Tu jest teraz twój domTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Emocje sprowadzone do kilkudziesięciu przepisów
Ewa Milewska-Celińska – adwokatka specjalizująca się w problematyce prawa rodzinnego, posiada doświadczenie negocjacyjne i procesowe w zakresie problematyki prawa rodzinnego. Matka adopcyjna

To jedno z tych przeżyć, które jest warte więcej niż wygranie miliona złotych w totka.

Gdy wysiadła z samolotu na lotnisku w Paryżu, w walizce nie miała praktycznie nic poza lekami Jurka. Chłopiec był w leczeniu stałym, przyjmował witaminy, suplementy, leki antywirusowe i różne koktajle lekowe – w sumie kilkanaście tabletek każdego dnia. Oprócz pigułek nie posiadał na własność niczego. Niewiele też w życiu widział. Nigdy nie spotkał tylu ludzi, nie obserwował tylu świateł, neonów i wystaw sklepowych, o locie samolotem nie wspominając. Siedział w wózku z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami.

W hali lotniska już czekała na niego jego nowa rodzina. Trzymali tabliczkę z napisem: „Jurek, witaj w domu!”.

– Pomyślałam wtedy, że my, Polacy, jako obywatele jesteśmy wciąż na drzewie – mówi Ewa Milewska-Celińska. – Ta rodzina mieszkała w skromnym domu, nie byli bogaci, pielęgniarze z zawodu, a każde ich dziecko miało mały pokoik, szczoteczkę do zębów i sprany ręcznik, wszystko było czyste i schludne. Z otwartymi sercami i ramionami przyjmowali pod swój dach dzieci nie mniej chore niż Jurek. Mieli już czworo własnych i trójkę adoptowanych: dwóch czarnoskórych chłopców i dziewczynkę z porażeniem czterokończynowym – ta mała nawet nie mówiła, porozumiewała się z rodziną za pomocą serii krzyków i innych dźwięków. A oni wszyscy, nawet dzieci, zdawali się ją rozumieć i zachowywali jakby nigdy nic. Pamiętam ich wspólną kolację pierwszego wieczoru. Jurek nie umiał wtedy nawet jeść łyżeczką. Jego nowy tata podawał mu kaszkę do ust, chłopiec próbował otwierać buzię, a dzieci biły brawo. Ta rodzina była taka spójna.

Jurek został z nimi i ma się dobrze.

Jaki los czekałby go w Polsce? Tata chłopca był narkomanem, nosicielem wirusa HIV, zmarł. Matka dała w długą, nigdy nie interesowała się chłopcem. Gdy Ewa Milewska-Celińska zabierała Jurka ze szpitala, aby zawieźć go do nowej rodziny, miał trzy lata. Nigdy wcześniej nie opuszczał murów budynku, w którym się urodził. Życie, które znał, ograniczało się do szpitalnej izolatki. Jurek, tak samo jak jego tata, był nosicielem wirusa HIV. Nikt go w Polsce nie chciał adoptować. Nikt się nim nigdy nawet nie zainteresował.

Dla niego ta rodzina z Francji była jedyną nadzieją na normalne życie.

Gdyby takie przeżycia rzeczywiście można było przeliczać na miliony wygrane w totka, to Ewa Milewska-Celińska miałaby ich w posiadaniu sto sześć, bo w tylu sprawach o zagraniczną adopcję była pełnomocnikiem rodziny, która zgłosiła się po polskie dzieci.

Dzięki niej za granicę wyjechał bezimienny chłopiec. Znaleziono go w lesie, gdy miał trzy lata. Był opóźniony w rozwoju i miał poważną współwystępującą chorobę, która dodatkowo obciążała go fizycznie. Jego przyszła matka pokochała go od pierwszego wejrzenia. Była profesorem. Jej było obojętne, czy w przyszłości zostanie mechanikiem samochodowym (został), czy sprzątaczem ulic. Jedyne, czego chciała, to żeby wyrósł na szczęśliwego człowieka, który będzie jej bliski.

To również Ewa Milewska-Celińska zorganizowała wyjazd za granicę dziecka, które wychowywało się z chorą psychicznie matką w domu pomocy społecznej. Miało nawyki osób chorych, bo nigdy nie widziało innego świata. Również ten maluch dostał szansę na nowe życie.

