Grzeszne VegasTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
Grzeszne Vegas

Tłumaczyła

Elżbieta Chlebowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

‒ To życie, a nie cholerna opera mydlana! – Cooper Hayes ze złością wcisnął ręce do kieszeni. Spojrzał na Dave’a spode łba. – Jaki czort ją tu przyniósł? Skąd wzięła się w testamencie tajemnicza spadkobierczyni? Wyskoczyła jak diabełek z pudełka!

‒ Na razie wyskoczyło tylko imię i nazwisko – przypomniał mu Dave Carey.

Słaba pociecha. Cooper z namysłem spojrzał na swego najlepszego przyjaciela jeszcze ze studiów. Dave słynął z zimnej krwi, czasem aż trudno było znieść jego stoicki spokój.

‒ Nie dość ci? Istnieje. I co gorsza, nabyła prawo do połowy mojej spółki. A my nie mamy pojęcia, co to za osoba.

W gabinecie na dwudziestym piętrze hotelu StarFire Cooper mógł sobie wreszcie pozwolić na wybuch gniewu. Przed zarządem i całym tabunem prawników zachował kamienną twarz. Podczas odczytywania testamentu Jacoba Evansa nikt nie zauważył, jakie uczucia mim miotają.

Zazwyczaj atmosfera luksusu panująca w tym eleganckim pokoju z wielkimi oknami, dywanem na podłodze i robionym na zamówienie umeblowaniem wprowadzała go w dobry nastrój. Gabinet był dowodem na rozwój firmy pod jego kierownictwem. Ojciec i Jacob założyli sieć hoteli Hayes, ale to Cooper ją rozwinął i doprowadził do obecnego kwitnącego stanu.

Teraz nic nie mogło poprawić mu humoru. Stracił grunt pod nogami.

Wciąż nie mógł uwierzyć, że Jacob wywinął mu taki numer. Miał plan na życie ułożony już przed laty. Spółka akcyjna Hayes była jego dziedzictwem, przez lata uczył się, jak nią zarządzać. Dzięki niemu należące do firmy hotele stały się synonimem luksusu.

Pięciogwiazdkowe hotele Hayes można było znaleźć w różnych punktach świata, ale to tutaj, w Las Vegas, znajdował się StarFire, ich klejnot w koronie. W ciągu ostatnich lat przeszedł poważny remont, zajmował pokaźny teren przy sławnym Vegas Strip i w nocy świecił jasno jak gwiazdy, od których dostał nazwę.

Po śmierci ojca Cooper zajął jego miejsce i blisko współpracował z Jacobem. Mężczyzna nie miał rodziny, rozumiało się samo przez się, że po śmierci wspólnika Cooper zostanie jedynym dziedzicem założycieli firmy.

Tak się jednak nie stało.

Cooper pytająco spojrzał na przyjaciela. Dave i on zaczynali od samego dołu, terminowali w różnych działach, by poznać firmę od podszewki. Kiedy Cooper zajął w zarządzie miejsce ojca, Dave stał się jego prawą ręką. Mógł mu zaufać w każdej sprawie.

Dave rozsiadł się w fotelu po drugiej stronie masywnego mahoniowego biurka. Miał na sobie biznesowy strój: czarny garnitur i czerwony krawat.

‒ Na razie wiemy niewiele – przyznał. – To się szybko zmieni, bo zagoniłem do roboty naszych najlepszych ludzi.

‒ Podsumujmy. Jacob miał córkę, o której istnieniu nikt nie wiedział. Gotowy scenariusz łzawego melodramatu.

Nie do wiary. Dziecko, z którym Jacob nie utrzymywał kontaktów. Po narodzinach oddał córeczkę do adopcji. A przed śmiercią zapisał jej cały swój majątek.

Cooper niecierpliwie przeczesał włosy.

‒ Mógł mnie przynajmniej uprzedzić.

‒ Może miał zamiar – podsunął Dave, ale umilkł pod ciężkim spojrzeniem przyjaciela.

