Kobieta bez grobuTekst

Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Takich zbrodni nie wolno w żadnym przypadku dezawuować. Inaczej sami staniemy się winni. Nie oznacza to jednak, że nie wolno mi opowiedzieć tragicznej historii o śmierci ciotki Pauline, która według mojej wiedzy nie miała nic na sumieniu. A jednak to właśnie ją jugosłowiańscy partyzanci aresztowali i zamknęli w obozie, w którym zmarła w strasznych warunkach.

Nie pamiętam, kiedy przyszło mi na myśl, żeby zbadać historię Pauline. O jej istnieniu dowiedziałem się późno, o jej tragicznej śmierci jeszcze później. To, że była siostrą mojego dziadka, nie wystarcza, by objaśnić przyczynę moich poszukiwań. Pauline była zwykłą, przeciętną kobietą, która nigdy nie opuściła rodzinnego Tüffer, słoweńskiego Laška. Od swych narodzin prawie do końca życia mieszkała w tym samym domu. Według tego, co zdołałem ustalić, była nieśmiałą, introwertyczną osobą, w ostatnich latach prawie nie wychodziła z domu. Tak opowiadają o niej ci, którzy ją pamiętają, słoweńscy przyjaciele i znajomi.

Czy bała się Słoweńców ze swego otoczenia, mieszkańców tego samego miasteczka, sąsiadów, z których wielu miało powód, by nienawidzić Niemców, wszystkich, bez wyjątku? Czy o jej zachowaniu zadecydowały inne, raczej prywatne powody? Tego przypuszczalnie nigdy się nie dowiem. W mojej opowieści o Pauline na zawsze pozostanie wiele białych plam, bo nie ma już nikogo, kogo mógłbym zapytać, jak je zapełnić. Jakżeż często zaczynałem za późno stawiać pytania.

Możliwość nakreślenia choćby z grubsza historii Pauline otworzyła się przede mną dopiero przed kilku laty, kiedy dzięki szczęśliwemu przypadkowi zostałem właścicielem części spuścizny po swoim stryjecznym dziadku z Amstetten Ernście, w której znalazły się również fotografie i listy ciotki Pauline oraz inne ważne dla zrozumienia jej historii materiały.

Pauline zniknęła z Tüffer po cichu i potajemnie, jej aresztowanie i deportacja do obozu koncentracyjnego nie wzbudziły specjalnie sensacji. W tamtych dniach wielu Niemców aresztowano i wywieziono, osadzono w więzieniu, wysłano do obozu, wielu zlikwidowano na miejscu, nikt nie protestował. Nawet słoweńscy sąsiedzi. Wściekłość na Niemców była przeogromna. Wielu Słoweńców skupiało się wtedy na poszukiwaniu swoich bliskich, których los również był często niejasny. 16 czerwca, mniej więcej o tej samej porze, kiedy partyzanci zabierali z domu Pauline, w nowo powstałej w Celje gazecie „Nova Pot” ukazała się cała strona ogłoszeń, w których zatroskani krewni prosili o informacje na temat swych bliskich.

„Mój syn Babič Dominik, urodzony 10 lipca 1921, został 12 lipca 1944 powołany do partyzantów i od tamtej pory się nie odezwał. Ten, kto coś o nim wie, proszony jest o powiadomienie jego matki Babič Mariji, Trbovlje 2, Sv. Marko 5”.

Górnicza osada Trbovlje leży niedaleko Laška. W sprawie Pauline nikt takiego ogłoszenia nie zamieścił, w tamtych okolicznościach nie było to w ogóle możliwe. Jej krewni z Amstetten domyślali się, że spotkało ją coś złego, ale nie mieli żadnej pewności. Musiały upłynąć miesiące, zanim brat Pauline Ernst dowiedział się o jej śmierci od osób, które w tym samym czasie były w Hrastovcu.

