Przypomniałam sobie

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2015


Na okładce wykorzystano fotografie z archiwum rodzinnego autorki


Zdjęcia — jeśli nie podano inaczej — pochodzą z archiwum autorki


OPRACOWANIE GRAFICZNE: Marek Pawłowski

REDAKTOR PROWADZĄCY: Barbara Górska

REDAKCJA: Anna Rudnicka

KOREKTA: Etelka Kamocki, Krzysztof Lisowski



Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-05802-2 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

Biuro zaginionych rzeczy

Dwa portrety

Domy

Książki przebrane

Pastisze

Pisać jak Paul Auster

Chroniczny brak kompletu

Źródła cytatów

Biuro zaginionych rzeczy

Chyba takich biur już nie ma. Były to — niegdyś — miejsca bardzo ciekawe. Rzeczy zagubione i odnalezione czekały w nich na swoich właścicieli. Nie tylko na dworcach. Walizka, o której ktoś zapomniał, to był element naturalny, poniekąd wyposażenie wagonu, peronu i dalekiej przestrzeni, jaką otwierały tory kolejowe. Ale jak zrozumieć całą zapomnianą resztę? Parasolki, rękawiczki, szale, marynarki i wdzianka, nawet buty — to mieściło się w normie zagubienia. Ale sztuczne szczęki? Protezy różnego przeznaczenia? Tajemnicze pakunki, które po rozpakowaniu okazywały się wypełnione zmiętym papierem? Czy właściciele rozstawali się z nimi z roztargnienia, czy z braku uczucia? Czy odbierali je kiedykolwiek?

Podobnie jak biura zaginionych rzeczy istnieją domy pisarzy. Ich właściciele odeszli, pozostały przedmioty, którym trzeba nadać inne życie. W uporządkowanych krajach stają się one pięknymi krajobrazami ducha, obrazami przeszłości estetycznej, nie ma w nich chaosu, niestartego kurzu i połamanych mebli. Jeśli właściciel był majestatyczny — i one są majestatyczne. Hieratyczne jest mieszkanie Victora Hugo przy Place des Vosges w Paryżu, gdzie pisarz sam zaprojektował dębowe meble. Portrety, medale, dowody chwały. Niewielki domek Balzaca w XVI dzielnicy, dziś otoczony wysokimi blokami nowej zabudowy, przeczy jakby ogromowi jego pisarskiego świata. Skrzypiące podłogi, niskie sufity, potężny stół, żadnej przestrzeni, ale jedna porywająca ściana, na której, w formie małych obrazków, kłębi się nieprzebrany tłum osób: to rejestr Balzakowskich postaci. Szkoda, że nikt nie sporządził takiego dossier dla Lalki Bolesława Prusa!

Piękna Francja modeluje nastrojowe rezydencje malarzy i poetów. Jak choćby tę, w oszałamiającej czerwieni maków, należącą do Claude’a Moneta. Wspaniały ogród, który do niej przylega, wielokrotnie był malowany, w sąsiedztwie domu inne pracownie, inni malarze, którzy też chcą malować maki, choć tych namalowanych po raz pierwszy nigdy już nie da się podrobić. Miasteczko to wielki zbiór pastiszów, czasem parodii, czasem nieśmiałych komentarzy. Jak się żyje w takiej dekoracji? Nie wiedziałam, jak i kogo o to zapytać. Piekarza, który nie maluje, rzeźnika, który nie ma ogrodu z makami?