‒ Znałem go przez całe życie – warknął Cooper. – I nigdy nie pisnął ani słowa. Naprawdę nie znalazł pięciu minut, żeby powiedzieć: Och, mówiłem ci już o mojej córce?

‒ Nie mam zamiaru go tłumaczyć. – Dave bezradnie rozłożył ręce. – Zwracam tylko uwagę, że nie planował wypadku na polu golfowym.

Gdyby wózek się nie przewrócił, Jacob nie skręciłby karku, ale to przecież niczego nie zmieniało. Był stary. Prędzej czy później by umarł.

‒ Oddał dziecko do adopcji, zapomniał o jego istnieniu, a po latach niespodziewanie zapisał nieznanej córce swoją połowę firmy? – Cooper odetchnął głęboko, ale nadal nie mógł się uspokoić. – Kto tak robi?

Na to pytanie nie było odpowiedzi. Pojawiały się za to kolejne pytania. Kim jest spadkobierczyni? Jak zareaguje na wiadomość o majątku, który przypadł jej w udziale? Czy zacznie się wtrącać do biznesów Coopera? Sama myśl budziła gniew. Nieważne, kim jest tajemnicza kobieta, ma się trzymać z dala od jego hoteli!

– Okej, podsumujmy – powiedział wreszcie. – Chcę wiedzieć wszystko o tej… – Zerknął na kopię testamentu Jacoba. – O Terri Ferguson. Gdzie i co studiowała, czym się zajmuje, kogo zna. A nawet co jada na śniadanie. Skoro mam ją okiełznać, muszę czegoś się chwycić.

– Rozumiem. – Dave podniósł się z fotela. – Może nie będzie tak źle. Może nie przyjmie spadku.

– Tere fere kuku. Ile znasz osób, które odrzucają fortunę? Jedno jest pewne – Cooper mówił bardziej do siebie niż do przyjaciela – nikomu nie pozwolę się wtrącać do zarządzania spółką. Może uda się przekonać tę całą Terri, żeby wzięła kasę i zniknęła.

– Warto spróbować – odparł Dave. – Tak czy owak, popędzę chłopaków. Dam ci znać, na co wpadną.

– Dziękuję.

Po jego wyjściu Cooper odwrócił się twarzą do szklanej ściany. Z wysokości dwudziestego piętra patrzył na Las Vegas Boulevard, tętniącą życiem ulicę znaną też jako Vegas Strip, ale myślami błądził gdzieś daleko. Wychowywał się w tym hotelu, nadal tu mieszkał w apartamencie na dwudziestym czwartym piętrze. Znał każdy zakątek w swoim rodzinnym mieście i kochał jego nieposkromioną energię.

Po ulicach spacerowali turyści z nadzieją w sercach i gotówką w portfelach. Wchodzili do kasyn, siadali przy jednorękich bandytach i stołach do ruletki. Każdy był przekonany, że wygra miliony.

Czy córka Jacoba okaże się wyjątkiem od reguły?

Ogarnął wzrokiem okoliczne hotele. Nie po raz pierwszy pomyślał, że za dnia nie widać magii, która otacza je nocą. Rano miasto pogrążało się we śnie, za to nocą rozbłyskało tysiącami różnobarwnych neonów i bawiło się do upadłego.

Rodzina Coopera od dziesięcioleci tworzyła historię Las Vegas. Kiedy Cooper przejął po ojcu hotel i kasyno, harował w pocie czoła, aż zmienił firmę w międzynarodową korporację. Wszystko dzięki inteligencji, drygowi do interesów i szerokim perspektywom.

Żaden intruz nie będzie mu psuł zabawy.

– Chyba źle zrozumiałam. – Terri potrząsnęła głową. Może powinna się uszczypnąć, bo to sen?

Jednak znajdowała się w pokoju pracowniczym w banku, gdzie pracowała. Jeszcze przed kwadransem siedziała w okienku i obsługiwała klientów. Przeliczała wpłatę pani Francis. A teraz gapi się na prawnika, który opowiada jej bajkę. I to ona jest Kopciuszkiem zamienionym w księżniczkę.