Ernst Bast, mój wuj, w rzeczywistości oczywiście mój stryjeczny dziadek, był w rodzinie czule nazywany Nesti, to imię nadano mu w czasach jego młodości w Tüffer. Nesti albo czule Nesterl. Miał więcej takich pieszczotliwych zdrobnień. Netto, Blaž albo właśnie Nesti. To ostatnie, które pozostało mu aż do śmierci, brzmi słodko, jest miłe. Ale o Nestim można powiedzieć wszystko, tylko nie to. Wuj Ernst nie był ani życzliwy, ani sympatyczny, ja w każdym razie zapamiętałem go jako szorstkiego i zdystansowanego. Postawny mężczyzna o dużej okrągłej głowie i imponującej łysinie, którą czasami zakrywał szydełkową czapeczką, niewiele większą niż żydowska kipa. Miał małego psa, kundelkę o czarno-białej gładkiej sierści, która nazywała się Bibi, wielbił ją ponad wszystko i stale rozpieszczał niezliczonymi ilościami biszkoptów maczanych w bitej śmietanie, przez co niestety skracał jej życie. Biszkopty i bita śmietana – pies wyglądał odpowiednio do diety: nieforemny gruby walec na czterech chudziutkich nóżkach, które z trudem dźwigały ciężar spasionego ciała. Kiedy Bibi miała ochotę, robiła się przyjazna i przymilna, najczęściej jednak była w złym humorze i warkliwa, podobnie jak jej łysy pan. Wujek Ernst był szanowaną osobistością, której ja jako dziecko czasami naprawdę się bałem.

Często spędzałem tydzień lub dwa w jego domu. Żona wujka, którą nazywałem czule ciocią Michi, rozpieszczała mnie bezgranicznie. Serdeczna, dobra osoba. Jemu wolałem natomiast schodzić z drogi. Kiedy się awanturował, do czego nierzadko dochodziło, wszyscy w domu chowali się po kątach.

Wiele osób bało się także kierującej kancelarią wujka panny Perbel. Była kłótliwa, zawsze obstawała przy swoim zdaniu i miała ostry język. Mieszkała w domu wujka, obok kancelarii. Zawsze gotowa do służby. Tej niewysokiej kancelistki, jak się wtedy mówiło, nawet ciocia Michi zdawała się bać, chociaż to ona była panią domu. Tylko wujek Ernst cieszył się autorytetem panny Perbel. Była mu chyba ślepo oddana.

Panna Perbel znała Pauline, bo często jeździła do Tüffer. Obie się lubiły i pisały do siebie listy. Nie wynika z nich, by Pauline była w jakikolwiek sposób wyjątkowa, by czymś się wyróżniała.

W Tüffer jednak postrzegano ją jako dziwaczkę unikającą kontaktów z ludźmi i zamkniętą w sobie. Przy czym każdy, kto ją znał, uważał za miłą, życzliwą i gotową do pomocy, chociaż trochę osobliwą. Dziwną. Inną od wszystkich. Ludzie, którzy ją pamiętają, mówią, że nigdy nie spotkali jej na ulicy, zawsze tylko w oknie położonego w centrum domu Bastów, w którym mieszkała. Jej pokój z widokiem na kościół Świętego Martina znajdował się na pierwszym piętrze. Podobno często przez okno obserwowała ludzi. W ostatnich latach w mieście nigdy jej nie widziano, jak opowiadają żyjący jeszcze świadkowie tamtych czasów, chociaż – co wiem z listów Pauline – może się to nie zgadzać. Kiedy począwszy od maja 1944 roku Tüffer masowo bombardowano, wielokrotnie szukała, jak pisze, schronienia poza domem. Duży dom Bastów przy centralnie położonym placu Adolfa Hitlera, nazwanym tak po wejściu wojsk hitlerowskich, w tamtym czasie wydawał się niebezpieczny. Był łatwym celem dla alianckich bomb.


Dom Basta, Bastova hiša

Marta Jerše jest jedną z niewielu osób, które mogły mi powiedzieć, że niekiedy widywały Pauline w jej domu i że zamieniły z nią kilka słów. Zawsze na czarno i schludnie ubrana, ładnie uczesana starsza pani miło ją witała, pytała o postępy w szkole i o zdrowie rodziców, którym prosiła przekazać serdeczne pozdrowienia, po czym znowu znikała w swoim pokoju. Marta mieszkała z rodzicami w dużej mieszczańskiej kamienicy, na ukos po przeciwnej stronie, ze swoich okien widziała dom Pauline, który jej ojciec Paul Bast, mistrz garbarski, nabył w latach siedemdziesiątych XIX wieku. Wkrótce potem, dumny z tego faktu, kazał na fasadzie umieścić swoje nazwisko, aby wszyscy przechodnie wiedzieli, kto teraz rezyduje w domu naprzeciwko potężnego, przypominającego nieomal twierdzę kościoła farnego pod wezwaniem Świętego Martina.

Paul Bast. Mój pradziadek. W późniejszych latach na jego dom mówiło się w Tüffer „dom Basta”, także dla Słoweńców była to „Bastova hiša”.