Ale największe wrażenie zrobił na mnie dom Louisa Aragona i Elsy Triolet. Przerobiony został z młyna (koło młyńskie wciąż się obraca i napędza wodę), otoczony wilgotnym parkiem, w którego szuwarach i liliach wodnych śpiewają nieustannie żaby, w środku wypełniony książkami, pamiątkami z podróży, dedykacjami i obrazami wszystkich wybitnych przyjaciół, zdjęciami właścicieli — upozowanymi, pełnymi nastroju i godności, żadnych czynności przyziemnych. Różowy sedes w damskiej łazience. Miedziana kuchnia ma przywodzić na myśl słońce. Elsa Triolet w misternej siatce podtrzymującej kunsztowną fryzurę. Burzliwe życie tej pary, choć się o nim wie, ustąpiło miejsca harmonijnym wnętrzom — nie wolno ich fotografować, zostaje tylko okruch, estetyczne wspomnienie. Nieliczne pocztówki to napisany już formularz personalny, który nie pozwala się poprawiać, wszystko zastygło w bezruchu. Dlatego nie poznamy biograficznej prawdy o Triolet i Aragonie, bo mogłaby ona zdekonstruować tę piękną formę. Ja też o niej tutaj nie napiszę, choć ją znam.

Podmokły park przecinają małe mostki, wspinamy się nieco pod górę, towarzyszą nam głosy żab, dochodzimy wreszcie do płyty nagrobnej z marmuru. Tutaj leżą oboje. Zbliżamy się i nagle rozlega się nostalgiczna wiolonczela — Rostropowicz po raz kolejny ogłasza żałobę po pięknej parze. Bardzo to dziwne, ta precyzja przygotowania. Anielskość tego spektaklu trwa od wielu lat. Nikt, jak dotąd, nie zniszczył ukrytego w listowiu głośnika, przyzywającego zwiedzających — dom to czy świątynia, czy muzeum, czy mieszkanie, czy scena z życia artystów XX wieku?

Materialność życia trudno odtworzyć, pisząc o domach i mieszkaniach, ale da się to uczynić. Francuskie domy artystów ukazują muzealny kunszt, znakomicie porządkujący to, co niegdyś było życiem, często chaotycznym. Ale ja piszę w tej książeczce o ludziach czasów lokatorskich. O miejscach naznaczonych przede wszystkim ich osobowością, pozbawioną, że tak powiem, własności. Tam, gdzie toczyło się ich życie, nie ma ani jednego materialnego śladu. Czasem jakiś sygnał, niezbyt jasny. Przypadkowy mebel, pojedyncza filiżanka z porcelany. Resztki serwisu. Chroniczny brak kompletu. Co z tego wynika — przeczytajmy, zobaczmy.

Dwa portrety
Janina Katz — niezmienione nazwisko

Przypomniałam sobie nagle, bez wyraźnego powodu, śmiech Janki. Usłyszałam go pierwszy raz na Gołębiej, na samym początku naszych wspólnych studiów, w starym, podniszczonym budynku. Na wykładzie, w ciemnej sali (22, a może 16), siedzimy na twardych ławkach jak w szkole. I nagle ponad głos wykładającego (o literaturze dwudziestolecia?) unosi się dźwięk osobliwy, wysoki ton, który wytrąca nas z obowiązkowego skupienia, oglądamy się za siebie i na boki, a głos trwa, pełen radości z tego czegoś, co go uruchomiło, więc reszta też ma ochotę zachichotać cichutko, solidarnie, ale nie bardzo wypada. A Janka dalej się śmieje, wciśnięta w któryś rząd ławek, już znana, choć do niedawna jeszcze nieznana, bo kto to widział, śmiać się na wykładzie!?

Janka jest dziewczyną uderzającej urody, czarne loki i błękitne oczy, wyrazisty nos, papieros w ustach (zaczynamy palić, my, wyzwolone dziewczyny). Janka Katz nosi dumnie swoje nazwisko, które, jak będzie potem mówić z chichotem, pozostało niezmienione. Mama Janki, którą córka nazywała Lolą, jest postawną kobietą, nie pamiętam już, czy Janka była do matki podobna, ale na pewno matka zawsze była blisko niej, kiedy znów się połączyły.

