z odzieżą plażową, i przystanął tuż za progiem. Rozejrzawszy się, pokręcił głową. Ależ ona jest uparta! Wnętrze było dobrze utrzymane, lecz budynek znajdował się w żałosnym stanie. I tego Jesse nie potrafił pojąć: dlaczego panna Cruz woli tę rozpadającą się ruinę od rozwiązania, które on proponował?

Przyjechał do Morgan Beach, nadmorskiej mieściny w południowej Kalifornii, dziewięć miesięcy temu, i wykupił kilkanaście obdrapanych sklepów przy głównej ulicy. Kilka wyremontował, resztę zburzył, a na ich miejscu postawił nowe. Dawni właściciele byli zachwyceni; z ledwo skrywaną radością podpisali umowy sprzedaży. Obecnie większość z nich wynajmowała od niego powierzchnię użytkową. Tylko Bella Cruz się sprzeciwiła. Od miesięcy toczyła z nim wojnę.

Najpierw przeprowadziła „siedzący protest”: przez jedno popołudnie wraz z przyjaciółmi siedziała przed buldożerami. Potem zorganizowała marsz protestacyjny, w którym oprócz niej wzięły udział cztery kobiety, dwoje dzieci i pies o trzech nogach. Wpadła też na pomysł nocnego czuwania.

Przed jego biurem pojawiło się pięć osób ze świeczkami. Po chwili nadciągnęła gwałtowna burza. W ciągu minuty świeczki zgasły, a przemoczeni ludzie skryli się przed deszczem. Na placu boju została tylko Bella. Stała w ciemności, wpatrując się gniewnie w jego okno.

O co jej chodzi? – zastanawiał się Jesse, spoglądając na samotną postać. Zachowywała się tak, jakby przyjechał do Morgan Beach specjalnie po to, by zatruć jej życie.

A on znalazł się tu z powodu fantastycznych fal. Kiedy zawodowi surferzy kończą karierę, zwykle osiedlają się tam, gdzie przez okrągły rok można pływać na desce. Większość wybiera Hawaje, jednak Jesse jako rodowity Kalifornijczyk postanowił zapuścić korzenie w Morgan Beach. Stąd miał na tyle blisko do trzech braci, że mógł się z nimi regularnie widywać, a na tyle daleko, że nie wpadał na nich co krok. Lubił rodzinę, nawet bardzo, ale to nie znaczy, że chciał, by wszyscy mieszkali na kupie.

Morgan Beach spełniało jego oczekiwania. I byłoby idealnie, gdyby nie Bella Cruz.

– Przyszedł pan napawać się swoim triumfem?

Odwróciwszy się, ujrzał swoją przeciwniczkę przykucniętą przy gablocie, w której układała okulary słoneczne, kapelusze i torby plażowe. Przez moment mierzyła go takim wzrokiem, jakby był karaluchem, a ona panią domu, która trzyma w dłoni sprej przeciw robakom.

– Chyba nie jest pani uzbrojona? – Ruszył w jej kierunku. – Bo wygląda pani tak, jakby chciała skrócić moje męki.

– Raczej własne – burknęła, prostując się.

Liczyła metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Dobrze. Lubił wysokie kobiety; kiedy się z nimi całował, przynajmniej nic mu w szyi nie strzykało. Nie, żeby marzył o całowaniu Belli. Po prostu stwierdzał fakt.

Miała czarne kręcone włosy, które sięgały do połowy pleców, ogromne czekoladowe oczy oraz pełne zmysłowe usta, na których jeszcze ani razu nie widział uśmiechu. W sumie była ładna, tyle że okropnie się ubierała. W luźnych bawełnianych bluzach i szerokich spódnicach do kostki nadawałaby się na okładkę miesięcznika dla Amiszów. Jesse uwielbiał krągłości, a Bella była krągła jak skrzynka na listy. Wydawało mu się dziwne, że osoba trudniąca się projektowaniem i sprzedażą strojów kąpielowych wygląda tak, jakby nigdy nie miała żadnego z nich na sobie.

– Czego pan chce, panie King?

Wyszczerzył zęby. Celowo. Wiedział, jak na jego uśmiech reagują kobiety. Same mu mówiły, że urocze dołeczki przyprawiają je o zawrót głowy. Na Bellę jednak nie podziałały. No cóż. Zresztą nie zamierzał jej uwodzić. Cały czas to sobie powtarzał.

– Uprzedzić, że w przyszłym miesiącu zaczynamy remont tego budynku.

– Remont? – Skrzywiła się, jakby sam dźwięk tego słowa wywoływał w niej niesmak. – Czyli burzenie ścian? Zrywanie drewnianej podłogi? Wymiana szczeblinowych okien? O takim remoncie mówimy?

