Ojciec Gwiazdka i ja

Tekst
Autor:Matt Haig
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ojciec Gwiazdka i ja
Ojciec Gwiazdka i ja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 60,95  48,76 
Ojciec Gwiazdka i ja
Audio
Ojciec Gwiazdka i ja
Audiobook
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Matt Haig

Ojciec Gwiazdka i ja


Tytuł oryginału

Father Christmas and Me ISBN 978-83-8116-536-5 Copyright © Matt Haig, 2017 Illustrations © Chris Mould, 2017 Published by arrangement with Canongate Books Ltd, 14 High Street, Edinburgh EH1 1TE All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2018 Redakcja Witold Kowalczyk Opracowanie graficzne okładki Tobiasz Zysk Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Gdzieś indziej

Ulica Reniferowa 7

Karmelek nadziei

Matka Gwiazdka

Mój pierwszy rok w elfiej szkole

Jazda saniami

Renifer i kot

Dziura

Malinowe ciasto

Bank Czekolady

Największa magia ze wszystkich

Zabawki, które kręcą się lub podskakują

„Cośnieżnik”

Obca

Elfy na ganku

Łapacz listów

Układ z Wróżką Prawdy

W głąb tunelu

Króliczek Wielkanocny

Lekcja o tym, jak kochać życie

Napad na bank

W więzieniu

Śmierć przez czekoladę

Rzeczy niemożliwe

Humdrum pod stołem

Intruzi

Ostatni uśmiech

Część na końcu książki, gdzie dziękuje się ludziom

Dla Pearl, Lucasa i Andrei

Gdzieś indziej

ewnie sądzisz, że coś już wiesz o Ojcu Gwiazdce. Jasne — jestem przekonana, że wiesz o nim wiele rzeczy. Wiesz o Warsztacie Zabawek i o reniferach. O tym, co się dzieje w każdą Wigilię. Oczywiście, że tak.

Ale o mnie, no cóż, mogłeś nie słyszeć.

Zacznę od tego, w co da się łatwo uwierzyć. Jestem Amelia Wishart i mam czarnego kota, który nazywa się Kapitan Sadza. Urodziłam się w Londynie, gdzie mieszkałam aż do ukończenia jedenastego roku życia. A później mieszkałam gdzie indziej. Od „gdzie indziej” zaczyna się ta część mojej historii, w którą uwierzyć dużo trudniej.


Pewnie mogłabym ci powiedzieć, że przeprowadziłam się do Finlandii, w co byś nie powątpiewał, przecież Finlandię da się znaleźć na mapie. I faktycznie to prawda. Przeprowadziłam się do Finlandii, na daleką, daleką, daleką północ, na sam kraniec Finlandii zwany Laponią. „Gdzie indziej”, w którym mieszkam, nazywa się po prostu Daleką Północą, konkretniej: Elfim Jarem. Uwaga, Elfiego Jaru nie znajdziesz na żadnej z map. Przynajmniej żadnej z tych ludzkich. Z jednego prostego powodu — większość ludzi nie potrafi go zobaczyć. Miasteczko jest dla nich zupełnie niewidzialne. Wiesz, Elfi Jar to magiczne miejsce, a żeby ujrzeć prawdziwie magiczne miejsce, trzeba wierzyć w magię. Powiedzmy sobie szczerze, ludzki typ, który rysuje mapy, rzadko ma tendencję do takiej wiary. Pod wieloma względami Elfi Jar jest najzwyklejszym miasteczkiem pod słońcem. Dość niedużym, może bardziej rozległą wioską. Są w nim najzwyklejsze pod słońcem sklepy, domy i Urząd Miasta. Są ulice, drzewa, jest nawet bank. Ale jego mieszkańcy są ode mnie zupełnie inni. Zupełnie inni także od ciebie. Tak naprawdę nie są nawet ludźmi. Przynajmniej nie „ludzkimi ludźmi”, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

Są magiczni. Wyjątkowi. Są, cóż... elfami. Kiedy jednak mieszkasz w miasteczku pełnym elfów, to nie one są wyjątkowe i dziwaczne. Oj, nie. To ty jesteś cudaczny.