Lola zmarła w Kopenhadze, wyszła kupić wino do wspólnej kolacji z córką, gdy przyjechała do niej z Wiednia. Upadła na ulicy i odeszła, po prostu. Janka była już wtedy pisarką duńską. Nauczyła się pisać po duńsku, gdy miała pięćdziesiąt lat. Janko, dlaczego po duńsku? — próbuje dociec znajomy z tamtych lat. A wiesz, bo te słowa tak mnie zaczęły osaczać, że musiałam je wykorzystać, coś z nimi zrobić — odpowiada Janka. Przeżyła więc iluminację, a może doświadczyła epifanii. Kadisz po swojej matce napisała po duńsku, hebrajskiego nigdy się nie nauczyła, choć próbowała.

Te słowa i całe zdania, o których Janka mówiła, miały, jak myślę, swój historyczny początek. Zaczęły się u niej pojawiać na języku i w piśmie, i w powietrzu, gdy, już dorośli, stanęliśmy twarzą w twarz z rokiem 1968. Potem impulsy różnicowały się, wydobywały z głębi różnych gardeł — ale nie można już było udawać, że ich nie ma.

Nie od początku opowiadała polskie historie po duńsku. Najpierw była krytyczką literacką, tłumaczką poezji, a także inwentaryzowała książki w Duńskiej Bibliotece Królewskiej. Zaczęła pracę jako asystentka na polonistyce — więc, jak widać, języki ją atakowały od początku i współzawodniczyły ze sobą. Ale to już prawie koniec tej historii, dlatego trzeba się cofnąć w czasie, prosta i w miarę krótka fabuła nie godzi się bowiem z rozgałęzionym w różnych kierunkach życiem Janki. To, co Janka napisała po duńsku, wydaje się przejrzyste, proste, poukładane w ciągi zdarzeń, często oczywiście dramatycznych, ale jakby już samej sobie przez autorkę wyjaśnionych.

Gdyby nie literatura i książki, Janka pozostałaby świadkiem Zagłady, weszłaby do jakiegoś dokumentu, do przypisu historyka petitem na końcu strony. Czy to za mało? Ale ona postanowiła być pisarką i poetką, więc zaczęła ją unosić wyobraźnia, z każdego faktu wychylała macki literacka fabuła, każdy fakt zachęcał fabułę, żeby wyszła z ukrycia. Janka zajmowała pokój z wielką szafą szczelnie wypełnioną opowieściami i nie były to tylko słowa, jak sądziła, lecz wydarzenia, osoby, którym trzeba było zmienić nazwiska, miasta rozpoznane, a właściwie zawsze to jedno miasto. Literackie zabiegi nie zdołały stłumić wielkiej nostalgii wprawiającej w ruch tę makietę przeszłości. Janka co prawda starannie podmieniała szczegóły, ale oryginał był wciąż rozpoznawalny. Dlatego tak naprawdę udało się jej tylko z nazwiskiem.

 

Próbujemy wspólnie śmiać się na Gołębiej, choć czasy (co się nam potem wypomni) nie są bynajmniej wesołe. Wiedza polonistyczna, którą staramy się zdobyć, nie jest wówczas nazbyt rozległa. Niewiele godzin, korytarze raczej puste, parę przedmiotów, dość oczywistych, i parę bardzo wyrazistych osób. Ostatnie wykłady Juliusza Kleinera, ostatnie wykłady Romana Ingardena. Pasjonujące wykłady Wyki, pełne przypisów wykłady Markiewicza. Energetyczna polonistyka dopiero ma się narodzić: czasy Jana Błońskiego jeszcze nie nadeszły. Czy ta polonistyka może być ciekawa dla dzieci wojny, dzieci Holocaustu, dla dzieci w ogóle? Dopiero przecież wychodzimy z dziecięctwa i lat gimnazjalnych, mocno ferdydurkicznych, bo styl przetrwał wojnę, i wciąż uczymy się „dlaczego mamy kochać Żeromskiego i Prusa”, streszczamy wielkie powieści, ziewamy nad małymi nowelkami.

Janka mówi w jednym z ostatnich wywiadów: „Byłam namiętną żydowską dziewczynką, którą wszystko interesowało”. Całe nasze pokolenie — choć to brzmi zbyt podniośle — takie właśnie było. Ciekawe, podglądające. Emocje były naszym naturalnym światem i okoliczności zewnętrzne nie spychały ich na dalszy plan.

