Miłosny dług

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
Miłosny dług

Tłumaczenie:

Natalia Kamińska-Matysiak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Złodziej? – powtórzył Rico King, patrząc z niedowierzaniem na szefa ochrony. – Tu, w moim hotelu?

Franklin Hicks niechętnie przytaknął. Był dość wysokim i potężnie zbudowanym mężczyzną po trzydziestce. Miał ogoloną głowę i przenikliwe niebieskie oczy.

– To jedyne wyjaśnienie. Pani z bungalowu szóstego, Serenity James, zgłosiła właśnie, że znikł jej naszyjnik z brylantami. Przepytałem już pokojówkę i obsługę.

Szóstka. Rico mógłby wywołać plan kompleksu wypoczynkowego na monitorze komputera, ale nie było takiej potrzeby. Dobrze znał każdą piędź swojej ziemi. Bungalowy stały w pewnym oddaleniu od budynku hotelowego, ze względu na prywatność, której pragnęli jego goście. Ludzie tacy jak Serenity James, celebrytka i hollywoodzka gwiazdka, która, wbrew imieniu oznaczającemu łagodne usposobienie, uwielbiała barwne życie.

Aktoreczka twierdziła, że szuka wytchnienia od fotografów i wścibskich fanów, ale przez jej willę w najróżniejszych godzinach przewijał się sznureczek panów. Każdy z nich mógł wziąć klejnoty „na pamiątkę”. Rico wolał taką wersję wydarzeń.

– A co z gośćmi panny James? – zapytał. – Z nimi również rozmawiałeś?

– Nadal nie udało mi się jeszcze dotrzeć do wszystkich, ale nie sądzę, żeby kradzieży dokonał któryś z nich, szefie – odrzekł lekceważąco Franklin. – Gdyby tak było, złodziej nie poprzestałby na jednym naszyjniku. Ktokolwiek to zrobił, był wybredny. Wziął tylko te klejnoty, które najłatwiej wyłuskać z oprawy i sprzedać oddzielnie. Mnie to pachnie robotą zawodowca. Poza tym, w ostatnich dniach mieliśmy jeszcze dwa podobne zgłoszenia. To nie może być przypadek.

– Niedobrze – zmartwił się Rico.

Jego hotel, Tesoro Castle, działał ledwie od pół roku. Był nowy, elegancki i ekskluzywny, szybko więc stał się ulubionym azylem sławnych i bogatych, poszukujących odrobiny spokoju.

Tesoro, na której się znajdował, była jedną z wysp karaibskich i miała prywatnego właściciela. Żaden statek nie mógł tu przybić bez zgody i wiedzy właściciela Waltera Stanforda. To oznaczało brak paparazzich.

Tesoro była piękną wyspą, a Tesoro Castle ze swoimi basenami, licznymi SPA i niepowtarzalnymi widokami – istnym rajem oferującym niekończące się przyjemności dla tych, których było na nie stać.

Budynek hotelowy celowo nie był duży. Dzięki temu zachował swój ekskluzywny charakter. Oprócz porozrzucanych tu i ówdzie bungalowów hotel oferował tylko sto pięćdziesiąt apartamentów, niesamowite widoki i doskonałą obsługę. Rico nie zamierzał pozwolić, by ktokolwiek zniszczył opinię hotelu. Jeśli na jego terenie grasuje złodziej, musi zostać złapany.

– Monitoring?

– Nic – odparł Franklin kwaśno. – To kolejna rzecz przemawiająca za teorią o profesjonaliście. Dobrze wiedział, jak obejść zabezpieczenia.

– Zbierz swoich ludzi i poinformuj o sytuacji. Chcę mieć oczy i uszy wszędzie. Jeśli potrzeba więcej ochroniarzy, zadzwoń do mojego kuzyna Griffina. King Security przyśle jutro dodatkowych pracowników.

Franklin się żachnął. Zanim został szefem ochrony na Tesoro, pracował dla Griffina Kinga i jego brata bliźniaka Garretta. Nie podobała mu się sugestia, że sytuacja go przerasta.

– Nie trzeba mi więcej ludzi. Moja grupa jest najlepsza na świecie. Teraz, kiedy wiemy, że szukamy profesjonalisty, znajdziemy go – oznajmił.

Rico skinął głową. Rozumiał dumę Franklina i wiedział, że właśnie rzucił mu wyzwanie. Złodziej na terenie hotelu to policzek dla szefa ochrony. Rico zamierzał dać Franklinowi szansę. Potem jednak, czy mu się to spodoba, czy nie, ściągnie dodatkowych pracowników.

