Niewinne kłamstewka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nadal miał erekcję, a teraz dodatkowo brakowało mu jej słodkiego ciężaru na kolanach.

- O dziwo nie.

Zmrużyła oczy.

- Tak podejrzewałam.

Zrobiło mu się gorąco. Fiona podniosła kieliszek do ust i, tak jak wcześniej, czubkiem języka oblizała górną wargę. Ogień, który trawił Luke’a, przybrał na sile.

- Specjalnie to robisz?

- Działa? – Kąciki ust jej zadrżały.

Kiedy kelner przyniósł karty dań, szybko przerzuciła strony; zatrzymała się na burgerach.

- Kobieta, która nie zamawia sałatki? – zdziwił się Luke. – Nie do wiary!

- Wiesz, że to bardzo seksistowska uwaga? – Odłożyła kartę i splotła na niej ręce. – No więc jestem niepoprawnym mięsożercą. Uwielbiam wszelkie burgery, steki i kotlety.

- Dobrze wiedzieć. To co dziś będzie? Stek czy burger?

- Burger w stylu San Francisco, ale bez awokado.

- Nie lubisz awokado?

- Fuj. – Skrzywiła się.

- Rany boskie! Mieszkamy w Kalifornii. Guacamole to tutejszy przysmak.

- Nie mój. Kocham meksykańską kuchnię, jednak awokado mnie odrzuca. Jest takie… oślizgłe.

- A próbowałaś je kiedykolwiek?

- Nie żartuj. Fuj!

Wyszczerzyła zęby, a jemu serce znów zabiło mocniej.

Kelner wrócił do stolika. Luke złożył zamówienie, po czym ze szklanką w ręce odchylił się na krześle i przyjrzał swojej towarzyszce. Bluzka zsuwała się jej z prawego ramienia. Miał ochotę całkiem ją zsunąć i napawać się widokiem jędrnych piersi. Chciał jej dotknąć...

Czując na sobie natarczywe spojrzenie, Fiona poruszyła się niespokojnie. Policzki się jej zaczerwieniły, oddech przyśpieszył. Nie spodziewała się, że jej ciało zareaguje takim podnieceniem na widok Luke’a. Ale nic dziwnego. Nigdy go wcześniej nie widziała; Jamison przekazał jej tylko zdjęcie wnuka oraz informację, gdzie go znaleźć.

Nie powiedział jej, że oczy Luke’a mają kolor oceanu w ciepły bezchmurny dzień. Że pod eleganckim garniturem kryje się wysportowana sylwetka. Że włosy ma nieco przydługie i rozjaśnione słońcem. Że natura obdarzyła go niesamowitym tembrem głosu.

Najbardziej nie była przygotowana na pulsujący ucisk, który czuła w dole brzucha, oraz na twardość, którą poczuła, kiedy siedziała na kolanach Luke’a. Weź się w garść, nakazała sobie. Jesteś tu, bo przyjęłaś zlecenie i obiecałaś je wykonać. A Fiona Jordan zawsze dotrzymuje słowa.

Uśmiechnęła się, bo Luke spoglądał na nią, jakby usiłował odgadnąć jej myśli. Całe szczęście, że nie mógł. Jako mężczyzna bardzo się jej podobał, musiała jednak pamiętać o priorytetach, a praca była na pierwszym miejscu. Jeżeli osiągnie zamierzony cel, wówczas oprócz honorarium otrzyma premię w wysokości dwudziestu tysięcy dolarów. Potrzebowała tych pieniędzy. Za część sumy kupi samochód, a resztę zainwestuje w rozwój firmy.

- O czym myślisz? – spytał Luke, wyrywając ją z zadumy.

- Tak się zastanawiam… Co sprawiło, że zająłeś się produkcją zabawek? – Pogratulowała sobie refleksu.

Luke odstawił szklankę.

- Tradycje rodzinne. W Barrett Toys zdobyłem doświadczenie, ale niedawno założyłem własną firmę.

- Dlaczego?

Popatrzył na nią podejrzliwie.

- Tak cię to interesuje?

- Pytam z ciekawości – skłamała. – Odszedłeś z powodu nieporozumienia z dziadkiem?

- Dlaczego miałbym zaspokajać ciekawość obcej osoby?

Błysnęła zębami w uśmiechu.

- Po tym, co się wydarzyło, chyba już nie jesteśmy tacy obcy?

