Klub. Seksskandal w komitecie noblowskimTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Filippa przysyła esemesa. Ma znajomą, która być może porozmawia ze mną: „To poważne, rozważa zgłoszenie sprawy na policję”.

Kiedy do niej dzwonię, wyjaśnia, że jej znajoma pisze doktorat z jakiegoś przedmiotu humanistycznego i że wielu wysoko postawionych profesorów na jej uczelni – w tym jej promotor – znają Arnaulta.

Wieczorem dostaję numer telefonu do Lydii, następnego dnia rano znów siedzę w dźwiękoszczelnym akwarium redakcyjnym. Tej jesieni spędzę tu sporo godzin, a moje dni i wieczory będą zdominowane przez różne rozmowy. Rozmowy, które do niczego nie prowadzą. Rozmowy wesołe. Rozmowy, które składają się niemal wyłącznie z ciszy w telefonie wywołanej płaczem. Rozmowy, podczas których wydaje mi się, że już uchwyciłam opisane zdarzenie, a chwilę później wyłania się szczegół, który wszystko komplikuje. Rozmowy, które demolują mnie psychicznie.

A jednak nigdy nie przywyknę do zadawania tych pytań. Zanim skontaktuję się z nową osobą, siedzę przez kilka minut i przyglądam się jej nazwisku i numerowi na podświetlonym ekranie. W matowej szybie jest przezroczysta szpara, przez którą mogę obserwować redakcję. W suficie są wielkie okna, za każdym razem, gdy słońce chowa się za chmurami, widzę, jak cień pochłania kolejne biurka.

Kiedy Lydia odbiera, w tle słychać inne głosy. Chwilę potem zatrzaskują się drzwi, a kiedy zapada cisza, ona wyraża obawę, na którą jestem zupełnie nieprzygotowana, obawę, która mnie uderza, ponieważ dotyczy dużo ważniejszych spraw niż tylko kariery. Rozmawiamy długo. W zamian za obietnicę anonimowości zaczyna opowiadać o wernisażu, który odbył się w Sztokholmie 5 października 2011 roku.

Lydia miała koło trzydziestki. Właśnie się rozwiodła, dwoje dzieci. Doktorantka na szanowanym uniwersytecie. Po wystawie poszła ze znajomym do baru, gdzie spotkała starszego mężczyznę, Jean-Claude’a Arnaulta. Lydia wiedziała, że jest dyrektorem artystycznym Forum, sceny kulturalnej, która nigdy jej nie interesowała i dlatego była tam może tylko raz. Dość szybko zaczął rozwodzić się nad bliską znajomością z jej promotorem oraz innymi ważnymi profesorami na wydziale. Ze słów Arnaulta wynikało, że cieszy się ich zaufaniem. Miała ochotę na seks, sądziła, że pójście z Jean-Claude’em do wynajętego mieszkania w dzielnicy Gärdet nie będzie czymś, co wywoła szczególne komplikacje. Nie do końca tak było. Mówi, że własne pożądanie – to, że fizycznie jej się podobał – tylko pogorszyło sytuację. To było naturalne, wzajemne uczucie, które gwałtownie zmieniło swój charakter.

Po raz pierwszy poszła na policję w 2013 roku. Opowiedziała o zdarzeniach policjantce, która stwierdziła, że Lydia może złożyć oskarżenie. Właściwie nie ma innego wyjścia, niż zgłosić przestępstwo. Ale Lydia nie podała nazwiska ani swojego, ani Jean-Claude’a Arnaulta. Zbliżał się weekend, obiecała, że przyjdzie w poniedziałek. Jednak nie wróciła.

Idzie do tego samego komisariatu w październiku 2017 roku, kilka dni po naszej pierwszej rozmowie. Czuje się silna dzięki #MeToo, myśli, że jeśli nie złoży najpierw oskarżenia, nie będzie mogła ujawnić się w artykule. Gdy jest już na miejscu, traci odwagę, zostaje odesłana do osoby w dziale zajmującym się ciężkimi przestępstwami. Uświadamia sobie, że jej nazwisko, niezależnie od poufności, wycieknie do świata kultury. Ryzykuje utratę „całego swojego życia”.

„Moja akademicka pozycja na wydziale. Moje życie prywatne. Boję się, co może stać się ze mną i moją rodziną”.

Pod koniec listopada tego samego roku Lydia idzie na sztokholmski komisariat po raz trzeci. W czasie przesłuchania, a potem w sądzie, podaje, że już podczas wernisażu wiedziała, że „chce się z nim przespać”.