Ulica Reniferowa 7

jciec Gwiazdka mieszkał przy Reniferowej 7, zaraz obok Reniferowego Pola, tuż na skraju Elfiego Jaru. Jego dom, tak jak większość domków w miasteczku, był zbudowany ze wzmocnionego piernika, ale w przeciwieństwie do niemal wszystkich innych domków miał duże drzwi frontowe; na tyle duże, że nie musiałbyś się schylać, aby wejść do środka.


W domu było wiele zabawnych przedmiotów. Z pierwszego piętra na parter można było zjechać zjeżdżalnią, dzwonek do drzwi grał na melodię Pada śnieg, wszędzie leżały zabawki. Kuchenne szafki były suto zaopatrzone w słoiki pełne smakołyków — czekoladę, pierniczki, dżem malinowy. W salonie stał zegar z reniferem przypominający zegar z kukułką — z tą różnicą, że zamiast kukułki wyskakiwał z niego renifer. Och, no i nie wskazywał zwyczajnego ludzkiego czasu, jego wskazówki nie układały się w „szóstą” lub „dwadzieścia po dziewiątej”. Zegar wskazywał czas elfów, a czas elfów składał się z godzin takich jak Rzeczywiście Bardzo Wcześnie czy Dawno Po Dobranocce. Ojciec Gwiazdka mieszkał sam, ale szybko najął elfiego stolarza Śpioszka do zbudowania dwóch dodatkowych łóżek i najwygodniejszego na świecie kociego koszyka dla Kapitana Sadzy.

— Dzisiaj jednak — powiedział pierwszego dnia — prześpię się na dole, na trampolinie.

Ojciec Gwiazdka upierał się, że to bardzo wygodna trampolina. Potrzebował dwóch wolnych łóżek ze względu na mnie i na Mary Ethel Winters. Mary była kobietą, w której Ojciec Gwiazdka się zakochał. Rumienił się za każdym razem, kiedy na nią patrzył. A ona odwzajemniała jego uczucia.

Mary była najczulszą i najukochańszą kobietą, jaką kiedykolwiek poznałam. Miała policzki rumiane niczym jabłuszka, a jej uśmiech potrafił rozjaśnić najciemniejszy pokój. Po raz pierwszy poznałam ją w Londynie, kiedy stało się coś najstraszniejszego. Codziennie czyszcząc kominy, moja mama nabawiła się okropnej choroby płuc. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, aby się nią zaopiekować, ale choroba była zbyt silna. Nie udało mi się uratować mamy przed śmiercią. Ojciec opuścił nas, kiedy byłam jeszcze malutka, zostałam więc wysłana do Zakładu Pracy pana Jeremiasza Paskudnika. Byłam doszczętnie załamana, ale Mary — która tam pracowała — zawsze była dla mnie miła. Po cichu dodawała łyżkę cukru do wodnistej owsianki, którą musieliśmy jeść każdego dnia. Nigdy tego nie zapomnę. Mary miała ciężkie życie. Zanim zaczęła pracować dla Pana Paskudnika, była bezdomna i sypiała razem z gołębiami na ławce koło Tower Bridge.

 

W każdym razie, kiedy w końcu dzięki Ojcu Gwiazdce Kapitan Sadza i ja uciekliśmy z Zakładu Pracy, Mary uciekła razem z nami. I tak samo jak ja była bardzo szczęśliwa, że może tu być.

Przybyliśmy do Elfiego Jaru w dzień Bożego Narodzenia, kiedy wszystkie ludzkie dzieci na świecie otwierały swoje prezenty, i zjedliśmy największą świąteczną kolację, jaką kiedykolwiek widziałam. Słuchaliśmy najweselszej i najznakomitszej muzyki granej przez elfi zespół Dzwoneczki. Śpiewaliśmy, śmialiśmy się i tańczyliśmy psotopląsy. Psotopląsy to niezmiernie skomplikowany rodzaj elfiego tańca, którego figury składają się z dużej liczby obrotów, energetycznego machania nogami oraz odrobiny latania.


— Myślę, że ci się tutaj spodoba — powiedział mi później Ojciec Gwiazdka, kiedy wybraliśmy się, aby jeździć na łyżwach po zamarzniętym jeziorze.