– Czy mógłby pan powtórzyć?

– Pani Ferguson – westchnął ciężko adwokat, Maxwell Seaton. – Wyjaśniałem to pani już dwa razy. Ile jeszcze trzeba?

Terri wyczuła irytację w jego głosie i nawet mu współczuła, ale na miłość boską, powinien okazać więcej zrozumienia. To wszystko nie ma sensu.

Najzwyklejszy dzień w Ogden, niewielkim mieście w stanie Utah. Terri przyszła do pracy, pożartowała chwilę z koleżankami, zajęła swoje miejsce za okienkiem. Pojawili się klienci, których znała od lat. I nagle wyrósł przed nią starszy facet, który wywrócił jej świat do góry nogami. Teraz mężczyzna westchnął ciężko, wyciągnął z kieszeni chusteczkę i przeczyścił szkła okularów.

– A więc od początku, pani Ferguson. Jestem adwokatem i reprezentuję pani zmarłego ojca.

– Ojca – szepnęła Terri, jakby to słowo było jej nieznane. Zawsze wiedziała, że jest adoptowana. Rodzice nigdy jej nie oszukiwali. Mówili, że ją wybrali, bo pokochali ją od pierwszej chwili.

Kiedy skończyła osiemnaście lat, zachęcali przybraną córkę do poszukiwania rodziców biologicznych, ale Terri się na to nie zdecydowała. Nieważne, skąd pochodzę, ważne, gdzie jestem, myślała.

Nie chciała sprawić przykrości rodzicom. Po śmierci taty mama wyprowadziła się na południe stanu i zamieszkała ze swoją siostrą, a Terri miała na głowie studia, potem pracę i szkoda jej było czasu na grzebanie w genealogii.

Tymczasem co się odwlecze, to nie uciecze.

– Pani ojciec, Jacob Evans, niedawno umarł. – Adwokat poprawił okulary na nosie. – Zapisał pani w testamencie cały swój majątek.

Dziwne. Dlaczego uczynił ją spadkobierczynią, skoro łączyły ich tylko geny? A skoro wiedział, gdzie mieszka, dlaczego nie próbował się z nią zobaczyć? Te pytania już na zawsze zostaną bez odpowiedzi.

– Odziedziczyłam hotel? – upewniła się. – Przepraszam, zazwyczaj szybciej kojarzę fakty. Po prostu… To dziwaczna sytuacja.

‒ Rozumiem, że to dla pani spore zaskoczenie. – Prawnik po raz pierwszy uśmiechnął się do niej.

– Jestem zaskoczona – przyznała. – I oszołomiona.

– Pani ojciec był wspólnikiem w spółce akcyjnej Hayes.

– Aha. – Nazwa nic jej nie mówiła.

– Hayes ma dwa tysiące hoteli na całym świecie – wyjaśniał cierpliwie prawnik.

– Dwa tysiące? – pisnęła i zamrugała oczami na dźwięk własnego głosu. Naprawdę? Dwa tysiące hoteli? To niemożliwe, prawda? Żołądek podskoczył jej do gardła i przez chwilę koncentrowała się na oddychaniu.

Czuła zapach kawy z ekspresu, słyszała szmer rozmów w oddali. Piętro niżej byli ludzie i toczyło się normalne życie, a tutaj? Terri już nie wiedziała, kim właściwie jest. Jej mózg zawiesił się jak przeciążony komputer.

Pan Seaton patrzył na nią w milczeniu, ale nie popędzał i nie okazywał zniecierpliwienia. Może w końcu zrozumiał, że doznała szoku.

– Wystarczy podpisać papiery, a sprawa będzie przesądzona – wyjaśnił łagodnie. – Otrzyma pani udziały ojca w bardzo intratnym biznesie.

 

– Jak bardzo intratnym?

– Nadzwyczaj. Jest pani wyjątkowo bogatą kobietą, pani Ferguson.