Ten hotel był spełnieniem jego marzeń. Zbudowany zgodnie z wytycznymi King Construction, Tesoro Castle stanowił ucieleśnienie dobrego smaku i luksusu. Był perłą wśród hoteli. Rico pracował nad tym projektem przez całe swoje dorosłe życie. Miał już kilka hoteli i każdy na swój sposób był olśniewający, jednak to właśnie Tesoro Castle był ukoronowaniem jego pracy.

Pokręcił ze złością głową. Podszedł do okna i zapatrzył się w dal. Wyspa Tesoro, czyli skarb, dostała właściwą nazwę. Dziewicze plaże ciągnęły się kilometrami, gęsta dżungla kusiła soczystą zielenią, wśród której szemrały krystaliczne wodospady. Każdego dnia świeciło tu słońce, jednak w przeciwieństwie do reszty karaibskich wysp wiały silne wiatry, łagodzące upał i niedopuszczające dokuczliwych owadów.

Rico przez kilka miesięcy negocjował ze starym Stanfordem zakup swojego kawałka raju. Wezwał nawet kuzynów na pomoc. Kiedy o tym wspominał, uśmiechał się. To wyszło na dobre Seanowi Kingowi, który poślubił wnuczkę Waltera, Melindę.

Gdy Rico wreszcie dopiął swego, przez kilka miesięcy budował hotel. Potem go wyposażał i tworzył załogę. A teraz jego dzieło niszczy jakiś złodziej. Początkowa irytacja przekształciła się w zimną furię.

Jego klienci szukali na Tesoro piękna, spokoju i bezpieczeństwa. Rico zamierzał dopilnować, by to dostali. Już sama myśl o kradzieżach na wyspie sprawiała, że dłonie zaciskały mu się w pięści. Nie mógł się jednak dziwić, że w końcu złodziej się tu pojawił, skoro niektórzy goście wprost ociekali kosztownościami. Teraz Rico musi go znaleźć i wysłać za kratki.

Złodziej ryzykował, pracując na Tesoro. Wyspa była niewielka, a dostęp do niej oraz ucieczka – utrudnione. Skoro od kilku dni żaden statek nie opuścił portu, ten, kto ukradł brylanty, nadal musi tu być z łupem.

Złodzieje klejnotów. Nagle te dwa słowa uruchomiły alarm w głowie Rica. Mimo to nie mógł uwierzyć, że akurat ona miałaby tyle odwagi i zaryzykowałaby z nim spotkanie. A jeśli…?

– Szefie?

– Co jest? – zapytał, odwracając się do Franklina.

– Powiadomić Interpol o incydencie?

Wprawdzie międzynarodowa organizacja nie dokonywała aresztowań ani nie miała własnych więzień, mogła jednak służyć informacjami o złodziejach, mordercach i wszelkich innych degeneratach.

– Nie – odparł Rico, ignorując pytające spojrzenie Franklina. Rozważając różne możliwości, poczuł zastrzyk adrenaliny. Czyżby znalazł się blisko zaspokojenia pragnienia zemsty, na którą czekał pięć długich lat? Nie mógł wciągać w to Interpolu, dopóki nie dowie się, czy instynkt go w tej sprawie nie zawodzi. – Załatwimy to sami – powiedział w końcu. – Kiedy złapiemy złodzieja, zdecydujemy, co z nim zrobić.

– Jak szef chce – zgodził się Franklin i, wychodząc, zamknął drzwi.

Jeśli złodziejem okaże się ta sama kobieta, która okradła go pięć lat temu, Interpol będzie miał szczęście, jeśli zostanie z niej cokolwiek do przekazania w ich ręce.

– Proszę, papo! Wyjedź, zanim będzie za późno. – Teresa Coretti powiodła spojrzeniem od ojca do drzwi jego willi i z powrotem.

Była tak spięta, będąc na Tesoro, że nawet jej nerwy miały nerwy. Musiała jednak tu przyjechać. Kiedy usłyszała, dokąd wybrał się ojciec z jej bratem na swój tak zwany urlop, nie miała wyboru.

– Jak mógłbym wyjechać – zaczął ojciec z uśmiechem – skoro nie skończyły się jeszcze moje wakacje.

Wakacje, jęknęła w duchu. Gdyby tylko o to chodziło.

Jeśli Nick Coretti naprawdę zrobiłby sobie przerwę w pracy, żadnemu z gości Tesoro Castle nic by nie zginęło. Nie. Ojciec mówi, że ma urlop, a w rzeczywistości pracuje. Jak zawsze zresztą.

Dominick, zwany też Nickiem, był niższą i starszą, włoską wersją George’a Clooneya. Jego opalenizna była jednak naturalnym odcieniem skóry, a bystrym piwnym oczom nic nie umykało. Czarne włosy przyprószyła nieco siwizna, ale to tylko sprawiało, że wydawał się bardziej dystyngowany. Miał nienaganne maniery.

