Tu jest teraz twój domTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zrozumiał jednak, że to, co robi i robiła, to jest właśnie miłość.

Czy kocha matkę? Nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno ma poczucie, że są wyjątkowo mocno związani. Chociaż na różnych etapach życia ta więź była toksyczna. Wie natomiast z całą pewnością, że nie lubi jej jako człowieka. Nie mówi tego głośno, bo ludzie tego nie rozumieją. Nie opowiada też nikomu o swoim dzieciństwie i adopcji, bo musiałby opowiadać o relacji z matką. Boi się, że ktoś pomyśli, że jest niewdzięcznikiem. Oni go adoptowali, dali mu dom, a on ma jakieś wydumane pretensje.

– Zresztą musiałbym zaczynać swoją opowieść od słów: „Urodziłem się w więzieniu”. To jakbym książkę pisał. A kiedy parę razy spróbowałem, to ludzie mówili: „O Jezu, ale jesteś biedny”. A po terapii już tak o sobie nie myślę.

Gdy patrzy na swoje dzieciństwo dziś, z perspektywy czasu i odbytej terapii, jest wdzięczny za tę adopcję. Generalnie to był dobry dom. Rodzice nigdy go nie bili, nie znęcali się nad nim psychicznie. Miał wszystko, czego potrzebował. Opiekuje się matką, jeździ do niej, codziennie rozmawiają. Troszczy się o nią. Może z poczucia obowiązku?

– Matka stosuje wobec mnie swego rodzaju szantaż emocjonalny. Pyta: „Co będzie, jak będę niedołężna?”. „Zapewnię ci opiekę. Będę przyjeżdżał”. Daje mi odczuć, że skoro ona zaopiekowała się mną, wzięła mnie z domu dziecka, to jestem jej coś winien. Wtedy nagle przestaje to być wartością. Staje się rodzajem długu, który muszę spłacić.

Jacek uważa, że rodzicielstwo to nie jest system wzajemnego ubezpieczenia społecznego. Opieka na rodzicami powinna wynikać nie z oczekiwań rodziców, tylko z więzi. Relacji budowanej przez lata.

– To ma być więź, a nie więzienie. Ostatnio pojawiła się we mnie myśl, że kiedy ona umrze, nie będę miał miejsca, do którego mogę pojechać. Ale jakby popatrzeć na to z jeszcze innej strony, to gdyby matka była inna, może nie musiałbym od niej uciekać i nie czytałbym tyle. A gdybym tyle nie czytał, to byłbym zupełnie innym człowiekiem. Bo przecież każdy ma potrzebę zapełnienia pustki. Czy wtedy byłbym wypełniony?

Aniołek
Gabriel Jan – adoptowany w wieku pięciu lat

Jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Rodzice w nowym akcie urodzenia zmienili mu dane, poza imieniem Jan, które dostał od matki biologicznej. Dali je jednak jako drugie – świadectwo ocalenia. Na pierwsze ma Gabriel. Jak archanioł. Imię Bożego wojownika.

Dziś, gdy mama go przytula, a sięga mu do pach – on ma trzydzieści pięć lat, metr dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, trzydniowy zarost i starannie przystrzyżone włosy, związane w kitkę na czubku głowy, jest szeroki w barach, które podkreśla obcisłą czarną koszulką – nazywa go swoim aniołkiem.

Gabriel nie lubi swojego imienia i na co dzień go nie używa, znajomi mówią do niego Jan. Ale mama i tata nigdy. I tylko im wolno. Zresztą im wolno wszystko. Bo tak naprawdę to oni są aniołami. Tymi prawdziwymi.

Uważa, że miał wiele szczęścia, że na nich trafił. Kocha ich bezgranicznie. To miłość autentyczna, głęboka i jak mówi, nawet lepsza niż ta do rodziców biologicznych, bo silniejsza, bardziej szczera i niewymuszona więzami krwi.