Jest bogata. Jakie to dziwne. A jednocześnie co za przyjemne uczucie. Wreszcie nie będzie się martwić, że rachunek za telewizję kablową podskoczył, czas wymienić hamulce w samochodzie, a dom warto by ocieplić przed zimą.

Sięgnęła po papiery, ale zatrzymała się w ostatniej chwili.

– Chciałabym, żeby spojrzał na to mój prawnik.

– Bardzo słusznie. – Adwokat zatrzasnął aktówkę. – Pan Cooper Hayes, pani partner w interesach, jest w siedzibie firmy w Las Vegas. Zależy mu na szybkim kontakcie z panią.

– Cooper Hayes. – Powinna zapisać jego nazwisko.

– Wszelkie informacje znajdzie pani w dostarczonych dokumentach. Spółka Hayes ma siedzibę w hotelu StarFire w Las Vegas. Tam też mieści się kasyno.

StarFire. Oczywiście, słyszała o hotelu. Widziała jego zdjęcia w magazynie architektonicznym. Uświadomiła sobie, że widziała również zdjęcia właściciela. Pozował ze sławnymi gośćmi hotelu i sam wyglądał jak celebryta. Wysoki, przystojny, z oczami tak niebieskimi, że chyba nosił kolorowe szkła kontaktowe.

A teraz okazuje się, że jest jej partnerem w interesach. Spotkanie z Cooperem Hayesem na jego podwórku nie będzie łatwe, ale chyba nie ma innego wyjścia. Jest współwłaścicielką hotelu. Zachichotała mimowolnie. Jeszcze wczoraj nie byłoby jej stać na wynajęcie tam pokoju, a teraz połowa należy do niej.

Dziwnie, coraz dziwniej.

– Bardzo dziękuję. – Spojrzała na dokumenty, ale ich nie wzięła.

– Pani Ferguson… – Adwokat odczekał, aż na niego spojrzała i ciągnął: – Wszystko wydaje się pani nowe, może trochę onieśmielać…

– Trochę? – Zaśmiała się nerwowo.

– Zaskoczenie wkrótce minie i z pewnością poczuje się pani doskonale – zapewnił.

– Tak pan sądzi?

– Nie mam wątpliwości. – Położył rękę na klamce. – Zostawiłem swoją wizytówkę. Proszę dzwonić, gdyby miała pani jakieś pytania.

Kiedy otworzył drzwi, Jan Belling o mało nie wpadła do środka. Szybko odzyskała równowagę i obdarzyła prawnika szerokim uśmiechem.

– Przepraszam.

– Nie ma za co. – Skłonił się i odszedł.

Jan zajęła miejsce przy Terri. Krótkie czarne włosy okalały twarz o spiczastej brodzie i zielonych oczach. Wyglądała jak leśny chochlik.

– Ups – powiedziała. – Trochę mi głupio.

– Podsłuchiwałaś pod drzwiami. Wstyd.

– Jasne, że podsłuchiwałam. Niestety, drzwi są za grube. Niewiele usłyszałam. Co się stało? Czego chciał od ciebie ten facet?

Terri roześmiała się i poczuła, jak opada z niej napięcie. Jan była jej najlepszą przyjaciółką, jedyną osobą, która pomoże ogarnąć sytuację.

– Chciałabym ci opowiedzieć wszystko od początku, ale powinnam wrócić do pracy.

– Nic wielkiego się nie dzieje. Szef powiedział, że możesz zrobić sobie przerwę. No, opowiadaj.

I Terri zaczęła od początku. Kiedy skończyła, miała wrażenie, że wreszcie wszystko ogarnia. Jednak jej historia nie przestała być dziwna. Zwariowana. Nieprawdopodobna. Może wciąż nie była na nią gotowa.

– Jak z bajki – westchnęła zachwycona Jan.

– No właśnie. Czy to znaczy, że z wybiciem północy zamienię się w dynię?

– Kopciuszek nie zamienił się w dynię. Mówisz o jej karocy. A ty nie stracisz niczego. Terri, jesteś multimilionerką. To cud!