Był też wiernym mężem aż do śmierci matki Teresy przed dziesięciu laty. Później zaczął używać swego czaru, by dostać się do wyższych sfer, gdzie jego łupem padały najwartościowsze rzeczy. Uwielbiał kobiety, a one kochały jego. Był też najlepszym złodziejem klejnotów na świecie, nie licząc braci Teresy, Gianniego i Paula.

Ojciec zawsze rozglądał się za nową robotą. Powinna była wiedzieć, że nie oprze się czarowi Tesoro. Dla niego była to żyła złota.

Problem polegał na tym, że ten fantastyczny kurort należał do Rica Kinga. Minęło pięć lat, odkąd widziała go po raz ostatni, ale już samo wspomnienie wywoływało w niej gęsią skórkę. Zupełnie jakby jego błękitne oczy wpatrywały się w nią ledwie wczoraj. Niemal czuła jego usta na swoich. Nawiedzał ją w snach każdej nocy.

Tak bardzo chciała o nim zapomnieć, a jednak znalazła się na wyspie, na jego ziemi. Westchnęła i zerknęła na taras, jakby spodziewała się go tam zobaczyć. Jednak poza stolikiem o szklanym blacie, fotelami i wiaderkiem, w którym chłodził się ulubiony szampan ojca, niczego nie dostrzegła.

– Papo, pamiętasz jak prosiłam, żebyś trzymał się z daleka od Rica Kinga?

Nick udał, że strzepuje niewidoczne pyłki z szytej na miarę marynarki.

– Oczywiście, moja droga. I, tak jak obiecałem, opieram się pokusie pozbawienia pana Kinga jego własności.

– Wiesz, że nie o to mi chodzi, papo. Tesoro Castle należy do niego. To, że tu jesteś, że okradasz jego gości, jest równoznaczne z tym, jakbyś sięgnął po jego własny portfel. Kusisz los, a Rico nie należy do wyrozumiałych.

– Oj, Tereso – westchnął Nick, wychodząc na taras z kryształowym kieliszkiem w dłoni. Napełnił go szampanem i z przyjemnością upił łyk musującego trunku. – Zawsze byłaś zbyt nerwowa, zbyt… – urwał, szukając właściwego słowa – uczciwa – dokończył ze smutkiem.

Teresa się uśmiechnęła. Tylko w jej rodzinie uczciwość mogła być postrzegana jako wada. Od dzieciństwa żyła na pograniczu prawa. Zanim skończyła pięć lat, umiała rozpoznać zarówno policjanta w cywilu, jak i wytypować potencjalną ofiarę. Kiedy inne dziewczynki bawiły się lalkami, ona uczyła się otwierać zamki. A gdy koleżanki robiły prawo jazdy, ona szkoliła się u wuja Antonia, kasiarza.

 

Kochała rodzinę, ale źle się czuła, że zarabiają kradzieżami na życie. Gdy stała się pełnoletnia, oznajmiła ojcu, że nie chce brać w tym udziału, skończyła szkołę i jako pierwsza z Corettich podjęła pracę na etacie. Ojciec nadal uważał, że to tragiczne marnotrawstwo jej talentu.

Ona zaś zastanawiała się, jak zaradzić obecnej sytuacji, podczas gdy Nick rozsiadł się w fotelu i zapatrzył na leżący w oddali ośrodek.

Rico stworzył tu coś niesamowitego, pomyślała. Nie czuła się zaskoczona, ponieważ był człowiekiem, który zawsze dążył do perfekcji i nie zadowalał się byle czym. Odkryła to, kiedy poznała go w Cancún.

W jego tamtejszym hotelu, Castello de King, była szefem w jednej z wielu kuchni. Świeżo po szkole gastronomicznej czuła się szczęśliwa w tej roli. Dopóki nie poznała Rica, uważała, że ta praca to najlepsze, co ją spotkało w życiu.

Jednego wieczoru pracowała do późna i zanim wróciła do pokoju, poszła na plażę z kieliszkiem wina. Siedząc na leżaku, podziwiała księżyc odbijający się w wodzie, napawając się samotnością. Nagle pojawił się on. Szedł w białej koszuli brzegiem morza. Stopy wystające z beżowych spodni były bose. Teresa nie mogła oderwać od niego oczu. Był wysoki i śniady, a kiedy podszedł bliżej, okazał się przystojny. Szybko uświadomiła sobie, że to jej pracodawca, Rico King, milioner i playboy. W tej chwili był jednak równie samotny jak ona. Nagle uniósł wzrok, uśmiechnął się, kiedy ją zobaczył i podszedł bliżej.