Słyszała, że Jean-Claude Arnault jest „kobieciarzem”, a to jej pasowało. Nie była zainteresowana związkiem, tylko „seksem na jedną noc”.

Mówi, że zaspokajała go oralnie, kiedy on nagle „chwycił ją mocno” za kark. Wepchnął członek do jej gardła. Nie mogła oddychać, „poczuła panikę w całym ciele”. Próbowała wstać, podpierając się rękami. Szarpała się, chcąc się wyrwać. Nie puścił jej, była w potrzasku. Ocenia, że trwało to „przynajmniej trzydzieści sekund, może niecałą minutę”.

Gdy zaczęła wymiotować, zepchnął ją z łóżka, żeby „rzygała na podłogę, a nie na jego pościel”.

Podczas przesłuchania Lydia mówi, że seks nie miał w sobie „nawet cienia” przemocy, do momentu kiedy Jean-Claude Arnault nagle chwycił ją za kark. Kiedy puścił, położyła się na plecach, żeby zaczerpnąć powietrza. Była w szoku i „w głowie miała pustkę”. On położył się na niej i zaczął uprawiać z nią seks waginalny. Nie robiła nic. Nie była w stanie poprosić, żeby przestał, ani go odepchnąć. Kiedy on ją penetrował, była „sparaliżowana”.

Na kolejnych przesłuchaniach mówi, że sytuacja ta była szczególnie poniżająca. Przy napaści podczas seksu oralnego opierała się. Teraz leżała pasywnie na plecach. W naszej pierwszej rozmowie mówi, że czuła się jak przedmiot.

„Nie potrafię się identyfikować z tamtą sytuacją. Kiedy myślę o tamtym stanie, nie poznaję siebie, dlatego tak trudno mi opowiadać o tym zdarzeniu”.

Dlaczego Lydia postanowiła przenocować u Jean-Claude’a Arnaulta po tym, co jej zrobił? Podczas przesłuchania wyjaśnia, że była „zdezorientowana”. Nie miała siły się podnieść ani skonfrontować z mężczyzną, który spał obok. Ta przemoc tkwiła w jej ciele. Nigdy wcześniej nie przeżyła nic podobnego. Fizycznie odczuwała panikę.

Następnego ranka opuścili mieszkanie tą samą taksówką. W aucie on był przymilny, a ona ustępliwa. Była przekonana, że ta jego agresja może się powtórzyć. Wiedziała, że musi sprytnie się uwolnić. Jean-Claude Arnault wysadził ją przy stacji metra.

Lydia opowiada mi, a później także w sądzie, że nie wie, jak tego typu zdarzenia są postrzegane przez prawo.

„Naraził mnie na coś, co było potwornie nieprzyjemne i poniżające. Ale to przecież ja podjęłam inicjatywę, nie wiedziałam, że w takim przypadku to może zostać uznane za gwałt. Nie wiedziałam też, że przemoc podczas seksu oralnego to także gwałt. Powiedziano mi o tym dopiero, gdy poszłam na policję dwa lata później”.

Po tej pierwszej nocy Jean-Claude Arnault zaczął wydzwaniać, mówi Lydia podczas przesłuchania. Namawiał ją, żeby się spotkali. Ona bardzo stanowczo odmawiała. Starała się jednak nie robić mu wyrzutów. Miała wrażenie, że gdyby mu cokolwiek wypomniała, mógłby się stać agresywny. Chciała, żeby „był spokojny”.

Do końca listopada 2011 roku wielokrotnie odmówiła kolacji z Arnaultem.

Zaczął się z nią kontaktować przez jedną z jej bliskich przyjaciółek, kobietę, której pozycja zawodowa zależała od Jean-Claude’a Arnaulta. Lydia niepokoiła się, że on będzie robił koleżance problemy. Bała się także o własną przyszłość.

Około dziesięciu osób z jej wydziału było zaangażowanych w Forum, przyjaźnili się z dyrektorem artystycznym. Wśród nich był jej promotor. Przyjaciel opowiadał, że Arnault kilka razy „zrujnował życie” kobietom, które mu się przeciwstawiły.

Przy tym wszystkim Lydia miała przeczucie, że Jean-Claude Arnault nie zniesie wielu odmów, że w końcu stanie się niebezpieczny. Mówi mi, że była to powtórka jej doświadczeń z okresu dojrzewania.

„Nagle coś wybuchało. Wcześnie nauczyłam się odczytywać wściekłość. Czułam się więc zmuszona pójść na kompromis, żeby utrzymać dystans. Pomyślałam, że jeśli ustąpię choć trochę, to nie pogorszy sytuacji”.

Lydia zgodziła się na kolację w towarzystwie swojego przyjaciela i Jean-Claude’a Arnaulta.