— Tak, też tak sądzę — potwierdziłam.

I tak właśnie było, podobało mi się. Przynajmniej przez chwilę. Zanim zdążyłam rozbić swoje szczęście na milion kawałeczków.


Karmelek nadziei

by dojść gdziekolwiek w Elfim Jarze, trzeba przejść ulicę zwaną Główną Drogą. Nazwy ulic w elfich miasteczkach nie były zbytnio wyszukane — przykładowo nieopodal była ulica z siedmioma zakrętami, nazywana ulicą Siedmiu Zakrętów. W każdym razie cała Główna Droga tętniła życiem, była pełna elfów. Idąc nią, mijaliśmy sklepy z chodakami, tunikami i pasami. Mieściła się tam też Główna Elfia Szkoła Saneczkarstwa, gdzie można było podziwiać wszystkie rodzaje sań, choć żadne z nich nie były aż tak imponujące jak te, na których razem z Ojcem Gwiazdką przyleciałam do Elfiego Jaru. Ojciec Gwiazdka pomachał do wysokiego i szczupłego (jak na elfa) chłopaka polerującego niewielkie białe sanie. Były piękne i błyszczały jak nowe.

— Witaj, Kip! Czy to o tych saniach tyle słyszałem?

Elf uśmiechnął się drobniutkim, przyjaznym uśmiechem, trochę niepewnym, tak jakby był zdziwiony, że się pojawił.

— Tak, Ojcze Gwiazdko! Model Śnieżyca 360.

— Wyglądają pięknie. Napęd jednoreniferowy?

— Tak, jednoreniferowy.


Ojciec Gwiazdka wdał się w długą, pełną szczegółów technicznych konwersację o miernikach prędkości, lejcach, kompasach i wysokościomierzach. Rozmowa zakończyła się pytaniem:

— Czyli pozwolisz dzieciom na nich jeździć, jak tylko zacznie się szkoła?

Kip nagle się zmartwił.

— Nie — odpowiedział. — To nie są sanie dla dzieci. Spójrz na ich rozmiar. Są przeznaczone dla większych elfów, tylko dorosłych.

Wtedy do rozmowy włączyła się Mary:

— W tym roku do szkoły dołączy nowe dziecko, znacznie większe niż małe elfiki. W sumie większe też od dorosłych elfów — powiedziała, obejmując mnie ramieniem.

— Tak, poznaj Amelię — dodał Ojciec Gwiazdka. — Uwierz mi, to urodzona mistrzyni jazdy saniami.

Kip zbladł, wbijając we mnie wzrok.

— Och. W porządku. Rozumiem. Hm, eee, dobrze — wybąkał, po czym wrócił do polerowania sań. My zaś kontynuowaliśmy spacer wzdłuż ulicy.

— Biedny Kip — odezwał się Ojciec Gwiazdka. — Miał bardzo ciężkie dzieciństwo.

Każdy inny elf, którego spotkaliśmy, był rozmowny i przyjazny. Matka Breer, wytwórczyni pasków, przymierzyła Ojcu Gwiazdce nowy pas. „Och, Ojcze Gwiazdko... znów urósł ci brzuch. Będziemy musieli dorobić jeszcze jedną dziurkę” — stwierdziła.

Później wybraliśmy się do sklepu ze słodyczami, gdzie poznaliśmy Delicję, która poczęstowała nas nowymi smakami. Spróbowaliśmy Fioletowej Krówki Malinowej, mocno anyżowego cukierka o nazwie Zemsta Błyska (nazwanego na cześć ukochanego renifera Ojca Gwiazdki) i Dzieckouspokajacza.

— Czemu ten cukierek nazywa się Dzieckouspokajaczem?

Delicja wskazała na malutką elfkę o uroczej buzi i spiczastych uszkach, która siedziała radośnie na bujanym krześle, liżąc cukierek.

— Mała Suki. Zawsze na nią działa — odpowiedziała wytwórczyni słodyczy.

Największe wrażenie zrobił jednak na mnie cukierek zwany Karmelkiem Nadziei.