Jakiej odwagi trzeba, żeby adoptować takie dziecko, żeby chcieć się zmierzyć z takimi problemami?

A jednak chętni z zagranicy byli. Zgłaszali się Belgowie, Francuzi, Holendrzy, ale głównie Włosi. Na pewnym etapie było ich tylu, że Ewa Milewska-Celińska wypracowała sobie pewien modus operandi. Aby ułatwić swoim cudzoziemskim klientom kontakt z dziećmi, a dzieciom aklimatyzację, napisała słownik, zestaw najniezbędniejszych polskich słów i zwrotów, i kazała im się go nauczyć. To był warunek.

– Uznałam, że skoro ja mogę się nauczyć kilkudziesięciu stron akt ich sprawy na pamięć, to oni też mogą zapamiętać słowa i zdania: „pić”, „jeść”, „Chcesz siusiu?”, „Ciepło ci?”, „Zimno?”, „Kocham cię”. Przynajmniej na początek, żeby mogli się z tym dzieckiem porozumieć.

Były takie okresy, kiedy adopcje zagraniczne odbywały się bez większych problemów. Rodziny zgłaszały się do Ewy Milewskiej-Celińskiej i kompletowały dokumenty, po czym po kilku miesiącach dzieci jechały do nowego domu. Adwokatka uważa, że było więcej zaufania do kandydatów na rodziców, co przekładało się na szybsze procedowanie spraw i szybszy ich finisz, a potrzebujące dzieci sprawniej trafiały do nowych, kochających domów. Niestety były też takie momenty, kiedy miała wrażenie, że robi się wszystko, żeby te adopcje utrudnić, zmieniały się przepisy, mnożyły się obwarowania. Nowym rodzicom stwarzało się tysiące przeszkód, każde ich słowo było kwestionowane, a intencje podważane, piętrzyły się dokumenty i przepisy mające na celu „ochronę dziecka”.

– W takich chwilach odnosiłam wrażenie, że dla polskich ośrodków adopcyjnych nie miało znaczenia, że tego dziecka nikt w Polsce nie chce, że ono jest ciężko chore, potrzebuje natychmiastowej pomocy, wyjścia ze szpitala czy placówki. Zachowanie polskich ośrodków adopcyjnych można by sprowadzić do mianownika: „To nasze, polskie dziecko, nie oddamy obcym”. Oczywiście nikt nie powiedział tego na głos, ale trudno nie pokusić się o takie stwierdzenie.

Dzieci, które trafiały do nowych rodzin za granicę, a których sprawy prowadziła, zyskiwały nowe życie. W wielu przypadkach adopcja zagraniczna była dla nich jedyną szansą na znalezienie nowego domu. Miały stopień niepełnosprawności, który wiązał się z ogromnymi nakładami finansowymi i koniecznością zapewnienia im natychmiastowej specjalistycznej opieki medycznej, wieloletniej rehabilitacji i poświęcenia. To były dzieci z rodzin patologicznych, upośledzone umysłowo, ciężko chore, dzieci, których matki biologiczne były chore psychicznie, wiele z maluchów miało współwystępujące choroby serca czy nerek. Dzieci wymagające kosztownego leczenia lub operacji. Dzieci, które – jeśli nikt z zagranicy by ich nie przygarnął – byłyby skazane na życie w regionalnych placówkach opiekuńczo-terapeutycznych. Ale polskich.

– Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że wszystkie te adopcje dotyczyły dzieci, których w Polsce nie chciano. Zawsze czułam, że robię coś dobrego dla tych dzieci. Niestety ograniczenie liczby ośrodków zajmujących się adopcjami zagranicznymi i spadająca liczba adopcji zagranicznych sugerowałyby, że jest odwrotnie. Dlatego po przeprowadzeniu stu sześciu adopcji doszłam do wniosku, że nie mam siły dłużej walczyć z sądami, ośrodkami adopcyjnymi, z wystawaniem pod drzwiami gabinetów, z proszeniem o łaskawe orzeczenie, z udowadnianiem, że ci konkretni ludzie nadają się na rodziców adopcyjnych. Rozumiem, że chodzi o wyeliminowanie złych kandydatów, osób, które w żadnym razie nie powinny zostać rodzicami. Ale umówmy się: ludzi chętnych na tak chore dzieci jest naprawdę niewielu. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że rodzin, które nie nadawały się na rodziców adopcyjnych, miałam w swojej karierze dwie, i obydwie odpadły w sicie rekrutacyjnym albo wkrótce potem. Nie dopuściłam do tych adopcji.