Tego wieczoru był „hojny”, pokazywał się z najlepszej strony. W przesłuchaniach Lydia zwraca uwagę, że stawiał dużo alkoholu. Zrobiło się późno. Kolega gdzieś się zawieruszył. Nie była w stanie sama wrócić metrem, a Arnault zaczął namawiać, żeby przenocowała u niego.

Lydia zaznacza, że mówiła mu, iż nie będzie uprawiać z nim seksu. Ma niezwykle wyraźne wspomnienie, że trzykrotnie zapewniał, że to rozumie i szanuje – gdy czekali na taksówkę, kiedy siedzieli w aucie i wchodzili po schodach.

W mieszkaniu poprosiła o pożyczenie koszulki. Potem zasnęła. Obudziła się, bo poczuła, że penetruje ją od tyłu. Natychmiast się wyrwała i wstała z łóżka. Wspomina, że „płakała i była zdruzgotana”, wściekły Arnault twierdził, że „nic nie zrobił”. Miała wrażenie, że on jest „groźny, zły i może trochę wystraszony”. Według niej dobrze wiedział, że przekroczył granicę.

Powiedziała, że wychodzi. Wezwał dla niej taksówkę. Miał własne konto w jednej z korporacji taksówkarskich, w której zamawiano na hasło „Forum”. Lydia czekała na ulicy, chciała jak najszybciej opuścić mieszkanie.

Potem znów się z nią kontaktował. Chciał ją zaprosić na kolację. Miała wrażenie, że to „gest pojednania”. Jean-Claude Arnault w rozmowie sam wspomniał, że ma zamiar zrobić porządek z innymi kobietami, które „oskarżyły go o seksualne incydenty”. Zaniepokoiła się, odbierała te stwierdzenia jako skierowane do niej groźby.

Mówi mi, że postanowiła się z nim spotkać i wyjaśnić, o co chodzi.

„Pomyślałam, że jeśli tylko wystarczająco jasno dam mu do zrozumienia, że nie chcę mieć z nim żadnych kontaktów, przestanie się odzywać. Łudziłam się, że uda mi się nie wejść z nim na wojenną ścieżkę”.

Lydia wytłumaczyła Jean-Claude’owi Arnaultowi, że w żadnym razie nie chce wchodzić z nim w seksualną ani romantyczną relację. Powiedziała, że to, co zdarzyło się ostatnio, nie było w porządku, nie użyła przy tym słowa „przemoc”. Jean-Claude Arnault nalegał, by zostali przyjaciółmi. Zaproponował jej wykład w Forum. Odmówiła. Domagał się, żeby odwiedziła go w Paryżu, w mieszkaniu Akademii Szwedzkiej. Mieli spędzić czas w „ramach przyjacielskiej relacji, a poza tym zna tam pewną osobę, która może okazać się ważna dla jej kariery”. Powiedziała „nie”.

 

Kiedy już zjedli, bardzo chciał pochwalić się obrazami, które on i Katarina Frostenson mieli w mieszkaniu. Podczas przesłuchania Lydia powie, że pójście z nim było z jej strony „bardzo naiwne”. Strach nieco ustąpił, nabrała trochę poczucia bezpieczeństwa. Wydawało jej się, że Jean-Claude Arnault autentycznie zrozumiał i uszanował to, co powiedziała mu podczas kolacji. Czuła, że odrzuciła już tak wiele jego propozycji, że jeśli odrzuci jeszcze jedną, on stanie się agresywny.

W naszej rozmowie Lydia podkreśla, że czuła się spokojna również dlatego, że mieli iść do mieszkania małżeństwa. Katarina Frostenson mogła być w domu. Lydia nie potrafiła sobie wyobrazić, że Jean-Claude Arnault mógł jej coś zrobić w ich wspólnym mieszkaniu. Zwłaszcza że sam zdawał się zaniepokojony tym, co wydarzyło się wcześniej.

Oprowadził ją po mieszkaniu, a kiedy stała przed obrazem w sypialni, popchnął ją na łóżko. Położył się na niej. Był „bardzo ciężki”, zaczął zrywać z niej ubranie.

Lydii udało się go odepchnąć, w ten sposób przerwała napaść. Sądziła, że będzie to „klasyczny gwałt”. Powiedziała, że chce natychmiast wracać do domu. Jean-Claude Arnault zamówił taksówkę i zapłacił za kurs.