„Za moich czasów to się żadnej tożsamości nie szukało i nie miało. Było się po prostu, istniało” — powie Janka po latach. Po prostu być — co znaczy to wyznanie, niewymuszone zresztą, deklaracja oczywistości, która brzmi trochę naiwnie w czasach, gdy bez etykiety obejść się trudno? Książki Janki, jej fabuły, są dość szczególne. Opowiadają o zdarzeniach, okolicznościach, przypadkach, ale w zasadzie rezygnują z refleksji. Nie chodzi bowiem o to, żeby siebie samą skomentować — chodzi o to, żeby stworzyć siebie jako postać. Grubą — ale chudnącą, niezbyt ładną — ale piękniejącą, zarozumiałą nie do wytrzymania, złośliwą, kłótliwą, ale na koniec wdającą się w życiowe konsultacje, sentymentalną i przyjacielską. Tak tę postać nie postać zapisali w pamięci przyjaciele Janki z ostatnich jej duńskich lat.

Janka — Pucka z powieści pod tym samym tytułem — spotyka na Akademii Sztuk Pięknych znanego malarza, którego wybitne oleje i kolażowe kompozycje przedstawiają ryby oraz akcesoria związane z rybołówstwem. Rozmawia z nim o tych frapujących rybach, o sztuce awangardowej w ogólności (nie, to nie Kantor), ale pozostawia na boku jego straszną biograficzną historię: skazany jako Żyd na egzekucję przez rozstrzelanie, cudem uniknął śmierci. Przysypany zwłokami wydostał się spod nich i przeżył. Tę fabułę opisze Kornel Filipowicz. Ale nie bohaterka Janki. Co ją przed tym powstrzymało? Właśnie, to jest pytanie, którego Jance nigdy nie zadałam. Czy powinnam pytać ją o całą historię Jonasza Sterna, malarza? A może nas ta fabuła nie poruszała, bo byliśmy wciąż za blisko niej?


Wisława Szymborska i Janina Katz, Kraków 11 IX 2006, fot. Ewa Lipska.

Skąd się wzięła Pucka? Jednak z jidysz — „pucełe”, czyli, powiedzmy, „okrągła dziewczynka”. Janka nie nosiła czerwonego płaszczyka, była tylko dziewczynką z Dobczyc, gdzie mieszkała w przestronnym domu i nie wiedziała, że jest ukrywana. Umie się modlić, kocha Matkę Boską, tęskni za miejscowymi dziećmi, jest gruba, a na czubku głowy mama (ta przybrana) wiąże jej wielką kokardę. Ale gdy Janka stała się dorosłą kobietą, nie mogła już podziękować tamtej matce: za kokardę, za duży pokój, za małe zmartwienia. Nie umiała. Nie była Anną Frank, nie pisała żadnego dzienniczka. Wydała z siebie prawdziwie dramatyczny krzyk, wieszając na szyi Gwiazdę Dawida. Ale ta gwiazda to była też dwuznaczna biżuteria — przedmiot emocjonalnie naznaczony, ale również ozdobny… Bardzo dobrze, pani Janko — miał powiedzieć Jance jej dentysta. — Nie widać twarzy.


Spotkanie po polskiej premierze filmu Bruegel. Młyn i krzyż (reż. Lech Majewski). Od lewej: Marta Wyka, Janina Katz, Michael F.Gibson (scenarzysta), Teresa Stadnicka, Monika Gibson, mieszkanie autorki, Kraków 2011, fot. Zbigniew Pucek.

Więc być może chodziło o to, żeby się zasłonić, a nie odsłonić, Gwiazda była scenicznym chwytem, kostiumem, esencja życia znajdowała się zupełnie gdzie indziej. Trzy ojczyzny Janki są w jej świadomości pisarskiej bardzo wyraźnie rozdzielone, więcej, jednoznacznie zadeklarowane. Ojczyzny nie wiążą się zresztą z religią czy wyznaniem.