Wybuchnął śmiechem.

- Masz rację. A więc dziadek i ja nie bardzo się zgadzamy.

- I kompromis nie jest możliwy?

- Niestety nie.

- Szkoda. Dziadek to przecież rodzina.

- Wiem, no ale… Mieliśmy plan, wszystko było uzgodnione i nagle zmienił zdanie. W tej sytuacji postanowiłem rozkręcić własny biznes.

Więcej nie chciał na ten temat mówić, a ona wiedziała, że nie powinna naciskać. Musi być ostrożna. Zerknęła na Luke’a. Przymknął powieki, jakby usiłował odgrodzić się od świata. Czuła, że tupetem nie przebije się przez jego mur. Był człowiekiem ceniącym prywatność; nie przed każdym się otwierał.

Jednego nie pojmowała: jak mógł odwrócić się od dziadka, który go kocha? Ona nie miała rodziny. Miała przyjaciół, mnóstwo przyjaciół, których traktowała jak rodzinę. I nie wyobrażała sobie, aby z członkiem rodziny, z dziadkiem lub babcią, mogła zerwać kontakt.

Czy Luke nie rozumie, jakim jest szczęściarzem? Ona wszystko by dała, żeby mieć bliskich.

Wkrótce kelner postawił przed nimi jedzenie. Podobnie jak ona, Luke zamówił burgera, tyle że z awokado.

- Nie chcesz spróbować?

Potrząsnęła głową.

- Mogłabyś to potraktować jak przygodę, okazję do poeksperymentowania…

Wybuchnęła śmiechem.

- Z awokado?

- Najpierw z awokado, a potem… - Zawiesił głos. Oczy mu lśniły.

- Możemy znaleźć ciekawsze miejsce na eksperymenty – powiedziała cicho. – Nie sądzisz?

Przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w milczeniu.

- Tak – oznajmił wreszcie. – Znajdziemy.

ROZDZIAŁ TRZECI

Jamison wszedł do domu w Laguna Beach i jak zawsze zwrócił uwagę na ciszę. Kiedy Luke z Cole’em byli dziećmi, wszędzie rozbrzmiewał śmiech. Chłopcy i ich przyjaciele to wpadali do kuchni, to wybiegali do ogrodu, krzyczeli, psy szczekały. Teraz w domu mieszkała tylko para starszych ludzi, on z Lorettą, i niekiedy cisza go przytłaczała.

Z salonu docierały przytłumione dźwięki z telewizora, więc tam skierował kroki. Loretta siedziała zwinięta na kanapie i wpatrywała się w płaski ekran zawieszony nad kominkiem gazowym. Na widok jej uśmiechu Jamison poczuł znajome ukłucie w sercu.

Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia prawie sześćdziesiąt lat temu. Spotkało go wyjątkowe szczęście, że zgodziła się wyjść za niego za mąż.

Młodym często się wydaje, że tylko oni potrafią kochać, a starzy są razem z przyzwyczajenia, ale to nieprawda. On z Lorettą byli dowodem na to, że ogień nie wygasa.

- Cześć, skarbie. Jak się miewasz?

- Ech, to był strasznie frustrujący dzień. – Jamison rozejrzał się wkoło. Zazwyczaj gdy wchodził do domu, od razu czuł się lepiej.

Loretta urządziła salon w stonowanych kolorach błękitu i zieleni, które kojarzyły mu się z morzem. Stały tu dwie duże kanapy, wygodne fotele, lśniące dębowe stoły. Zawsze tu się odprężał, napięcie z niego schodziło, ale dziś…

Podszedł do barku i nalał sobie whisky.

- Opowiedz mi. – Loretta wyłączyła dźwięk w telewizorze.

- Wciąż myślę o wczorajszej bezsensownej kłótni z Lukiem.

- Och, Jamie. Daj spokój, nie denerwuj się.

Utkwił w niej spojrzenie. Miała krótkie, modnie przycięte włosy w kolorze śniegu, oczy niebieskie, pełne życia. W jej uszach połyskiwały brylantowe kolczyki, które podarował jej na gwiazdkę. Ubrana była w szerokie czarne spodnie i jasnoszarą górę; luźny strój skrywał ciało, które utrzymywała w doskonałej kondycji.

- Jak się mam nie denerwować? – Usiadł obok żony. – Liczyłem, że chłopak przejmie Barrett Toys. Pokładałem w nim nadzieję, a on odszedł i założył własną firmę, bo chce wpychać dzieciakom elektronikę.