Jesse prychnął zniecierpliwiony.

– Co ma pani przeciwko solidnym budynkom o nieprzeciekających dachach?

Skrzyżowała ręce na piersi. No proszę, a jednak ma jakieś krągłości.

– Mój nie przecieka. Robert Towner o wszystko dbał.

– Już pani to mówiła. Wielokrotnie.

– Mógłby pan wziąć z niego przykład.

– Nawet nie chciało mu się pomalować od zewnątrz pani sklepu.

– A po co? Sama go pomalowałam trzy lata temu.

– Pani wybrała ten fiolet?

– Lawendę.

– Fiolet.

Oczy jej płonęły. Najchętniej zmiotłaby go spojrzeniem z powierzchni ziemi.

– Nie zamierza pan się poddać, prawda? Każdy budynek przy Main Street musi być beżowy? Mamy wieść idylliczne życie jak żony ze Stepfordu? Maszerować równym krokiem, ubierać się identycznie…

– Co to, to nie – jęknął Jesse, spoglądając na jej koszmarny strój.

Zaczerwieniła się.

– Pozbawia pan miasteczko jego barwnego charakteru.

– I zagrzybionych ścian oraz butwiejących schodów.

– Dawniej panował tu eklektyczny styl.

– I farba złaziła z murów.

– Ależ z pana korporacyjny robot!

Zdumiało go jej oskarżenie. Nigdy nie chciał pracować w żadnej korporacji ani należeć do świata biznesu. Całe życie próbował uniknąć tej pułapki, w którą prędzej lub później wpadali kolejni Kingowie.

Ojciec, bracia, kuzyni… wszyscy siedzieli zamknięci w luksusowych gabinetach na ostatnich piętrach wieżowców. Jego trzej starsi bracia bez słowa sprzeciwu dołączyli do rodzinnej spółki, jakby od urodzenia o niczym innym nie marzyli. Nawet Justice, który mieszkał na ranczu, był głównie biznesmenem.

Tylko Jesse wyłamał się z rodzinnej tradycji i został zawodowym surferem. Uwielbiał słońce, wodę, wiatr, życie bez zobowiązań. Podczas gdy bracia i kuzyni odziani w eleganckie garnitury przewodzili naradom, on podróżował po świecie w poszukiwaniu idealnej fali. Cieszył się wolnością, żył tak, jak chciał. Nie musiał się przed nikim opowiadać; był zależny wyłącznie od siebie.

Niestety, parę lat temu zbankrutował jego ulubiony producent desek. Jesse kupił jego firmę, bo chciał pływać na najlepszym sprzęcie. Tak samo postąpił z firmą wytwarzającą najlepsze pianki. I z zakładem szyjącym najlepsze męskie kąpielówki. Nim się obejrzał, stał się człowiekiem, jakim obiecał sobie nigdy nie być: biznesmenem, szefem King Beach, potężnego przedsiębiorstwa z asortymentem wodno-plażowym. Co za ironia losu…

Odsunąwszy od siebie te myśli, skupił się na Belli.

– Czy naprawdę musimy być wrogami?

– Musimy.

Co za rogata dusza! Od dziesięciu lat odnosił sukcesy w surfingu. Wygrywał zawody, zdobywał tytuły, występował w reklamach, bywał na przyjęciach odwiedzanych przez sławy, rok temu otrzymał tytuł Najbardziej Seksownego Kawalera Kalifornii. Miał pieniądze, wdzięk i powodzenie u kobiet, więc po jakie licho stoi tu i słucha, jak Bella Cruz mu dogryza?

Bo go fascynowała. Była krnąbrna i wrogo do niego nastawiona, ale miała w sobie coś intrygującego. Coś… dziwnie znajomego. Biorąc głęboki oddech, oparł dłonie na kontuarze i przyjrzał się jej uważnie.

– To tylko ściany i okna, panno Cruz… A może mógłbym do pani mówić Bella?

– Nie, nie mógłby pan. Poza tym to wcale nie „tylko” ściany i okna. – Rozpostarła ramiona, jakby chciała otoczyć nimi chylący się ku upadkowi budynek. – To miejsce ma swoją historię. Całe miasteczko ją ma, a raczej miało, dopóki pan się tu nie pojawił.

Niesamowite: w jej spojrzeniu był jednocześnie żar i lód. Niemal dygotała z wściekłości. Dotąd zawsze potrafił okiełznać kobiecą furię, tym razem czuł się bezradny.