– Myślałem, że jestem tu sam.

– Ja też – wykrztusiła.

– Może w takim razie będziemy samotni razem.

Wciąż pamiętała lekki ślad obcego akcentu pobrzmiewający w jego słowach. Miał przeszywające błękitne oczy, czarne jak skrzydło kruka włosy i był uosobieniem zmysłowości. Nie umiałaby mu odmówić niczego. Usiadł obok niej na piasku i przegadali dwie godziny.

Teresa wróciła do teraźniejszości i skarciła się za błądzenie myślami. Nie mogła sobie pozwolić na roztrząsanie tego, co mogłoby być, gdyby… Zjawiła się w jego hotelu na Tesoro wyłącznie z jednego powodu: musi zabrać stąd swą rodzinę, zanim Rico ich nakryje. Gdyby tylko ojciec jej posłuchał. Jednak Nick Coretti nie zważał na ryzyko, gdy gra była warta świeczki.

Teresa wiedziała, że Rico nie pozwoli na kradzieże na swoim terenie i ich znajdzie. To tylko kwestia czasu. Co oznacza, że musi zabrać ich z Tesoro jak najszybciej.

Poszła za ojcem na taras. Słońce świeciło, niebo było błękitne, a lekka bryza przesycona zapachem tropikalnych kwiatów unosiła jej włosy.

– Papo, nie znasz Rica. On cię złapie.

Ojciec prychnął, potrząsnął głową i w końcu się roześmiał.

Bellissima, żaden Coretti nigdy nie został schwytany. Jesteśmy za dobrzy w tym, co robimy.

To prawda, ale też nigdy nie mieli do czynienia z takim przeciwnikiem jak Rico. Fakt, różne siły porządkowe w różnych krajach próbowały złapać Corettich na gorącym uczynku i poniosły sromotną klęskę. Ale w tamtych przypadkach chodziło wyłącznie o interesy, a dla Rica to będzie sprawa osobista.

– Musisz mi zaufać w tej sprawie, papo – powiedziała, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Proszę, wyjedźmy stąd, dopóki jeszcze można.

– Masz zbyt wygórowane mniemanie o człowieku, którego kiedyś darzyłaś uczuciem. – Cmoknął z dezaprobatą, kręcąc głową. – Uważasz, że on nadal cię szuka, że nas szuka.

– Ale tak było, pamiętasz?

– Uraziłaś jego dumę, odchodząc. Nic dziwnego, że tak zareagował. Żaden mężczyzna nie pogodzi się łatwo ze stratą pięknej kobiety. Ale minęło pięć lat i sądzę, że możesz już przestać się nim martwić.

Pięć lat czy pięć minut, bez różnicy. Rico był takim typem mężczyzny, który pozostawał w kobiecych myślach na zawsze. Poza tym ojciec nie znał szczegółów. O pewnych sprawach nie umiała nikomu powiedzieć.

Patrząc teraz na ojca, który niczym pan na włościach podziwiał widok z luksusowej willi, pomyślała, że w innych okolicznościach mógłby się zaprzyjaźnić z Rikiem. Byli do siebie podobni. Obaj uparci, zdecydowani i dumni.

Kiedy to sobie uświadomiła, zrozumiała, że toczy przegraną walkę. Nick Coretti nigdy nie porzucał rozpoczętej roboty. Teraz, kiedy zaczął poznawać gości na Tesoro, nie wyjedzie, dopóki nie będzie usatysfakcjonowany łupem.

Dlatego stanowił łatwy cel dla Rica. Każdy hotelarz na świecie znał Corettich. Nie byli niewidzialni. Byli po prostu świetni w tym, co robili, nie zostawiali śladów i nie można było zgromadzić przeciwko nim dowodów. Byli znani, bogaci i nie kryli się po kątach. Nick lubił żyć pełnią życia. Fakt, że czynił to za cudze pieniądze, niczego nie zmieniał.

Teresa obawiała się, że jej przyjazd podbije stawkę w grze, nie mogła jednak zostawić nieświadomych bliskich na pastwę Rica. Teraz zginęły brylanty, a Coretti byli w pobliżu. Rico z pewnością doda dwa do dwóch.

Ojciec wstał, dolał sobie szampana i oparł się o kutą metalową balustradę. Mógł podziwiać widok, ale córka znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że ocenia gości, szukając celu. Mimo jego uroku, lepiej było nie wchodzić w drogę Nickowi. Jako głowa rodziny rządził żelazną ręką. Kiedy opracował plan, trzeba się było dostosować. Wszyscy go słuchali.