Loretta roześmiała się, po czym sięgnęła po kieliszek wina.

- Mówisz jak dorożkarz niezadowolony, że jego syn woli konie mechaniczne od prawdziwych.

- To nie to samo – żachnął się Jamison.

- Dokładnie to samo. – Wyciągnąwszy nogę, Loretta trąciła męża w udo. – Pamiętasz, jak twój ojciec narzekał na zmiany, które ty chciałeś wprowadzić?

Ale tamta sytuacja była zupełnie inna. Jego ojciec był uparty, nie potrafił patrzeć w przyszłość. Nie chciał słuchać argumentów syna.

- Ale nie odszedłem.

- Luke też nie odejdzie.

- Już odszedł!

Loretta machnęła ręką.

- Wróci.

- Jesteś bardzo pewna siebie.

- Nie siebie. Luke’a. Założył własny biznes, ale to nie znaczy, że do nas nie wróci.

- Nie mówiłabyś tak, gdybyś go wczoraj słyszała.

- Chce się sprawdzić. Udowodnić swoją wartość. Tak samo jak ty pół wieku temu. Jesteście uparci, dlatego tak często się spieracie.

- Wielkie dzięki.

Loretta zignorowała nutę sarkazmu w głosie męża i ponownie dźgnęła go nogą.

- Pomasuj mi stopę.

Jamison spełnił jej prośbę. Po chwili rozległo się błogie westchnienie.

- Tak jak mówiłam – kontynuowała – Luke pragnie coś udowodnić. Dopóki mu nie zaufasz, obaj będziecie nieszczęśliwi. A na razie masz Cole’a.

Jamison potrząsnął głową.

– Niestety Cole nie ma takiej głowy do interesów jak Luke. Ani takiego zapału do pracy. Dziś znów wyszedł wcześnie; stwierdził, że musi gdzieś jechać z Susan i Oliverem. Mały miał jakiś występ w przedszkolu. Czy ojciec naprawdę musi oklaskiwać wszystkie występy dwuletniego bachora?

- Kochanie, ten dwuletni bachor to nasz prawnuk.

- I kocham go do nieprzytomności. Ale Cole jest nie tylko ojcem chłopca, ale też wiceprezesem Barrett Toys.

- Jamie, to dobrze, jak ojciec spędza czas z dziećmi.

- Wiem. Wiem też, że w firmie rodzinnej nie trzeba siedzieć od rana do wieczora, można wziąć wolne, aby pobyć z dzieciakami. Co innego mi przeszkadza. – Na moment zamilkł. – Cole’a nie interesuje firma. Na zebraniach nie słucha, co kto mówi. Nie przykłada się, nie stara się nic zrozumieć. Po prostu…

- Co po prostu?

- Nie jest Lukiem.

- Coś jeszcze cię gnębi, prawda? – zapytała.

- Niełatwo być mężem jasnowidzki.

- Dobra, dobra, mów.

Jamison potarł grzbiet nosa. Wiedział, że nie ma sensu okłamywać żony ani robić dobrej miny do złej gry.

 

- Tracę rozum, Lor. – Zsunął jej nogę ze swoich kolan i wstał, ściskając w ręce szklankę. – Zapominam. To się dzieje od jakiegoś czasu, ale ostatnio przybrało na sile.

Loretta zmarszczyła czoło.

- Kochanie, co zapominasz? – spytała ciepłym głosem.

Między innymi za to ją kochał, za jej niesamowity spokój i opanowanie. Nic nie było w stanie nią wstrząsnąć. Nawet kiedy stracili synów i synowe, Loretta dość szybko się podźwignęła. Zamiast pogrążyć się w rozpaczy, otoczyła opieką i miłością Cole’a i Luke’a, swoich osieroconych wnuków.

Teraz on bardzo potrzebował jej spokoju.

- Dziś, na przykład, nie mogłem znaleźć informacji, które kazałem Donnie wydrukować. Wiem, że położyłem plik kartek na biurku, a pół godziny później już ich tam nie było. Musiałem je przełożyć, ale w ogóle tego nie pamiętam.

- Może Donna je przełożyła?

- Twierdzi, że nie.

- Byłeś rozkojarzony. Przesunąłeś je odruchowo, nie myśląc o tym.