Od miesięcy próbował wkraść się w jej łaski. Gdyby nie jej ośli upór, obojgu im łatwiej by się żyło. Bella miała w Morgan Beach wielu przyjaciół. Na swój skromny sposób odniosła sukces, lecz jego traktowała jak wroga. Dlaczego?

– Remont nie zniszczy historii, natomiast uratuje budynki, które nie przetrwają silnej wichury.

– Jasne – mruknęła Bella. – Wielki z pana filantrop.

– Biznesmen, nie filantrop – rzekł i wzdrygnął się w duchu. Kiedy stał się taki jak reszta Kingów? – Po prostu usiłuję prowadzić firmę.

– A przy okazji przejąć moją?

– Zaręczam, że nie mam takiego zamiaru. – Zerknął na ścianę, na której wisiał jeden z zaprojektowanych przez nią kostiumów.

Produkty King Beach były przeznaczone dla mężczyzn. Jesse wiedział, czego w piance czy kąpielówkach szuka facet, a zupełnie nie orientował się, czego szuka kobieta. Dopóki się nie dowie, nie zamierzał poszerzać asortymentu. Chociaż jego udziałowcy i menedżerowie na to nalegali, on twardo odmawiał. Wolał się skupić na tym, co potrafi, nie rozpraszać się. Bella może nie bać się, że straci klientelę.

– Więc po co pan przyszedł? – spytała, niecierpliwie przytupując nogą. – Do zapłaty czynszu zostały mi jeszcze trzy tygodnie.

– Lubię takie ciepłe serdeczne powitania.

Posłała mu mordercze spojrzenie. Jesse wsunął ręce do kieszeni spodni i podszedł do wieszaków.

– Ciepło i serdecznie to ja witam swoje klientki.

– Których jest tu zatrzęsienie.

– Lato ma się ku końcowi.

– Nikt inny nie narzeka na zastój w interesach.

– Boi się pan, że nie uzbieram na czynsz?

– A powinienem się bać?

Uśmiechając się pod nosem, Jesse wyjrzał przez okno. Życie toczyło się swoim rytmem. Był późny ranek, surferzy opuścili już plażę. Nic dziwnego; najlepiej im się pływało tuż po świcie, zanim zjawiały się matki z dziećmi. Ludzie spacerowali po czystych chodnikach, siedzieli w kawiarnianych ogródkach, leniwie spędzali czas. A on? On stał w sklepie z damskimi strojami plażowymi i rozmawiał z kobietą, która najchętniej wyrzuciłaby go za drzwi.

 

Powiódł wzrokiem po królestwie Belli. Na jasnobeżowych ścianach wisiały ręcznie szyte kostiumy, a obok nich plakaty przestawiające najpiękniejsze plaże świata. Akurat na plażach Jesse znał się doskonale. Większość z nich widział na własne oczy. Przez dziesięć lat niemal nie wychodził z wody. Pływał, zwyciężał w zawodach, występował w reklamach, dostawał pokaźne honoraria i cieszył się uwielbieniem kobiet.

Niekiedy tęsknił za dawnym życiem.

– Skoro jestem nowym właścicielem, mogłaby pani być odrobinę dla mnie milsza.

– Jest pan właścicielem, bo po śmierci Roberta Townera jego dzieci sprzedały panu budynek. A on mi obiecał, że tego nie zrobią, że będę mogła tu zostać przez pięć lat.

– Ale nie zapisał tego w testamencie – stwierdził Jesse. – Czy to moja wina?

– Zaoferował pan dzieciom Townera fortunę!

– Opłaciło mi się. Zrobiłem dobry interes.

Bella zdławiła westchnienie. Musi pogodzić się z rzeczywistością: budynek, w którym wynajmowała parter na swój sklep, należy obecnie do Kinga.

Robert Towner był uroczym staruszkiem, traktowała go jak swojego przybranego dziadka. Codziennie rano pili kawę, przynajmniej raz w tygodniu umawiali się na kolację. Widywała go znacznie częściej niż jego synowie i miała cichą nadzieję, że kiedyś odkupi od niego budynek. Nie zdążyła. Robert zginął niemal rok temu w wypadku samochodowym. I choć obiecywał Belli, że nikt jej nie wyrzuci, nie wspomniał o niej w testamencie słowem.

Mniej więcej półtora miesiąca po śmierci ojca synowie Roberta sprzedali nieruchomość Jessemu. Od tej pory Bella zaczęła martwić się o przyszłość. Robertowi płaciła niski czynsz, a on go nie podnosił, dzięki czemu mogła sobie pozwolić na tak doskonałą lokalizację. Wiedziała jednak, że teraz sytuacja się zmieni.