W wyniku wdrożonego w styczniu 2017 roku przez resort rodziny zaostrzenia kryteriów kwalifikacji dzieci i rodziców do adopcji międzynarodowych oraz jednoczesnego zmniejszenia liczby ośrodków, które mają uprawnienia do ich przeprowadzania, instytucjami zajmującymi się sprawami międzynarodowej adopcji zostały Katolicki Ośrodek Adopcyjny w Warszawie i Diecezjalny Ośrodek Adopcyjny w Sosnowcu. O tym ostatnim niewiele można było powiedzieć, ponieważ nigdy dotąd nie zajmował się adopcjami zagranicznymi. „Nie mamy pojęcia, dlaczego akurat my zostaliśmy wybrani, by zająć się adopcjami zagranicznymi” – mówiła „Gazecie Wyborczej” Elżbieta Dziubaty, dyrektorka sosnowieckiej placówki1.

Nieprzygotowany ośrodek miał przejąć sprawy prowadzone przez krajowy ośrodek adopcyjny Towarzystwa Przyjaciół Dzieci (TPD) i Wojewódzki Ośrodek Adopcyjny, którym uprawnienia odebrano. Dlaczego straciło je TPD, które miało na koncie najwięcej pomyślnie zakończonych spraw międzynarodowych (od 1994 roku przeprowadziło 2304 adopcje zagraniczne do 1507 rodzin)? Przecież było pierwszym ośrodkiem w Polsce, który zajął się adopcjami zagranicznymi, ale również tym, który jako pierwszy zaczął przeprowadzać adopcje krajowe. To na jego doświadczeniu i praktykach pracowała większość pozostałych ośrodków w Polsce. Przeprowadzone przez tę organizację adopcje stanowiły 40–45 procent wszystkich adopcji zagranicznych w ostatnich latach.

Dziś uprawnienia do przeprowadzania adopcji zagranicznych posiada – jak docelowo zakładano – jedynie warszawski Katolicki Ośrodek Adopcyjny (KOA). Jeszcze do niedawna na jego stronie znajdowała się informacja, że ośrodek daje pierwszeństwo parom katolickim: „Rozpatrując zgłoszenia rodzin, preferujemy w pierwszej kolejności rodziny katolickie, a następnie inne chrześcijańskie”2.

Tego wymogu już nie ma. Jednak gdy uważnie przegląda się witrynę KOA, można trafić na czytelne i jednoznaczne predylekcje placówki: „Efektem służebnej pracy Ośrodka będzie powstanie środowiska rodzin katolickich, które z pełnym poświęceniem podejmą pracę całego życia – nad przyjęciem i wychowaniem osieroconych dzieci. W wyniku tej wielkiej pracy zmniejszy się w Polsce problem sieroctwa społecznego i zatrzymany zostanie mechanizm powielania patologii społecznej”3.

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej (obecnie Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej) podało, że w 2017 roku 98 dzieci trafiło do adopcji zagranicznych, a w roku 2018 było ich tylko 28. Dla porównania w roku 2012 za granicę do rodzin trafiło 255 dzieci, a w 2013 roku 323. Dzieci z Polski są adoptowane przede wszystkim do rodzin włoskich: 156 dzieci (61 procent ogółu) w 2012 roku, 209 w 2013 (64 procent), 56 w 2017 roku (57 procent). Ta tendencja utrzymuje się mimo ograniczenia tych adopcji.

 

„Włosi mają liczne rodziny, poza tym mogą adoptować dzieci starsze, a prawo w wielu krajach zabrania adopcji dzieci powyżej pewnego wieku. Panuje również pogląd, że Włosi chętnie adoptują nasze dzieci, gdyż z Polski pochodził papież Jan Paweł II. Na pewno ma to spory wpływ na ich zainteresowanie naszymi podopiecznymi” – mówiła „Dziennikowi Bałtyckiemu” Bożena Sawicka, dyrektor Publicznego Ośrodka Opiekuńczo-Wychowawczego w Warszawie4.

