SPQR. Historia starożytnego Rzymu

Tekst
Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystko to wydaje się bardzo odległe od epoki Cycerona, a nawet od późniejszej o niespełna sto lat epoki Barbatusa i Appiusza Klaudiusza Cekusa, w której to wyznaczono już cursus honorum – zhierarchizowane urzędy publiczne, zbudowano nową drogę biegnącą prosto jak strzelił do Kapui oraz z której pochodzą przechwałki o zakładnikach z Lukanii (zob. tab. 5). Co zatem się zmieniło i kiedy?

KONFLIKT STANÓW

Po pierwsze: co wydarzyło się w polityce wewnętrznej? Prawo XII tablic było jednym z owoców czegoś, co dziś nazywa się często konfliktem stanów, który według rzymskich autorów zdominował politykę wewnętrzną w owych kilku ważnych stuleciach po upadku monarchii. Była to walka plebejuszy o pełnię praw politycznych i zrównanie z tworzącymi elitę patrycjuszami, którzy nie mieli ochoty rezygnować ze swego dziedzicznego monopolu na władzę. W Rzymie w późniejszych wiekach widziano w tej walce heroiczne potwierdzenie swobód politycznych zwykłego obywatela, jej echa pobrzmiewają też w polityce oraz politycznym słownictwie współczesnego świata. Słowo „plebejski” pozostaje wyjątkowo drażliwym określeniem w naszych własnych konfliktach klasowych; jeszcze w roku 2012 pogłoska, jakoby pewien brytyjski polityk z Partii Konserwatywnej obraził policjanta, zwracając się do niego per „pleb” – skrót od „plebejusz” – doprowadziła do jego dymisji.

Jak mówi historia, zaledwie kilka lat po ustanowieniu republiki, w początkach V w. p.n.e., plebejusze zaczęli protestować przeciwko brakowi dostępu do władzy i uciskowi ze strony patrycjuszy. Po co mieliby walczyć w rzymskich wojnach, pytali raz po raz, skoro wszelkie zyski z ich służby trafiają do kieszeni patrycjuszy? Jak mogą uważać się za pełnoprawnych obywateli, skoro podlegają samowolnie wymierzanym karom, włącznie z oddaniem w niewolę, jeśli popadną w długi? Jakim prawem patrycjusze spychają plebejuszy na margines? Albo, jak zanotował Liwiusz ironiczne słowa jednego z plebejskich reformatorów, w tonie zadziwiająco przypominającym dwudziestowieczną krytykę apartheidu: „Dlaczego nie wydacie prawa, które zakazywałoby plebejuszowi mieszkać po sąsiedzku z patrycjuszem, chodzić tymi samymi ulicami, bywać na tych samych ucztach albo stawać obok niego na Forum?”.

W roku 494 p.n.e. udręczeni długami plebejusze zorganizowali secesję, pierwszy z kilku masowych wymarszów z miasta, na poły bunt, na poły strajk, próbując wymusić na patrycjuszach reformy. Sposób okazał się skuteczny. Zapoczątkowało to bowiem szereg ustępstw, które stopniowo zniwelowały wszystkie istotne różnice między patrycjuszami i plebejuszami i w praktyce określiły na nowo strukturę politycznej władzy w mieście. Dwieście lat później z patrycjuszowskich przywilejów pozostało niewiele poza prawem do sprawowania kilku prastarych funkcji kapłańskich i noszenia specyficznego obuwia.

Pierwszą reformą z 494 r. p.n.e. było powołanie oficjalnych przedstawicieli, tak zwanych trybunów ludowych (tribuni plebis), do obrony interesów plebejuszy. Potem utworzono specjalne zgromadzenie plebejuszy. Obowiązywał w nim, podobnie jak w komicjach centurialnych, system głosowania blokowego, szczegóły techniczne jednak były zdecydowanie odmienne. Podstawą jego organizacji nie było kryterium zamożności. Podział na grupy miał charakter geograficzny, według tribus, czyli jednostek terytorialnych niemających nic wspólnego z jakimkolwiek podziałem etnicznym. I wreszcie, po ostatnim wymarszu, reforma z roku 287 p.n.e., której świadkiem mógł być Scypion Barbatus, nadała decyzjom tego zgromadzenia automatyczną moc wiążącą wobec wszystkich obywateli rzymskich. Plebejska instytucja, innymi słowy, otrzymała prawo wydawania ustaw dla – i w imieniu – państwa jako całości.