Poza Teresą. Jako dziecko czuła się zaintrygowana spuścizną przodków. Jako nastolatka marzyła, by porzucili to zajęcie i osiedli pod Neapolem. Chciała mieć dom, miejsce, do którego mogłaby codziennie wracać, zamiast przemierzać Europę wzdłuż i wszerz. Rodzina nie zostawała nigdzie dłużej niż miesiąc, więc nie miała przyjaciół. Teresa i jej bracia uczyli się w domu, ale oprócz zwyczajnych przedmiotów, takich jak matematyka, biologia czy historia, poznawali tajniki budowy zamków, włamań i fałszerstw. Zanim dzieci Corettich osiągały dorosłość, były gotowe przejąć rodzinny biznes.

Wtedy właśnie Teresa zaprotestowała. Ojciec wściekał się i próbował ją przekonać, matka płakała, załamując ręce, a bracia nie mogli pojąć jej decyzji i nie wierzyli, że przy niej wytrwa. Koniec końców Teresa jednak została pierwszą osobą z klanu, która nie poddała się rodzinnej tradycji, co drażniło ojca i zdumiewało braci.

– Przesadzasz, aniele – podjął po chwili Nick. – To zwykła robota, niczym nieróżniąca się od pozostałych. Wyjedziemy, kiedy skończymy. I jak zwykle, nikt nam niczego nie udowodni.

– Mylisz się, papo – powtórzyła. – Rico jest niebezpieczny.

To wreszcie przykuło uwagę ojca.

– Jeśli ten człowiek cię skrzywdził, to przysięgam…

– Nie – przerwała mu. Chodziło raczej o pewien sekret, o którym Coretti nie mieli pojęcia, a to nie był właściwy moment na dzielenie się tą historią. – Nie skrzywdził mnie. Ale, papo, on nie pozwoli działać złodziejom na swoim terenie. Złapie was, a wtedy…

– Co może nam zrobić? – roześmiał się Nick, sącząc szampana. – Nie będzie miał dowodów. Przecież wiesz, że Corettich trudno schwytać.

– Ale nie tak trudno, jak mógłbyś sądzić – odezwał się zza jej pleców znajomy głos.

Teresa zamarła. Poznałaby ten głos wszędzie. Z mieszanką lęku i nadziei odwróciła się, by spojrzeć prosto w oczy Rica Kinga.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Co to ma znaczyć? – zapytał z oburzeniem Nick, wchodząc z tarasu do pokoju. – Kim jesteś i co tu robisz?

– Papo – wtrąciła Teresa – to właśnie jest Rico King.

– Aha. – Nick delikatnie się uśmiechnął. – Nasz gospodarz. To jednak nie daje mu prawa do nachodzenia nas bez zaproszenia – napomniał łagodnie.

Rico był wytrącony z równowagi koniecznością zmuszenia się, by oderwać wzrok od Teresy. Błysk w oczach starszego mężczyzny zdradzał, że ten dobrze wie, kim jest Rico. Jedynie grał wzburzonego gościa.

– Fakt, że jesteś złodziejem w moim hotelu, daje mi wszelkie prawa.

– Złodziejem? – Nick aż się zachłysnął z oburzenia.

– Przestań, papo – jęknęła Teresa, wchodząc pomiędzy mężczyzn niczym sędzia bokserski. – Wyjedziemy natychmiast – dodała.

– Ty nigdzie nie jedziesz.

Przez pięć długich lat zastanawiał się, gdzie ona się podziewa. Czy żyje i czy jest zdrowa, czy nie naśmiewa się z niego w łóżku innego mężczyzny. Nie zamierzał wypuścić jej z wyspy, dopóki nie będzie gotów.

Teresa zbladła, w jej czekoladowych oczach mignęły emocje trudne do odczytania. Rico nie zamierzał się nad nimi zastanawiać. Przeniósł spojrzenie na jej ojca.

Nick Coretti był dystyngowanym i pewnym siebie człowiekiem. Nawet teraz Rico dostrzegał w jego oczach ekscytację. Facet próbuje znaleźć wyjście z sytuacji, która nagle okazała się dla niego niekorzystna. Cóż, jedyną opcją jest postępowanie według zasad Rica.

– Czuję się obrażony twoimi insynuacjami – powiedział Nick, nadal udając oburzenie. – Nie zamierzam zostawać, gdzie mnie nie chcą. Jeszcze dziś wszyscy opuścimy wyspę.

– Nie wypuszczę nikogo z twojej rodziny, dopóki skradziona biżuteria nie zostanie zwrócona właścicielom.

– Wypraszam sobie.

Gdyby Rico nie był pewien swego, dałby się nabrać na aktorstwo Nicka. W tej sprawie nie miał jednak najmniejszych wątpliwości.

– Po oddaniu klejnotów możesz wyjechać razem z synem, ale moja żona zostanie ze mną.