Aktualnie prawo stanowi, że adopcja zagraniczna jest ostatecznością.

Ograniczenia w adopcjach zagranicznych była minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska uzasadniała tym, że Polska oddaje zbyt zdrowe dzieci i że rozdzielane są rodzeństwa. „Kiedy przyjrzeliśmy się szczegółowo, jak do tej pory odbywały się zagraniczne adopcje, okazało się, że nie jest wcale tak, że wysyłane za granicę dzieci są bardzo chore”5 – ogłosiła.

Na poparcie tych słów ministerstwo podaje, że odsetek dzieci niepełnosprawnych to jedynie około 20 procent wszystkich adopcji zagranicznych. To samo 20 procent wynika ze statystyk TPD: spośród wszystkich dzieci adoptowanych za granicę w 2016 roku 26 (20 procent) miało orzeczenia o niepełnosprawności, 40 było zdrowych (30 procent), a 65 (50 procent) nie miało orzeczeń.

Można by zatem uznać, że skoro rzeczywiście tylko co piąte dziecko miało orzeczenie o niepełnosprawności, to znaczy, że cztery piąte wszystkich adoptowanych za granicę dzieci było zdrowych. Ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach i tu ukrył się pod enigmatycznym „nie miało orzeczeń”. W tej grupie uwzględniono bowiem dzieci z różnymi obciążeniami czy dysfunkcjami takimi jak FAS, zespół stresu pourazowego (PTSD), na przykład w wyniku molestowania seksualnego, czy RAD, z których to żadne nie kwalifikuje do otrzymania przez dziecko zaświadczenia o niepełnosprawności, pomimo oczywistych dysfunkcji. Choć FAS powoduje: spowolniony rozwój fizyczny przed urodzeniem i po nim, opóźnienia wzrostu, niską wagę urodzeniową, małą głowę, niskie wzrost i wagę w stosunku do wieku, opóźnienia rozwojowe; RAD: nieprawidłowe interakcje społeczne, chłód emocjonalny, obojętność, zbytnią agresję, narzucanie się obcym, przypadkowym ludziom, próby oczarowania ich i pozyskania ich sympatii za wszelką cenę przy jednoczesnym odrzucaniu najbliższych członków rodziny; PTSD: nadmierną czujność, trudności z koncentracją, nadmierną drażliwość lub niekontrolowane wybuchy gniewu, częściową lub całkowitą niezdolność do odtworzenia pewnych ważnych okoliczności zetknięcia się ze stresorem – żadnego z nich nie uwzględnia się w statystykach.

I chociaż ta grupa dzieci nie ma orzeczeń, a co za tym idzie, jest obecnie dla systemu przezroczysta i uznana automatycznie za zdrową, a zatem niekwalifikującą się do adopcji zagranicznych, tym samym najprawdopodobniej jest skazana na spędzenie reszty życia w murach przyozdobionych lamperią.

– Dlatego dziś już nie prowadzę spraw o adopcję zagraniczną – mówi Ewa Milewska-Celińska. – Adopcja zagraniczna po tych zmianach praktycznie w Polsce nie istnieje. Adopcja wciąż jest w Polsce czymś mrocznym, czymś, do czego ludzie nie przyznają się otwarcie. Zawsze się śmiałam, że adopcja, abolicja i aborcja to trzy tematy tabu w polskim społeczeństwie. Dziś łatwiej jest powiedzieć, że ktoś jest alkoholikiem czy że bije żonę, niż że adoptował dziecko. Ludzie zawsze wtedy ściszają głos. A przecież ci, którzy decydują się na ten krok, robią coś dobrego. Otwierają się na obcą osobę, z którą nie są związani więzami krwi. Otwierają się na cudzy kod genetyczny w swoim domu.

Ewa Milewska-Celińska liczyła, że w kwestii adopcji i losu tych dzieci dużo się zmieni na lepsze po 2007 roku, gdy do Kodeksu postępowania cywilnego wprowadzono artykuł, który mówił o wysłuchaniu dziecka przed sądem. Ucieszyła się, że najmłodsi wreszcie będą mogli zostać wysłuchani, że będą mieli głos. Miała nadzieję, że mądry sędzia po rozmowie z dzieckiem będzie umiał zrozumieć i prawidłowo odczytać jego potrzeby i uczucia, że zadba o interes jego, a nie na przykład jego rodziców.