— Oooch, karmelek! — powiedziałam, klaszcząc w dłonie. — Uwielbiam karmelki! Czy ten ma jakiś specjalny smak?

Delicja spojrzała na mnie tak, jakbym powiedziała coś nadzwyczajnie niemądrego.

— To Karmelek Nadziei. Smakuje dokładnie tak, jak się ma nadzieję, że będzie smakował.

Wsadziłam go więc do buzi, mając nadzieję, że będzie smakował dokładnie jak czekolada, i tak właśnie smakował. Pomyślałam więc szybko o szarlotce, a cukierek rozgrzał się w moich ustach, zmieniając smak na szarlotkowy. Wtedy zamarzyłam, aby cukierek smakował jak pieczone kasztany, które jadałam w każde święta, zanim pochorowała się moja mama... A smak znowu się zmienił, tym razem na miękki, ciepły i przywracający wiele wspomnień. Ten ostatni smak, choć nadzwyczajny, sprawił, że zrobiło mi się smutno z powodu braku mamy; połknęłam więc szybko karmelek, nie prosząc o kolejny. Zagryzłam go za to Cukierkiem Łaskotkiem, który łaskotał mnie w podniebienie, aż musiałam się roześmiać.


Wtedy zadzwonił dzwoneczek zamontowany przy drzwiach sklepu, a do środka weszła para ubrana w eleganckie czerwone tuniki. Jeden z elfów był okrągły niczym kula, a drugi miał łysą głowę i okulary na nosie.

— Ach, witaj, Pi — przywitał okularnika Ojciec Gwiazdka, po czym odwrócił się do mnie: — Pi będzie twoim nauczycielem matematyki.

— Witam — powiedział Pi, żując cukierek lukrecjowy. — Jesteś człowiekiem. Dużo słyszałem o ludzkiej matematyce, brzmi zupełnie niepoważnie.

Zdziwiłam się.

— Myślałam, że matematyka wszędzie jest taka sama.

Pi się zaśmiał.

— Całkiem przeciwnie! Ach, całkiem przeciwnie!

Następnie przedstawiono mi drugiego elfa, Kolumba.

— Też jestem nauczycielem. Uczę geografii.

— Czy ludzka geografia jest taka sama jak elfia? — zapytała Mary.

Odpowiedział jej Ojciec Gwiazdka:

— Nie. Świetny przykład to Elfi Jar, który zupełnie nie istnieje dla ludzkiej geografii.

Zjedliśmy jeszcze trochę cukierków, wzięliśmy kilka na wynos i po pożegnaniu się z Delicją, Pi i Kolumbem wyszliśmy na ulicę. Kiedy przechodziliśmy koło budynku „Cośnieżnika”, Ojciec Gwiazdka jęknął:

— Oj nie... Nie ma kolejki. Nikt już nie kupuje „Cośnieżnika”.

Wiedziałam już trochę o „Cośnieżniku”. Była to największa elfia gazeta, której naczelnym był Ojciec Vodol. Ojciec Vodol był bardzo złym elfem. Od samego początku nie znosił Ojca Gwiazdki, a kiedyś nawet zamknął go w więzieniu. Wiecie, Ojciec Vodol był dawniej przewodniczącym Rady Elfów, a za czasów jego rządów wszyscy bali się obcych, choćby ludzi. Ale kiedy Ojciec Gwiazdka został przewodniczącym, Ojciec Vodol wrócił do prowadzenia gazety. Aż do zeszłej Gwiazdki, kiedy wyszło na jaw, że pomógł trollom zaatakować Elfi Jar. Nie został ukarany więzieniem (elfy już nie są wysyłane do więzienia), za to odebrano mu „Cośnieżnik” i kazano się przeprowadzić do malutkiego domu na najcichszej ulicy w Jarze, zwanej ulicą Bardzo Cichą. Mieszkanie przy ulicy Bardzo Cichej było uznawane za wysoką karę, wszystkie elfy bowiem nienawidzą ciszy. Z „Cośnieżnikiem” jednak był taki problem, że odkąd jego naczelną została Nuśka, dawniej korespondentka do spraw reniferów, zdarzyły się dwie rzeczy. Po pierwsze, jakość gazety zdecydowanie wzrosła. Po drugie, prawie nikt już jej nie kupował. Wyglądało na to, że elfy wolały wymyślone historie, plotki i kłamstwa Ojca Vodola. Opowiadam wam o tym teraz, bo ma to ogromne znaczenie dla przebiegu dalszej historii. Ale w tym dokładnie momencie, wychodząc ze sklepu z cukierkami, zajęta byłam zupełnie innymi troskami.