W okresie 494–287 p.n.e., wśród dalszych płomiennych przemówień, strajków i gróźb użycia przemocy, plebejusze uzyskali krok po kroku dostęp do wszystkich ważnych urzędów i stanowisk kapłańskich, a ich podrzędna pozycja odeszła w niebyt. Do jednego z najsłynniejszych plebejskich zwycięstw doszło w roku 326 p.n.e., kiedy to zniesiono system niewoli za długi, ustanawiając zasadę, że wolność obywatela rzymskiego jest niezbywalnym prawem. Równie znaczący, choć o bardziej politycznym charakterze kamień milowy położono czterdzieści lat wcześniej, w roku 367 p.n.e. Po dziesięcioleciach upartej odmowy i wyrażanych głośno opinii zatwardziałych patrycjuszy, że „byłoby zbrodnią przeciwko bogom pozwolić, by plebejusz został konsulem”, postanowiono udostępnić plebejuszom konsulat. Od roku 342 p.n.e. przyjęto zasadę, że obaj konsulowie mogą być plebejuszami, jeśli tak zdecydują wybory.


27. Jednym z urzędów, który zawsze pozostawał zastrzeżony dla patrycjuszy, był flaminat – pradawna funkcja kapłana niektórych ważniejszych bogów. Grupa owych kapłanów, flamines, rozpoznawalnych po osobliwych nakryciach głowy, została przedstawiona na Ołtarzu Pokoju z I w. p.n.e. (zob. il. 65).

Zdecydowanie najbardziej dramatyczne wydarzenia tego konfliktu towarzyszyły opracowaniu w połowie V w. p.n.e. Prawa XII tablic. Klauzule, które zachowały się do naszych czasów, są może krótkie, niejasne, a nawet nieco suche, ale, jak twierdzili Rzymianie, powstały w tragicznej, mocno ubarwionej atmosferze podstępu, oskarżeń o tyranię, próby gwałtu oraz morderstwa. Podobno plebejusze przez kilka lat domagali się, by „prawa” miasta zostały upublicznione i przestały być tajemnicą patrycjuszy; w charakterze ustępstwa w roku 451 p.n.e. zawieszono normalne urzędy polityczne i wyznaczono dziesięciu mężczyzn (decemviri), których zadaniem było zebranie, zredagowanie i opublikowanie tych praw. W pierwszym roku decemwirom udało się zestawić dziesięć tablic praw, jednak praca nie była wciąż zakończona. Tak więc na następny rok powołano kolejny zespół, który – jak się okazało – miał bardzo odmienny i znacznie bardziej konserwatywny charakter. Ów drugi zespół opracował pozostałe dwie tablice, wprowadzając niesławną klauzulę zabraniającą małżeństw między patrycjuszami i plebejuszami. Choć inicjatywa stojąca za spisaniem praw pierwotnie była reformatorska, przeistoczyła się w najbardziej radykalną próbę całkowitego odseparowania obu grup: „nadzwyczaj nieludzkie prawo”, jak określił je Cyceron, z gruntu przeciwne duchowi rzymskiej otwartości.

