Chcę cię i nie chcę

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maureen Child
Chcę cię i nie chcę

Tłumaczenie:

Katarzyna Ciążyńska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Powinniśmy się pobrać.

Sean King zakrztusił się łykiem schłodzonego piwa. Odstawił butelkę na blat z drewna tekowego i kaszlał tak długo, aż łzy napłynęły mu do oczu. Zamrugał powiekami, by wyraźniej widzieć kobietę, która wypowiedziała te trzy na pozór zwykłe słowa.

Było na co popatrzeć. Jej włosy były niemal tak czarne jak jego. Oczy miała nieco jaśniejsze od jego niebieskich oczu, zaś miodowy odcień skóry świadczył o tym, że sporo czasu spędzała na powietrzu. Zauważył też wysokie kości policzkowe, delikatne łuki brwi i pełne determinacji spojrzenie.

Gdy oblizała wargi, coś w nim drgnęło. Na moment spuścił wzrok na cytrynową suknię, która odsłaniała zgrabne nogi. Paski sandałów zdobiły białe kwiaty kontrastujące z czerwonymi paznokciami. Sean podniósł znów wzrok i odezwał się z uśmiechem:

– Nie sądzi pani, że najpierw moglibyśmy zjeść razem kolację?

Wargi kobiety zadrżały. Rzuciła spojrzenie barmanowi, jakby chciała się upewnić, że nikt jej nie usłyszy.

– Wiem, to brzmi dziwacznie…

– Tak, dziwacznie to celne określenie.

– …ale mam swoje powody.

– Dobrze wiedzieć. – Sięgnął po piwo. – No to na razie.

Kobieta westchnęła zirytowana.

– Pan się nazywa Sean King. Ma się pan spotkać z Walterem Stanfordem.

Zaintrygowany Sean przymrużył oczy.

– Na tej wyspie wieści rozchodzą się lotem błyskawicy.

– Jeszcze szybciej, gdy Walter jest czyimś dziadkiem.

– Dziadkiem? – powtórzył. – Pani jest…

– Melinda Stanford – dokończyła i rozejrzała się niespokojnie.

Jak na wnuczkę bogatego człowieka, właściciela tej wyspy, wydawała się dość przestraszona.

– Możemy usiąść przy stoliku? Wolałabym, żeby nikt nas nie słyszał.

Sean zgadywał, skąd ta prośba. Oświadczanie się obcemu mężczyźnie to oryginalny sposób nawiązywania znajomości. Owszem miły, gdyby nie to, że kobieta była chyba trochę stuknięta. Nie czekając na jego zgodę, ruszyła w stronę jednego z sześciu pustych stolików w hotelowym barze.

Patrzył na nią, zastanawiając się, co zrobić. Była piękna, lecz postrzelona. W ciemnym kącie niegdyś eleganckiego, teraz dość zapuszczonego baru, wyglądała jak promień słońca. Trzydzieści lat temu ten bar cieszył się świetną opinią, ale po latach wzlotów i upadków sprawiał wrażenie, jakby ktoś machnął na niego ręką.

Na drewnianej podłodze widniały głębokie rysy, których nie zakryło kilka warstw pasty. Ściany wymagały odświeżenia, okna były małe. Można też było dostrzec kilka ładnych akcentów w stylu art deco. Łuki drzwiowe, okrągłe lustra obramowane ozdobnymi płytkami, prostokątne stoliki o pałąkowatych nogach i wyłożonych mozaiką blatach.

Witrażowe kinkiety przypominały modernistyczny styl lat trzydziestych dwudziestego wieku. Barowi nie brakowało urody, lecz prosił się o remont. Sean wyburzyłby frontową ścianę i zastąpił ją szybą, dając gościom wyjątkowy widok na morze. Trzymałby się stylu art deco i nad drzwiami dodałby witrażowe okno. Prowadził firmę budowlaną i w myślach wciąż przerabiał różne obiekty.

Ten bar nie był jednak jego własnością, poza tym czekała na niego ta kobieta. Z Walterem Stanfordem umówił się na następny dzień, więc miał trochę czasu. Uśmiechnął się pod nosem, idąc w stronę kobiety.

Usiadł naprzeciw niej i wyciągnął przed siebie nogi. Oparł na brzuchu butelkę piwa, przekrzywił głowę i czekał na wyjaśnienia.

– Wiem, że przyjechał pan kupić ziemię na północnym brzegu.

– To nie tajemnica. – Wypił łyk piwa i zerknął na etykietę. Miejscowe piwo, naprawdę wyjątkowe. Kiedy hotel Rica zacznie działać, poleci je kuzynowi do hotelowego baru.

Przeniósł wzrok na Melindę i wzruszył ramionami.