Na razie tylko odnawiał kupione przez siebie domy, ale pewnie wkrótce zacznie żądać wyższej opłaty za wynajem. Będzie musiała rozejrzeć się za nowym lokum. Przeniesie się w głąb miasta, dalej od wody i plaży, a tym samym straci ze dwadzieścia pięć procent dochodów.

Jesse King chciał wszystko zniszczyć: jej pracę i życie. Tak jak trzy lata temu. Drań. Niczego nawet nie pamiętał.

Z wściekłości miała ochotę coś kopnąć. Albo kogoś. Najchętniej Kinga. Było to zupełnie nie w jej stylu. Za to też jego winiła. Jesse King oczekiwał, że jak skinie palcem, wszyscy będą potulnie spełniać jego polecenia. Najgorsze było to, że zwykle tak się działo.

– Strasznie panią irytuję, prawda? – Obejrzał się przez ramię i uśmiechnął. – Zupełnie jakby miała pani do mnie jakiś osobisty uraz.

Bella zesztywniała. Denerwowało ją, że Jesse jej nie kojarzy, że nie domyśla się powodu jej wrogości. Ale przecież nie może mu powiedzieć. Prędzej ze wstydu zapadłaby się pod ziemię.

– Czego pan chce, panie King?

Pokręcił głową.

– Bello, zbyt długo się znamy, żeby zwracać się do siebie tak oficjalnie. Mówmy sobie po imieniu.

– Wcale się nie znamy – zaoponowała. Podejrzewała jednak, że jej sprzeciw na niewiele się zda.

– Wiem, ile ten sklep dla ciebie znaczy. – Jesse podszedł z powrotem do kontuaru. Do niej.

Psiakrew, czy ten facet musi tak ładnie pachnieć? Czy jego oczy muszą mieć tak intensywny odcień błękitu? A kiedy się uśmiecha, czy te dwa dołeczki muszą się pojawiać? Czy bez tego nie jest wystarczająco seksowny?

– Masz tu całkiem fajne rzeczy – zauważył, spoglądając na ułożone w gablotach okulary, sandałki oraz torby plażowe. – Doskonałe pod względem kolorystycznym. Jesteśmy do siebie podobni, wiesz? Moja firma również produkuje stroje kąpielowe.

Bella wybuchnęła śmiechem, a on zmarszczył czoło.

– Co cię tak bawi?

– Nic. – Zacisnęła ręce na krawędzi szklanego blatu. – Po prostu moje kostiumy z certyfikowanych tkanin organicznych są ręcznie szyte przez miejscowe kobiety, natomiast twoje przez biedne wyzyskiwane dzieciaki z krajów trzeciego świata.

– Mylisz się – warknął.

– Czyżby?

– Nie jestem oprawcą ani ciemiężycielem.

– A jednak w ciągu niecałego roku zburzyłeś wiele starych domów w okolicy.

– I postawiłem nowe. Sprzedaż wzrosła o dwadzieścia dwa procent. Za karę powinienem wisieć.

Bella ledwo hamowała złość.

– Pieniądze nie są w życiu najważniejsze.

– To prawda. Ważniejszy jest surfing. I świetny seks. – Jesse uśmiechnął się szeroko, czekając na jej reakcję.

Obserwowała go z kamienną miną, starając się nie zdradzić, co czuje na widok dołeczków w jego policzkach i jakie emocje wywołała w niej wzmianka o seksie. Jesse King przebiera w kobietach jak w ulęgałkach. Przekonała się o tym trzy lata temu, kiedy ona również należała do grona jego zagorzałych wielbicielek.

W Morgan Beach odbywały się mistrzostwa świata w surfingu. Przez tydzień miasteczko tętniło życiem. Bella stała na molo, oglądając fale, kiedy podszedł Jesse. Obdarzył ją promiennym uśmiechem, zaczął z nią flirtować, przekomarzać się. Pocałował ją w blasku księżyca, potem zaprosił do baru na końcu mola, gdzie za dużo wypili.

Czuła się wyróżniona uwagą, jaką jej poświęcał. Był niesamowicie przystojny, czarujący, sławny. Ale, tak jej się wtedy wydawało, sława nie uderzyła mu do głowy. Sprawiał wrażenie sympatycznego człowieka. Tego wieczoru, po wyjściu z baru, udali się na spacer. Zatłoczone molo zostało daleko w tyle. W pewnym momencie stanęli nad brzegiem oceanu i patrzyli, jak srebrzyste promienie tańczą na falach.

Kiedy Jesse ją pocałował, uległa magii chwili: roziskrzone niebo, cudowny mężczyzna, ciepły lekki wiatr. Kochali się na piasku, delikatny powiew pieścił ich ciała, szum oceanu szeptał w tle. Bella zobaczyła gwiazdy przed oczami. Co ujrzał Jesse, tego nie wiedziała.