- Może. – Jednak roztargnieniem czy rozkojarzeniem nie wszystko można wytłumaczyć. Co będzie, gdy przestanie kojarzyć ważne rzeczy?

Czy nadejdzie dzień, gdy zapomni, kim jest Loretta? Potarł szyję. Usiłował spowolnić bieg myśli. Jeśli czegoś naprawdę się bał, to demencji, upośledzenia funkcji intelektualnych. W wieku osiemdziesięciu lat wciąż był w doskonałej formie fizycznej, ale jeżeli umysł zacznie mu szwankować…

- Niepotrzebnie się martwisz – powiedziała Loretta.

- Chodzi nie tylko o ten ostatni wydruk. Wczoraj po wyjściu Susan i Cole’a nie mogłem znaleźć kluczyków samochodowych.

- To o niczym nie świadczy. Na naszej pierwszej randce też nie mogłeś znaleźć kluczyków – przypomniała mu. – Pamiętasz? Pieszo odprowadziłeś mnie do domu.

Jego uśmiech świadczył o tym, że dobrze pamięta.

- Nie, kochanie, wtedy udawałem. Żeby móc spędzić z tobą więcej czasu.

- Och, ty oszuście! – Pacnęła go w ramię. – Oberwało mi się od ojca, że tak późno wróciłam.

- Ale warto było, co? – Puścił do niej oko.

Loretta przygryzła wargę, po chwili jednak nie wytrzymała.

- Warto, warto – przyznała. – A teraz, skarbie, przestań się zadręczać. Nie masz żadnego alzheimera. Po prostu jesteś przepracowany.

- Ale to się powtarza. Od kilku tygodni. – Skrzywił się.

- Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?

- Bo nie chciałem cię martwić, ale…

- Skoro to ci nie daje spokoju, umów się z doktorem Tuckerem.

Mars na jego czole pogłębił się.

- Ale…

- Jamie, nic ci nie jest. Gdyby było, zauważyłabym.

- Pewnie masz rację.

- Po prawie sześćdziesięciu latach spędzonych ze mną powinieneś wiedzieć, że zawsze mam rację.

Objęła go w pasie i przyłożyła głowę do jego klatki piersiowej. Westchnął cicho. Cieszył się, że ma tak wspaniałą towarzyszkę życia. Loretta dawała mu wszystko, czego potrzebował, a dziś bardzo potrzebował spokoju.

Dlatego nie wspomniał jej o poleconej przez Donnę kobiecie, którą zatrudnił.

Nazajutrz rano, stojąc pod gorącym strumieniem wody, Fiona zadała sobie pytanie: Co ja najlepszego wyprawiam? Spędziła z Lukiem cały wieczór, a dziś zaplanowali wspólne zwiedzanie miasta.

- Nie powinnam się angażować – szepnęła. – Ale jak inaczej mam wykonać zadanie? – Dodatkową komplikacją było to, że Luke autentycznie się jej podobał. – Muszę przekonać go, żeby wrócił do Barrett Toys. Nie zrobię tego telepatycznie.

Zakręciła wodę i na moment przyłożyła czoło do ściany. Przyleciała do San Francisco służbowo, na prośbę Jamisona Barretta. Zaczerwieniła się, myśląc o tym, co się wczoraj wydarzyło. Nigdy dotąd nie była tak bezpośrednia w kwestiach erotycznych.

Owinęła się grubym białym ręcznikiem, drugi zawiązała na głowie, po czym przetarła ręką zaparowane lustro. Po chwili napotkała swoje zakłopotane spojrzenie.

Specjalnie chciała złapać Luke’a na konferencji, z dala od domu. Poznać go, pogadać z nim, wkraść się w jego łaski. Może się zaprzyjaźnić? Stopniowo zaczęłaby go urabiać, przekonywać, że jest potrzebny swojej rodzinie.

A ona, głupia, zaczęła z nim flirtować! Psiakość, otrzymała zlecenie. To jej praca, musi zachowywać się profesjonalnie, a nie snuć fantazje o najbardziej seksownym mężczyźnie, jakiego w życiu widziała.

Ucieszyła się, kiedy z rozmyślań o Luke’u wyrwał ją telefon. Ale skrzywiła się, kiedy zobaczyła, kto dzwoni.

- Pan Barrett! Nie spodziewałam się tak szybko pana usłyszeć.