Próby kontaktu nie ustały. Kiedy nie odbierała telefonów, zaprosił jej bliską przyjaciółkę do Paryża. Lydia miała wrażenie, że Arnault próbuje ją szantażować przez koleżankę – nie ustawał w prośbach, żeby do nich dołączyła. Sytuacja stała się dla niej nie do wytrzymania. Niepokoiła się o przyjaciółkę przebywającą z nim sam na sam, dlatego w końcu postanowiła pojechać. Postawiła warunek: przyjedzie z roczną córką i będzie spała razem z nią i przyjaciółką w oddzielnym pokoju. Pomyślała, że wtedy nic nie może się stać. Były tam przez weekend, czas spędzała przede wszystkim z córką i koleżanką. Nie było żadnych poważnych incydentów. Chociaż podczas przesłuchania Lydia mówi o wybuchach agresji Jean-Claude’a Arnaulta oraz że bywały „nieprzyjemne sytuacje”.

Opowiada mi, że próbował się z nią skontaktować przez kilka następnych miesięcy. Tym razem w ogóle nie odbierała telefonu. Nawet po kilku latach potrafił nagle zadzwonić z zastrzeżonego numeru i na nią krzyczeć. Przerywała wówczas połączenie.

Zadaję Lydii pytanie, czy z kimkolwiek rozmawiała na temat tych wydarzeń. „Tak” – odpowiada. Zaraz potem opowiedziała o tym kilku zaufanym osobom.

„Tydzień czy dwa po sytuacji z seksem oralnym i zanim spotkałam się z Jean-Claude’em Arnaultem po raz drugi, opowiedziałam o tym także terapeutce”.

Po rozmowie z Lydią palec drży mi tak gwałtownie, że nie jestem w stanie używać telefonu. Czy opowieści Lydii są prawdą, choć nie ma po nich śladu w internecie?

Jesienią 2017 roku nie znajduję na ten temat żadnych ogólnodostępnych informacji. Nawet na forum Flashbacku[2].

Za to Google doprowadza mnie do artykułu w „Dagens Nyheter”, o którym wspomniała Christine, tego, gdzie Horace Engdahl wychwala swego przyjaciela Jean-Claude’a Arnaulta: „Prowadzi życie konesera, właściwie tylko on to potrafi, jest jedynym rozsądnym człowiekiem, powinien zamienić Forum w szkołę stylu dla młodych mężczyzn”. Robię print screen cytatu, postępuję tak z każdą znalezioną w internecie informacją. Czytam wywiady z Jean-Claude’em Arnaultem, ale nie dają mi one pełnego obrazu tego człowieka.

W portrecie opublikowanym w „Judisk Krönika” w 2010 roku jest opisany jako „obyty z europejskim dziedzictwem kulturowym”, kultura „to jego tlen”, jest w tym „mało szwedzki”.

Na pytanie o to, „jak udaje mu się tak dużo czytać”, Arnault odpowiada, że fotografuje tekst wzrokiem, stąd tak łatwo przychodziły mu studia. Potrafił „przelecieć podręcznik w błyskawicznym tempie, a potem przez całą noc imprezować”. Jego erudycja znajduje potwierdzenie także wtedy, gdy czytam o serii esejów, które planuje opublikować wydawnictwo Ersatz. W jednym z numerów „Dagens Nyheter” z 2008 roku czytam wywiad, w którym pojawia się informacja, że Jean-Claude Arnault ma zamiar wystąpić również w roli redaktora. Z tekstu wynika, że to duży i poważny projekt: „Zamierzamy wydawać około siedmiu tytułów rocznie”.

Rola redaktora zupełnie nie pasuje mi do zawiłych maili i długich, często niezrozumiałych esemesów, jakie kobiety otrzymywały od Arnaulta, a które dały mi do przeczytania.

Z artykułów dowiaduję się również, że był aktywistą majowej rewolty z 1968 roku, że siedział w więzieniu za odmowę służby wojskowej i że w Paryżu prowadzi równoległą karierę jako reżyser operowy.

Kobieta, która przez pewien czas była w związku z Arnaultem, mówi później, że traktowała te jego historie z przymrużeniem oka.

„Dochodzenie prawdy nie miało sensu. Ale nawet te najbardziej niesamowite historie potrafiły się sprawdzać. Na przykład z góry umiał powiedzieć, komu zostanie przyznana Nagroda Nobla albo kto niebawem będzie wybrany do Akademii Szwedzkiej”.

Wchodzę na stronę internetową Forum, gdzie znajduję informację o tym, że w 2008 roku przyznano Arnaultowi kulturalną nagrodę wydawnictwa Natur&Kultur za jego artystyczną umiejętność inspirowania i wydobywania „wewnętrznej energii i najwspanialszych przejawów doskonałości zarówno ze szwedzkiej, jak i z międzynarodowej elity twórców kultury”.