Nazajutrz, w ostrym blasku słońca, poszła go odszukać. Chciała porozmawiać o tym, co się wczoraj wydarzyło.

– Cześć, mała – rzucił, mijając ją. Nawet się nie zatrzymał. Najwyraźniej niczego nie pamiętał.

Była zbyt oszołomiona, by cokolwiek powiedzieć. Obróciwszy się, odprowadziła go wzrokiem. Skręcił za rogiem i znikł z jej życia.

Do dziś pamiętała każdą ekscytującą minutę tamtej nocy na plaży oraz upokorzenie, jakie spotkało ją następnego dnia. Na myśl o wspaniałym seksie w blasku księżyca wciąż czuła dreszcze. Była wściekła, że jedna noc w ramionach Jessego zaważyła na jej życiu erotycznym i oczekiwaniach wobec partnerów. Żaden mu nie dorównywał. Jeszcze bardziej wściekało ją to, że nadal jej nie rozpoznawał. Właściwie nie powinna mu się dziwić.

Ale sobie tak. Każdy może się pomylić, ale tylko idiota powtarza te same błędy.

– Nie ma sensu się dłużej kłócić. Wygrałeś tę rundę. I skoro nie przyszedłeś mnie eksmitować, chciałabym wrócić do pracy.

– Eksmitować? Dlaczego miałbym cię eksmitować?

– Bo jesteś właścicielem budynku, a ja od miesięcy usiłuję cię wykurzyć z miasteczka.

– Fakt, ale jak sama zauważyłaś, wygrałem tę rundę, więc po co miałbym cię eksmitować?

– Czyli przyszedłeś tu dzisiaj, żeby…

– Uprzedzić cię o remoncie.

– Świetnie. Uprzedziłeś. Bardzo dziękuję i żegnam.

Jesse ponownie rozciągnął usta w uśmiechu.

– Kiedy kobieta tak bardzo mnie nie lubi jak ty, zawsze próbuję odkryć, dlaczego.

– Już ci mówiłam.

– Nie, coś więcej się za tym kryje – odrzekł, mrużąc oczy. – Ale dowiem się. Prędzej czy później się dowiem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nie potrafił zrozumieć, dlaczego wciąż myśli o Belli, dlaczego nadal czuje jej zapach. Dlaczego, choć minęło tyle godzin od wizyty w sklepie, prześladuje go widok źle ubranej kobiety o magnetycznym spojrzeniu. Najwyraźniej wynika to z przemęczenia; po prostu za ciężko pracuje.

– Według najnowszych badań sprzedaż damskich strojów plażowych dwukrotnie przewyższa sprzedaż męskich – oznajmił Dave, przerywając rozmyślania szefa.

Jesse rozparł się wygodnie w fotelu. Kiedyś przeszkadzał mu fakt, że ma gabinet, biurko i fotel obrotowy. Teraz przestał zwracać na to uwagę.

– Dave, już ci tłumaczyłem – rzekł, siląc się na cierpliwość – nie interesują mnie kobiety. To znaczy damska klientela – poprawił się.

– Ale to żyła złota, panie King! – zaprotestował niski łysiejący mężczyzna. – Jeśli poświęci mi pan parę minut, chętnie to udowodnię.

Dave Michaels, główny handlowiec w King Beach, stale namawiał Jessego do wzbogacenia asortymentu. Lecz Jesse twardo trzymał się zasad: sprzedawał wyłącznie towary, na których się znał i których sam używał, produkty, w które wierzył. Dorastając w rodzinie Kingów, przekonał się, że człowiek odnosi sukces wtedy, gdy kocha swoją pracę.

Wiedział jednak, że Dave nie da mu spokoju.

– W porządku. Zamieniam się w słuch.

Wstał zza biurka. Mimo że nowoczesny mebel ze stali i szkła, przy którym pracował, w niczym nie przypominał mahoniowego biurka wielkości lotniskowca, przy którym pracował jego ojciec, to sam jego widok budził wspomnienia. Jesse widział ojca, który odgania synów, mówiąc im, by poszli się pobawić i mu nie przeszkadzali.

Odsuwając od siebie obrazy z przeszłości, zaczął przemierzać gabinet. Krążąc od okna do drzwi, patrzył na półki pełne trofeów. Na granatowych ścianach wisiały zdjęcia: przedstawiały jego na zawodach, członków jego rodziny, widoki ulubionych plaż. W rogu przy oknie, z którego rozciągał się widok na Main Street i dalej na ocean, stała jego „szczęśliwa” deska.