– Jestem orędowniczką i zwolenniczką instytucji adwokata dziecka. Uważam, że dzieci potrzebują ich, żeby pomogli im reprezentować ich interes oraz prawa przed sądami. Widzę potrzebę zabezpieczenia praw małoletnich. Uważam, że małoletni powinien móc być uczestnikiem postępowania w swojej sprawie przed sądem, powinien móc na przykład samodzielnie wnosić apelację, zgłaszać wnioski dowodowe, ustalać swojego pełnomocnika. Powinien być przy nim ktoś, kto spojrzy na te wszystkie trudne sprawy, kierując się dobrem dziecka. Potrzeba kogoś, kto będzie w sądzie reprezentował i zabezpieczał wyłącznie interesy dziecka, które przecież bywają odmienne niż rodziców. Niestety to prawo się w praktyce nie przyjęło, a szkoda, bo w moim rozumieniu wysłuchanie młodego człowieka przed sądem daje nadzieję i szansę na to, że jego przyszłość będzie mniej zagrożona. A szkoda, jeden Rzecznik Praw Dziecka to za mało.

Dorośli potrafią upominać się o swoje prawa, wysyłać pisma, zażalenia, skargi. A dzieci? Dzieci są uprzedmiotowione. Ich los leży w rękach rodziców (również tych niewydolnych wychowawczo), kuratorów, sędziów, pracowników socjalnych, asystentów, koordynatorów. Są tylko jednym z trybików machiny polityki rodzinnej. Według niej należą do rodziców. Ten system zależności, krew z krwi i kod genetyczny są ważniejsze niż dobro dziecka.

W praktyce sądowej przyjęło się, że w sprawach dotyczących na przykład kontaktów z rodzicami czy uregulowania „podziału” władzy rodzicielskiej dziecko nie jest w ogóle traktowane jako uczestnik postępowania sądowego. A skoro nie uczestniczy w postępowaniu, to nie uczestniczy w nim również kurator.

Kurator jest ustanawiany wtedy, gdy może dochodzić do sporu pomiędzy rodzicem a dzieckiem, na przykład gdy toczy się sprawa karna dotycząca znęcania się nad dziećmi. To reprezentant nie z wyboru, ale nadawany z urzędu, a na dodatek do każdej sprawy może być w tej funkcji powoływana inna osoba.

Według informatora, który chce pozostać anonimowy, instytucja kuratora pozostawia wiele do życzenia. Doświadczenie tej osoby pokazuje, że ci opiekunowie prawni mają problem z zaangażowaniem w sprawę i jeśli ktoś nie włączy się aktywnie w proces i nie pokieruje sprawą, to kuratorzy niespecjalnie interesują się danym przypadkiem.

Wprowadzenie instytucji adwokata dla dziecka postulował były rzecznik praw dziecka Marek Michalak. Uważał za konieczne wzmocnienie ochrony praw i interesów dziecka, a co za tym idzie – aby w każdej sprawie podczas procesu sądowego dziecko reprezentował profesjonalista (adwokat lub radca prawny). Zwracał uwagę na konieczność dbania o prawa małoletniego, znajomość jego sytuacji rodzinnej i przekazanie sądowi jego woli.

Z podobnym postulatem wychodził również Adam Bodnar, rzecznik praw obywatelskich: „Obowiązek wysłuchania dziecka znajduje się w Kpc [Kodeks postępowania cywilnego – przyp. aut.], ale wysłuchanie to przyjmuje rozmaitą formę i nie jest dostatecznie rozpowszechnionym środkiem procesowym w sporach rodzinnych przed sądami. Wysłuchanie dziecka powinno być obowiązkowym elementem każdego postępowania, które może dotyczyć jego osoby czy majątku, zaś odstąpienie od tego obowiązku może być jedynie wyjątkiem. Wysłuchanie to powinno zostać sformalizowane”6.

Równocześnie w liście skierowanym do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry obaj rzecznicy zauważyli, że w wyniku działań Sądu Najwyższego sprawy o bardzo dużym znaczeniu dla ukształtowania sytuacji życiowej dziecka, czyli o pozbawienie władzy rodzicielskiej, są uważane wyłącznie za sprawy rodziców i dziecko nie jest uczestnikiem postępowania.