A potem było jeszcze gorzej. Owa druga grupa decemwirów – „dziesięciu Tarkwiniuszy”, jak ich niekiedy nazywano – zaczęła naśladować zachowanie tyranów, z przemocą seksualną włącznie. W nieomal powtórce gwałtu na Lukrecji, który doprowadził do ustanowienia republiki, jeden z ich grona, patrycjusz Appiusz Klaudiusz (prapradziadek budowniczego drogi), zapałał pożądaniem do pewnej młodej plebejuszki o stosownym imieniu Wirginia (łac. virgo – dziewica), niezamężnej, ale zaręczonej. W ślad za tym poszło oszustwo i korupcja. Appiusz przekupił jednego ze swych klientów, by oświadczył, że jest ona jego niewolnicą, wykradzioną przez jej rzekomego ojca. Sprawę rozsądzał sam Appiusz, który oczywiście wydał wyrok na korzyść swego wspólnika, i ruszył przez Forum, by ująć Wirginię. Wywiązała się kłótnia, w trakcie której ojciec dziewczyny, Lucjusz Wirginiusz, porwał nóż z pobliskiego kramu rzeźnika i przebił nim swoją córkę: „Daję ci wolność, moje dziecko, w jedyny sposób, w jaki mogę!”, wykrzyknął.

Historia Wirginii zawsze budziła bardziej mieszane uczucia niż historia Lukrecji. Nie dość, że łączy ona śmierć z ręki członka najbliższej rodziny z brutalnością konfliktu klasowego, to jeszcze nasuwa nieuniknione pytanie o to, jakiej ceny warta jest czystość. Cóż to za wzór ojcostwa? Kto był najbardziej winny? Czy szczytne zasady moralne musiały być opłacane tak straszliwym kosztem? Ale raz jeszcze (niedoszły) gwałt okazał się katalizatorem zmiany politycznej. Wystawienie na widok publiczny zwłok Wirginii oraz pełna żaru mowa, jaką Wirginiusz wygłosił przed wojskiem, doprowadziły do zamieszek, buntu, usunięcia tyrańskiej grupy decemwirów i, jak ujmuje to Liwiusz, przywrócenia wolności. Mimo piętna tyranii Prawo XII tablic pozostało w mocy. Wkrótce zaczęto widzieć w nim czcigodnego protoplastę prawa rzymskiego, z wyjątkiem zakazu małżeństw mieszanych, który został szybko uchylony.

Historia konfliktu stanów jest jedną z najbardziej radykalnych i spójnych manifestacji wolności oraz władzy ludu, jakie znamy z antycznego świata – znacznie bardziej radykalną niż cokolwiek, co zachowało się z demokratycznych Aten epoki klasycznej, gdzie większość autorów, którzy jednoznacznie wypowiadali się na ten temat, była przeciwna demokracji i władzy motłochu (gr. demos – lud). Potraktowane łącznie, żądania wkładane w usta plebejuszy stanowiły systematyczny program reform politycznych, dotykający rozmaitych aspektów swobód obywatelskich, od prawa do współuczestnictwa w rządzeniu państwem i prawa do udziału w jego zdobyczach po wolność od wyzysku i dostęp do informacji. Nic dziwnego więc, że ruchy robotnicze działające w wielu krajach w XIX i na początku XX wieku znalazły pamiętny precedens oraz zwycięską retorykę w starożytnej historii o tym, jak zgodne działanie rzymskiego ludu zmusiło dziedziczną patrycjuszowską arystokrację do ustępstw i zapewniło plebejuszom pełnię praw politycznych. Nic też dziwnego, że pierwsze związki zawodowe mogły widzieć w wymarszach plebejuszy wzór skutecznego strajku.

Jak dalece jednak zgodny z prawdą jest obraz tego konfliktu, jaki odmalowywali Rzymianie? I jakie światło rzuca on na rzymski „wielki skok naprzód”? Tutaj poszczególne elementy układanki stają się trudne do dopasowania. Ale ogólny zarys i kilka prawdopodobnie najważniejszych dat widać wyraźnie.