– Och, mój Boże. – Terri przycisnęła rękę do piersi. Nigdy nie miała pieniędzy. Jej przybrani rodzice byli nauczycielami, więc choć trudno powiedzieć, że doskwierała im bieda, to jednak jeździli dziesięcioletnimi samochodami i musieli zaciskać pasa, jeśli wybierali się na wakacje.

Zdarzało jej się jeździć do Idaho i kupować bilety na loterię, bo kto nie marzy o wygraniu głównej nagrody? Kiedy marzenie się niespodziewanie spełnia, pierwszą reakcją jest niedowierzanie.

– Dlaczego się nie cieszysz? Powinnaś skakać z radości. – Jan wzięła ją za rękę. – Och, przepraszam, nie pomyślałam. Przykro ci, bo dowiedziałaś się o śmierci twojego biologicznego ojca, prawda?

– Trudno opłakiwać kogoś, kogo nigdy nie poznałam, ale jest mi smutno – przyznała Terri.

Chciałaby wiedzieć, jakim był człowiekiem. Zapytać go, dlaczego nie próbował się z nią spotkać, skoro znał jej nazwisko i adres. I dlaczego zapisał jej swój majątek?

Jan wzięła od Terri butelkę wody, popiła i oddała przyjaciółce.

– Do tej pory nie miałaś pojęcia, kto był twoim ojcem?

– Najmniejszego – odparła cicho. – A teraz mam mnóstwo pytań, na które nigdy nie znajdę odpowiedzi… Jestem zupełnie zagubiona.

– Wiesz przynajmniej, że o tobie myślał. A na końcu wybrał ciebie na spadkobierczynię.

– No dobrze. – Terri uśmiechnęła się lekko. – Nie zamierzam się rozklejać, ale sama widzisz, że mam prawo być zdenerwowana?

– Oczywiście. Pomyśl tylko, StarFire? Niezwykły hotel.

– Wiem, słyszałam. – Terri wzięła głęboki oddech, ale nadal nie mogła się uspokoić.

Miała gonitwę myśli. Tkwiła w banku – niezła praca, ale niezbyt ekscytująca. I oto dostała szansę. Będzie się musiała nauczyć wielu rzeczy, ale to jej nie przerażało. Nowe życie oferowało fantastyczne możliwości.

– Jesteś właścicielką hotelu!

– W połowie. – Terri poderwała się i przestąpiła z nogi na nogę. – Jak mam zmienić się z kasjerki bankowej w menedżerkę?

– Nie zaczynaj. – Jan spojrzała na nią srogo. – Nie chcę słyszeć, że masz wątpliwości. Jesteś mądra, szybko się uczysz, masz świetne podejście do ludzi. Możesz robić wszystko.

– Dziękuję. – Terri uśmiechnęła się.

– Proszę bardzo.

– Nie wiem, od czego mam zacząć.

– Od własnego adwokata. – Jan wstała także. – Terri, to twoja wielka szansa. Wyrwiesz się z banku i znajdziesz pracę, która da ci satysfakcję. Nie wahaj się ani chwili.

Przyjaciółka miała rację. Terri zatrudniła się w banku z rozsądku, ale nie tu zamierzała budować karierę zawodową. Właściwie wciąż nie wiedziała, co chciałaby robić. A im dłużej siedziała w okienku, tym było jej wygodniej. Trudno podjąć decyzję, że czas na zmianę.

Zawsze była grzeczną dziewczynką. Robiła to, czego się po niej spodziewano w szkole i w pracy. Może jakaś kosmiczna siła postanowiła popchnąć ją w nowym kierunku. Powinna się przekonać, na co ją stać.

Jan ma rację. Trzeba spróbować.

– Twój wspólnik oczekuje cię w Las Vegas. Musisz przemyśleć, co mu powiesz.

Terri westchnęła. Nie jest tchórzem. Nigdy dotąd nie stanęła przed podobnym wyzwaniem, ale nie zamierzała uciekać.

Była dobrą córką. Odpowiedzialną. Marzyła o podróżach, ale potulnie przyjęła do wiadomości, że nie ma na nie pieniędzy. Musiałaby oszczędzać latami. Teraz niespodziewanie ma świat u swoich stóp.