Jesse utkwił spojrzenie w wodzie. Promienie słońca odbijały się od powierzchni. Kilku młodzieńców z deskami czekało przy brzegu na większą falę. Cholera, tam jest jego miejsce, na plaży, z nimi. Często się zastanawiał, co robi tu, we własnym gabinecie. Wyrósł na takiego samego biznesmena jak ojciec. Na samą myśl o tym jego bracia pewnie zaśmiewali się do łez.

– Jest w miasteczku sklep…

Jesse nie słuchał. Gotów był prowadzić swoje interesy, ale nie zamierzał poświęcać się im bez reszty. Uważał się za… hm, za antyKinga. Owszem, lubił pieniądze, jakie zarabiał, odpowiadał mu jego obecny styl życia, to, że na wszystko mógł sobie pozwolić, więc bez protestu zajmował się biznesem. Ale to była praca. Tylko praca.

Dzięki niej żył tak, jak chciał. Robił to, na co miał ochotę. Surfował. Umawiał się z pięknymi kobietami. Odmawiał pójścia w ślady ojca, który wszystko poświęcił dla rodzinnego imperium i z którym nigdy tak naprawdę on, Jesse, się nie dogadywał.

– Niech pan rzuci okiem na te fotografie – ciągnął Dave. – Jej stroje idealnie pasują do naszej kolekcji plażowej.

– Jej?

– Wiem. Nie interesuje pana odzież dla kobiet, ale gdyby pan tylko spojrzał…

Jesse parsknął śmiechem.

– Nie poddajesz się, co?

– Nie wtedy, gdy mam rację.

– Powinieneś nosić nazwisko King.

Pokonując wewnętrzny opór, sięgnął po zdjęcia, które Dave trzymał w ręce. Im szybciej to zakończy, tym szybciej wyjdzie na słońce.

– Na co konkretnie mam zwrócić uwagę? – spytał, wertując stos barwnych fotografii. Na jednych widniały bikini, na innych chusty i sarongi, na jeszcze innych plażowe sukienki. Wszystko było ładne, ale nie bardzo wiedział, o co Dave’owi chodzi. Czym tu się podniecać?

– Na kostiumy kąpielowe. Cieszą się ogromną popularnością. Są ręcznie szyte z tkanin ekologicznych. Klientki czują się w nich fantastycznie; twierdzą, że żaden kostium tak dobrze na nich nie leżał.

Nagle coś go tknęło.

– W zeszłym miesiącu – ciągnął Dave – w niedzielnym dodatku gazety był duży artykuł na ten temat. Z raportów, które otrzymuję, wynika, że sprzedaż tych kostiumów rośnie w niesamowitym tempie.

Jesse wstrzymał oddech. Miał złe przeczucia. Przyjrzał się zdjęciom uważniej. Utrwalone na nich rzeczy wyglądały znajomo, jakby je widział na własne oczy w nędznym sklepiku przy Main Street.

– Bella’s Beachwear? – spytał.

– Tak! – potwierdził Dave i szczerząc zęby, wskazał na jedno zdjęcie. – Widzi pan to czerwone bikini? Tydzień temu moja żona kupiła ten fason. Przysięga, że w żadnym kostiumie nie czuła się tak zgrabnie. Pytała, dlaczego nasza firma nie oferuje podobnych.

– Cieszę się, że żona jest zadowolona z zakupu, ale…

 

– Nie tylko ona, panie King! – Oczy Dave’a lśniły z podniecenia. – Odkąd przenieśliśmy nasz biznes do Morgan Beach, stale słyszę o Belli Cruz. Po jej kostiumy przyjeżdżają kobiety z całego stanu. Jeden z chłopaków w księgowości zrobił kalkulację. Gdybyśmy sprzedawali projektowane przez nią stroje, panna Cruz zbiłaby majątek, a i my byśmy sporo zarobili.

Jesse potrząsnął głową. Jako King potrafił docenić wyższe zyski, ale nie o to mu chodziło. Prowadził firmę po swojemu i jeśli kiedyś poszerzy asortyment o stroje kobiece, zrobi to wtedy, kiedy będzie gotów.

– Ta kobieta znalazła niezagospodarowaną niszę – kontynuował Dave. – Zasięgnąłem języka. Kilka dużych sklepów z odzieżą sportową było zainteresowanych kupnem jej linii. Wszystkim odmówiła.

Niemal wbrew sobie Jesse się zaciekawił.

– Na czym polega ta jej linia? – zapytał.

– Większość kostiumów kąpielowych w tym kraju… zresztą wszędzie na świecie, projektuje się dla kobiet o „idealnych” kształtach. Czyli bardzo szczupłych.