 

Wiele aspektów opowieści, która dotarła do nas, musi być mylnych, mocno zmodernizowanych przez późniejszych autorów albo, zwłaszcza jeśli chodzi o początki konfliktu, wciąż przynależnych bardziej do mitu niż historii. Wirginia jest prawdopodobnie postacią nie mniej fikcyjną niż Lukrecja. Dziwna niezgodność panuje między zachowanymi klauzulami Prawa XII tablic a wymyślną historią o decemwirach. Dlaczego, jeśli ów zbiór praw był bezpośrednim owocem starć między patrycjuszami i plebejuszami, w znanych nam klauzulach jest tylko jedna wzmianka o tym podziale (czyli zakaz małżeństw)? Wiele argumentów i jeszcze więcej retoryki wczesnych plebejskich reformatorów jest niemal na pewno płodem wyobraźni autorów z I w. p.n.e., czerpiących inspirację z wyrafinowanych debat swoich czasów, nie zaś wytworem świata XII tablic – i niewykluczone, że lepiej odzwierciedla popularną ideologię polityczną tego późniejszego okresu niż konflikt stanów. Co więcej, pomimo przekonania Rzymian, że odcięcie plebejuszy od udziału w rządach sięgało upadku monarchii, istnieją wskazówki, że następowało ono stopniowo na przestrzeni V w. p.n.e. Lista konsulów na przykład, bez względu na to, jak fikcyjna, zawiera w początkach tego stulecia mnóstwo wyraźnie plebejskich nazwisk (w tym samego pierwszego konsula, Lucjusza Juniusza Brutusa), które znikają bez śladu w drugiej połowie stulecia.

Nie ulega wątpliwości, że długie okresy V i IV w. p.n.e. naznaczone były społecznymi i politycznymi walkami między uprzywilejowaną, dziedziczną mniejszością i resztą. Ponad pięćset lat później wciąż istniał formalny podział na rody patrycjuszowskie i plebejskie, jako jedna z owych skamielin, o których pisałam, ze związaną z nim nutą snobizmu i praktycznie niczym więcej. Trudno byłoby wyjaśnić istnienie tego podziału, gdyby różnica między obiema grupami nie była niegdyś istotnym wyznacznikiem władzy politycznej, społecznej i ekonomicznej. Są także poważne powody, by sądzić, że rok 367 p.n.e. był głównym punktem zwrotnym, nawet jeśli niezupełnie tak, jak wyobrażali to sobie rzymscy historycy.

Ich zdaniem był to rewolucyjny moment, w którym postanowiono nie tylko, że konsulat powinien być dostępny dla plebejuszy, ale też że jeden z dwóch konsulów zawsze musi być plebejskiego pochodzenia. Jeśli tak było, to przepis ów został złamany, ledwie go wydano, gdyż w następnych latach na liście konsulów kilkakrotnie odnotowane są dwa patrycjuszowskie nazwiska. Liwiusz dostrzegł ten problem i nieprzekonywająco sugeruje, że plebejusze usatysfakcjonowani byli samym prawem do kandydowania, niespecjalnie jednak zależało im na wyborze. Bardziej prawdopodobne jest, że nigdy nie było obowiązkowego plebejskiego konsula, w owym roku zaś wprowadzono po prostu na stałe konsulat jako najważniejszy urząd państwowy o rocznej kadencji, przypuszczalnie otwarty zarówno dla patrycjuszy, jak i dla plebejuszy.