Janka się śmiała: Mówią nam, że wszyscy staniemy przed obliczem Pana. I co wtedy: siądziemy?

Jakby słychać w tym żarcie Wisławę Szymborską — choć ona wystrzegała się podobnych żarcików. I trochę słychać w nim Ewę Lipską — która bywa, w tej materii, bardziej nieprzejednana. Za ileś tam lat i tak nie będzie wiadomo, o kogo chodzi. Wszyscy będziemy tam stać — albo siedzieć? Więc co dziś zrobić z pytaniami metafizycznymi?

Janka sprawia mi coraz więcej trudności. O tym, jak żyła, opowiedziała w powieściach napisanych po duńsku. Inny język był narzędziem poręcznym. Aluzje do osób, konflikty bardziej przypominające kłótnie, a nie spory, małe zawiści, niesprawiedliwe złośliwości — to wszystko w obcym języku nie istniało. Pozostała opowieść skromna, ale wymowna, wciąż przerabiana na nowo. Janka jest monotematyczna… Ale wie, że trzeba jednak zbudować swój wizerunek, trzeba go ukształtować. Kiedy przyjeżdża do Krakowa, mieszka tylko w hotelu na Kazimierzu, je tylko w restauracjach na Kazimierzu, choć dzisiejszy Kazimierz w latach sześćdziesiątych nie istniał, a w każdym razie nikt tam nie chodził. Kiedy przyjeżdża do Paryża, mieszka tylko w dzielnicy Le Marais, bo przypomina jej Kraków (Le Marais dzisiejsze mało ma w sobie z Krakowa tamtego, który pamięta). Pozory zaczynają zacierać obraz przeszłości, nostalgia rozpoczyna swoją krecią robotę.

Janka siedzi w małym ogródku hotelu Saint-Paul w dzielnicy Le Marais. Ogródek jest zamknięty otaczającymi go budynkami, więc nie widać ulicy. Janeczko, mówię, czemu ty tutaj tak siedzisz bez widoku, wyjdź na zewnątrz. Janka się śmieje: Przecież ja cały czas chodzę, a że mnie tam nie ma, to jest bez znaczenia, mam to wszystko w głowie. No to mogłoby cię tutaj nie być, zauważam rozsądnie. Co to to nie, miejsce najważniejsze. I ten duch. Jaki duch? No, duch dzielnicy, żydowski.

Taka byłam i taka wciąż jestem — zdaje się oznajmiać Janka rzeczywistości. Ale też sama sobie przeczy. Nie miałam tożsamości. Więc kiedy się ją osiąga? Na koniec, po podróżach, po wędrówkach edukacyjnych, po próbach bycia jeszcze kimś innym, po lekturach? Janka jako krytyczka miała bystre pióro i sięgała po najlepszych. Ale bohaterka jej powieści nie czyta nic. To znaczy — jako asystentka uczy o czymś, ale naprawdę zaczyna życie wtedy, gdy rzuca w kąt książki. Moje życie barbarzyńcy — co kryje się za tytułem powieści?

Narracja tych powieści rozpada się na dwa nurty: jeden to nurt żydowski, drugi zaś inicjacyjny. Jest tak jakby nigdy te dwa nurty nie mogły się ze sobą połączyć. Bohaterka jest Żydówką, ale nie chce o tym wiedzieć. Ukrywa to przed sobą. Ale raz po raz wychyla się spoza jej ramienia autorka, która uchyla rąbka tożsamości, żeby zaraz się od niego odżegnać. Bo przecież Janka zapewne dobrze wiedziała, iż dla swojego młodzieńczego otoczenia była „tą Katzówną”, że została ulokowana w zbiorowej podświadomości jako Inna. I choćby nie wiem jak chciała żyć życiem dorodnej blondynki — jej piękna semicka twarz robiła swoje. Umieszczała ją w świecie podobnych do niej brunetek.