– Pewnie cała wyspa wie, że Kingowie negocjują z pani dziadkiem.

– Tak. – Splotła dłonie na stoliku. Wyglądała jednocześnie sztywno i seksownie. – Lucas King był tu dwa miesiące temu. Nie dogadał się z dziadkiem.

Niestety mówiła prawdę. Sean odbył już rozmowę telefoniczną z Walterem, także bez większych sukcesów. Dlatego właśnie tu przyjechał.

Tesoro, jedna z najmniejszych wysp karaibskich, była własnością prywatną. Walter Stanford był tu praktycznie feudalnym panem i władcą. Posiadał udziały w większości miejscowych firm i strzegł wyspy przed obcymi jak pitbull na krótkim łańcuchu.

Kuzyn Seana Rico, który chciał rozwinąć swoje imperium, uparł się wybudować tu luksusowy hotel. King Construction – Sean i jego dwaj przyrodni bracia Rafe i Lucas – mieli być partnerami w tym biznesie. Nic jednak nie zbudują, nie posiadając ziemi. Od miesięcy przekonywali Stanforda, że hotel Kingów przyniesie wyspie wymierne korzyści: pracę dla mieszkańców, zwiększony ruch turystyczny i mnóstwo pieniędzy.

Rico odwiedził starego Waltera. Tuż po nim w tej samej sprawie przybyli tu Rafe i Lucas. Teraz przyszła kolej na Seana, który wkraczał do akcji, gdy sytuacja wyglądała krytycznie. Jego urok i luz zazwyczaj doprowadzały do zawarcia umowy. Sean potrafił grać ostro, lecz nigdy tego przed nikim nie odsłaniał.

– Nie jestem Lucasem – odrzekł z pewnością siebie. – Dogadam się z pani dziadkiem.

– Niech pan na to nie liczy. Jest uparty.

– Nie zna pani Kingów. To my wynaleźliśmy upór.

Westchnęła i pochyliła się do przodu. Głęboki dekolt sukni pozwolił mu zobaczyć piersi i skraj koronki biustonosza. Niechętnie podniósł wzrok, gdy podjęła:

– Jeżeli chce pan mieć tę ziemię, znam na to sposób.

Potrząsnął głową ze śmiechem. Była piękna, ale on nie szukał kobiety. Zrobi to po swojemu.

– A tym sposobem jest poślubienie pani.

– Otóż to.

– Pani mówi poważnie. – Zmarszczył czoło.

– Jak najbardziej.

– Bierze pani jakieś leki?

– Jeszcze nie – mruknęła i dodała głośniej: – Dziadek chce wydać mnie za mąż i doczekać się wnuków.

Bracia Seana i liczni kuzyni w ostatnim czasie pogrążyli się w odmętach małżeństwa. Lucas zrobił to w minionym roku. Nikt w rodzinie nie wiedział o szczęśliwie krótkiej wycieczce Seana do małżeńskiego piekła. Więcej nie zamierzał się żenić.

– No to powodzenia. – Zaczął się podnosić.

Melinda chwyciła go za rękę. Odniósł wrażenie, że dotyka ognia. Poczuł się zagubiony, przytłoczony czymś, czego nie umiał nazwać. Gdy spojrzał jej w oczy, zobaczył wyraźnie, że ona poczuła to samo i jest tak samo zaskoczona. I równie zdeterminowana, by udać, że nic się nie stało. Co z tego, że się podniecił? Poradzi sobie z tym. Odkąd skończył dziewiętnaście lat, jego życiem nie kierowały hormony.

Chociaż… wciąż czuł gorąco, więc by uniknąć pokusy, wyrwał rękę z jej uścisku.

– Mógłby mnie pan przynajmniej wysłuchać.

Ściągając brwi, Sean ponownie usiadł. Nie interesowało go, co ona ma do powiedzenia, wolał jednak nie ryzykować, że obrazi członka rodziny, od której tak wiele zależało.

– Proszę, słucham. Byle szybko.

– Więc chodzi o to, żeby pan się ze mną ożenił.

– To już wiem. Czemu?

– Bo to ma sens.

– W jakim świecie?

– Pan chce kupić ziemię dla kuzyna, który zamierza wybudować tu hotel. Ja potrzebuję tymczasowego męża.

– Tymczasowego?

Zaśmiała się krótko i melodyjnie, i potrząsnęła głową.

– Myślał pan, że proponuję małżeństwo do grobowej deski? Obcemu mężczyźnie?

– No, no! To pani mi się oświadczyła, zanim poznałem pani nazwisko, więc proszę uważać na słowa.

– Dobrze. Oto moja propozycja. Kiedy spotka się pan z dziadkiem, on zechce pana ze mną wyswatać.