— Jeszcze nigdy nie chodziłam do szkoły. W Zakładzie Pracy niczego nas nie uczyli, cały czas mieliśmy wypełniony pracą. A zresztą elfia szkoła wydaje się bardzo dziwaczna. Jak ja sobie dam radę?

— Och, moja droga — odpowiedział Ojciec Gwiazdka. — Nie doceniasz sama siebie. Od samego początku świetnie sobie poradziłaś z jazdą na saniach, prawda?

— Ale co, jeśli...

— Posłuchaj. Niczym nie musisz się martwić. To przecież Elfi Jar. Miejsce, gdzie wszystko może się zdarzyć. Z Elfim Jarem jest tak jak z tym karmelkiem, który przed chwilą jadłaś. Będziesz czuć się dokładnie tak, jak zapragniesz się czuć.

— Czy życie jest naprawdę takie proste, Mikołaju? — zapytała Mary, zwracając się do Ojca Gwiazdki po imieniu.

— Może — odpowiedział Ojciec Gwiazdka. Łatwo było podzielać jego optymizm, spacerując po Głównej Drodze, gdzie wszystko było piękne i jasne. Właśnie wtedy zauważyłam, że Ojciec Gwiazdka i Mary trzymają się za ręce, i pomyślałam sobie, że to bardzo urocze. Być może to najurokliwsza rzecz, jaką kiedykolwiek w życiu widziałam. Tak bardzo się tym przejęłam, że wypowiedziałam na głos pierwszą myśl, która pojawiła się w mojej głowie:

— Powinniście się pobrać.

Ojciec Gwiazdka i Mary odwrócili się, patrząc na mnie z zaskoczeniem.

— Przepraszam — powiedziałam. — To było nie na miejscu.

Oni jednak spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Mary powiedziała:

— Co za świetny pomysł, Amelio!

A Ojciec Gwiazdka dodał:

— Najlepszy ze wszystkich pomysłów!

I tak właśnie Mary Ethel Winters poślubiła Ojca Gwiazdkę.


Matka Gwiazdka

lub odbył się ostatniego dnia zimowej przerwy świątecznej, dzień przed moim pierwszym dniem w elfiej szkole. Miło było mieć głowę zajętą przygotowaniami do ślubu, na chwilę bowiem przestałam się martwić rozpoczęciem nauki. Prawie cały Elfi Jar przybył tego dnia do Urzędu Miasta, pojawiło się nawet kilka wróżek z Zalesionych Wzgórz. Wśród gości była Wróżka Prawdy razem z Wróżem Kłamstwa, który komplementował kształt moich uszu, co było ciut niepokojące. Stawiły się wszystkie renifery Ojca Gwiazdki, a Błysk został zmuszony do obietnicy, że nie zrobi kupy na posadzkę podczas ceremonii. (Na szczęście obietnicy dotrzymał). Przyszedł też tomtegubb. Słyszałam wcześniej o elfach i wróżkach, nawet mieszkając w Londynie, ale nie miałam pojęcia o istnieniu tomtegubbów. Podobno nie było ich wiele i występowały tylko na wschód od Elfiego Jaru. Nie miały imion i płci, nie były więc ani mężczyznami, ani kobietami. Były po prostu tomtegubbami, a każdy z nich był innego koloru. Ten świecił się jakby na żółto, był malutki i grubiutki i przez cały czas się uśmiechał, pomrukując pod nosem. Przyszedł też mój kot, Kapitan Sadza, ale przez większość czasu tylko podżerał okruchy ciasteczek, które pospadały na podłogę.