Według Sądu Najwyższego dziecko jest własnością rodziców i podlega ich autorytetowi. Sąd Najwyższy, uzasadniając swoje stanowisko, wskazał, że za pozbawieniem małoletniego statusu uczestnika przemawiają względy wychowawcze.

Stosunek […] rodziców do dzieci cechuje swego rodzaju nadrzędność, która wyłącza przyznanie dziecku pozycji uczestnika postępowania, mogącego decydować o tym, czy rodzicom ma być odjęta władza rodzicielska nad nim. Uchybienia w wykonywaniu przez rodziców tej władzy, kolidujące z dobrem dzieci, zostały poddane kontroli sądu, przy czym dzieci nie powinny mieć prawa osobistego oddziaływania na wynik tej kontroli. Odmienny pogląd prowadziłby do poderwania autorytetu władzy rodzicielskiej, niezbędnego do należytego wychowania dziecka […]. Osobisty udział w postępowaniu o pozbawienie władzy rodzicielskiej mógłby […] wywrzeć ujemny wpływ wychowawczy na małoletniego i w ostatecznym wyniku obróciłby się nie tylko przeciwko jego dobru, ale godziłby w interes ogólny związany z prawidłowym funkcjonowaniem rodziny i z należytym wychowaniem młodego pokolenia7.

Poważne błędy wychowawcze, okaleczanie dziecka wychowywanego w rodzinie patologicznej, w której dochodziło do jawnych naruszeń jego dobra, w której panuje przemoc i sięga się po używki, to tematy tabu w naszym społeczeństwie, bo naruszają świętość słów „matka” czy „ojciec”. Uważamy, że rodziców należy szanować, a w pojęciu szacunku nie ma miejsca na krytykę. Równoczesne, wpisane w rodzicielstwo podrzędność i uległość dziecka, posłuszeństwo wynikające jedynie z samego aktu jego urodzenia i „ofiarowania” życia, ustawia dziecko w roli drugoplanowej i sprowadza je do własności bez względu na czyny rodziców.

Jednocześnie Sąd Najwyższy stwierdził także, że przyznanie dziecku praw uczestnika postępowania w sprawach o pozbawienie władzy rodzicielskiej pociągnęłoby za sobą taki skutek, że we wszystkich sprawach dotyczących dziecka musiałoby ono do ukończenia trzynastego roku życia być reprezentowane przez kuratora, a to spowodowałoby konieczność zaangażowania ogromnej liczby kuratorów i wiązałoby się z ogromnymi nakładami finansowymi.

Jak zatem można by zmienić system, aby dawał większą ochronę dzieciom? Nie ma jednej odpowiedzi. Trzeba powszechnego zrozumienia, że ograniczenie władzy rodzicielskiej nie ma być środkiem represji w stosunku do rodziców, ale ochrony zagrożonego dobra dziecka. Na pewno trzeba przestać uważać dzieci za własność rodziny, dać należne im prawa, słuchać ich potrzeb i pragnień. Trzeba chronić je przed przemocą ze strony rodziny. Potrzeba zaangażowanych pełnomocników prawnych, psychologów i sędziów biegłych w sprawach zajmujących się dziećmi. Takich, którzy zabezpieczą najbardziej poszkodowaną stronę prawnie, psychologicznie i społecznie, którzy będą umieli odróżnić stereotyp o tym, że każde dziecko chce wrócić do domu, od realnych potrzeb dziecka. Którzy będą umieli ochronić je w sytuacji, gdy zagrażają mu jego właśni rodzice. Potrzeba ciągłości osób zajmujących się danym dzieckiem, które zostało odebrane z rodziny biologicznej – nie można dopuszczać do zmiany kuratorów, psychologów czy placówek w sytuacji, gdy dziecko jest kilkukrotnie odbierane. Należy równocześnie stosować profilaktykę, obejmować ochroną dzieci i całe rodziny, gdy tylko istnieją przesłanki, że w przyszłości może w tych rodzinach dochodzić do przemocy, agresji, mogą pojawić się alkohol, narkotyki czy choroby. Pomoc nie może przychodzić, dopiero gdy kryzys przeradza się w patologię, wtedy może być już za późno. Takie rodziny przecież są znane pracownikom socjalnym. Potrzebne są większa wrażliwość i uwaga. Równocześnie, gdy dziecko wraca do rodziny biologicznej, w której już wcześniej dochodziło do nadużyć władzy rodzicielskiej i występowały patologie, należy taką rodzinę bacznie monitorować i tu również słuchać dzieci. One milczą niekiedy nie dlatego, że nie mają niczego do powiedzenia. Milczą ze strachu.