– Skąd pani wie?

Machnęła ręką.

– Próbował już co najmniej czterokrotnie.

– Ale nie z moimi braćmi.

– Obaj są żonaci.

– To prawda.

– Tak czy owak – podjęła – dziadek powie, że sprzeda panu ziemię, jak pan się ze mną ożeni. Proszę tylko, żeby pan się zgodził.

– I ożenił się z panią.

– Tymczasowo.

– A konkretnie? – Nie do wiary, że o to pyta.

Melinda zmarszczyła czoło i postukała palcem w brodę.

– Wystarczą dwa miesiące – odparła. – Dziadek wierzy, że z czasem małżeństwo z rozsądku może stać się prawdziwym związkiem. Ja w to nie wierzę.

– W tym się zgadzamy. – Uniósł butelkę z piwem.

– Jeśli przez dwa miesiące będziemy razem, dziadek pomyśli, że daliśmy sobie szansę. To dość długo, żeby go uspokoić, i dość krótko, żebyśmy wytrzymali.

– Uhm. – Jak to się stało, że ten zwyczajny dzień zamienił się w szaleństwo? – Czemu zawdzięczam honor być pani wybrankiem?

Melinda usiadła prosto i zabębniła palcami o blat. Nie zdołała ukryć zdenerwowania.

– Trochę się o panu dowiedziałam.

– Co?!

– Przecież nie wyjdę za byle kogo.

– Ach tak. – Kiwnął głową. – Rozumiem.

– Był pan dobrym studentem, studiował pan informatykę. Potem z dwoma przyrodnimi braćmi zajął się pan biznesem. Jest pan sprawnym negocjatorem. – Nabrała powietrza. – Mieszka pan w odremontowanej wieży ciśnień w Sunset Beach w Kalifornii i lubi pan ciasteczka szwagierki.

Sean ściągnął brwi i wypił spory łyk piwa. Nie przeszkadzało mu to śledztwo.

– Nie lubi pan zobowiązań, nie wiążę się pan z kobietami. – Wciąż postukiwała palcami po blacie. – Jest pan seryjnym monogamistą. Wszystkie pana byłe wyrażają się o panu w samych superlatywach, więc rozumiem, że jest pan dość sympatyczny niezależnie od tego, że nie potrafi pan wytrwać w związku.

 

– Słucham?

– Pański najdłuższy związek, w college’u, trwał prawie dziewięć miesięcy, choć nie mogłam się dowiedzieć, czemu się zakończył.

I nigdy się nie dowie, pomyślał i stwierdził, że ma tego dość. Niech sobie będzie piękna, ale działa mu na nerwy.

– Wystarczy. – Pochylił się, patrząc w jej niebieskie oczy. – Załatwię to po swojemu. Nie interesują mnie pani plany, niech pani znajdzie innego naiwniaka.

– Chwileczkę. – Szeroko otworzyła oczy, co go zatrzymało. – Wiem, wyszło nie tak. Przepraszam, jeśli pana uraziłam.

– Nie jestem urażony – zapewnił. – Ale nie jestem też zainteresowany.

Melinda poczuła gwałtowny przypływ paniki. Wszystko zepsuła, a nie chciała ryzykować, że Sean ją odtrąci. Wzięła głęboki oddech.

– Da mi pan drugą szansę? Proszę.

Rzucił jej nieufne spojrzenie, lecz nie oddalił się od stolika, co uznała za dobry znak.

Boże, od czego tu zacząć? Planowała to od tygodni, od chwili, gdy usłyszała o jego przyjeździe. Próbowała dowiedzieć się o nim jak najwięcej, nigdy jednak nie rozważyła, jak mu to wszystko wytłumaczy, żeby nie wyjść na kompletnego oszołoma.

– Okej, dodam coś na zachętę. Po ślubie uzyskam dostęp do funduszu powierniczego. Będę miała własne środki do życia. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Kocham dziadka, jest słodki, ale – bezradnie pokręciła głową – jest okropnie staroświecki. Jego zdaniem kobieta ma wyjść za mąż i rodzić dzieci. Usilnie poszukuje dla mnie męża. Pomyślałam, że jeśli znajdę go sobie sama…

– Rozumiem – odezwał się Sean. – Tylko wciąż nie wiem, czemu ja?

– Bo to przyniesie korzyść nam obojgu – odparła zadowolona, że Sean jej słucha. – Pan dostanie ziemię, ja fundusz powierniczy, a potem się rozwiedziemy.

Sean skrzywił się nieprzekonany, więc Melinda wypaliła:

– Mogłabym zapłacić panu za ten czas…

– Nie pozwolę na to. – Poczuł złość. – Nie potrzebuję pani pieniędzy.