Jesse uśmiechnął się. Szczupła kobieta w bikini? Co w tym złego? Wprawdzie lubił krągłości, ale…

– Natomiast trzy czwarte amerykańskich kobiet nie odpowiada temu wzorcowi. Mają piersi, brzuchy, biodra. Ich lunch nie ogranicza się do listka sałaty, ale projektanci zdają się o tym nie pamiętać.

– Wiesz, Dave, ja też wolę krągłości, ale nie wszystkim kobietom dobrze jest w bikini. Jeśli Bella woli projektować dla kobiet o obfitszych…

– Wiedziałem, że pan tak zareaguje – wtrącił pośpiesznie Dave, po czym wyciągnął z kieszeni jeszcze jedno zdjęcie – dlatego przyszedłem przygotowany. Proszę.

Jesse uniósł brwi.

– To twoja żona?

– Tak. – Dave rozpromienił się. – Zwykle na plaży Connie każe mi schować aparat. Odkąd kupiła ten kostium, ciągle chce pozować.

Jesse wcale się jej nie dziwił. W ciągu sześciu lat Connie Michaels urodziła troje dzieci. Nie była gruba, ale chuda też nie. W kostiumie od Belli wyglądała rewelacyjnie.

– Świetnie się prezentuje – pochwalił Jesse.

Dave natychmiast wyrwał mu zdjęcie z rąk.

– Też tak uważam. W każdym razie jeśli kobiety o przeciętnej wadze i budowie ciała tak dobrze wyglądają w kostiumach Belli, to niech pan sobie wyobrazi, jak będą w nich wyglądać kobiety o figurze modelki. Naprawdę powinien się pan tym zainteresować, panie King.

– W porządku, zastanowię się – obiecał Jesse, głównie po to, by Dave wreszcie dał mu spokój.

– Wyniki jej sprzedaży rosną. Myślę, że pozyskanie panny Cruz przyniosłoby nam same korzyści.

Same korzyści? Jasne! Jesse miał świeżo w pamięci ich poranną rozmowę. Bella odmówiła współpracy z innymi firmami. Wyobraził sobie, jaka byłaby zachwycona, gdyby wyskoczył z identyczną propozycją. Z radości pewnie zepchnęłaby jego auto do rowu. Oczywiście do tego nie dojdzie, bo nie specjalizował się w damskich strojach.

– Chodzą słuchy, że Pipeline interesuje się produktami Belli – dodał Dave.

Jesse zmarszczył czoło. Właścicielem Pipeline był jego odwieczny rywal Nick Acona. To, iż żaden z nich nie brał już udziału w zawodach, nie znaczyło, że zakończyli rywalizację. Jeśli Nick przejawiał zainteresowanie Bellą, Jesse nie zamierzał być gorszy. Ba, chciał go pokonać.

– Pipeline, powiadasz?

– Acona twierdzi, że to kobiety generują zyski.

Jesse wbił wzrok w swego rozmówcę. Dobrze wiedział, co Dave knuje. W dodatku jego knowania zaczynały odnosić skutek.

– Pomyślę.

– Ale…

– Dave, lubisz swoją pracę?

Dave błysnął zębami w uśmiechu. Ileż to razy słyszał tę kwestię.

– No pewnie, szefie.

– Więc zakończmy na tym rozmowę.

– Okej. – Zgarnąwszy zdjęcia i notatki, Dave skierował się ku drzwiom. – Ale przemyśli pan to, co mówiłem?

– Tak – obiecał Jesse.

Prawdę mówiąc, wiedział, że powinien rozszerzyć asortyment o kostiumy damskie, tyle że jeszcze nie znalazł produktu, który odpowiadałby jego wymaganiom. Aż do dziś. Przekonanie Belli, zanim Acona namiesza jej w głowie, będzie nie lada wyzwaniem.

Nagle kątem oka dostrzegł barwną plamę na podłodze. Schyliwszy się, podniósł zdjęcie, które Dave’owi musiało wypaść z ręki. Na zdjęciu widniało bikini w kolorze morskiej zieleni: stanik z wąskimi paskami wiązanymi na szyi oraz dół z dwóch kawałków złączonych srebrnymi kółkami na biodrach.

Usiłował wyobrazić sobie Bellę w czymś takim. Nie potrafił. Strasznie go to irytowało. Zawsze nosiła luźne długie bluzki i workowate spódnice, jakby specjalnie ukrywała kształty. Dlaczego?