Dla Marty Jerše, wtedy jeszcze dziecka, miało to jednak niewielkie znaczenie. Jeśli tam bywała, to nie w celu odwiedzenia Pauline. Chciała się raczej dowiedzieć, czy jej mąż piekł znowu hostie. Należało to do zadań organisty, który sprawował również funkcję kościelnego. A może sam się zaofiarował, że będzie wypiekał u siebie w specjalnej żelaznej formie opłatki z mąki pszennej i wody z dodatkiem zakwasu? Po pieczeniu, na czym organista Drolc świetnie się znał, pozostają zawsze ścinki, resztki ciasta, podobnie jak przy pieczeniu biszkoptów – wielce pożądany przez dzieci smakołyk, któremu również Marta Jerše nie mogła się oprzeć, i od czasu do czasu zaglądała do domu Bastów. Pauline zawsze przyjaźnie witała dziewczynkę, ale bez zbytniej serdeczności. Inaczej niż szanowany przez wszystkich organista, który lubił rozmawiać z dziećmi i okazywał im dużo serca. Jego wielki czarny pies także się do nich garnął. Ale Pauline? Pauline była dziwna.

Czy mówiła po słoweńsku?

Tak, jasne, nawet całkiem dobrze, ale wolała mówić po niemiecku.

Nic dziwnego. W czasach, gdy Pauline dorastała w Tüffer, tę małą miejscowość zamieszkiwali głównie Niemcy, obsadzili większość urzędów, niemieckie były szkoła podstawowa i przedszkole, stowarzyszenia, kasa oszczędności. Okoliczne wsie zamieszkiwali przeważnie Słoweńcy. Wielu Niemców nawet nie starało się poznać ich języka, poza kilkoma potrzebnymi w codziennym życiu zwrotami. Miało się to potem gorzko na nich zemścić.

Hostie wypiekane przez Drolca i skrawki rozdawane dzieciom pamiętają również inni. Jože Maček, ceniony naukowiec z potrójnym doktoratem, pochodzący ze wsi nieopodal Laška, przez długi czas profesor na Wydziale Biotechnologicznym Uniwersytetu Lublańskiego, opowiada, że Drolc wypiekał te hostie w zakrystii kościoła w kmečkim pecu, zwykłym chłopskim piecu. Czy zabierał resztki do domu? Tego profesor Maček już nie pamięta, ale wie, że sam często je dostawał i że wybornie smakowały. Jože Maček, rocznik 1929, pracował wtedy w Lašku jako pomocnik sklepikarza. Pochodził z wierzącej rodziny i często miał kontakt z organistą Drolcem. Wspomina również, że nie stronił on od wina. Przyjaźnił się z Milošem Rybářem, później szanowanym historykiem i bibliotekarzem, z którym jako zakrystian chodził na każde czuwanie przy zmarłym, ponieważ z reguły można było się tam napić.

 

Pavel Hrastelj, rocznik 1938, w latach 1945–1953 był ministrantem w kościele farnym w Lašku i z tego powodu również często miał do czynienia z Drolcem. Kiedy zrobił już wszystko, co do niego należało, wolno mu było pod okiem organisty grać na organach, a czasem pomagać mu naciskać pedały. Również Pavel Hrastelj pamięta wypiekane przez Drolca hostie i skrawki, które potem dostawały dzieci. Odbywało się to w domu Basta, ale Hrastelj nie przypomina sobie w ogóle Pauline, przypuszczalnie już jej wtedy tam nie było i nikt o niej nie wspominał. On też potwierdza, że Drolc lubił zaglądać do kieliszka. Kiedyś zlecił mu, małemu chłopcu, przyniesienie dziesięciolitrowej butli z jabłecznikiem – prawdziwe wino zaraz po wojnie było bardzo drogie. Olbrzymia butla okazała się niezwykle ciężka i mały Pavel z trudem ją niósł. Gdy wreszcie doszedł do domu Basta, wyśliznęła mu się z rąk i rozbiła. Pavel Hrastelj do dziś pamięta, że spodziewał się porządnego zrugania przez organistę, ale ten tylko go pocieszył i powiedział, że wina oczywiście szkoda, ale bywają większe nieszczęścia i nic się nie stało…

2

Wszystko właściwie zaczęło się dość niewinnie. Ojciec Pauline Paul Bast, mój pradziadek, któregoś dnia w latach sześćdziesiątych XIX wieku wyruszył w długą podróż. Młody mężczyzna, rocznik 1845, z zawodu garbarz, opuścił Münstermaifeld, małą miejscowość w Nadrenii, i udał się na południe. Dotarł aż do Dolnej Styrii i osiadł w Tüffer, gdzie ton nadawali Niemcy lub opowiadający się za niemieckością obywatele miasteczka.