Sądząc z jego reakcji, dokonała dobrego wyboru. Bóg jeden wie, że wielu mężczyzn chętnie przyjęłoby od niej pieniądze. Sean był tak bogaty, że jej fundusz powierniczy, choć dla niej niebagatelny, dla niego był pewnie bez znaczenia. Poza tym oburzenie Seana sporo mówiło o jego charakterze.

– Pan i pański kuzyn chcecie wybudować hotel na Tesoro, tak?

– Tak.

– Do tego potrzebujecie ziemi.

– Taa.

– Żeby kupić ziemię, potrzebuje pan mnie. – Wciąż nie wyglądał na przekonanego, więc dorzuciła: – Wiem, że pan mi nie wierzy, a powinien pan. Jutro rano spotyka się pan z dziadkiem?

Skinął głową.

– W takim razie może zjemy razem kolację? Będziemy mieli okazję porozmawiać.

Sean ledwie uniósł kąciki warg, ale na niej zrobiło to wielkie wrażenie. Sean King miał urok i seksapil. Melindę przeszedł dreszcz. Oho, to może być niebezpieczne!

– Kolację? – Odstawił piwo. – Nigdy nie odrzucam okazji zjedzenia kolacji w towarzystwie pięknej kobiety. Ale uprzedzam, że nie planuję zostać pani mężem.

– Wiem – odparła. – Dlatego jest pan idealny do tej roli.

Potrząsnął głową ze śmiechem.

– Nie mogę się zdecydować, czy jest pani szalona czy też nie.

– Nie jestem szalona, tylko zdeterminowana.

– Piękna i zdeterminowana – mruknął. – Karkołomna kombinacja.

Mimo woli zalała ją fala gorąca. Zignorowała to i powiedziała:

– Spotkajmy się o siódmej u Diega.

– Zgadzam się na kolację – powtórzył z uśmiechem – ale nie na małżeństwo. – Wstał i spojrzał na nią z góry. – U Diega. O siódmej.

Melinda odprowadzała go wzrokiem. Był wysoki, szczupły i poruszał się z leniwą gracją charakterystyczną dla mężczyzn, którym nie brak pewności siebie. Sean King okazał się fajniejszy, niż się spodziewała.

Miała tylko nadzieję, że się przez niego nie pogubi.

– Co wiesz o Melindzie Stanford? – Sean stał na końcu mola z telefonem przy uchu i patrzył na zbliżające się do przystani łodzie.

– To wnuczka Waltera – odparł Lucas.

– Tyle wiem.

– A o co chodzi?

O coś, czego nie można powiedzieć przez telefon.

– Poznałeś ją?

– Przelotnie – odrzekł Lucas. – Walter tak szybko mi odmówił, że nie zdążyłem się nawet rozpakować.

– To prawda. – Sean pokiwał głową z namysłem, wciąż patrząc na wodę.

– Jakiś problem? – spytał Lucas. – Urok wielkiego Seana nie działa?

– Chciałbyś. – Sean zaśmiał się i zawrócił. – Powiedziałem, że zdobędę ziemię, i tak będzie.

– Tak… powodzenia z tym starym. On jest chyba odporny na wszelki urok.

– Zobaczymy – odrzekł Sean.

Restauracja U Diega była nieduża, jasna i popularna wśród mieszkańców i turystów. Specjalnością lokalu były owoce morza. Goście siedzieli przy małych kwadratowych stolikach przykrytych barwnymi obrusami, które w świetle świec lśniły jak klejnoty. Na patio było nieco intymniej, mniej stolików, dość daleko jeden od drugiego, ale nawet goście siedzący w sali mieli wspaniały widok na morze i czystą plażę. Wieczorne niebo rozjaśniał księżyc barwiący wodę srebrną poświatą.

Kiedy Melinda usiadła na patio, poczuła chłodny powiew. Jesień na Tesoro bywała w najlepszym wypadku kapryśna. Po ciepłych dniach przychodziły zimne czy, jak tego wieczoru, parne i duszne noce.

Ale, pomyślała, może to nie wina pogody, że jest tak rozgrzana i rozedrgana. Może to wina Seana Kinga.

Nie, odpowiedziała sobie. Sean nic jej nie obchodzi. W ich ewentualnej umowie nie będzie nic osobistego i lepiej dla nich obojga, by trzymali libido na wodzy.

Z nerwów rozbolał ją żołądek. Przesuwała palce wzdłuż nóżki kieliszka, powtarzając sobie, że postępuje właściwie. Potrzebny jej tymczasowy mąż.

Musi tak naświetlić Seanowi sytuację, by przyjął jej propozycję. Nie była pewna, co przyciągnęło jej uwagę. Dźwięk skórzanych podeszew na kamiennej posadzce czy coś bardziej elementarnego? Spojrzenie Seana, które na sobie czuła?