Prolog powieści Pucka jest zawikłany, a jego przydatność dla całej powieści względna. Tak mi się wydaje. Ale może duński czytelnik rozumiał ten prolog inaczej niż ja, czytelniczka polska, rówieśnica autorki, koleżanka z tamtych lat, z podobnych szkół i tych samych uniwersytetów?

Los matki i Pucki, która jest w tej fabule owocem krótkotrwałego romansu, zostaje wpisany w opowieść o Żydach tułaczach XX wieku, o tych, którzy chcieli uprzedzić i ominąć swój los, oszukać go, podobnie jak to się dzieje w Bezrobotnym Lucyferze Aleksandra Wata. Wsiadali więc na wielkie statki transoceaniczne i opuszczali Europę, zostawiając za sobą przyszłe ofiary prześladowań, w tym własne nieślubne dzieci i wnuki. Nie chodzi jednak o zdradę. Ale czy chodzi tylko o decorum, o scenę, która jest, mogła być miejscem dla dramatu? Dla dramatu — tak, ale dla tragedii — chyba nie. Gdy Janka — pisarka duńska — szuka wyjścia, aby zbudować tło swojej bohaterce, zdaje się omijać tragedię i wybiera inscenizację. Istniała więc jeszcze inna mała dziewczynka. Mogła — choć nie musiała — mieć takiego oto protoplastę:

„Na szyi szalik w paski z Cambridge, przez ramię przerzucony prochowiec, granatowa marynarka ze złotymi guzikami, a w jej lewej kieszeni — list. Ten sam, który N. trzymał w dłoni dwadzieścia jeden lat temu. Spogląda to na synka, to na swą piękną mądrą żonę, z którą ożenił się wiele lat temu, i myśli o małej dziewczynce, teraz dorosłej kobiecie (jeśli jeszcze żyje), która według listu miałaby być przyrodnią siostrą jego syna i o której nigdy nikomu nie opowie, ani rodzinie, ani przyjaciołom, ani nawet w swoich książkach”.

Kto pisze więc tę książkę? Nieznany tajemniczy ojciec czy jego córka? Które pokolenie zbudowało tę opowieść? To, co znamy z dalszego ciągu prologu, prowadzi ku następnym kobietom, aby wreszcie zatrzymać się na matce Soni i córce Poli.

N. odpływa do Ameryki. Kimkolwiek by nie był. Mamy późne lata trzydzieste. Bohaterka powieści nic o tym nie wie — wiedza autorki jest większa. Ale co z niej wynika?

Kiedy Janka opuszczała Kraków, rozdawała swoje książki. Część z nich przypadła bibliotece Instytutu Filozofii przy ulicy Grodzkiej. Czytam właśnie Goethego z podpisem Katzówny — mówi jeden z moich przyjaciół. Nie warto było ze sobą zabierać Fausta. I słusznie. Janka zdawała się nie wierzyć w zmianę, choć zmiana stała się motorem jej życia. Istniała bez paktów. Zastanawiam się, gdy Janki już nie ma, dlaczego opowiedziała tak dużo i tak mało. Bo przecież, po latach, rozluźniły się więzy polsko-żydowskich kompleksów i Janka, gdyby chciała, mogła opowiedzieć wszystko. Nie miała poczucia tragedii? Oczywiście miała je i podobnie jak bohaterowie tragedii chciała się oczyścić. Postąpiła inaczej, zasłaniając się obcym językiem. Ale została pochowana w żydowskim obrządku na żydowskim cmentarzu w Kopenhadze. Epilog okazał się zgodny z prologiem jej powieści.