Nie udało mi się ustalić, dlaczego Paul Bast obrał za cel akurat Dolną Styrię i do tego jeszcze małą osadę targową nad rzeką Sann. Może podczas długiej podróży spenetrował inne okolice, sprawdził, gdzie mu będzie najlepiej, zanim ostatecznie zdecydował się na Tüffer. Możliwe, że rzucił mu się w oczy solidny dom przy placu Głównym, późniejszym Aškerčev trg, a jego właściciel, Słoweniec, nie był niechętny sprzedaży. Na ów dom mówiło się wtedy powszechnie „Slanc”, jednak Paul Bast nabył go od niejakiego Franca Tibera, który kupił go przypuszczalnie od masarza i oberżysty o nazwisku Slanc, ojca urodzonego w 1851 roku w Tüffer prawnika i publicysty Karela Slanca, znanego orędownika nowoczesnego szkolnictwa w Dolnej Styrii zwalczającego uzurpację środowisk niemieckonarodowych.

Mimo to ów znany publicysta wspominał później, że w latach sześćdziesiątych XIX wieku, kiedy uczęszczał do gimnazjum w Celje, Cilli, współżycie obu grup narodowych układało się jeszcze wielce pokojowo. „[…] z pochodzącymi z niemieckich okolic Niemcami czy z czującymi się Niemcami rodakami żyliśmy w najpiękniejszym koleżeństwie i solidarności” – napisał w swoich wspomnieniach z 1910 roku. Również w wielu stowarzyszeniach, niezajmujących się bezpośrednio polityką, działali zgodnie członkowie obu grup narodowych. Pod koniec XIX wieku zaostrzały się konflikty etniczne, a kłótnie stawały się coraz bardziej zajadłe, często coraz brutalniejsze. Bijatyki, wzajemne przeszkadzanie sobie w obchodzeniu różnych uroczystości, obopólne oczernianie się i denuncjacje, wyszydzanie i inne niegodziwości zatruwały dawny dobry klimat. Ważnym miejscem, w którym dochodziło do starć na tle narodowościowym, często kończących się regularnymi bójkami, była szkoła. Jednak pomimo tych grubiańskich zachowań dalsze pokojowe współżycie wydawało się na co dzień możliwe. Również w Tüffer.

W późniejszych latach opowiadający się za Niemcami Słoweńcy, o których mówi Slanc, nie byli już tak życzliwie traktowani. Wszystkich, którzy zdecydowali się na niemieckość albo wykazywali tylko tendencje do sprzyjania Niemcom, uznawano za zdrajców, renegatów i niemiaszków i nazywano po słoweńsku „nemčurji” albo „nemškutarji”.

Krótko po przyjeździe do Tüffer Paul Bast otworzył w centrum, tuż za własnym domem, garbarnię. Środki na to przedsięwzięcie przywiózł prawdopodobnie z Nadrenii. Bez problemu wrósł w niemiecką społeczność. W ciągu kilku lat osiągnął dobrobyt i zdobył poważanie.

W Ochotniczej Straży Pożarnej, ważnej instytucji w małej miejscowości, piastował funkcję starszego strażaka, potem został nawet dowódcą roty; był wielokrotnie powoływany na przysięgłego w Sądzie Okręgowym w Cilli i przez lata zasiadał w Zarządzie Gminy Tüffer; do tego w lokalnych instytucjach i stowarzyszeniach piastował wiele honorowych urzędów, jak choćby w Okręgowej Kasie Ubezpieczeń, Niemieckim Związku Szkolnym, Towarzystwie Upiększania Tüffer. Szczególnie zasłużył się przy porządkowaniu i nowym ukształtowaniu cmentarza na prawym brzegu rzeki Sann. Był powszechnie szanowanym obywatelem zdecydowanie manifestującym swoją niemieckość.

W 1872 roku ożenił się w Cilli z urodzoną tam w roku 1852 córką mieszczanina Juliane Renier, z którą miał ośmioro dzieci, czterech synów i cztery córki. Według rodzinnej opowieści Renierowie pochodzili z Lublany i byli potomkami dożów weneckich. Takie legendy na temat pochodzenia opowiadano zapewne w wielu rodzinach, aby przydać sobie szlachetnego, owianego tajemnicą blasku. Kiedy Juliane stanęła przed ołtarzem, była w trzecim miesiącu ciąży. Nie mogło to jednak zaszkodzić jej reputacji w hermetycznej społeczności niemieckiej. Mieszkańcy Tüffer nie byli świętoszkami. Z okazji różnych uroczystości charytatywnych Juliane regularnie zapraszano do komitetów organizacyjnych, co miało przypuszczalnie związek z pozycją i szczodrością jej małżonka.