Taka interpretacja przystawałaby w każdym razie do dwóch innych istotnych wskazówek. Po pierwsze, nawet w tradycyjnym rzymskim rejestrze większość wpisów z okresu między latami dwudziestymi V w. a latami sześćdziesiątymi IV w. p.n.e. wymienia jako głównych urzędników w państwie tajemniczych „pułkowników”. Ulega to raz na zawsze zmianie w roku 367 p.n.e., kiedy konsulowie stają się normą na resztę rzymskich dziejów. Po drugie, niewykluczone, że wtedy właśnie ostateczną formę zyskał senat. Rzymscy autorzy przyjmowali zwykle za pewnik, że początki senatu jako rady „starców” (senes) sięgają czasów Romulusa i że w V w. p.n.e. był on już w pełni ukształtowaną instytucją, funkcjonującą mniej więcej tak samo jak w roku 63 p.n.e. Pewne bardzo techniczne hasło w starożytnym rzymskim słowniku wskazuje na coś zupełnie innego: że dopiero około połowy IV w. p.n.e. senat był już stałym organem o dożywotnim członkostwie, nie zaś doraźnie zwoływaną grupą przyjaciół i doradców aktualnego urzędnika, bez jakiejkolwiek ciągłości z roku na rok czy nawet z dnia na dzień. Jeśli to prawda (a oczywiście nie wszystkie wysoce specjalistyczne informacje muszą być prawdziwe), potwierdzałoby to pogląd, że rzymski ustrój polityczny przybrał swą charakterystyczną formę w połowie IV w. p.n.e. Pomimo istnienia zalążków rozmaitych instytucji i elementów takich jak zgromadzenia czy cenzus, Rzym jeszcze przez ponad wiek po roku 509 p.n.e. nie wyglądał zbyt „rzymsko”.

Oznacza to, że życiorys nakreślony w epitafium Barbatusa nie był tradycyjną ścieżką kariery tradycyjnego członka rzymskiej nobilitas, choć tak właśnie go później postrzegano. Pochowany w początkach III w. p.n.e. Barbatus był w rzeczywistości przedstawicielem stosunkowo nowego republikańskiego ładu w całym rzymskim świecie.

ŚWIAT ZEWNĘTRZNY: WEJE I RZYM

Ekspansja rzymskiej potęgi w Italii była zjawiskiem spektakularnym. Łatwo zachwycać się lub bulwersować późniejszym zamorskim imperium Rzymu, które ostatecznie obejmowało przeszło dwa miliony mil kwadratowych, przyjmując zarazem za rzecz naturalną, że Italia była rzymska. Ale transformacja małej mieściny nad Tybrem z roku 509 p.n.e. w organizm polityczny o powierzchni ponad pięciu tysięcy mil kwadratowych z lat dziewięćdziesiątych III w. p.n.e., sprawujący faktyczną kontrolę nad co najmniej połową Półwyspu Apenińskiego, a w przyszłości nad jeszcze większym obszarem, jest niemal równie zdumiewająca. Jak do niej doszło? I kiedy?

W takiej mierze, w jakiej możemy to stwierdzić, stosunków Rzymu ze światem zewnętrznym mniej więcej do roku 400 p.n.e. nie znamionowało nic szczególnego. Jego kontakty handlowe z szeroko pojętym regionem śródziemnomorskim były typowe dla italskiego miasta. Bezpośrednie interakcje miały zasięg w większości lokalny, obejmując głównie latyńskie społeczności na południu, które łączył z Rzymem wspólny język, poczucie wspólnego pochodzenia oraz kilka wspólnych świąt i sanktuariów. Nie da się powiedzieć nic więcej ponad to, że pod koniec VI w. p.n.e. Rzymianie prawdopodobnie sprawowali pewnego rodzaju kontrolę nad niektórymi Latynami. Zarówno Cyceron, jak i historyk Polibiusz (przenikliwy obserwator Rzymu rodem z Grecji, który odegra ważną rolę w następnym rozdziale) twierdzą, że oglądali dokumenty, albo „traktaty”, z tego okresu sugerujące, że Rzym był wówczas wiodącym graczem w tym małym, lokalnym latyńskim świecie. I, jak widzieliśmy, historia V w. p.n.e. wskazuje, że w zasadzie każdego roku dochodziło do wybuchu walk, jednak na ograniczoną skalę, bez względu na to, jak szumnie były później wysławiane. Rozsądek podpowiada, że gdyby rok w rok przez dziesiątki lat ludzie masowo ginęli w wojnach, miasteczko, jakim był Rzym, nie zdołałoby przetrwać.