– Bo jak to jest, że obcy ludzie przygarnęli i od pierwszego wejrzenia pokochali powykręcanego krzywicą, brudnego, chudego kilkuletniego chłopca? Dostrzegli we mnie to, czego nikt wcześniej nie zobaczył. Dali mi szansę na najlepsze życie, jakie mógłbym sobie wymarzyć. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, dowodem na to, że można pokochać obcego człowieka.

Ba, Gabriel Jan jest nawet wdzięczny biologicznej matce, bo gdyby nie ona, nigdy nie trafiłby do kochających rodziców.

Historia jego życia jest jak szwajcarski ser, podziurawiona niepamięcią. Zresztą Gabriel nie ma potrzeby wypełniania luk, jest wdzięczny losowi za to, co go spotkało. Pomimo tych wyrw czuje się kompletny. Niedawno znajomy detektyw zaproponował mu swoje usługi: „Odnajdę twoją rodzinę, matkę biologiczną, tych od rudego psa”. On nie chce. Wystarczy mu to, co o sobie wie i co pamięta. Uważa, że tego i tak jest za dużo jak na jednego człowieka.

To mógł być rok 1986 albo 1987. W Polsce wróciły ostre zimy. Temperatura spadała poniżej minus trzydziestu stopni Celsjusza. 13 stycznia 1987 roku w Terespolu zanotowano rekordową po wojnie temperaturę: minus trzydzieści trzy i pół stopnia. Lód w Jeziorze Zemborzyckim osiągnął ponadprzeciętną grubość sześćdziesięciu centymetrów. Pawełek wracał z rodzicami z łyżew, miał zaczerwienione poliki i śmiały mu się oczy, kiedy otrzepywał ze śniegu przyduży kożuch.

Małemu Jankowi było przykro. Nikt go na łyżwy nie zabrał. Został sam w starej drewnianej chacie, trochę się nudził, pozamiatał, powyglądał przez okno. Nie pił. Bał się, że zachce mu się siku i będzie musiał iść do sławojki. Żeby tam dotrzeć, trzeba było przejść przez błotniste podwórko, obok wielkiego rudego psa na łańcuchu. Pies ujadał i rzucał się, gdy tylko ktoś się zbliżał. Na samą myśl chłopiec truchlał i mocniej ściskał uda. Wolał wytrzymać.

„Żeby tylko nie zsikać się do łóżka” – to była ostatnia myśl, z którą zasypiał każdego wieczoru. Bo gdy to mu się zdarzyło, bili go kablem do starego radia albo nie dawali jeść. Albo kazali mu się rozbierać i wyrzucali go na dwór, na mróz. Pamięta, jak stał nago, zamarzały mu łzy na buzi, gile w nosie, a on nie myślał o wstydzie, upokorzeniu, zimnie i głodzie. Myślał o tym wielkim, ujadającym rudym brytanie. Strach był dominującym uczuciem, paraliżującym, przenikającym serce, ściskającym gardło.

Cały czas mu powtarzali, że jest niegrzecznym, złym chłopcem. Dlatego nie dostał prezentów pod choinkę. A Pawełek dostał. Kolorowe paczki przyniósł brodaty pan, którego Janek lękał się nie mniej niż psa. W tamtym okresie Janek bał się prawie wszystkiego.

Pawełek też mieszkał w starej chałupie, ale z niejasnych dla Janka powodów traktowano go inaczej – hołubiono go, cieszył się przywilejami. Jan nie wie dokładnie, kim był ten chłopiec, strach i czas zatarły wspomnienia. Może był ich biologicznym synem, a może synem siostry mężczyzny, do którego kazali mu mówić „tato”.

Janek nie wiedział i nie rozumiał, co robi źle, choć bardzo starał się postępować jak najlepiej. Był cicho, sprzątał po sobie, schodził rodzicom z drogi, nie odzywał się niepytany, nie śmiał się. Kazali mu palić papierosy, to krztusząc się i kaszląc, palił. Chciało mu się wymiotować, a oni śmiali się i znów go bili. Przysięgał, że będzie grzeczny, że już nigdy, przenigdy „tego” nie zrobi, że będzie chodził do wychodka, że nie będzie się bał psa ani prosił o jedzenie.