No tak, i było też trzęsienie ziemi. Albo coś, co wydawało się trzęsieniem ziemi. Na koniec okazało się, że to po prostu troll maszerujący w naszym kierunku prosto z Doliny Trolli. Troll był tak wielki, że nie dałby rady zmieścić się w sali, siedział więc na zewnątrz na śniegu, podglądając ceremonię przez okno. Była to Urgula, Przemożna Władczyni Trolli, jeszcze większa niż wszystkie znane podtrolle i nadtrolle. Nie widziałam jej w całej okazałości, ale udało mi się zobaczyć jej głowę i rozwiane wiatrem włosy, dzikie niczym gałęzie drzew.

Ojciec Gwiazdka w pewnym momencie otworzył okno, aby z nią porozmawiać:

— Witaj, Urgulo, miło cię widzieć.

Urgula uśmiechnęła się, pokazując swoje trzy zęby, każdy wielkości spróchniałych drzwi.

 

— Ja tutaj, aby życzyć tobie i twoja miłość największe szczęście od każdy troll.

— To bardzo miłe — podziękowała Mary, stojąc u boku Ojca Gwiazdki.

Dzwoneczki zagrały piosenkę napisaną specjalnie na tę okazję: Wyglądasz dziś przepięknie, Moja Słodka (nawet jeśli jesteś człowiekiem). Ceremonię poprowadził najlepszy przyjaciel Ojca Gwiazdki — Ojciec Topo. Szybko zdałam sobie sprawę, że elfie śluby wyglądają nieco inaczej niż te ludzkie.

— Spójrzcie sobie głęboko w oczy — odezwał się Ojciec Topo — i spróbujcie się nie roześmiać.

Ojciec Gwiazdka i Mary świetnie dawali sobie radę aż do momentu, kiedy Ojciec Topo zaczął opowiadać naprawdę kiepskie dowcipy.

— Jaki jest najlepszy prezent, który można dostać na Gwiazdkę?

— Nie mam pojęcia — odpowiedziała Mary.

— Sflaczały balonik! Tego nie przebijesz! Łapiecie?

— No jasne — odpowiedział Ojciec Gwiazdka. — To ja wymyśliłem ten żart!

Ale Ojciec Topo kontynuował:

— Co jest duże, okrągłe i mówi och, och, och? To ty idący wspak! Łapiecie? Bo normalnie mówisz ho, ho, ho! No dobra. A co czuje wypalony zawodowo czarodziej? Rozczarowanie! Rozumiecie? Co robi zaatakowany kucharz? Wzywa posiłki! Posiłki!

Kiepskie żarty rozbrzmiewały jeszcze przez dość długą chwilę, aż do momentu, kiedy Ojciec Gwiazdka i Mary roześmiali się do rozpuku, i to nie dlatego, że żarty były śmieszne, ale dlatego, że były takie kiepskie. Właśnie w tej chwili wspólnego roześmiania się Ojciec Topo powiedział głośno:

— Ogłaszam was mężem i żoną!

Bo tak właśnie bierze się ślub w świecie elfów. Wybuchając śmiechem w tym samym momencie, w samym środku ceremonii.

Mary automatycznie stała się Matką Gwiazdką i członkinią Rady Elfów, ponieważ Ojciec Gwiazdka był jej przewodniczącym. Członkowie Rady Elfów zawsze nosili przydomek Matka lub Ojciec i uczęszczali na ważne spotkania, na których decydowali o życiu elfów i losach Elfiego Jaru. Niewiele elfów chciało być członkami rady, spotkania bowiem były uważane za nudne i długie, od czego elfy dostawały swędzącej wysypki. A kto lubi swędzącą wysypkę?


Po części oficjalnej przyszedł czas na ogromną ilość jedzenia (naprawdę ogromną), muzykę i psotopląsy. Gdzieś pod koniec przyjęcia w sali pojawił się markotny elf z długą, czarną brodą. Warknął cicho w kierunku Ojca Gwiazdki i Mary — albo raczej Matki Gwiazdki — patrząc z niezadowoleniem na każdego, kto wydawał się choć troszkę szczęśliwy. Czyli w sumie na wszystkich w pomieszczeniu, może poza Wróżką Prawdy, która wolała, żeby Ojciec Gwiazdka został singlem (wiem o tym, bo przypadkiem usłyszałam, jak mówi: „Wolałabym, żeby Ojciec Gwiazdka został singlem”), a więc musiał to być dla niej nie najlepszy dzień.