Sytuacja zmieniła się mniej więcej w początkach IV w. p.n.e., wraz z dwoma wydarzeniami, które obrosłe w mity wybijają się na pierwszy plan we wszystkich starożytnych relacjach o ekspansji Rzymu: mowa o zniszczeniu przez Rzym pod wodzą bohaterskiego Kamillusa pobliskiego miasta Weje w roku 396 p.n.e. oraz zburzeniu Rzymu przez Galów w roku 390 p.n.e. Co doprowadziło do starcia Rzymu z Wejami, jest kompletną niewiadomą, było ono jednak przedstawiane niczym italski odpowiednik wojny trojańskiej: zdobycie miasta po trwającym dziesięć lat oblężeniu, na wzór dziesięcioletniego oblężenia Troi, oraz zwycięscy Rzymianie wyłaniający się znienacka w samym środku miasta z tunelu pod świątynią Junony, jako odpowiednik konia trojańskiego. Prawdziwy obraz tego podboju (co jest prawdopodobnie określeniem na wyrost) musiał być znacznie skromniejszy. Nie było to starcie supermocarstw. Weje były prosperującym miastem, nieco mniejszym niż Rzym i leżącym zaledwie dziesięć mil od niego po drugiej stronie Tybru.

Jednak konsekwencje rzymskiego zwycięstwa były znaczące, nawet jeśli nie tak, jak chcieli widzieć to rzymscy autorzy kładący nacisk na uprowadzenie mieszkańców w niewolę, zagarnięcie ich dobytku oraz całkowite zniszczenie miasta. Trzysta pięćdziesiąt lat później poeta Propercjusz odmalował smętny obraz ówczesnych Wejów jako pustkowia będącego domem jedynie owiec i paru „gnuśnych pasterzy”. Jest to bardziej nauka moralna na temat straszliwych skutków klęski niż trafny opis (niewykluczone, że Propercjusz nigdy nie odwiedził tego miejsca), gdyż wykopaliska archeologiczne odsłaniają zupełnie odmienną prawdę. Choć mogło dojść do brutalnych grabieży, pojmania jeńców przez zwycięskich Rzymian oraz napływu nowych osadników, większość miejscowych sanktuariów wciąż działała jak dawniej, miasto pozostało zamieszkane, nawet jeśli na mniejszą skalę, a ślady wiejskich gospodarstw, które możemy oglądać, wskazują raczej na ciągłość niż nagłą zmianę.

Doniosła przemiana miała odmienny charakter. Rzym zaanektował Weje wraz z ich ziemiami, za jednym zamachem powiększając rzymskie terytorium o mniej więcej 60 procent. Wkrótce potem utworzono na tych terenach cztery nowe tribus obywateli rzymskich, obejmujące zarówno nowych osadników, jak i rdzennych mieszkańców Wejów. Są też wzmianki o innych ważnych wydarzeniach, które zaszły mniej więcej w tym samym czasie, być może mających ze sobą związek. Liwiusz twierdzi, że w trakcie przygotowań do oblężenia Wejów rzymscy żołnierze po raz pierwszy otrzymali zapłatę z rzymskich podatków. Czy jest to prawda, czy nie (i bez względu na to, jaką postać miał żołd, nie były to jeszcze monety), może to wskazywać na dążenie do bardziej scentralizowanej organizacji rzymskich armii i zmierzch prywatnych wojen.

Wkrótce po zwycięstwie nadeszła klęska. Jak mówi opowieść, w roku 390 p.n.e. banda Galów – być może jakieś plemię wędrujące w poszukiwaniu ziemi albo, co bardziej prawdopodobne, dobrze wyszkolony oddział najemników szukających zajęcia dalej na południu – rozgromiła rzymską armię nad rzeką Alią, nieopodal miasta. Rzymianie, jak się wydaje, najzwyczajniej rzucili się do ucieczki, Galowie zaś pociągnęli na Rzym. Legenda mówi, że pewien dzielny plebejusz Marek, noszący trafny przydomek Caedicius („wieszczący nieszczęścia”), usłyszał głos jakiegoś nieznanego boga ostrzegający go o pochodzie Galów, ale jego doniesienie zostało zignorowane z powodu jego niskiego stanu. Okazało się to dla patrycjuszy lekcją – i to bolesną – że bogowie komunikują się również z plebejuszami.