– Żona? – powtórzył Nick.

– Żona? – jęknęła Teresa.

Rico znów na nią spojrzał. Szok malujący się na jej twarzy sprawił mu przyjemność. Miała szeroko otwarte oczy i rozchylone usta, a na policzkach śliczny rumieniec.

– To szaleństwo – szepnęła.

– To prawda.

– Nie mówiłaś o ślubie z tym człowiekiem – powiedział Nick z przyganą.

– Bo to nie było nic ważnego.

Te słowa rozwścieczyły Rica. Nic ważnego! Ich małżeństwo i jej ucieczka. Kradzież jego własności. Z trudem nad sobą panował.

– Nie to wtedy mówiłaś.

– Dlaczego nic nie wiedziałem o tym małżeństwie? – dopytywał się Nick.

– Papo…

Rico ani przez chwilę nie wierzył w jego oburzenie. Dobrze znał Corettich. Nie na darmo zbierał informacje o nich. I choć prywatni detektywi nie potrafili zlokalizować Teresy, dostarczyli mu sporo informacji o reszcie rodziny. Zebrany materiał wystarczył, by posłać jej członków za kratki na długie lata. Dlatego nie wierzył w przedstawienie Nicka. Wiedział, że Coretti trudnią się złodziejstwem od pokoleń. Kłamstwo też zapewne mają we krwi.

– Nie będę grał w tę grę – oznajmił Rico.

– Grę?

– Jak powiedziałem, po oddaniu klejnotów razem z synem opuścisz wyspę. Teresa zostanie ze mną, dopóki nie odzyskam złotego sztyletu, który mi ukradliście pięć lat temu.

– Nie możesz przetrzymywać mojej córki wbrew jej woli – zaprotestował Nick. W jego nawykłym do wydawania poleceń głosie zabrzmiały ostre nuty.

– Wasz wybór. To albo Interpol – oznajmił Rico, patrząc mu w oczy.

– Interpol mnie nie martwi – odparł Nick i machnął lekceważąco dłonią.

– Będzie inaczej, kiedy przekażę im dowody.

– Jakie dowody?

– Takie, które was załatwią.

– Niemożliwe – warknął Nick, ale w jego oczach pojawiła się czujność. – Nie istnieją informacje, które można wykorzystać przeciw Corettim.

– Cóż. Prywatni detektywi mogą starać się o dowody tam, gdzie policja nie daje rady. Ale jeśli władze dostaną przeciek z anonimowego źródła…

Nick Coretti, występujący tu jako Candello, wreszcie się zmartwił. Nareszcie lata zatrudniania szpicli i zbierania informacji opłaciły się Ricowi. Nigdy w to nie wątpił, kierując się metodycznością cechującą wszystkich Kingów, kiedy chodziło o ich wrogów. Do tego dochodziła gorąca latynoska krew pchająca do zemsty.

– Twoi synowie nie zawsze są tak ostrożni jak ty.

– Blefujesz.

– Powiedz ojcu, że nie blefuję – Rico zwrócił się do Teresy, nie odrywając spojrzenia od Nicka.

– On nigdy nie kłamie – szepnęła. – Jeśli mówi, że ma dowody, to tak jest.

Nick zmarszczył brwi.

– Czego chcesz?

– Już mówiłem. Chcę odzyskać to, co ukradliście mi pięć lat temu.

– Myślę, że i ty mi coś zabrałeś – powiedział Nick, patrząc na córkę.

Rico nie ukradł Teresy. Po raz pierwszy i ostatni pozwolił, by serce wzięło górę nad rozumem i źle na tym wyszedł.

– Dobrze więc, nazwijmy to wymianą. Zwrócę ci twoją własność, a ty mi moją – powiedział Rico, wiedząc, że jego słowa brzmią obraźliwie.

 

– Własność? – syknęła Teresa, prostując się i unosząc wyżej głowę. – Nie jestem niczyją własnością. A już na pewno nie twoją.

– Nie obrażaj się. Nie mam zamiaru cię zatrzymać – oznajmił, a Teresa cofnęła się, jakby ją uderzył w twarz. – Kiedy dostanę aztecki sztylet, będziesz wolna.

Nie tylko wykorzystała go i porzuciła, ale zrobiła to w chwili, gdy antyczny artefakt zniknął z jego kolekcji. Rico dzięki detektywom wiedział, że sztylet zabrał brat Teresy. Chciał go mieć z powrotem.

Ten nóż, znaleziony podczas wykopalisk dwieście lat temu przez jego praprapradziadka, był używany w azteckich ceremoniach religijnych. Był więc nie tylko archeologiczną pamiątką, ale także przedmiotem przekazywanym przez pokolenia w jego rodzinie. Gdy odzyska swoją własność i dokona zemsty na Teresie, będzie mógł wreszcie zamknąć ten rozdział życia.