Cokolwiek to było, Melinda podniosła wzrok i ujrzała idącego ku niej mężczyznę. Nie widziała dokładnie jego twarzy, tylko lekki uśmiech. Miał na sobie czarne spodnie, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem i czarną marynarkę. Wyglądał równocześnie normalnie i zatrważająco.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Wybrała pani romantyczne miejsce na załatwianie interesów – zauważył, zajmując krzesło.

Melinda wzięła głęboki oddech i zmusiła się do uśmiechu, jeszcze bardziej zdenerwowana niż chwilę wcześniej. Dla niej była to sprawa tak wielkiej wagi, że nie stać jej było na popełnienie błędu. Musi tak uzasadnić swoją ofertę, by Sean nie wahał się zostać jej mężem.

– Nie szukałam romantycznego miejsca – oznajmiła. – Tylko spokojnego.

– Mamy jedno i drugie. – Sean kiwnął głową kelnerowi, który podszedł nalać im wina.

Gdy kelner się oddalił, wziął kieliszek do ręki i wypił łyk. Potem odstawił kieliszek, oparł ręce na stoliku i spojrzał wyczekująco na Melindę. Patrzył na nią z nieczytelną miną. To dobry znak? A może zły? Melinda nie miała pojęcia i tylko w jeden sposób mogła się tego dowiedzieć.

– Bardzo przepraszam, że po południu tak bezpardonowo pana zaatakowałam.

Sean wzruszył ramionami.

– Trudno o dobry sposób na oświadczenie się obcemu mężczyźnie.

– To prawda. – Kręcąc głową, dodała: – Wiem, że to wszystko brzmi dziwnie, ale proszę zrozumieć, że dziadek jest nadopiekuńczy.

– Do tego stopnia, że traktuje panią jak towar do wymiany z partnerami w interesach?

Melinda zesztywniała. Jej wolno mówić o dziadku, co chce, ale nie pozwoli nikomu tak z niego kpić.

– Chce, żebym miała kogoś, kto otoczy mnie opieką.

Sean usiadł wygodniej i podrapał się w kark.

– Gdyby była pani żyjącą w średniowieczu dziewicą, to miałoby sens.

Fatalny początek, powiedziała sobie Melinda i postanowiła zignorować jego komentarz.

– Tak – przyznała. – Dziadek jest trochę nie z tej epoki. – Sean uniósł brwi. – No dobrze, bardziej niż trochę. – Westchnęła i wyjaśniła: – Rodzice zginęli w katastrofie małego samolotu, kiedy miałam pięć lat. Wychował mnie dziadek, tu, na Tesoro.

Sean wypił kolejny łyk wina. Melinda nie była w stanie odgadnąć jego myśli. Zapewne świetnie grał w pokera. Ona z kolei kompletnie nie potrafiła grać w karty. Nie umiała też blefować, była szczera i otwarta, choć musiała przyznać, że teraz nie była w porządku wobec dziadka. Ale przecież próbowała wybić mu z głowy polowanie na męża. Niestety nie zdołała go od tego odwieść.

Na myśl o dziadku uśmiechnęła się. Był jedyną osobą, która kochała ją bezwarunkowo. Chciał wydać ją za mąż, gdyż dla niego znaczyło to tyle, że po jego śmierci Melinda będzie nadal bezpieczna i kochana.

– Dziadek się starzeje – podjęła, choć świat bez dziadka wydawał się niemożliwy. – Boi się, że zostawi mnie samą. Zapewniałam go, że dam sobie radę, ale on należy do pokolenia, które uważa, że mężczyzna powinien opiekować się kobietą. Nie ma innej rodziny i chce mnie chronić. – Popatrzyła mu w oczy. – Pan pochodzi z licznej rodziny i jest pan blisko z braćmi. To kolejny powód, dla którego wybrałam akurat pana. Wie pan, co znaczy rodzinna lojalność.

– Owszem – przyznał. – Prawdę mówiąc, jedyne, co z tego wszystkiego pojmuję, to motywy pani dziadka. Nie wiem tylko, czemu chce mu pani ulec.

Melinda wygładziła dół kremowej sukni i bezskutecznie próbowała zasłonić kolana.

– Ponieważ go kocham. Nie chcę go martwić…

– I…?

– Jak już wspomniałam, po ślubie otrzymam pieniądze z funduszu powierniczego.

– Aha – odparł z lekkim uśmiechem. – Wychodząc za mnie, nie będzie się pani obawiała, że mężulek zwieje z kasą.

– No właśnie. – Odpowiedziała uśmiechem i trochę się uspokoiła. Jednak łatwo się z nim rozmawia.