W 2015 roku rząd Szwecji postanowił pasować go na rycerza pierwszej klasy, przyznając mu królewski Order Gwiazdy Polarnej.

Order wręczyła mu minister kultury Alice Bah Kuhnke, a zdjęcia z ceremonii pojawiały się na stronie internetowej Forum. On i ona stoją razem w wielkiej białej sali. W tle widać stół pełen tartinek przygotowanych na przyjęcie. Ona ma na sobie czarną suknię. On zaczesał włosy do tyłu, jest ubrany w przypominającą płaszcz marynarkę ze stójką, uszytą ze zgrzebnej tkaniny. Alice Bah Kuhnke uśmiecha się do Jean-Claude’a Arnaulta, który pokazuje lśniącą gwiazdę do obiektywu: srebrno-złoty medal ułożony na czerwonym aksamicie.

Medal z pewnością nie był dla Arnaulta zaskoczeniem. Później dowiem się, że członek Akademii Per Wästberg już w 2013 roku „z całą mocą” rekomendował Jean-Claude’a Arnaulta jako laureata królewskiego Orderu Gwiazdy Polarnej. Na papierze firmowym Akademii Szwedzkiej Wästberg napisał, że „niewielu jest równie zasłużonych” i że dziwi fakt, że jego zasługi nie zostały dotąd nagrodzone.

Wkrótce poszukiwania doprowadzają mnie do artykułu na temat #MeToo, traktującego o tym, jak ruchowi udało się nagłośnić sprawę w ten sposób, że systematyczne nękania stają się coraz bardziej widoczne. Na końcu zamieszczono wers z wiersza Katariny Frostenson. Dziwnie się to czyta, pracując nad tym śledztwem. Frostenson bawi się w wierszu psalmem autorstwa Ylvy Eggehorn: „Nie obawiaj się / istnieje tajemny znak”. W utworze Katariny Frostenson ten wers jest przekręcony: „Obawiaj się / istnieje potwór”.

Wpisując nazwisko Jean-Claude’a Arnaulta w różne wyszukiwarki, zwracam uwagę nie tylko na niego. Śledzę dawne historie, sprawdzam, kto polubił jego zdjęcia na Instagramie i posty w innych mediach społecznościowych. Kto posyła emotikony z oczami w kształcie gwiazdek lub serduszek. Kto regularnie bywał w Forum i pojawiał się obok niego na zdjęciach z przyjęć. Wielcy pisarze oraz intelektualistki feministki. Politycy zajmujący się kulturą i byli rządzący, Marita Ulvskog i Lena Adelsohn Liljeroth, a także politycy od kultury w obecnym rządzie. Młodzi krytycy literaccy, awangardowi poeci i starzy, poważni wydawcy. Lista ich nazwisk przypomina mi o tym, co wiedziałam już od pierwszej chwili. Chęć poznania historii dyrektora artystycznego Forum nie dotyczy wyłącznie samego Arnaulta – tym, co przez ponad rok będzie mnie zajmować w równym stopniu, jest świat wokół niego.

7

Jeśliby wyznaczyć miejsce narodzin Forum, musiałaby to być restauracja Prinsen, od ponad stu lat znajdująca się pod tym samym adresem w pobliżu Stureplanu. Lokal jest oddzielnym światem, przestronnym i mrocznym zarazem: lustra na ścianach pomnażają gości w lokalu, okna, w górnej części będące witrażami, od zewnątrz są zasłonięte przez markizy. To miejsce, które pozwala gościom zapomnieć o porze dnia, można tam się upić, będąc niewidocznym z ulicy.

W latach osiemdziesiątych Prinsen był nocnym punktem spotkań dla młodej sztokholmskiej elity kulturalnej i medialnej, lokal zapełniał się ludźmi, którzy całowali się w policzek, a następnie tłoczyli obok siebie na ciemnych drewnianych ławach. W niewielkim przedsionku znajdował się telefon, ludzie dzwonili, żeby spytać szatniarza, kto jest na miejscu.

Było to pokolenie, które po pełnych idealizmu latach siedemdziesiątych pragnęło posmakować kosmopolitycznej dekadencji. Naturalność i ludyczność nudziły ich, dla odmiany wybielali sobie włosy, kobiety malowały usta na czerwono, zgłębiano pokłady elitarnej, wyrafinowanej wiedzy. Bycie na topie w dziedzinie mody lub muzyki wymagało posiadania wyjątkowych zainteresowań – najlepiej, jeśli można było odbyć podróż do obskurnych sklepików płytowych w Londynie. Status budowało się umiejętnością bycia pionierem w danym temacie. Nowy magazyn rozrywkowy rozpisywał się na temat młodych, obiecujących nazwisk. Często fotografowano ich w Prinsen. Aby zatrzymać klientelę, najważniejsi bywalcy dostawali własne kieliszki. Szkło wisiało za barem w długim, ponumerowanym rzędzie. Im niższa cyfra, tym wyższy status.