Rzymskie podania obszernie relacjonują najazd na miasto, z rozmaitymi aktami heroizmu osładzającymi powszechne zniszczenie. Inny ubogi człowiek dał dowód plebejskiej pobożności, wyrzucając z wozu własną żonę i dzieci, by zrobić miejsce dla westalek, które wywoziły swe świętości i talizmany do pobliskiego Caere (dzisiejsze Cerveteri). Wielu sędziwych arystokratów postanowiło stawić czoło temu, co nieuniknione, i siedziało cierpliwie w domach, czekając na Galów, którzy przez chwilę wzięli starców za posągi, nim przystąpili do masakry. Tymczasem Kamillus, na krótko wygnany za rzekome sprzeniewierzenie łupów, wrócił akurat w samą porę, by powstrzymać Rzymian przed zapłaceniem Galom wielkiego okupu, odwieść swych rodaków od opuszczenia miasta i przenosin do Wejów oraz zająć się odbudową miasta. Tak w każdym razie mówi jedna z wersji tej historii. W innej, mniej chwalebnej, Galowie triumfalnie unoszą okup.

Jest to kolejny przykład koloryzowania zdarzeń przez Rzymian. Rozmaite podania, które weszły na stałe w skład rzymskiej pamięci kulturowej, przekazywały ważne patriotyczne lekcje: o stawianiu potrzeb kraju ponad rodziną, o męstwie w obliczu niechybnej klęski oraz o niebezpieczeństwach tkwiących w przeliczaniu wartości miasta na złoto. Katastrofa ta stała się tak nieodłączną częścią zbiorowej wyobraźni Rzymian, że niektórzy zatwardzialcy używali jej w roku 48 jako argumentu (albo desperackiej obrony) przeciwko propozycji cesarza Klaudiusza, by przyjąć Galów do senatu. Nie ma jednak żadnych archeologicznych świadectw potężnych zniszczeń, o jakich mówili późniejsi Rzymianie, chyba że ślady pożarów datowane dziś mniej więcej na 500 rok p.n.e. są w istocie, jak archeologowie niegdyś sądzili, pozostałościami późniejszych o sto lat spustoszeń dokonanych przez Galów.


28. Rysunek z początków XX wieku (na podstawie wcześniejszej fotografii) przedstawiający pozostałości murów serwiańskich koło głównego dworca kolejowego Rzymu. Fragmenty tych fortyfikacji do dziś witają podróżnych wychodzących z Roma Termini, choć obecnie są dość smętnie otoczone barierkami.

Jedynym wyraźnie zachowanym śladem „grabieży” w rzymskim krajobrazie jest potężny mur obronny miasta, którego imponujące fragmenty stoją do dziś, wzniesiony po odejściu Galów i zbudowany z pewnego wyjątkowo trwałego kamienia, który był jednym z wytworów nowo nabytych ziem wokół Wejów. Rzymscy historycy jednak tak chętnie przywoływali ów epizod z kilku ważnych powodów. Klęska ta przygotowywała grunt pod rzymskie obawy przed najeźdźcami spoza Alp, z których Hannibal był najbardziej niebezpiecznym, ale nie jedynym. Pomagała wyjaśnić, dlaczego tak niewiele materialnych pamiątek z wczesnego Rzymu się zachowało (strawił je ogień), i w ten sposób wyznaczała początek „historii współczesnej” w starożytnym rozumieniu tego terminu. Odpowiadała na pytanie, dlaczego za czasów późnej republiki Rzym, pomimo swej światowej sławy, był tak chaotycznym labiryntem: Rzymianie musieli odbudować go naprędce po odejściu Galów. I wreszcie – otwierała nowy rozdział w stosunkach Rzymu ze światem zewnętrznym.

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?