Pierwszy urodził się Ludwig, w 1872 roku, a po nim przyszli na świat: Pauline w 1875 roku; Anna w 1876 roku; Käthe w 1877; Rudolf, mój dziadek, w 1880 roku; Josefine w 1882; Friedrich w 1884, i wreszcie, jako ostatni, w 1887 roku Ernst Viktor, mój stryjeczny dziadek – dla mnie po prostu wujek Ernst. Urodziło się jeszcze dwoje dzieci, które umarły w wieku niemowlęcym: w 1885 roku Maria, zaledwie czteromiesięczna, na kolkę, a w 1889 roku, na nieżyt jelit, Martha, również kilkumiesięczna.

Wujek Ernst jako jedyny spośród ośmiorga dzieci miał okazję uczęszczać do utworzonej w Tüffer we wrześniu 1892 roku dwuklasowej niemieckiej szkoły powszechnej. Starsi musieli się zadowolić miejscową szkołą słoweńską, w której oczywiście uczono również po niemiecku. Po latach w liście do zaprzyjaźnionego prawnika Ernst Bast napisał, że za jego czasów w słoweńskiej szkole w Tüffer większość nauczycieli odnosiła się do Niemców przyjaźnie.

Dla niemieckiej gminy w Tüffer własna szkoła była sprawą honoru. W jej uroczystym otwarciu uczestniczyło wielu gości, również z pobliskiego Cilli. Do komitetu złożonego z pięciu pań, odpowiedzialnych za przygotowanie gali, należała również Juliane Bast. O utrzymanie porządku zadbał oddział Ochotniczej Straży Pożarnej pod wodzą Paula Basta. W licznych przemówieniach zwracano stale uwagę na wielkie znaczenie szkoły jako „strażnicy” języka niemieckiego oraz niemieckiej obyczajowości. Tüffer jest niemieckie i takie ma pozostać, trzeba zrobić wszystko, żeby utrzymać tu niemieckość. To są zadania i cel rzetelnej pracy Niemieckiego Towarzystwa Szkolnego w służbie niemieckiej sprawy – głosiła ukazująca się dwa razy w tygodniu „Deutsche Wacht”. Po ponownym odśpiewaniu „Boże, wspieraj, Boże, ochroń nam Cesarza i nasz kraj…”. na koniec oficjalnej uroczystości zaintonowano Die Wacht am Rhein, Straż na Renie; wtedy zapewne urodzonemu w Nadrenii aktywnemu członkowi Niemieckiego Towarzystwa Szkolnego ze wzruszenia napłynęły do oczu łzy.


Niemiecka szkoła w Tüffer, do której uczęszczał Ernst Bast

Nie było w tym nic niezwykłego, że w zamieszkanej w większości przez Słoweńców Dolnej Styrii Austriacy obok hymnu na cześć cesarza odśpiewywali na całe gardło Straż na Renie, najbardziej patriotyczną niemiecką pieśń, zwaną Schwertlied [Pieśń o mieczu]. Wielu uważało się za Niemców i wykorzystywało każdą okazję, żeby pochwalić się niemczyzną i podkreślić swoją wyższość nad wszystkimi Słowianami, a zwłaszcza Słoweńcami. „Jeśli Słowianie w ogóle coś w historii, w literaturze i sztuce osiągnęli i coś naprawdę godnego uwagi stworzyli, zawsze było to pod niemieckim, ewentualnie germańskim przywództwem, kierownictwem albo wpływem” – oznajmiła niemieckonarodowa „Marburger Zeitung” w kwietniu 1887 roku. Takie kazania, prawie dosłownie, wygłaszała mi również przy każdej nadarzającej się okazji babcia z Amstetten, która pochodziła z niemieckiej rodziny z Laibach, Lublany, gdzie w 1910 roku wyszła za mąż za mojego dziadka. Była prostolinijna, nigdy nie kryła się z własną opinią i nie zmieniła swoich poglądów ani ich nie zrewidowała do późnej starości. Obstawała nawet z uporem przy niektórych zasadach ortografii, których nauczyła się w młodości. Pamiętam, że w listach lubiła wplatać w tekst staromodne „th”, co mnie irytowało. Miało to chyba wskazywać na jej Deutschthum [niemieckość], do której ja także powinienem czuć się przynależny. Bez nas, Niemców, Słowianie – obojętnie: Polacy, Czesi czy Słoweńcy – nigdy nie potrafiliby założyć własnych miast ani stworzyć własnej literatury, tłumaczyła mi w tym swoim apodyktycznym stylu. Sądzę, że miałem dwanaście–trzynaście lat, kiedy pierwszy raz zacząłem powątpiewać w jej znajomość historii.