Jean-Claude Arnault przesiadywał w Prinsen prawie co wieczór. Zbliżał się do czterdziestki, a czerwone wino popijał z kieliszka numer trzy. W restauracji zawsze siadał plecami do ściany. Zdawało się, że ma niezwykłą potrzebę obserwowania wszystkiego, co dzieje się wokół. Czasem robiło się niezręcznie, osoba w jego towarzystwie czekała, aż on obejdzie wszystkie stoliki i znajdzie odpowiednie miejsce.

Upinał ciemne włosy, niemal zawsze ubrany był na czarno. Było tak, od kiedy po raz pierwszy pojawił się w Sztokholmie, a wówczas – pod koniec progresywnych lat sześćdziesiątych – kolor ten był rzadko spotykany.

Jean-Claude Arnault od dawna był personą w sztokholmskich klubach, teraz zaprzyjaźnił się dodatkowo z grupą wokół „Krisu”, niszowego czasopisma, w którym redaktorzy tłumaczyli myślicieli z kontynentu i prowadzili, jak sami to nazywali, „podziemny uniwersytet”. Wkrótce jednak te cztery litery miały stać się symbolem atmosfery całej epoki. „Kris” wcześnie sformułował postulat, by zerwać z moralizatorską myślą sztuki lat siedemdziesiątych. Promowano literaturę otwierającą się na nieznane, a debiut członka redakcji Stiga Larssona Autisterna [Autyści[3]] stanowił otwarcie lat osiemdziesiątych. W powieści tej brakuje tradycyjnej chronologii, opowiada o męskim „ja” przemierzającym metropolie i szwedzką prowincję – między czułością a przemocą – „ja”, które nigdy nie ocenia wrażeń jako dobre lub złe. Za pomocą tej samej migotliwej, hipnotycznej uwagi rejestruje wszystko – od jedzenia i orgazmów po wesołe miasteczka i przemoc seksualną.

Miejsce Jean-Claude’a Arnaulta w tym kręgu było oczywiste, choć niełatwo przychodził mu udział w zaawansowanych dyskusjach o literaturze. On miał inną rolę.

Członek „Krisu”, krytyk Horace Engdahl, który później zostanie wybrany do Akademii Szwedzkiej i przez ponad dziesięć lat będzie pełnił funkcję jej stałego sekretarza, jest tym, który na temat „Krisu” wypowiedział się najmocniej. Być może dlatego, że miał ogromną potrzebę bycia częścią tej opowieści.

Syn oficera, Horace Engdahl mówi o sobie jako samotnym dziecku, które wcześnie zrozumialo, że jego oazą jest czytanie. Połykał przede wszystkim książki przygodowe, a jego obraz życia jako wojny narodził się już w chłopięcym pokoju.

Kiedy Horace Engdahl wyrusza w świat akademicki, zanurza się szczególnie w romantyzmie, który sprzeciwiał się oświeceniowej sekularyzacji i racjonalnemu postrzeganiu człowieka i kosmosu. Chciał nobilitować tajemniczość i piękno. Artystę wynieść na piedestał. Dla niego poeta czy kompozytor był niczym Bóg, który tworzy nowe, nieznane światy. W wielu aspektach sztuka zajęła dla niego miejsce religii.

Horace Engdahl debiutował w połowie lat osiemdziesiątych książką Den romantiska texten [Tekst romantyczny], która według recenzentów na nowo obudziła zainteresowanie szwedzkim romantyzmem. Autora wciągnięto do redakcji „Dagens Nyheter”, krytykę swych polemicznych tekstów prasowych traktował jak próbę zniszczenia go. Twierdził, że wciąż jest wystawiany na ataki, z których jednak wychodzi zwycięsko.

Pragnienie walki nigdy nie opuściło Horace’a Engdahla, czarno-białe metafory wojenne towarzyszą mu przez całą karierę. Podobnie jak miłość do orderów, które z biegiem lat sprawiły, że Katarina Frostenson nazywała go w kręgu Akademii „admirałem”. Obraz ten jest przeciwieństwem jego inteligentnych, świadczących o wrażliwości esejów. Gdy rozmawiam z ludźmi, którzy znali go od dawna, opisują człowieka złożonego z przeciwieństw, reagującego w różny sposób.