Ale to nie wystarczało.

Poza rzucanymi pod jego adresem wyzwiskami odzywali się do niego sporadycznie. To, co najczęściej mówili, brzmiało: „Nie jesteś naszym Filipkiem”.

Kim był Filipek? Ich zmarłym synem? Odebrała im go opieka społeczna? Tego też nie wie do dziś. Wie, że go bili i że bolało. Wie, że wielokrotnie trafiał do domu dziecka i do szpitala. Był interwencyjnie odbierany czy sami go zawozili? Nie pamięta szczegółów.

Wtedy myślał, że tak po prostu wygląda życie, że świat jest tak skonstruowany. Dzieci mieszkają w domach dziecka, gdzie jest wiele innych dzieci. Opiekują się nimi panie; najmilsze są te ciemnowłose, o imieniu Basia. Dzieci są zależne od dorosłych, którzy przewożą je z miejsca na miejsce, zabierają z domu dziecka, kiedy chcą, i kiedy chcą, odwożą z powrotem do starej drewnianej chaty, gdzie jest biednie, zimno, głodno i gdzie szczeka wielki rudy pies. Czasem dzieci, gdy są niedożywione, trafiają do szpitala. Tam są lekarki i pielęgniarki w białych fartuchach i czepkach. Lekarki leczą dzieci i dbają o nie, pielęgniarki przynoszą jedzenie i robią zastrzyki. Dzieci nie mogą o nic pytać, bo inaczej oberwą. Nikt im niczego nie tłumaczy, nie rozmawia z nimi, bo z dziećmi się nie rozmawia. Mają wykonywać polecenia, sikać na zawołanie do nocnika (nie wolno sikać w łóżkach!) i kąpać się na komendę. Nie mają zabawek, nie posiadają niczego na własność. Dzieci są rybami bez głosu. Zależnymi od decyzji, które do nich nie należą i których nikt im nie tłumaczy.

Gdy po raz kolejny trafił do szpitala, w ciężkim stanie, brudny, zawszony, zagłodzony, z krzywicą, o jego losie dowiedzieli się nowi mama i tata. Ci PRAWDZIWI, ci, którzy okazali się nimi już na zawsze. Choć jeszcze wtedy tego nie wiedział, nie mógł wiedzieć, przecież nikt z nim nie rozmawiał.

Nowi rodzice zobaczyli w szpitalnym łóżku małego chłopca, a w nim rozpoznali swojego synka, aniołka. Obydwoje poczuli dokładnie to samo, że to TEN. Że wreszcie go znaleźli.

Pamięta, jak stali nad nim, gdy leżał w szpitalnym łóżku, i tata, pochylając się nad nim, powiedział: „Krysia, ja go kocham, to mój syn. Wiem to”.

„Ja też już go kocham, Mieciu” – powiedziała mama.

Do dziś Gabriel Jan na wspomnienie o tym się wzrusza, oczy zachodzą mu łzami, przerywa opowieść.

Tata przywiózł mu wtedy pluszowego lewka z zielonym brzuchem i pociąg z żółtym dachem. To były jego pierwsze w życiu zabawki. Wreszcie miał coś swojego – zabawki w domu dziecka były wybrakowane, popsute, zniszczone. Wspólne. Pociąg też się zaraz zepsuł, ale to był jego zepsuty pociąg. Lewek zginął gdzieś po latach – bardzo żałuje, że nie ma go na pamiątkę.