Mimo że w czasie ich pierwszej rozmowy zorientowała się, że starszy pan nie należy do osób zbyt cierpliwych, to jednak miała nadzieję, że nie będzie do niej dzwonił. Co mogła mu powiedzieć? Że jego wnuk rozpalił jej zmysły?

- Fiono… mogę tak do pani mówić?

- Oczywiście. – Poprawiła ręcznik na głowie i ponownie przetarła lustro.

- Spotkała się pani z Lukiem?

- Tak – odparła; nie zamierzała zdradzać szczegółów. Mogła sobie wyobrazić reakcję Jamisona. – I jestem z nim umówiona za godzinę.

Zamierzała wykonać zadanie; jeszcze nigdy nie poniosła klęski. Założyła swój biznes, ponieważ miała wrodzoną umiejętność rozwiązywania problemów. Jeśli ktoś zgubił pierścionek z brylantem albo psa, w mig znajdowała zgubę. Zdobywała bilety na wyprzedany koncert, odnajdywała dawno niewidzianych krewnych, wszystko potrafiła zorganizować i załatwić.

Tym razem porażka również nie wchodziła w grę.

- Za godzinę? Dla pani zrezygnował z konferencji? – Jamison roześmiał się cicho. – No, no! Jestem pod wrażeniem. Mój wnuk uwielbia wszelkie technologiczne nowinki. Jest pani prawdziwą czarodziejką.

- Bez przesady.

- Donna, moja sekretarka, twierdzi, że pani ciągle dokonuje rzeczy niemożliwych.

Fiona odnalazła dziecko, które Linda, siostra Donny, oddała do adopcji trzydzieści lat temu, następnie doprowadziła do spotkania matki z córką. Donna o wszystkim opowiedziała Jamisonowi.

Nie przyszło Fionie do głowy, że tamta sprawa była łatwa w porównaniu z tą, która ją teraz czeka. Luke nie tylko był przystojny, seksowny i zabawny, ale po pierwsze, odznaczał się uporem, a po drugie, zależało mu na rozkręceniu własnej firmy.

Doskonale to rozumiała, ale jej zdanie się nie liczyło. Liczyło się to, co chce klient.

- Panie Barrett, proszę się za bardzo nie nastawiać. – Nie miała ani jednej porażki na swoim koncie, ale jak mawiała jej matka zastępcza: zawsze jest ten pierwszy raz. – Zrobię wszystko, co się da, ale pana wnuk jest potwornie uparty.

- Owszem, ma to po mnie.

Zdusiła śmiech. Nie ulegało wątpliwości, że z charakteru byli bardzo do siebie podobni.

- Dziś jest ostatni dzień konferencji. Jutro Luke wraca do domu. Czyli jutro wieczorem czekam na pani telefon. Najdalej pojutrze rano.

- Oczywiście.

Oby miała dobre wiadomości. Ale o ile zdążyła się zorientować, Luke nie podejmował pochopnych decyzji. Odszedł z Barrett Toys po głębokim namyśle, przekonany o swojej racji. Czy zdoła wpłynąć na niego w czasie jednego weekendu? Mała szansa.

Potrzebowała więcej czasu, więcej spotkań. Zerknęła do lustra; oczy jej lśniły z podniecenia. Niedobrze.

- A zatem do usłyszenia, panno Jordan. Liczę na panią – rzekł Jamison, po czym się rozłączył.

- Weź się w garść, kobieto – powiedziała do siebie. – W nic się nie angażuj. Nie pozwól, żeby rządziły tobą hormony. Porozmawiaj z Lukiem. Uświadom mu, że zrywając z rodzinną firmą, popełnia błąd. Potem zniknij z jego życia. Bo kiedy odkryje, że działałaś na zlecenie Jamisona, to i tak nie będzie chciał mieć z tobą do czynienia.

Wieczorem Luke czuł się tak, jakby stał na skraju wysokiego urwiska. Od chwili gdy wczoraj Fiona wylądowała mu na kolanach, był dziwnie podekscytowany. Dziś zrezygnował z konferencji, by mogli spędzić razem cały dzień.

Jak przystało na turystów, przejechali się taksówką po słynnej Lombard Street, obejrzeli z bliska most Golden Gate, potem wstąpili do małego pubu na Fisherman’s Wharf. Gdyby tydzień temu ktoś mu powiedział, że będzie zwiedzał miasto, popukałby się w czoło.