 

To człowiek, który potrafi wygłaszać płomienne, zaangażowane monologi o miłości i śmierci, a który nie potrafi słuchać ani rozmawiać na przyziemne, konkretne tematy.

Zanim spotkał Ebbę Witt-Brattström, należał do tego typu mężczyzn, którzy mają powierzchowny stosunek do kobiet.

Marzył o wielkiej męskiej przyjaźni i w „Krisie” odnalazł właściwe miejsce. W eseju zawartym w Ordens negativ [Negatyw słów], sztambuchu dla Andersa Olssona wydanym w 2009 roku, Engdahl pisze, że ta wspólnota stała się odpowiedzią na jego tęsknotę za „powrotem romantycznego kręgu”.

Stwierdza, że prawdziwi artyści tworzą dla historii i wieczności, a nie dla współczesnych czytelników, którzy później sprowokowani odwracają się od nich. Zatem przynależność do takiego kręgu umożliwia wzniesienie się ponad doczesność. To odrzucenie „brutalnej publiczności”.

Pisze o znaczeniu, jaki miał dla niego fakt, że dawne zrzeszenia tego rodzaju przyjmowały postawę ignorowania otoczenia, „troszcząc się o własne mity”.

Właśnie „Krisowi”, podobnie jak wielu dwudziestowiecznym męskim grupom artystycznym, udało się tworzyć i rozpowszechniać legendy o samym sobie. Horace Engdahl i pisarz Stig Larsson tak wiele razy powtarzali historię o swoim pierwszym spotkaniu, że w świecie literackim do dziś powszechnie wiadomo, że miało ono miejsce po wykładzie o „ideologicznym aparacie państwowym”. Że było to w kwietniu 1977 roku i że Horace Engdahl miał wrażenie, że Stig Larsson od razu odmienił jego wyobrażenie o tym, co w świecie jest możliwe. Engdahl pochodził ze świata literaturoznawców i akademików, gdzie wszystkie stwierdzenia miały naukowe podstawy. Dla Stiga Larssona – dziewiętnastolatka z rodziny robotniczej z Umei, błyskotliwego i wybitnie towarzyskiego, posługującego się skojarzeniami i nieustraszonego jak dziecko – nie istniały takie ramy. Twierdził, że jeśli ktoś chce wkroczyć w sferę publiczną albo tworzyć nową epokę, powinien się za to po prostu wziąć. Horace Engdahl miał wrażenie, że ten nowy przyjaciel zaraża pewnością siebie nie tylko jego samego, lecz także „resztę kręgu”.

Niebawem Stiga Larssona przedstawiono Andersowi Olssonowi. Łączyły ich z przyjacielem Horace’em Engdahlem te same ambicje i zainteresowania, lecz w kontekście społecznym uchodził za jego ciche przeciwieństwo. Olsson wspomina, że po tym, jak Stig Larsson zaproponował wydawanie wspólnego pisma, „coś między nimi zaiskrzyło”.

Anders Olsson i Horace Engdahl uczestniczyli w seminarium doktoranckim prowadzonym przez profesora Uniwersytetu Sztokholmskiego i późniejszego członka Akademii Kjella Espmarka. Do grona jego studentów należała także Katarina Frostenson. Espmark mówi mi, że studenci w owym okresie często mu imponowali. Nigdy wcześniej, ani też później, nie spotkał się z tak uzdolnionym i oczytanym pokoleniem. Dostrzegł, że rodzi się wśród nich nowy rodzaj elitaryzmu.

„Reprezentowali nurt popularny dla tej epoki, według którego krytyka jest nie tylko równoprawna ze sztuką, którą opisuje. W niektórych przypadkach może być nawet doskonalsza”.

Horace Engdahl twierdzi w swoim eseju, że romantyczny krąg nie opiera się na wspólnych poglądach czy „uwarunkowaniach biologicznych”, ale na „wybraństwie”.

Na fali „Krisu” powróciła idea geniuszu, czyli pogląd, że tworzenie ma swoją cenę. Stig Larsson czuł powołanie. Pisał dla wieczności, w autobiografii När det känns att det håller på att ta slut [Kiedy mam wrażenie, że to już koniec, 2012] opowiada, jak odkrył, że amfetamina zwiększa jego wytrzymałość. W tej samej chwili uznał, że przyjmowanie narkotyków jest czymś obowiązkowym. Przekonanie to odzwierciedla obraz artysty, który przez kolejne dekady będzie coraz bardziej wyobcowany i odległy. Takiego, jaki jest przeciwieństwem człowieka, który wychodzi z pracy o piątej, jak wszyscy inni, i jest „zwykłym rodzicem z fotelikiem dziecięcym na bagażniku roweru”.