Babcia przez wiele dziesiątków lat niewzruszenie wierzyła nie tylko w kulturową misję Niemców, lecz także w dziwaczny, dawno już przebrzmiały kult Bismarcka, pochodzący chyba jeszcze z XIX wieku. Bismarcka uznawała za jednego z niemieckich bohaterów, takich jak legendarny pogromca smoka Zygfryd albo Adolf Hitler, który był właściwie Austriakiem.

„Sadźcie dęby Bismarcka! Najdroższym, najtrwalszym, najbardziej niemieckim uhonorowaniem wielkiego pustelnika z Sachsenwaldu byłoby bez wątpienia zasadzenie dębów Bismarcka na najwyższych wzniesieniach we wszystkich niemieckich landach. Tam wystrzeliwałyby w górę i głosiły najdalszym ludom wieść o potężnym wojowniku dawnych czasów; skalny blok u ich stóp mógłby wskazywać jego imię” – wzywała Niemców z Dolnej Styrii „Deutsche Wacht” [Niemiecka Straż] w marcu 1895 roku. Tytuł gazety był jej programem.

W głowach wielu ludzi przez długi czas we względnej symbiozie współistniały hymn ku czci cesarza i Straż na Renie: cesarz w Wiedniu i pamięć o żelaznym kanclerzu Niemców.

Kult Bismarcka okazywany przesadnie, nieomal histerycznie przez niemieckojęzycznych krajanów był naturalnie Słoweńcom solą w oku, stanowił przecież symbol dążenia Niemców do bezspornego panowania nad innymi we wszystkich obszarach. W 1894 roku słoweński poseł, ksiądz Lavoslav Gregorec, w złożonej w wiedeńskim parlamencie interpelacji piętnował zatrważające stosunki w gimnazjum w Cilli, w którym panowały szokujące obyczaje i w dodatku działał związek uczniowski o nazwie Bismarck. Nie wiem, czy mój dziadek i jego młodszy brat, którzy w tym czasie chodzili do gimnazjum, należeli do tego stowarzyszenia, ale zakładam, że tak. Odpowiadało to ich politycznym przekonaniom.

O życiu i poglądach pradziadka wiem mało, tyle co nic. Współcześni mu znajomi opisywali go jako krzepkiego niemieckiego mężczyznę i prawdziwą podporę niemieckiej gminy, ale nic to nie mówi o nim samym. Z sukcesem prowadził swoje przedsiębiorstwo, przynajmniej przez pierwsze dziesięciolecia. Później dała mu się we znaki konkurencja dużych przemysłowych zakładów skórzanych, które powstawały w dolinie Sannu. Jednak i na ten temat nie znalazłem niczego konkretnego. Podsumowując, pradziadek pozostaje dla mnie nieodgadniony, chociaż z tego, co wiem, nie otaczały go jakieś wielkie tajemnice. Prowadził życie zacnego obywatela, który całym sercem oddawał się swojej garbarni, rodzinie i gminie niemieckiej. Być może nie w tej kolejności. Nawet jego synowie, mój dziadek i jego młodszy brat, nie pozostawili niczego po swoim ojcu, żadnych zapisków, dokumentów, zdjęć. Był porządnym niemieckim mężczyzną i tyle, basta.

Czy to znaczy, że tępił Słoweńców, tak jak niejeden w tym czasie? Nie sądzę, w każdym razie nie natknąłem się na żadne informacje na ten temat. W miejscowych gazetach wzmianki o nim są bardzo oszczędne. Ograniczają się do niewiele mówiących doniesień z Tüffer, w których wymienia się go z reguły jako piastującego honorowy urząd. Znalazłem notatkę o tym, że w jego domu przy placu Głównym wybuchł pożar, który obrócił w popiół cały budynek, tylko garbarnię udało się uratować. Dla przedsiębiorcy to ciężki cios, jednak szybko się otrząsnął.

O życiu prywatnym Paula Basta nic tam nie napisano. Ani o jego politycznych przekonaniach. Był wiernym czcicielem Bismarcka, w jego domu, jak opowiadał mi dziadek, wisiał portret niemieckiego kanclerza. Takie portrety w Dolnym Kraju, jak nazywano Dolną Styrię, wisiały jednak w wielu niemieckich domach.