Żyliśmy — jako dzieci i młodzież — w świecie sztucznie pozbawionym podziałów. Ale przecież nie wiedzieliśmy o tym. Między sobą nigdy nie próbowaliśmy tych podziałów budować, ale one istniały. Wychowywani tak samo lub podobnie. Skrycie pouczeni, żeby zbyt wylewnie nie opowiadać rodzinnych historii. A było ich, jak się okaże, tak wiele. Nie tylko ta żydowska, ale również ta lwowska, i ta wileńska, i ta z tajemniczego świata bezetów, chłopska raczej wstydliwa, ale też niezbyt ciekawa, okupacyjna, a także partyjna i kościelna. Wstydliwość ogarniała coraz szersze kręgi życia, ale życie samo było niezłomne i pewne. Janka próbuje to opowiedzieć i uczynić z małych wydarzeń młodości mapę miejsca na ziemi niepodobnego do miejsc innych. Zapewne Kraków taki był. Kiedy opuścić wszystkie epitety, nudne i stereotypowe (magiczny, magiczny…), wyglądał w późnych latach pięćdziesiątych jak niepewny swego istnienia kamienny szkic do o wiele lepszego życia i wspaniałej przyszłości. Po powierzchni tej mapy przesuwały się postaci pionierów innego życia; artystów z zadatkami na legendy, muzyków, malarzy, aktorów, i oczywiście Innych. Nieświadomi swojej przyszłej dziejowej roli tworzyli bez wyczerpującej walki z konkurencją, żyli, jak im się podobało, bo nie męczyły ich żadne wzory, nie mieli tożsamości, to prawda, a jednak wyróżniali się, rozwijali kolorowe pióra swojej wyjątkowości, rzadko utrwalani na fotografiach, przechowani w opowieściach, które z roku na rok stają się coraz bardziej mdłe. To już tylko fragmenty wielkiej narracji, która nieodwołalnie przepadła.

 

„Jaka szkoda, jaka szkoda”, że nostalgia nie chce się jednak sprawdzić i młode lata Janki Katz pozostaną w tej enklawie, do której co prawda pukają niecierpliwi ciekawscy, ale słyszą tylko: nie pamiętam, nie ma ich tutaj, może tamten kolega wie więcej.

„Kręci się jej w głowie / od życia. / Uderzyło jej życie / do głowy. / Porażona w dzieciństwie, / zapiekła w młodości / pracuje nad sobą / do utraty tchu” (Ona).

Ale: „Za mało / cienistych alei. / Spacerów biodro w biodro. / Pierścionków, baldachimów / turkawek i kukułek. / Brakowało też psa: / irlandzkiego setera. / I domu” (Za mało).

To cytaty z wierszy Janki, z ostatniego tomiku, który wydała. Promocja miała się odbyć na Kazimierzu. Janka nie zdążyła, wieczoru nie było, to znaczy był, ale już pośmiertny.

Więc o to chodziło, zawsze. Janka odwraca się od lustra, które odbija postarzałą twarz. Przydałby się jakiś naszyjnik, żeby odwrócić od niej uwagę. „Odwróć twarz od lustra — szczebioczą przyjaciółki. — Wyjdź z siebie”.

Żydowskie legendy przeplatają się w jej prozie z uwielbieniem dla żydowskiego kraju, który poznała jako osoba dorosła. Był to kraj obowiązkowych, dorocznych wakacji, a one z pamięcią się nie stykały. Janka kochała te wakacje, kochała plaże i palące słońce, Dobczyce odsuwały się na ciemny margines, ich miejsce w pamięci wystygło. Janka przyjaźniła się z Januszem, którego nazwisko zostało zmienione. Janusz nigdy nie mówił o swojej tożsamości i nigdy nie widział w Izraelu odzyskanego raju. Pisał mało, prawie nic i zupełnie o czymś innym. Ale to już następna historia.

Lustro i twarz, odbicie i ciało, które się odbija. Język ojczysty i język nabyty. W 12 opowieściach żydowskich Anki Grupińskiej to rozdwojenie tkwi u podłoża każdej opowieści. „To historie ludzi, którzy zawinili złym wyglądem” (Roman Green) — czytamy na okładce książki.