– Proszę przypomnieć, jak długo miałoby trwać to małżeństwo?

– Myślę, że dwa miesiące wystarczą – odparła zadowolona, że przeszli do szczegółów. Od tygodni to planowała i przynajmniej w jej głowie wszystko układało się perfekcyjnie. Sean King nadal siedział naprzeciw niej. Jeszcze nie wyraził zgody, ale nie odmówił jej. – Przez ten czas dziadek powinien uwierzyć, że bardzo się staraliśmy.

– Sądzi pani, że kiedy nasz związek się rozpadnie, dziadek zaprzestanie prób wydania pani za mąż?

– Tak. – Przygryzła wargi. – Mam taką nadzieję – poprawiła się po chwili. – Jestem zmęczona odpieraniem ataków mężczyzn, którzy usiłują zyskać przychylność dziadka. Poza tym to moja jedyna szansa, żeby wykorzystać fundusz tak, jak chcę. Zostanę mężatką zgodnie z wolą dziadka, ale to ja wybiorę sobie męża.

Wiatr odsunął włosy z czoła Seana. Nadal jej słuchał, więc Melinda ciągnęła pospiesznie:

– Będziemy małżeństwem przez dwa miesiące. Ja dostanę pieniądze, pan ziemię. Potem weźmiemy rozwód.

W tym momencie pojawił się kelner. Melinda zniecierpliwiona odnosiła wrażenie, że zamówienie kolacji trwa całe wieki. W końcu jednak zostali sami.

– Więc? – spytała.

Sean był prawie pewien, że Melinda powinna się leczyć. A jednak… Położył rękę na oparciu krzesła i przyglądał się jej.

W ciepły wieczór sączy schłodzone wino w towarzystwie urodziwej kobiety. W świecie Seana była to sytuacja bliska ideału. Omiótł wzrokiem Melindę – od czarnych gęstych włosów przez szmaragdowe kamienie kolczyków po dekolt i połysk zadbanych paznokci. Była niewątpliwie idealna, ale przy tym skomplikowana. Może nawet pomylona. A jednak… To nie znaczy, że nie mógłby rozważyć jej propozycji.

Przez kilka ostatnich miesięcy Walter Stanford odrzucał wszelkie oferty Kingów, niezależnie od wielkości oferowanej sumy. Ten człowiek albo naprawdę nie potrzebował pieniędzy, albo był równie stuknięty jak jego wnuczka.

Nie, nie był szalony, on był przebiegły.

Wiedział, czego chce, i nie zamierzał godzić się na mniej. Kingowie zachowywali się dokładnie tak samo, więc Seana nie powinno to oburzać ani dziwić. Nigdy nie przyjmowali odmowy i nigdy się nie poddawali.

Uśmiechnął się, zdając sobie sprawę, że on i stary Walter znaleźliby wspólny język.

– Co pana tak bawi?

– Co?

– Uśmiecha się pan – zauważyła z nadąsaną miną. – Pytałam, co pana tak bawi?

Poczuła się urażona, uświadomił sobie Sean. Pewnie podejrzewała, że śmieje się w duchu z jej oferty. Swoją drogą zadał sobie pytanie, czy jest jej pierwszym adresatem.

– Ile razy pani już tego próbowała? – spytał ciszej, pochylając się ku niej, choć na patio było niewielu gości.

 

Melinda nieznacznie zmarszczyła czoło.

– Pan jest pierwszy.

– Dlaczego ja?

– Już tłumaczyłam. Przeprowadziłam małe śledztwo.

Przygryzła znów wargi, a on się zastanawiał, czy to nerwowe, czy ma taki nawyk. Potem sięgnęła po kieliszek.

– Dziadek informował mnie o negocjacjach z pana rodziną. Powiedział, że pan przejmie negocjacje po Lucasie, a niedługo potem zobaczyłam pana zdjęcie. Wyglądał pan… miło.

– Miło? – powtórzył zdumiony. – Stare panny nauczycielki są miłe. Szczeniaki są miłe. Miło jest zjeść lody w upalny dzień. Mężczyźni, zwłaszcza Kingowie, nie są mili.

– Tak – mruknęła. – Teraz już wiem.

Nigdy w życiu nikt nie nazwał go miłym. Zabawnym, przystojnym, inteligentnym – owszem. A także zimnym i zamkniętym w sobie. Nigdy miłym. Jakie zdjęcie dało jej takie wrażenie?

– Gdzie widziała pani to zdjęcie?

– W jednym z tabloidów, które sprzedają w spożywczym. – Zaczerwieniła się, jakby zażenowana, że czyta takie bzdury. – Był pan na meczu z bratem…

Sean kiwnął głową.