Ale Fiona chciała zobaczyć park i nabrzeże. Ona podziwiała widoki, on nie spuszczał wzroku z niej. Poprzedniej nocy śniła mu się; teraz miał jeszcze więcej wspomnień. Oczami wyobraźni widział ją opartą o metalową poręcz, kiedy wiatr unosi jej włosy i krótką czarną spódniczkę. Widział jej wesoły uśmiech, gdy taksówka jechała malowniczą, najbardziej krętą ulicą świata. I widział jej język liżący lody w parku.

Teraz czekał na nią w barze, byli umówieni na kolację. Żeby zająć czymś myśli, wyjął telefon i zaczął sprawdzać pocztę. Miał dwadzieścia nowych wiadomości.

Prawdę powiedziawszy, gdyby nie spotkał Fiony, chyba umarłby z nudów. Na konferencji nie dowiedział się niczego nowego. Miał jasno sprecyzowany plan działania i nie zamierzał wprowadzać żadnych zmian. Do San Francisco przyjechał, bo wypadało i dlatego, że chciał pogadać z paroma znajomymi. A potem, gdy siedział sam w restauracji, pojawiła się ona. Wywarła na nim piorunujące wrażenie. Była inteligentna, zabawna, pewna siebie; te trzy cechy w połączeniu z jej wyglądem sprawiły, że zamiast czytać mejle, znów zaczął o niej myśleć.

- Niedobrze. – Potrząsnął głową.

Zbyt wiele się działo w jego życiu; nie potrzebował rozpraszacza uwagi w postaci kobiety nawet tak intrygującej jak Fiona. Nie miał czasu na romanse.

Wypuściwszy z płuc powietrze, przeczytał wiadomość od swojego asystenta Jacka:

Jest problem, szefie. Peterson twierdzi, że mają spore opóźnienia i nie zdążą wyprodukować naszych nowych tabletów przed świętami.

- Cholera jasna! – warknął Luke.

Laikowi może się wydawać śmieszne, że ktoś w lutym myśli o świętach Bożego Narodzenia. Ale takie rzeczy zawsze planuje się z wyprzedzeniem. Właśnie po to, by uniknąć przykrych niespodzianek.

Nie pierwszy raz miał do czynienia z komplikacjami. W Barrett Toys często musieli dokonywać cudów. Teoretycznie Cole odpowiadał za kontakty z producentami, ale na ogół on, Luke, musiał się wszystkim zajmować. Tym razem też sobie poradzi. Szybko wysłał odpowiedź:

Powiedz Petersonowi, że rozmawiałeś ze mną. Że mamy umowę i oczekuję, że dotrzyma jej warunków. Że nie obchodzi mnie, co zrobi, ma znaleźć rozwiązanie. Jeżeli dalej będzie zwodził, w poniedziałek sam się tym zajmę.

Pewnie to wystarczy, Peterson nie będzie chciał stracić klienta. Jeśli nie wystarczy, wówczas on, Luke, rozejrzy się za innym producentem, a wszystkim powie, że na Petersonie nie można polegać.

Odpowiedział na kilka mejli od marketingowców, inżynierów i projektantów; pominął wiadomość od Jamisona. Podejrzewał, że dziadek znów go prosi, aby się opamiętał i wrócił do Barrett Toys.

Poczuł lekkie wyrzuty sumienia, ale odsunął je od siebie. Kochał staruszka, ale skoro ten nie liczy się z jego zdaniem… Nowa firma to nie tylko biznes, to również kwestia honoru i dumy.

- Przepraszam…

Usłyszał nad uchem kobiecy głos. Jedna z kelnerek już dwukrotnie pytała, czy coś mu podać.

- Nie, dziękuję. – Potrząsnął głową. – Niczego nie potrzebuję.

- Mam znów wylądować na twoich kolanach, żebyś zwrócił na mnie uwagę?

Znieruchomiał, po czym podniósł wzrok. Fiona. Wcześniej, ubrana w krótką seksowną spódniczkę, wyglądała zjawiskowo. Teraz zjawiskowo do potęgi.

Miała na sobie sięgającą do połowy ud ciemnoczerwoną sukienkę z odkrytymi ramionami, która opinała ciało, podkreślając wypukłości. Czarne szpilki dopełniały stylizacji. Spoglądając na długie smukłe nogi, Luke wyobraził sobie, jak zaciskają się wokół jego pasa…

Natychmiast poczuł pożądanie. W oczach Fiony pojawiły się wesołe iskierki, jakby czytała w jego myślach.