Maria Ziemna (z domu Zipper), wychowana w Krakowie i w Zakopanem, dziecko z pięknej kamienicy położonej, jak sama mówi, na granicy Kazimierza, przy plantach Dietlowskich, tak kończy swoją opowieść:

„A w ogóle nie wyobrażam sobie życia wśród samych Żydów. Nigdy nie byłam na tyle związana z żydostwem. Tyle lat ukrywałam, że jestem Żydówką… Pod koniec okupacji, w 1944 roku, miałam taki sen: jestem Murzynką. Jest zima, ubieram się ciepło, aby jak najwięcej zakryć. Pończochy, czapka, rękawiczki na czarne ręce… Ale co zrobić z twarzą?”.

W wyborze poezji Henryka Voglera, Pawła Voglera i Sary Vogler, czyli w głosach trzech pokoleń, choć język się zmienia, brzmi ten sam ton: wydziedziczonych. Ale ten ród (rodzina) akceptuje swoją twarz i wie, że nie będzie miał innej. Janka jest pokoleniem środka, pomiędzy Henrykiem a Pawłem i Sarą, ona wie wszystko o przeszłości, ale nie jest pewna, jaką wybrać narrację. Mogłaby zostać sentymentalną Ligocką, której bohaterka wraca do historii młodości, żeby swój sentymentalizm wyładować na mieście i czasach nie-sentymentalnych. Janka te same czasy i to samo miasto traktuje z ironią, ale jej karykatury ludzkie nie są już rozpoznawalne.

Śmiech Janki brzmi w moich uszach jak memento. Dlaczego tak groźnie? To był przecież chichocik, ale perlisty, niestłumiony, to był znak rozpoznawczy, to było zaproszenie do potyczki i do rozmowy, to był zapomniany już instrument tamtych lat, w których żyło się na przekór wszystkiemu. W oparach dymu klubów jazzowych, w tej muzyce z filmu Ida, w piosence o diable i Alabamie, w smętnym saksofonie, który przebijał wszystko i trwa do dzisiaj.

Siedzimy z Janką na tarasie restauracji Alef w bardzo gorące czerwcowe popołudnie. Nie wiemy, że siedzimy tak po raz ostatni. Janka jest chuda, nie wygląda dobrze, ale mówimy zgodnie, że dobrze. Siedzimy, nie wiedząc, iż Janka zbliża się przed oblicze Pana i będzie musiała wstać. Śmiejemy się, opowiadamy sobie historie dawne i nowe. Mamy jakieś plany, które skazane są na zagładę. Dzień jest naprawdę piękny, będziemy go długo pamiętać. Coś się kończy, zaczyna się lato, Janka jeszcze chwilę tu pobędzie, a na wakacje wyjedzie do Izraela, jak zawsze. Sporządzamy poczet kolegów, którzy odeszli, bo trochę nas to bawi. Gramy jak umiemy.

Wszystkie książki Janki są zbyt proste jak na jej biografię. Czegoś im nie dostaje. A może właśnie takie być powinny? Burzliwe życie nie musi kierować literaturą, nawet nie powinno. Ale stało się tak, że emocje Janki wpisano w zbiorowy życiorys żydowski ubiegłego stulecia. Jej książki przekroczyły granicę, którą sama im wyznaczyła. O tamtym chciała napisać mniej, o sobie jak najwięcej. Była egocentryczna jak każdy pisarz. Stawała się z wolna osobą świadczącą o tym, co przeżyła, ale wciąż uchylającą się przed komentarzem.

W rozmowach namawiała mnie, żebym koniecznie napisała powieść. Na szczęście do tego nie doszło. Ale temat był między nami bardzo żywy. Przytaczając różne kontrargumenty, myślałam sobie skrycie: zrobię to, ale o czym to będzie? Gdzie są miejsca jeszcze przez nikogo z naszych rówieśników nie oglądane, nie przywołane? I widzę naraz, że kroczę tą samą co Janka ścieżką. Otwierają się drzwi sali nr 22, a tam cały nasz rocznik. Wileńsko-lwowsko-zakopiański — nieświadomy własnych różnic, bez tożsamości, ale za to żywy. Janka pośród nas jak inkrustacja, jej dobczyckie, tajemnicze życie zaczyna się zmieniać w los i w przeznaczenie.