– Okej – powiedziała. – Pogadam z szefem, poproszę o urlop na życzenie.

– Najlepiej na zawsze – poradziła Jan.

– Nie jestem gotowa na wywrócenie całego życia do góry nogami.

– Wydaje mi się, że to już się stało, czy tego chcesz, czy nie.

– Musisz zawsze mieć rację?

Wyszły na korytarz. Jan położyła Terri rękę na ramieniu.

– Zupełnie niepotrzebnie się denerwujesz. Cooper Hayes nie oczekuje, że poprowadzisz hotel. Jesteś jego wspólniczką, więc masz prawo współdecydowania.

Niesamowita okazja, jedyna w życiu. Głupio byłoby ją stracić. To prawda, nic nie wiedziała o zarządzaniu hotelem, za to doskonale rozumiała, co lubi, a czego nie, jako gość. Chyba jej się ta wiedza do czegoś przyda. Tato, kiedy już przestał uczyć, przez wiele lat prowadził popularną restaurację. Podczas studiów dorabiała w niej jako kelnerka. Tato zawsze powtarzał, że kluczem do sukcesu w tej branży jest uszczęśliwianie ludzi. Brzmiało to jak banał, ale zbyt często restauratorzy zapominają o zwaczajnych prawdach.

– Jedź, Terri. Łap szczęście obiema garściami. A jeśli będzie ci potrzebna pomoc, dzwoń, wskoczę do pierwszego samolotu.

– Las Vegas, nadchodzę – roześmiała się Terri.

Cztery dni później Terri stała w wykwintnym lobby hotelu StarFire. Podłogi były pokryte granatowymi kafelkami, które iskrzyły się tak, jakby uwięziono w nich światło gwiazd. Sufit stanowił żywy obraz nocnego nieba z gwiazdozbiorami i kometami zostawiającymi po sobie złoty pył. Wyglądało to całkowicie realistycznie i gdyby nie ludzie, gwar głosów i środek dnia, uwierzyłaby, że patrzy na prawdziwy nieboskłon.

Na ścianach wisiały obrazy w złoconych ramach, wśród gości czekających przed recepcją krążył kelner z darmowym szampanem. Panował rozgardiasz, bo z foyer wchodziło się prosto do kasyna. Maszyny do gier piszczały, brzdąkały, dzwoniły i wygrywały różne melodyjki, zachęcając tłumy gości do spróbowania szczęścia.

Terri obróciła się powoli wokół własnej osi, zobaczyła sklep z pamiątkami, restauracje, bary i mnóstwo ludzi. Hotel zdawał się nie mieć końca. Z zewnątrz był imponujący, ale po wejściu do środka wchodziło się do innego świata.

I teraz był to jej świat.

Uśmiechnęła się i przygryzła wargi. Nie uprzedziła wspólnika o przyjeździe, zarezerwowała pokój jak każdy inny gość. Stała teraz cierpliwie w kolejce i przyjęła kieliszek szampana od kelnera.

Nie skontaktowała się z Cooperem Hayesem, bo chciała mieć trochę czasu dla siebie. Obejrzeć, co właściwie odziedziczyła. Zastanowić się, jakie ma perspektywy.

Była to winna rodzicom. Wychowywali ją na silną i niezależną kobietę. Posłali ją na studia, zachęcali do znalezienia własnej drogi. Teraz nie odpuści, musi przynajmniej spróbować.

W pewnym sensie ma też dług wobec swego nieznanego ojca. Zapisał jej wszystko, czego się dorobił, a więc postara się być godna spuścizny po nim.

Kolejka przesuwała się szybko, w ciągu paru minut Terri znalazła się przed kontuarem. Przywitał ją młody recepcjonista o imieniu Brent wypisanym na plakietce.

– Pierwszy raz w StarFire? – zapytał z uśmiechem.

– Skąd pan wie?

– Przyglądała się pani sufitowi. – Mrugnął porozumiewawczo.