– Z Lucasem. – Pamiętał to zdjęcie. Gdyby sekretarka mu go nie pokazała, nie miałby o nim pojęcia. Nie zwracał uwagi na fotografów zawsze chętnych do uwiecznienia Kingów. Stanowili nieodłączny element jego życia.

– Śmiał się pan na tym zdjęciu, wyglądał pan przyjaźnie.

– To już lepiej niż miło. Ciut lepiej. – Uważał, że jest opanowany i spokojny, co sprawdzało się w interesach. Jeśli jednak chodzi o kobiety, większość tych, które znał, nigdy nie nazwałaby go miłym.

Tak naprawdę nie był miły. Ludzie zwykle nie potrzebowali wiele czasu, by się o tym przekonać.

Melinda wzruszyła ramionami.

– Wyglądał pan na kogoś, z kim mogę o tym porozmawiać. Kiedy się dowiedziałam, że przyjedzie pan na Tesoro, postanowiłam stawić panu czoła.

– I okłamać dziadka.

– To nie kłamstwo – zaoponowała. – Przecież się pobierzemy. To raczej trochę podkoloryzowana wersja prawdy.

Powściągnął uśmiech. Melinda Stanford ma zasady. Cóż, Sean podziwiał każdego, kto konsekwentnie dążył do celu i nie pozwalał, by coś stanęło mu na drodze. Potrafił nawet spojrzeć na sytuację z jej punktu widzenia. Rzeczywiście był dla niej idealnym kandydatem na tymczasowego męża. Pytanie tylko, czy z jego punktu widzenia także jest to dobre?

Nie zdążył nic powiedzieć, bo właśnie podano im kolację i skupili się na jedzeniu, które swoją drogą było wyśmienite. Atmosfera była jeszcze lepsza, a piękna kobieta naprzeciw Seana była niczym wisienka na torcie.

Rzadko spotykał kobiety, które nie uznawały za konieczne wypełniać ciszy bezmyślnym gadaniem. Stwierdził, że czuje się zrelaksowany. Cisza przy stoliku była kojąca i przyjazna, jakby już stanowili zgrany zespół.

Na tę myśl zmarszczył czoło, bo przecież jeszcze nie podjął decyzji.

– Mieszka tu pani całe życie – zauważył.

– Odkąd skończyłam pięć lat. – Spojrzała na delikatne fale, które muskały brzeg w świetle księżyca. – To piękna wyspa. Miasto jest małe, ale w hotelu nie brak turystów. Dziadek nie zgodził się, żeby zatrzymywały się tu statki wycieczkowe. Nasi goście to ludzie zamożni, którym zależy na prywatności i spokoju. Wydają mnóstwo pieniędzy, w sezonie sklepy zwykle zarabiają dość, żeby przeżyć cały rok.

– Wiem. – Posłał jej krótki uśmiech. – Kingowie też prowadzą śledztwo.

– Więc wie pan także, że Tesoro to wymarzone miejsce na hotel – oznajmiła, odkładając nóż i widelec.

– To prawda. – Jakby wyspa powstała specjalnie z myślą o planach Rica. Hotel Rica w Meksyku był nowoczesny, piękny i luksusowy. Rico marzył, by Tesoro stało się ulubionym celem wakacyjnym.

Budową i projektem miała się zająć firma King Construction, co gwarantowało osiągnięcie celu. Sean nie mógł się doczekać rozpoczęcia prac. Plany zostały już opracowane, sprzęt czekał na transport. Potrzebowali tylko zgody jednego człowieka.

– Wyspie także przyniesie to profity – ciągnęła Melinda. – Mamy tu małą firmę budowlaną. Dziadek założył ją dwadzieścia lat temu. Stanowiliby znaczącą pomoc dla pańskiej firmy, bo tutaj budują wszystko.

– Uhm. – To także wiedział. Oczywiście Kingowie przywieźliby swoich zaufanych ludzi, ale współpraca z lokalną firmą przyspieszyłaby prace i pozytywnie wpłynęłaby na relacje z mieszkańcami.

Wszystko ułożyłoby się świetnie – gdyby nie miał nic przeciw małżeństwu, które miało mu to umożliwić.

Oczy Melindy błyszczały w świetle świec. Sean miał chęć pochylić się i dotknąć jej warg. Znowu je przygryzła. Uległ niechcianemu podnieceniu i byłby głęboko zażenowany, gdyby w tej chwili musiał wstać i pokazać jej się w całej okazałości.

– Słucha mnie pan?

– Co? – Uśmiechnął się. – Jasne.

– To byłoby korzystne dla wszystkich – powtórzyła. – Pan dostaje ziemię, wyspa hotel, który tworzy miejsca pracy i przyniesie zysk mieszkańcom…

– A pani fundusz powierniczy.