 

A antysemityzm? Także o tym nie potrafię nic powiedzieć, nie zakładam jednak, żeby pradziadek był radykalnym antysemitą. Antysemityzm nie miał w Dolnym Kraju, nawet w niemieckonarodowych kołach, wielu zwolenników, co może wiązało się z tym, że nie było tam znaczącej mniejszości żydowskiej, z której można by uczynić kozła ofiarnego i zrzucić na nią wszelkie zło. Ale oczywiście antysemici też tam byli – w większości zwolennicy Georga von Schönerera, przywódcy organizacji Pangermańskich Nacjonalistów, znanego również jako Georg Ritter, Rycerz Georg.

Paul Bast nie za bardzo się chyba interesował von Schönererem i jego fanatycznym antysemityzmem. Inaczej niż jego synowie, których po szkole powszechnej posłano do gimnazjum w Cilli, co w tamtych czasach w małej prowincjonalnej dziurze nie było takie oczywiste. Potwierdził to profesor Jože Maček, wybitny znawca lokalnej historii. Trzej synowie Basta, Ludwig, Rudolf i Ernst, złożyli z powodzeniem egzamin maturalny i pojechali na studia do Grazu, gdzie wstąpili do akademickiej korporacji studenckiej Germania, która w programie miała między innymi ludowy antysemityzm.

Germania szkolna, z której narodziła się Germania akademicka w Grazu, została założona w Cilli w 1885 roku z inicjatywy prawnika Eduarda Glantschnigga, radykalnego antysemity. Organizując szkolną korporację, realizował on swój plan, by zebrać niemieckich studentów z Dolnego Kraju i przekonać ich do niemieckonarodowych idei oraz rasistowskiego antysemityzmu à la Schönerer, co się mu, jak myślę, w przypadku mojego dziadka i wujka Ernsta udało.

Na temat ducha, jaki panował w domu Eduarda Glantschnigga, można się dowiedzieć ze wspomnień z dzieciństwa Margarete Weinhandl, jego córki urodzonej w 1880 roku w Cilli. W wydanej w Grazu w 1942 roku książce Und deine Wälder rauschen fort. Kindheit in Untersteier [A twoje lasy szumią dalej. Dzieciństwo w Dolnej Styrii] opisuje epizod z życia Georga von Schönerera, który w jej radykalnie niemieckonarodowym domu rodzinnym wywołał wielkie oburzenie. Schönerer w maju 1888 roku został skazany na cztery miesiące więzienia za naruszenie miru domowego. Mała Margarete wzięła sobie to tak bardzo do serca, że każdego wieczoru, zanim zasnęła, stawała na baczność w nocnej koszuli i w dziecięcym łóżeczku głośno i uroczystym tonem odmawiała: „Heil Bismarck! Heil Kaiser Wilhelm! Heil Moltke! Wiwat Schönerer! Wiwat wszyscy Niemcy! Precz wszyscy wrogowie!”. Dalej pisze: „Podnosiłam przy tym za każdym razem rękę wysoko nad głowę, przy »precz« opuszczałam ją władczym ruchem. Nazywałam to swoją »prawdziwą niemiecką modlitwą na dobranoc«, robiłam to z taką powagą, że nikt, nawet Elsa, nie odważyłby się z tego śmiać”.

Nic więc w tym dziwnego, że Margarete Weinhandl już we wczesnych latach trzydziestych XX wieku przystała do nazistów. W 1934 roku pracowała w Urzędzie Polityki Rasowej NSDAP.

Wróćmy jednak do rodziny Bastów. Ludwig, najstarszy, studiował medycynę, mój dziadek Rudolf i wujek Ernst ukończyli prawo. Tylko urodzony w 1884 roku Friedrich dostarczał rodzicom i rodzeństwu wielu trosk, przed maturą rzucił gimnazjum i próbował różnych zawodów. Brakowało mu wytrwałości i był niespokojnym duchem, jak nazwał go wujek Ernst. 16 stycznia 1906 roku „Marburger Zeitung” napisała w urzędowym zawiadomieniu, że praktykant Urzędu Skarbowego w Tüffer Friedrich Bast zakończył tam pracę z własnej woli. Niezbyt istotna notatka, ale dla rodziny była to mała katastrofa. Pracę w urzędzie finansowym już wtedy uważano za spokojną i przede wszystkim bezpieczną posadę.

Do wykształcenia czterech córek nie przykładano, jak było to w zwyczaju w tamtych czasach, zbyt dużej wagi. Oczekiwano od nich, by umiały prowadzić gospodarstwo domowe, zajmować się mężem i dziećmi. W Dolnym Kraju nie było szkół średnich dla dziewcząt. W całej Styrii znajdowało się tylko jedno takie sześcioklasowe liceum. Istniała jednak jeszcze możliwość nauki prywatnej. Widocznie Paulowi Bastowi wystarczyło, że wysłał czterech chłopców do gimnazjum w Cilli. Lekcje prywatne dla dziewcząt wydawały mu się przesadą. Córki przypuszczalnie też się ich nie domagały.