- Napatrzyłeś się? Mam się okręcić?

Przełknął ślinę. Nie, lepiej nie. Bo jeśli zobaczy pośladki opięte czerwonym materiałem, to…

- Nie musisz. Usiądź.

Zerknęła w stronę sali restauracyjnej.

- Myślałam, że zaprosiłeś mnie na kolację. Zgłodniałam.

- Przykro mi. – Skinął na kelnerkę. – Musimy poczekać, bo na razie nie jestem w stanie zrobić kroku.

Fiona rozciągnęła usta w uśmiechu.

- Znów? Umiesz poprawić mi samopoczucie.

Gdy kelnerka podeszła, Fiona poprosiła o martini. Luke zaś postanowił dokończyć mejla, który wcześniej zaczął pisać. Chciał choć na moment uciec od własnych grzesznych myśli.

- To będzie randka telefoniczna? – spytała Fiona. – Mam wyjąć komórkę?

 

Sięgnęła po leżącą obok czarną torebkę.

- Co? – Poderwał głowę. – Nie. Po prostu muszę coś dokończyć.

- Okej.

Kelnerka postawiła przed Fioną kieliszek i ponownie się oddaliła.

- Wszędzie pracujesz?

Oderwawszy wzrok od telefonu, Luke zobaczył, jak oliwka znika w ustach Fiony.

- Przepraszam, to ważne.

- Nie wątpię. Zawsze pracujesz po godzinach?

- Wtedy, kiedy muszę. – Był zły na siebie, że nie potrafi się skoncentrować na mejlu.

- Wczoraj też pracowałeś.

- Niektóre sprawy wymagają uwagi bez względu na to, czy jestem w biurze czy poza nim.

- Prawie cały dzień nie zaglądałeś do telefonu.

- Teraz nadrabiam zaległości. – Nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz przez tyle godzin nie sprawdzał esemesów. Dziś jednak nie mógł oderwać oczu od Fiony.

Dawno nie był tak oczarowany żadną kobietą.

- Nigdy nie masz wolnego?

- Rzadko. – Wysłał wiadomość; sekundę później nadeszła odpowiedź od Jacka. Luke przeczytał ją i uśmiechnął się z satysfakcją. – Nie wiesz, jakich poświęceń wymaga własna działalność.

- Ależ wiem, tylko pilnuję, żeby mój biznes nie kolidował z moim życiem.

- Dla mnie mój biznes jest moim życiem.

- To smutne.

– Nie, ekscytujące. Buduję firmę od zera. Kocham wyzwania.

- Które zasysają wszystko niczym czarna dziura?

Pokręciwszy ze śmiechem głową, Luke szybko odpisał Jackowi, kliknął „Wyślij”, po czym odłożył telefon na stół.

- Niesamowite. Przez moment mówiłaś jak mój osiemdziesięcioletni dziadek.

Fiona uniosła brwi.

- Co za wyszukany komplement.

- Przepraszam, to głupio zabrzmiało. Chodzi mi o to, że on nagle stał się wrogiem elektroniki i nowoczesności.

- W takim razie nie jestem do niego podobna – odrzekła Fiona – bo ja lubię elektronikę i wszystkie współczesne wynalazki. Kocham mejle i esemesy, uwielbiam korespondować z moją mamą, która robi prześmieszne literówki, uwielbiam swoją pralkę, samochód i telewizor.

- To dobrze. – Uśmiechnął się. – Właśnie tego ludzie nie rozumieją. Nie można tkwić w miejscu, trzeba się rozwijać, patrzeć w przyszłość.

- A co z teraźniejszością?

- Słucham?

- Z teraźniejszością – powtórzyła. – Z naszą kolacją. Czy możesz się już ludziom pokazać na oczy?

- Mogę, o ile będziesz trzymać się ode mnie na bezpieczny dystans. – Wstał i podał Fionie ramię.

- Postaram się – szepnęła.

Wiedział, że nie będzie łatwo. Że nie musi go dotykać, by rozniecić w nim płomień. Wystarczy sama jej obecność.

Skierowali się do restauracji. Kierowniczka sali zaprowadziła ich do stolika przy oknie. Szedł za Fioną, wpatrując się w jej ponętnie kołyszące się biodra. Miał nadzieję, że niedługo będzie mógł przytulić ją do siebie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?