– Tak. – Wypiła resztę wina. – I co? Ożeni się pan ze mną?

Na te pięć słów ciarki przeszły mu po kręgosłupie, lecz je zignorował. Owszem, przysiągł sobie nigdy więcej się nie żenić. Ale to było co innego.

Gdy po raz pierwszy powiedział „Tak”, został nabity w butelkę. Tym razem poza szybkim rozwodem będzie miał z tego zysk. Tym razem to on będzie decydował, to on wyznaczy koniec. To on odejdzie.

Tym razem jego uczucia nic nie będą do tego miały.

– Chyba tak.

Uśmiechnęła się tak szeroko, że omal nie zabrakło mu tchu. Gdy ich dłonie się zetknęły, Sean poczuł lekki dreszcz, zupełnie jak za pierwszym razem. Miał nadzieję, że ponosi go wyobraźnia, a jednak tym razem odczucie było silniejsze niż poprzednio. Jasna cholera. Jeśli Melinda także to poczuła, niczego nie okazała, więc Sean udał, że nic się nie stało.

– Jeszcze jedno – powiedziała, uwalniając rękę.

Sean zaśmiał się.

– Już mnie pani zwaliła z nóg – stwierdził cierpko. – Co jeszcze?

– Żadnego seksu.

Natychmiast się wyprostował i patrzył na nią dłuższą chwilę, aż nerwowo odwróciła wzrok.

Dla Seana to było kompletnie nowe doświadczenie. Większość kobiet najchętniej rzuciłaby się na niego. Do diabła, zwykle musiał się oganiać od tych, które pchały się do jego łóżka. Zaledwie przed godziną odtrącił piękną kobietę w hotelowym barze. Jasne włosy i brązowe oczy nie zrobiły na nim wrażenia, gdyż był pochłonięty myślami o Melindzie Stanford. Kobiecie, która chciała go poślubić, ale nie chciała się z nim kochać.

Zmierzył ją wzrokiem, a ona ani drgnęła. Niebieskie oczy Melindy zawsze patrzyły bez mrugnięcia.

Co się dzieje? Nie wyobraził sobie iskry, która przelatywała między nimi, ilekroć się dotknęli. Ani błysku zainteresowania w jej oczach. Nie mylił się co do pożądania, jakie wzbudziła w nim ta kobieta. W innych okolicznościach próbowałby ją uwieść i nie wątpił, że odniósłby sukces. Więc w czym problem?

– Żadnego seksu.

– Tak. – Wzięła głęboki oddech i spojrzała mu w oczy. – Po co komplikować? To umowa biznesowa, nie prawdziwe małżeństwo, więc nie widzę powodu, żeby…

– …się kochać – dokończył ze zdumieniem.

– No właśnie.

– Z każdą chwilą bardziej mi się to podoba – mruknął.

– To tylko dwa miesiące – stwierdziła ze zniecierpliwieniem. – Na pewno to pana nie zabije.

– Myślę, że dam sobie radę – odparł, choć w duchu musiał przyznać, że ma twardy orzech do zgryzienia. Pragnął jej, choć znał ją zaledwie parę godzin. Jak wytrwa dwa miesiące? Ile będzie go to kosztowało?

Może powinien zadzwonić do Rica i spytać, czy nie chciałby przypadkiem wybudować hotelu gdzie indziej. Po chwili odsunął ten pomysł. Ta wyspa doskonale odpowiadała ich potrzebom. Posiadała tajemniczą moc przyciągania ludzi. Skoro jednak stanowiła prywatną własność, każdy, kto chciał zrobić tu interes, musiał mieć do czynienia z Walterem Stanfordem, człowiekiem, który cenił swoją prywatność. W żaden sposób nie zakłóciłby jej planowany przez Kingów hotel, gdzie przyjeżdżaliby bogaci ludzie, by używać życia z dala od tumów turystów, a zwłaszcza od paparazzich.

– I… – podjęła Melinda, przyciągając znów uwagę Seana.

– Jeszcze coś? – Zaśmiał się krótko. – Zamknie mnie pani w lochu? A może mam przez dwa miesiące żyć o chlebie i wodzie?

– Niech pan nie będzie śmieszny.

– Och, więc to ja jestem śmieszny. – Pokręcił głową. – To pani chce, żebyśmy się pobrali, podkolorowali prawdę przez wzgląd na pani dziadka. Ale bez żadnych przyjemności.

Poruszyła się skrępowana. Sean wiedział, że Melinda czuje to co on. Jak długo wytrwa w celibacie? Myśląc o tym, uśmiechnął się pod nosem. Zapowiada się interesująco.