— Dobrze się bawisz? — zapytałam ją z ciekawości.

— To najgorszy dzień mojego życia — odpowiedziała Wróżka Prawdy, opychając się weselnym ciastem.

Okazało się, że markotny elf to Ojciec Vodol. Kiedy Ojciec Gwiazdka chwycił kieliszek, wznosząc toast, zauważyłam, jak Vodol wpatrywał się w niego intensywnie.


— Drogie elfy, wróżki, ludzie, renifery, trolle... och, no i ty, drogi tomtegubbie, dziękuję wam za przybycie! To był dla mnie wyjątkowy dzień, szczęśliwy niczym milion świątecznych dni. Wziąłem ślub z najmilszą, najzabawniejszą i najcieplejszą osobą, jaką kiedykolwiek znałem, Matką Gwiazdką, a na dodatek jestem otoczony wami wszystkimi. Chciałbym też wspomnieć o jeszcze jednej osobie w tym pomieszczeniu.

Wtedy właśnie wskazał na mnie.

— O, o tej właśnie osobie. Amelia Wishart. Dziewczynka, która uratowała Gwiazdkę. Nauczyła mnie tak wiele, przede wszystkim o magii nadziei. A jak sami wiecie, nadzieja jest rodzajem magii. Mam więc ogromną nadzieję i wiarę, że Elfi Jar powita ją, no i moją drogą Mary, z właściwym sobie ciepłem. Tak jak ja wyglądają trochę inaczej, ale zapewniam was, dodadzą uroku naszemu miasteczku.

— Na zdrowie! — powiedziała Nuśka, stojąca obok swojego praprapraprapradziadka, Ojca Topo, trzymając w ramionach swojego syna Małego Mima.

— Absolutnie — dodał Ojciec Topo. — Elfi Jar jest otwarty dla wszystkich. Wioska pełna samych elfów jest równie nudna co świąteczna skarpeta wypełniona takimi samymi prezentami.

— Bardzo się cieszę, że mogę być tutaj z wami — powiedziała Mary. — Jestem przekonana, że Amelia jest równie zadowolona. Prawda, Amelio?

Wszyscy w pomieszczeniu obrócili się w moją stronę.

— O tak. Jestem bardzo szczęśliwa. Zdecydowanie lepiej tutaj niż w Zakładzie Pracy, mówię wam.

Elfy uśmiechnęły się do mnie, w ich oczach dostrzegłam jednak szczyptę zadziwienia. A może to było rozbawienie? To chyba dlatego, że naprawdę byłam od nich inna. Różniłam się też od Ojca Gwiazdki i Mary. Nie miałam w sobie ani krzty czarosnucia. Czarosnucie to elfia magia; ta, która uratowała kiedyś życie Ojca Gwiazdki, i ta, której Gwiazdka użył w zeszłe święta, aby uratować życie Mary. Nie umiałam robić wszystkich tych magicznych sztuczek, które potrafią elfy, Ojciec Gwiazdka i których nauczy się Mary (kiedy tylko ukończy swoje lekcje czarosnucia). Ale nie przejmowałam się tym zbytnio. Przynajmniej jeszcze nie wtedy. Nawet podobało mi się bycie inną. Całe swoje życie w Londynie byłam zupełnie niewidzialna, byłam jednym z wielu biednych, wychudzonych i brudnych od węgla dzieci. A teraz, kiedy wszyscy mi się przyglądali, było mi miło. Po raz pierwszy w życiu czułam się wyjątkowa.

Ojciec Gwiazdka pomógł mi trochę, oznajmiając głośno:

— Wznieśmy więc toast za przyjaźń i szczęście! Nie ma znaczenia, skąd ktoś pochodzi, jesteśmy teraz wszyscy w Elfim Jarze, który jest otwarty dla każdego.