Pierwszą sprawę o adopcję zagraniczną Ewa Milewska-Celińska przeprowadziła w 1985 roku.

– To była miłość od pierwszego wejrzenia – mówi. – Historia jak z bajki. Para z zagranicy chciała adoptować dziewczynkę. I żeby była jasność: mężczyzna nie był kompletnie oderwany od Polski, pisał u nas doktorat i chyba rzeczywiście tę Polskę lubił.

Poproszono ją, jako adwokatkę, aby została pełnomocniczką tej rodziny. Dostała informację, że dziecko leży w tym a tym szpitalu i ma je odebrać.

– Wtedy nie było jeszcze tych cholernych ośrodków adopcyjnych. Procedury było prostsze, zgodę na przysposobienie, z tego, co pamiętam, wydawało ministerstwo edukacji, ale w praktyce sprawdzało się to do zgody i podpisu jednej starszej pani.

Pojechała. Dziewczynka miała osiem miesięcy i ani jednego włosa, ani zęba. Nikt jej nigdy nie odebrał ze szpitala. Ewa Milewska-Celińska zabrała ją do swojego domu. Mała mieszkała z nią i jej przyszłym mężem trzy miesiące. Teoretycznie orzeczenie o przysposobieniu zostało już wydane, ale nowi rodzice nie mogli zabrać dziecka, dopóki nie uprawomocniło się postanowienie, a potem był wybuch w elektrowni jądrowej w Czarnobylu i władze francuskie wstrzymywały zgodę.

 

– Lekarz, który przyszedł do dziewczynki na wizytę pediatryczną, był kompletnym bałwanem. Gdy zobaczył małą, zapytał: „Co pani wzięła?”. A myśmy dostali fioła na punkcie tego dziecka.

U nich w domu wyrosły małej włosy, pierwsze ząbki. Była ich oczkiem w głowie. Po prostu po ludzku ją pokochali. A po trzech miesiącach przyszła pora, by ją oddać. Ewa Milewska-Celińska teoretycznie wiedziała, że dziecko nie jest jej, ale uważa, że to rozstanie było najcięższym doświadczeniem w jej życiu.

Osobiście zawiozła dziewczynkę za granicę, do nowych rodziców. Dziecko najpierw płakało na ich widok i automatycznie mocniej się do niej tuliło. To nikomu nie służyło. Obie kobiety ciągle płakały, Ewa Milewska-Celińska, bo musiała się rozstać, adopcyjna mama, bo mała jej nie akceptowała. Najrozsądniejszy był adopcyjny tata.

Adwokatka spędziła u nowej rodziny kilka tygodni. Ale w końcu musiała wrócić do Polski. Przyjechała do kraju kompletnie rozbita, z dzisiejszej perspektywy ocenia, że to było jak psychoza.

– Wyczytałam w aktach sprawy tej małej, że jest jeszcze jedno dziecko z tej samej rodziny i że od półtora roku przebywa w domu dziecka. Wiedzieliśmy z mężem, który nie był wtedy jeszcze moim mężem, byliśmy parą, oboje byliśmy po rozwodach, że dziecko ma problemy zdrowotne i nikt go nie chce. Poszliśmy do domu dziecka. I przyprowadzili nam chłopczyka. Popatrzyliśmy na siebie, na dziecko i powiedzieliśmy: „Bierzemy!”. Mój mąż to, że się kocha tylko dlatego, żeby komuś zapewnić dobre życie, szczęście i uśmiech, nazywa „dewiacją pozytywną”. A potem natychmiast musieliśmy się pobrać. Pobraliśmy się, adoptowaliśmy tego chłopca. I to była najlepsza decyzja w naszym życiu.

Bo w adopcjach nie decyduje proces myślowy, tylko emocje i chęć czynienia dobra. Szkoda, że dzisiaj te emocje są sprowadzone do kilkudziesięciu ograniczających przepisów.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?