Nagle Teresa, jakby Nicka nie było z nimi w pokoju, podeszła do Rica.

– Pięć lat temu wypełniłam papiery rozwodowe. Zatrudniony przez mnie adwokat z Cancún przysłał mi podpisane kopie – powiedziała.

– Były fałszywe.

Rico pamiętał ten dzień, kiedy zgłosił się do niego stary znajomy, mówiąc o planach Teresy. Prawnik był mu winien przysługę, więc to wobec niego był lojalny. Razem sporządzili fałszywe orzeczenie o rozwodzie, pozwalając jej wierzyć, że małżeństwo zostało rozwiązane. Oczywiście Rico próbował ją odnaleźć pod adresami, które podała adwokatowi, ale bez skutku. Teresa przepadła gdzieś w Europie.

W ciągu ostatnich pięciu lat kilka razy żałował tej decyzji, jednak wtedy był zbyt poruszony jej odejściem, zbyt wściekły, że go wykorzystała i zraniony, by pozwolić jej odejść. A także zbyt… zakochany, by na zawsze przeciąć łączące ich więzy. Teraz cieszył się, że tak postąpił, choćby dla samej satysfakcji oglądania Teresy zszokowanej. Myślała, że dyktuje warunki, a okazało się, że wpadła w sieć własnych kłamstw.

Teresa pewnie dziwi się, jak udało mu się ją namierzyć wśród setek gości w Tesoro Castle. A to wcale nie było trudne. Jako właściciel miał wgląd w księgę rejestracyjną. Zgłosiła się jako Teresa Cucinare. Jej przybrane nazwisko po włosku oznaczało gotowanie. Uznał, że to ona może być tajemniczą złodziejką, więc przepytał obsługę recepcji. Kiedy pracownik opisał ją jako piękność o wielkich czekoladowych oczach i dołeczku w prawym policzku, Rico był już pewien jej tożsamości.

Pięć lat, trzy miesiące i dziesięć dni.

Nie, żeby liczył, a jednak miał świadomość każdej upływającej minuty, odkąd ta przeklęta kobieta znikła z jego życia. Długo zastanawiał się, co jej powie. Co jej zrobi, kiedy ją wreszcie odnajdzie. A teraz, kiedy przed nim stała, potrafił się tylko gapić. Wodził wzrokiem po jej sylwetce od czubka głowy przez kuszące krągłości ciała aż do pomalowanych na różowo paznokci u stóp.

Ogarnęło go pragnienie tak wielkie, że zagłuszyło gniew i frustrację, które nieustannie mu towarzyszyły. Teresa wzięła z nim ślub, potem wykorzystała i zrobiła z niego głupca. To niewybaczalne, pomyślał. Ale, do diabła, wyglądała teraz nawet lepiej, niż kiedy byli razem. Najwyraźniej ostatnie lata były dla niej łaskawe.

Gdy się z nią żenił, nie miał pojęcia, że jej nazwisko ma złą sławę w Europie. Odkrył to dopiero, kiedy znikła. Udało mu się prześledzić jej drogę do Włoch, ale potem przepadła jak kamień w wodę. Tak samo skutecznie chroniła swoją prywatność, jak reszta jej rodziny. Policja nie była w stanie udowodnić im żadnego przestępstwa, a Rico nie mógł odnaleźć Teresy, chociaż zatrudniał kolejnych detektywów w kolejnych krajach. Wreszcie ją dopadł. I nie zamierzał pozwolić jej uciec.

– Rico…

Jej szept poruszył w nim wszystkie zmysły. Rico drgnął. Niechętnie przyznawał to nawet przed samym sobą, ale nadal był nią oczarowany. Minęło pięć lat, a on wciąż jej pragnął. Jednak tym razem to pragnienie zostanie zaspokojone na jego warunkach.

– Minęło sporo czasu – powiedział, patrząc jej w oczy.

– Wiem.

– Zastanawia mnie tylko – zaczął, wpadając jej w słowo – skąd u ciebie taka śmiałość, żeby tu się zjawić.

– Gdybyś pozwolił mi wyjaśnić…

– Po co? Żebyś mogła nakarmić mnie kolejnymi kłamstwami? Nie sądzę – odparł, kręcąc głową.

– Myślę, że uda się nam rozwiązać tę sytuację w cywilizowany sposób – wtrącił ojciec Teresy.

Rico spojrzał na Nicka, głowę rodziny Corettich. Musiał przyznać, że nawet złapany na gorącym uczynku nie dał się wytrącić z równowagi.