Uśmiechając się pod nosem, rzucił zdjęcie na biurko, po czym obrócił się twarzą do okna. Gdyby się wychylił, dostrzegłby sklep Belli. Psiakość, nie mógł przestać o niej myśleć. Jej oczy ciskały gromy, błyszczały, jakby szykowała się do walki. Miała w sobie coś intrygującego, coś…

Weź się w garść, stary, zganił się w duchu. Bella nie jest w twoim typie. Ale w Morgan Beach mieszkała inna kobieta, która była bardzo w jego typie i którą bardzo chciał odnaleźć. Jego tajemnicza nieznajoma.

Wpatrując się w migoczącą taflę wody, wrócił pamięcią do pewnej nocy sprzed trzech lat. Niestety wspomnienia miał dość mętne… Tego dnia wygrał ważne zawody. Przez kilka godzin odbierał gratulacje, pił, rozmawiał, cieszył się ze zwycięstwa. A potem ją spotkał. Żartowali, gadali, w końcu doszło między nimi do zbliżenia. Tak fantastycznego seksu chyba nigdy w życiu nie przeżył.

Od tej pory tajemnicza nieznajoma stale mu towarzyszyła. Nie pamiętał jej twarzy, ale pamiętał dotyk. Nie pamiętał głosu, ale pamiętał smak ust.

Nie tylko piękna plaża i wielkie fale sprowadziły go do Morgan Beach. Także ona, jego tajemnicza kochanka. Tu mieszkała, przynajmniej taką miał nadzieję. Oczywiście mogła z daleka przyjechać na zawody, ale wolał myśleć, że tu jest jej dom i że któregoś dnia znów na siebie wpadną.

Tym razem, kiedy porwie ją w objęcia, już jej nie wypuści.

Z zadumy wyrwał go ostry dzwonek. Jesse odruchowo przycisnął telefon do ucha.

– Jesse, tu Tom Harold. Chciałem spytać o zaplanowaną na jutro sesję zdjęciową.

Kolejne zdjęcia. Te miały służyć do ogólnokrajowej kampanii reklamującej wielką posezonową wyprzedaż strojów King Beach. Wprawdzie nigdy nie chciał być biznesmenem, ale skoro nim został, to geny Kingów nie pozwalały mu osiąść na laurach.

– Wszystko przygotowane, Tom. – Ponownie wbił wzrok w ocean. – Modelki zjawią się z samego rana. Burmistrz zgodził się, abyśmy odgrodzili kawałek plaży.

– Doskonale. Do jutra.

Rozłączywszy się, Jesse usiadł przy biurku. Dłużej o Belli nie zamierzał myśleć. Czeka go mnóstwo pracy papierkowej. Musi się skupić, a nie bujać w obłokach.

– Na miłość boską, dziewczyno! – zawołał podczas kolacji Kevin Walters. – Przestań go drażnić. Chcesz, żeby zerwał umowę najmu?

Rudowłosy, niebieskooki, opalony Kevin był najlepszym przyjacielem Belli. Poznali się pięć lat temu, kiedy przyjechała do Morgan Beach i wynajęła od niego dom. Mogła z Kevinem rozmawiać na każdy temat; doradzał jej, a gdy tego potrzebowała, przedstawiał jej męski punkt widzenia. Dziś jednak wolała, aby spojrzał na wszystko z jej perspektywy.

– Nie, no skąd! – oburzyła się.

Umowa na lokal wygasała dopiero za dwa miesiące. Gdyby Jesse kazał się jej wynieść wcześniej, musiałaby sprzedawać towar u siebie w domu. Podejrzewała, że Kevin nie byłby zachwycony takim rozwiązaniem.

– Wiesz, za dwa lata mogłabym odkupić twój dom…

Kevin uniósł rękę.

– Proponowałem ci korzystny układ.

– Nie chcę korzystnych układów. Chcę wszystko w życiu osiągnąć samodzielnie.

– Wiem, wiem.

– Naprawdę doceniam twoje dobre chęci – powiedziała, ściskając dłoń przyjaciela – ale nie chcę nikomu nic zawdzięczać. Do wszystkiego chcę dojść sama.

– Tak się nie da. Weźmy tę koszulę, którą masz na sobie. Sama utkałaś materiał? Sama go pocięłaś i zszyłaś? Sama wyhaftowałaś te małe kwiatuszki przy kołnierzu?

– No, nie…

– Pewnie mi powiesz, że co innego koszula, a co innego dom?

– Żebyś wiedział!

Potrząsnąwszy głową, westchnął głęboko.

– W porządku. Świetnie. Chcesz kupić mój dom, tak? Jeżeli dalej będziesz atakować Kinga, facet w końcu się zirytuje i wywali cię na bruk. Wtedy z domu nici. Więc wyjaśnij mi, proszę, dlaczego próbujesz go do siebie zrazić?