Zdałam sobie sprawę, że Ojciec Vodol wciąż wpatrywał się w kieliszek Ojca Gwiazdki. Wpatrywał się i wpatrywał, aż nagle kieliszek zaczął się trząść tak mocno, że zdziwiony Ojciec Gwiazdka wypuścił go z ręki. Kieliszek przeleciał przez cały pokój i spadł z hukiem obok moich stóp. Spojrzałam w dół na różowopomarańczową plamę od soku malinowego. Nikt nie wiedział, że była to sprawka Ojca Vodola, nikt bowiem nie zauważył, jak intensywnie patrzył się w kierunku Ojca Gwiazdki.


— A co to się stało? — zapytała Mary.

— Nie mam pojęcia — odpowiedział Ojciec Gwiazdka.

— To jego wina — powiedziałam, wskazując na elfa z czarną brodą.

Cała sala zamarła. Wszyscy, włącznie z Ojcem Gwiazdką, wyglądali na nieco zmartwionych.

Ja również nieco się zmartwiłam.

— To sprawka Ojca Vo... — Ale nie udało mi się dokończyć zdania, moje usta bowiem mocno się zacisnęły i nie byłam w stanie ich otworzyć. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to czarosnucie Ojca Vodola.

— Nie mam zielonego pojęcia, o czym mówi to ludzkie dziecko — odezwał się z uśmiechem Ojciec Vodol. — Coś jej się ubzdurało.

Próbowałam zareagować, ale nie mogłam. Spojrzałam na zmartwione twarze Ojca Gwiazdki i Mary. Nie chciałam psuć im humoru, wzruszyłam więc ramionami, zmuszając się do lekkiego uśmiechu. Ojciec Gwiazdka spojrzał na swoją pustą dłoń i na kałużę pod moimi stopami. Wydął dolną wargę i oznajmił, klaszcząc w dłonie:

— Cóż, nie ma co płakać nad rozlanym sokiem. Bawmy się! Dzwoneczki, zagrajcie coś wesołego!

Znów rozbrzmiała muzyka, a elfy wyskoczyły na parkiet, by zaprezentować skomplikowane kroki magicznych psotopląsów. Ja również tańczyłam, nieco mniej magicznie, aż do momentu, kiedy Ojciec Vodol stanął tuż przede mną. Trochę się go bałam, ale byłam zdeterminowana, aby mu tego nie okazać. Zapytałam go więc:

— Lubisz tańczyć?

Ojciec Vodol odpowiedział:

— Nie, nie znoszę. Sęk w tym, że musisz pilnować swoich kroków. Wystarczy jeden zły ruch i będą poważne konsekwencje.

Zaśmiałam się.

— Tańczenie nie jest przecież aż tak skomplikowane.

— Nie mam na myśli tańca — powiedział jednak Ojciec Vodol.

— Och.

— Mam na myśli ciebie.

— Dlaczego muszę pilnować swoich kroków?

— Bo masz za duże stopy.

— Co? Moje stopy wcale nie są za duże. Są wręcz w sam raz. Jestem przecież człowiekiem.

— Dokładnie.

Oczy Ojca Vodola zwęziły się ze złością.

— Jesteś człowiekiem. Nie pasujesz do tego miejsca.

— Ojciec Gwiazdka jest człowiekiem. Mary jest człowiekiem. Oni też tutaj nie pasują? Inne elfy nie mają z nimi problemu.

Vodol nachylił się i powiedział do mnie cicho:

— Och, zupełnie nie rozumiesz elfich umysłów. Są bardzo zmienne. Wystarczy jeden zły ruch, a zwrócą się przeciwko tobie. Sama zobaczysz. Dopilnuję tego.

— Wcale się ciebie nie boję.

— Jeszcze — powiedział. — Jeszcze się mnie nie boisz. Uważaj na te wielkie stopy.

Po czym odwrócił się i odszedł, a wszyscy byli zbyt zajęci, aby zauważyć, że mój uśmiech zniknął i zastąpiło go zmartwienie. Tak bardzo się przejęłam, że właśnie zadarłam z najgorszym elfem w Elfim Jarze. I zupełnie zapomniałam o tym, że następnego dnia był mój pierwszy dzień w nowej szkole.