– W cywilizowany sposób? – ironicznie powtórzył Rico. – A odbierać cudzą własność to cywilizowane? Albo wykorzystywanie własnej córki, żeby zajęła mężczyznę, który jest właśnie okradany, to cywilizowane?

– Nie wykorzystuję dzieci w ten sposób – warknął Nick, mrużąc oczy.

– Tylko je szkolisz, żeby same to robiły.

– Wystarczy! – zawołała Teresa i zwróciła się do ojca. – Papo, zostawisz nas na chwilę samych?

– Jesteś pewna? – zapytał Nick.

– Nic mi nie będzie – zapewniła go. – Proszę.

– No dobrze. – Groźnie spojrzał na Rica. – Będę w pobliżu.

– Tak by było najlepiej – zgodził się Rico. – I nie radzę nawet myśleć o opuszczeniu wyspy.

– Nie wymknąłbym się niczym tchórz, zostawiając tu moją córkę – odparł wyraźnie obrażony Nick.

– Port jest zamknięty, więc nie odpłynie – powiedział Rico po jego wyjściu.

– Nie zostawiłby mnie – oznajmiła sucho.

– Honor wśród złodziei? – zaśmiał się Rico. – Trudno w to uwierzyć, słysząc te słowa z ust kobiety, która zajmowała mnie tak długo, aż jej rodzina ukradła moją własność.

– Ja wcale nie… – zaczęła i urwała, kręcąc głową. – Co miałeś na myśli, mówiąc, że nie jesteśmy rozwiedzeni?

– Właśnie to. Orzeczenie o rozwodzie, które wysłał ci prawnik, było fałszywe.

– Domyślam się, że to był twój pomysł – jęknęła, odrzucając falę czarnych włosów na ramię.

– Owszem.

– Nazywasz moją rodzinę kłamcami i oszustami, a sam nie jesteś lepszy!

– Mylisz się. – Podszedł do niej i z satysfakcją zauważył, że Teresa się cofa. – Niczego ci nie ukradłem. Nigdy nie skłamałem. I nie wykorzystałem cię.

– Może nie, ale jednak mnie zwiodłeś. Pozwoliłeś wierzyć, że ostatecznie się rozstaliśmy. Po co? Żeby mnie w końcu odnaleźć i zamknąć w lochu na twojej wyspie?

– Niestety, w moim hotelu nie ma lochów, ale mam nadzieję, że wymyślę coś odpowiedniego w zamian – mruknął, posyłając jej drapieżny uśmiech.

– Nie mówisz poważnie. – Rozejrzała się na boki, jakby szukała ratunku. Nadal jednak byli sami, a napięcie między nimi stawało się coraz bardziej wyczuwalne.

– Nigdy w życiu nie mówiłem poważniej – szepnął i pochylił się do jej ucha. – Nadal jesteś moją żoną.

Długo czekał na tę chwilę. Spodziewał się, że Teresa przyzna, że ich małżeństwo miało jedynie posłużyć kradzieży. To, że dopadł ją na własnym terenie, czyniło tę chwilę jeszcze słodszą. Teresa przechyliła lekko głowę i spojrzała mu w oczy.

– Wiesz, że nie możesz mnie tu więzić, Rico.

– Nie muszę – odparł ze wzruszeniem ramion i wsunął dłonie do kieszeni. – Zostaniesz tu z własnej woli.

– Dlaczego miałabym to zrobić?

– Powiedziałem już, że mam dowody, które wpakują twoją rodzinę za kratki na długie lata.

– Naprawdę zrobiłbyś to, żeby wyrównać ze mną rachunki?

– A dlaczego nie? Byłabyś zdumiona, wiedząc, co potrafię zrobić komuś, kto celowo mnie krzywdzi.

– Nie oszukałam cię celowo! Kiedy dowiedziałam się, że mój brat…

– Nie interesują mnie twoje wyjaśnienia – przerwał szorstko i położył jej dłonie na ramionach.

Ciało Rica instynktownie zareagowało na ten dotyk, ale wziął się w karby i zamiast na rosnącym podnieceniu, skupił się na buzującym wciąż w nim gniewie.

– Czas na tłumaczenia miałaś pięć lat temu.

Drgnęła, jakby ją uderzył. Zauważył to, ale nie odczuł takiej przyjemności, jakiej się spodziewał, obmyślając zemstę.

– Od twojej rodziny chcę teraz tylko tego, co prawnie do mnie należy – oznajmił i pokręcił głową, domyślając się po jej minie, co sobie wyobraziła. – Nie, Tereso. Nie mam na myśli ciebie. Mówię o azteckim sztylecie, który ukradł mi twój brat. Chce go odzyskać. I dopóki tak się nie stanie, nie wypuszczę cię z tej wyspy.