Gdy Jean-Claude Arnault i Katarina Frostenson otworzyli Forum, owa wiara w sztukę zyskała swoją świątynię.

***

W spotkaniach z nowymi ludźmi Jean-Claude Arnault przedstawiał się jako artysta. Czasem jako fotograf. Czasem jako reżyser albo twórca filmowy. Chętnie mówił o swym równoległym życiu w Paryżu, gdzie ponoć prowadził własną operę. A także o tym, że żyje z Katariną Frostenson, poetką, która była tematem wielu rozmów w barze, ale którą osobiście rzadko widywano. Tą, która siedzi w dwupokojowym mieszkaniu w Vasastanie i pisze. Tą, która stanowiła wielki wyjątek w męskim uniwersum redakcji „Krisu” i choć unikała sfery publicznej, stała się być może największym symbolem literatury lat osiemdziesiątych. Już wówczas szeptano, że to ona, a nie Stig Larsson, wejdzie do Akademii Szwedzkiej. Nierzadko temat ten podejmowany był przez Jean-Claude’a Arnaulta.

Zbudował swoją pozycję częściowo na Katarinie Frostenson oraz na tym, że wielu postrzegało go jako osobę ważną dla jej twórczości. Również dlatego, że młode pokolenie ludzi kultury chciało być kosmopolityczne. W gazetach chętnie wypowiadano się o szczególnym „towarzyskim rozeznaniu” wymaganym u gościa poruszającego się po nocnym Sztokholmie. Stig Larsson przyznaje na łamach „Nöjesguiden”, że niemal wszystkim w Szwecji brakuje „barowej kompetencji”.

Kiedy rozmawiam z Larssonem w październiku 2018 roku, wspomina pierwsze spotkanie z Jean-Claude’em Arnaultem.

„To było pod koniec lat siedemdziesiątych. Nie wiedział, że go obserwuję. Był otoczony niezwykle pięknymi dziewczynami, umiał się zachować. Widać to było z daleka. Był, podobnie jak ja, rozpoznawany w tamtym czasie – nie w mediach, ale w towarzystwie. Był widoczny. Mówiło się o nim. Więc podszedłem i zacząłem z nim rozmawiać”.

Ludzie z otoczenia redakcji „Krisu” opowiadają o grupie mężczyzn z olbrzymimi ambicjami, którzy jednak byli mało wyrobieni, mało obyci, niezdarni, a jednocześnie skupieni na sobie, egocentryczni. W gruncie rzeczy mieli niewielkie kompetencje społeczne. Arnault pomógł im opanować życie towarzyskie, to on sprawił, że krąg zaistniał.

Od czasu do czasu poetka Sanna siadywała razem z nimi w Prinsen. Właśnie przebiła się dzięki debiutanckiemu tomikowi wierszy i piła wino z kieliszka numer pięćdziesiąt. Na zdjęciu w jednym z magazynów z tamtego okresu siedzi przy ciemnym stole i gestykuluje z papierosem w dłoni. Na innym pozuje w wielkiej jasnoszarej puchówce obok pisarek Mare Kandre i Cariny Rydberg.

Sanna miała wrażenie, że Jean-Claude Arnault budził zainteresowanie, ponieważ był skromny, na granicy służalczości.

„Stawiał wino, całował ludzi w policzek i zagadywał. Horace Engdahl i reszta towarzystwa traktowali go jako wdzięcznego słuchacza. Potrzebowali Francuza, który słuchał ich wywodów ze zrozumieniem, popijał przy tym wino i uśmiechał się tajemniczo, sygnalizując, że zna się na piciu „na zupełnie innym poziomie”. Traktowano go jako wytworne tło, ale nikogo nie interesowało, skąd tak naprawdę się wziął. Miałam wrażenie, że jest pusty, a oni wypełniają go treścią. Stał się tym, kim oni chcieli, żeby był”.

Ludzie, którzy od dawna znają Horace’a Engdahla i z nim pracowali, potwierdzają, że podziwia on mężczyzn z doświadczeniami, których sam nie posiada.

We wrześniu 2018 roku, kiedy spotykam się z Horace’em Engdahlem w biurze wydawnictwa Alberta Bonniera, wyraża on swą akceptację wobec ludzkich stanów granicznych. Opowiada o osobach, które doświadczyły psychozy i które później, gdy już wróciły do świata zdrowych, uważały realną rzeczywistość za nieciekawą i skończoną. Mówi, że niektórzy chcieliby być zdradzeni przez miłosnego partnera.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?