– Przyłapał mnie pan. – Przełknęła łyk szampana. – Jest piękny.

– Rzeczywiście. – Przebiegł palcami po klawiaturze, spojrzał na prawo jazdy i nagle przyjrzał się Terri, jakby jej wyrosła druga głowa. – Terri Ferguson?

– Tak. Coś nie w porządku z moją rezerwacją? – Spróbowała zerknąć na ekran.

– Wszystko przygotowane, madam. – Zniknął poufały uśmiech, w jego miejsce pojawił się uniżony szacunek. – Czekaliśmy na pani przyjazd.

– Czekaliście? – Od kiedy to stała się „madam”? Miała nadzieję pozostać anonimowa, ale widać się przeliczyła.

– Pani apartament czeka, pani Ferguson.

– Nie zarezerwowałam apartamentu – odparła.

W odpowiedzi tylko się uśmiechnął i podał jej dwa klucze elektroniczne w folderze z logo StarFire. Przywołał gestem boya hotelowego.

– Jak mówiłem, pan Hayes i my wszyscy oczekiwaliśmy na pani przyjazd.

Pan Hayes? Oczywiście, adwokat ją uprzedzał, że wspólnik czeka na spotkanie.

– Pani nazwisko pojawiło się w naszym systemie rezerwacji i od razu zostało rozpoznane. – Brent uśmiechnął się. – Bill zajmie się pani bagażami.

Chłopak na oko dwudziestoletni wyrósł jak spod ziemi.

– Mam tylko jedną walizkę na kółkach – zaprotestowała.

– To moja praca, proszę pani – powiedział Bill. – Zaprowadzę panią do apartamentu.

Terri nigdy nie mieszkała w podobnym hotelu, a tym bardziej w apartamencie. Było to tak odległe od jej doświadczenia, że czuła się, jakby wylądowała w innej galaktyce. Jako właścicielka – w połowie – tego wspaniałego hotelu powinna jak najprędzej przystosować się do nowych warunków.

Dopiła szampana i odstawiła kieliszek.

– Zechce pan się nim zająć? – poprosiła recepcjonistę.

– Z przyjemnością. I witamy w StarFire.

Kiedy szła za boyem w kierunku wind, zaczęła się denerwować. Oto początek nowego życia, do którego nie jest przygotowana. Sama wśród obcych. Kto na jej miejscu by się nie stresował?

Wszystko zmieniało się w zawrotnym tempie, trudno za tym nadążyć.

Czy uda jej się znaleźć miejsce dla siebie? Może Cooper Hayes stanie jej na drodze. Czy będzie gotowa walczyć z nim o szansę na nowe życie? Pomyślała o wszystkim, co mogłaby zrobić ze spadkiem. Kupi dom, wyśle mamę i ciocię na wycieczkę dookoła świata, jeśli tylko tego zechcą. Możliwości są nieskończone.

Usłyszała w głowie słowa Jan: „Idź na całość, Terri. Łap szczęście obiema garściami”.

W tym właśnie momencie zobaczyła Coopera Hayesa.

Tłum rozstąpił się, wokół zrobiło się pusto. Nie słyszała nic oprócz szumu w uszach. W gardle jej zaschło, nie mogła oderwać oczu od najbardziej atrakcyjnego mężczyzny, jakiego w życiu spotkała.

 

Nawet z daleka emanował tym rodzajem magnetyzmu, który niezawodnie działa na płeć piękną. Wysoki, przystojny, w czarnym garniturze i koszuli tak białej, że niemal oślepiała, zwłaszcza przy kontrastującym ciemnoczerwonym krawacie. Czarne włosy w artystycznym nieładzie i jasnoniebieskie oczy dopełniały obrazu.

On także na nią patrzył, jednak trudno było odgadnąć, co myśli. Nie był zaskoczony, to oczywiste. Miliarder, właściciel hoteli i kasyn, jest przyzwyczajony do zachowywania pokerowej twarzy.

Cooper Hayes. Jej nowy partner.

Mężczyzna, o którym mogłaby śnić przez całe życie.