Jak pradziadek odnosił się do swoich słoweńskich sąsiadów i klientów, słoweńskich robotników i słoweńskich służących? O tym także niewiele wiem. Jeśli w ogóle zostawił jakieś notatki, to żadne nie przetrwały do dziś, zbyt dawno umarł, bym mógł o nim porozmawiać z tymi, którzy go wtedy znali. Zakładam jednak, że dobrze się rozumiał ze Słoweńcami w swoim otoczeniu, mimo że marnie mówił w ich języku, jak opowiadał mi dziadek. Gromkie niemieckonarodowe hasła nadawały się na ludowe festyny i do politycznych wystąpień, w życiu codziennym przeważnie było spokojniej. Tak jak można ogólnie powiedzieć, że konflikty etniczne między Niemcami a Słoweńcami traciły na kontrowersyjności, kiedy przedstawiciele obu tych grup lepiej się poznawali i więcej mieli ze sobą do czynienia.

Radykalizacja następowała często w gimnazjum w Cilli, a potem w Grazu, gdzie studiowało wielu maturzystów z Dolnej Styrii, wśród nich również trzej synowie Paula Basta. Tam przystąpili do korporacji studenckiej Germania, w której antysłowiańskość i antysemityzm były na porządku dziennym, tak jak picie piwa i nauka fechtunku. Nic więc zaskakującego w tym, że stali się zagorzałymi nazistami. Można było tego uniknąć, co wiemy z innych przykładów. Postępowali zgodnie z własną i nieprzymuszoną wolą i nikt nie wymagał, by obrali tę drogę, tak jak mój ojciec nie był przez nikogo zmuszany, żeby wstąpić w 1931 roku do NSDAP, w 1932 do SS, a w roku 1938, po ukończeniu studiów w Grazu, podjąć pracę w Gestapo. Robił to z przekonania.

Czy mieli to we krwi? Oczywiście, że nie. Istotny wpływ na ich rozwój miało niemieckonarodowe środowisko w Tüffer, ale jeszcze bardziej przyczyniło się do tego gimnazjum w Cilli, a później studia w Grazu i przynależność do korporacji Germania, do której wstąpiło też wielu krewnych i przyjaciół z Tüffer. Wszyscy z zapałem uczestniczyli w obowiązujących spotkaniach knajpianych, odbywali menzury, czyli pojedynki, i obnosili się dumnie ze zdobytymi w nich bliznami na twarzy, tak zwanymi schmisami. Kiedy ze sobą korespondowali, pisali przed nazwiskiem nie „wielce szanowny”, lecz „wielce honorowy”. W korporacjach honor, oczywiście niemiecki honor, był wysoko ceniony.


Gerhard Bast w galowym stroju Germanii w Grazu

Jak to wyglądało w praktyce, ilustruje artykuł z chrześcijańsko-socjalistycznej gazety „Grazer Volksblatt” z 28 lutego 1903 roku pod znamiennym tytułem Zdziczenie niemieckonarodowych studentów. Rudolf Bast był wtedy starszym pojedynkowym w Germanii. Podczas przechadzki po Grazu na Herrengasse namierzył jakiegoś, jak mówiło się w żargonie bractwa, kolorowego studenta, czyli w barwach niepojedynkującej się katolickiej korporacji, ponieważ tamten jakoby się w niego wpatrywał. Rudolf uznał to za zniewagę. Po krótkiej wymianie zdań spoliczkował swego przeciwnika publicznie, co skończyło się zaskarżeniem i sprawą w sądzie. Mimo że Rudolf próbował wmówić sędziemu, że tego czynu dopuścił się w najwyższym wzburzeniu, „w stanie nieświadomości”, wlepiono mu słoną karę pieniężną. Według „Grazer Volksblatt” takie incydenty, dowody na jątrzenie niemieckonarodowych studentów, były na porządku dziennym.

Według informacji Germanii dziadek należał do najlepszych szermierzy w Grazu i z pewnością nie przepuścił żadnej okazji, żeby to udowodnić. Był znanym „podpuszczaczem”, jak mówiło się o takich w środowisku studenckim. Konfrontację zwykle poprzedzało pytanie: „Bije się pan?”. Tego, kto się wzbraniał, przezywano „cykor”. Często chodziło nie o to, by wyzwać kogoś na pojedynek, ale o to, żeby wszcząć bójkę, na przykład kiedy przeciwnik odmawiał satysfakcji w walce na broń.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?