Pamięta jeszcze, że wtedy w szpitalu, gdy nowi rodzice poszli załatwiać formalności i rozmawiać z lekarzem, pojawili się ci od rudego psa. Chyba się zakradli. Pamięta, że zawinęli go w koc, całego, razem z głową, i próbowali z nim uciec. Ktoś się zorientował. Doszło do nieprzyjemnej przepychanki. Ktoś kogoś uderzył. I tamci sobie poszli i już nigdy nie wrócili. Choć nie zniknęli na zawsze. Długo jeszcze byli obecni w jego głowie i we wspomnieniach. Tęsknił za nimi jak dziecko, które tęskni za najbardziej patologicznymi rodzicami. Chciał wrócić „do domu”. Stara chata na skraju lasu, mróz i rudy pies to było wszystko, co znał i za czym najzwyczajniej w świecie tęsknił.

 

A tych nowych rodziców nie znał. Nie byli oswojeni. A poza tym nie wierzył w Boga, a oni byli bardzo wierzący. Bał się, że kiedy się zorientują, to nie będą go chcieli i go oddadzą, jak tamci. I choć otoczyli go opieką i miłością, on wciąż czuł się zagubiony, nieważny, wyrwany z korzeniami. Oni chcieli go usłyszeć, a on się czuł niesłyszany. Oni go widzieli, a on się czuł niezauważany. Okazywali mu miłość, ale on czuł się niekochany.

Nie potrafił zwracać się do nich inaczej niż „wujek” i „ciocia”. Słowa „mama” i „tata” były w jego głowie już zarezerwowane, wydaje mu się, że nawet nie do końca wiedział, co one oznaczają, nie były przypisane do emocji, uczuć, relacji, były „słowami imionami”.

Rodzice adopcyjni próbowali go otworzyć na miłość, nowy dom i relację. Byli dla niego dobrzy, kochali go bezwarunkowo, okazywali mu wsparcie, akceptowali go takiego, jaki był. Podkreślali w czynach i słowach swoje uczucia. A on był zamknięty, niedostępny. Wypełniony poczuciem niższości, lękiem, niechęcią, strachem – jak puszka Pandory; jakby bał się otworzyć i wypuścić te okropności w świat, żeby go nie zarazić, nie zbrukać.

Wezwali na pomoc panią Basię, opiekunkę z domu dziecka. Zamknęła się z nim w pokoju, długo rozmawiali, choć on nie pamięta o czym. Ale gdy skończyli, podszedł do nich, rzucił im się na szyję i powiedział: „Kocham cię, mamo! Kocham cię, tato!” – pamięta to i oni też pamiętają.

Nastąpił przełom, coś w nim pękło. Mama się rozpłakała.

Zaczął się osadzać w nowym życiu. Rozkwitał, pod ich opieką wypełniał dziury w sercu. Oczywiście później nie zawsze było kolorowo. Miał okresy, że nie do końca czuł się ich synem, towarzyszyło mu poczucie wyobcowania, jakby był nie na swoim miejscu. Czasem odnosił wrażenie, że jest gorszy, jakby ulepiony z innej gliny. Ale nigdy, przenigdy nie zwątpił w ich miłość.

Mało rozmawiał z rodzicami o tym, co było wcześniej – zanim trafił do adopcji. Podczas którejś rozmowy, gdy był już praktycznie dorosły, mama powiedziała mu, że urodził się w 1982 roku w Lublinie, a ci od rudego psa nie byli jego rodzicami biologicznymi, ale rodziną zastępczą.

Czyli ludzie, za którymi tęsknił, których nazywał „mamą” i „tatą”, nawet nimi nie byli? Kilka klocków wspomnień znalazło miejsce w układance jego życia. Równocześnie odsłoniło kolejne luki, wrażliwe na ból – jak nerwy w zębinie: Jak to możliwe? Kto dopuścił do tej sytuacji? Dlaczego pozwolono, aby krążył między domem dziecka a rodziną, która miała zapewnić mu opiekę, a nie wywiązywała się z tego?

Utwierdził się w przekonaniu, że tym bardziej nie chce szukać tych ludzi. Nie chce mieć z nimi nic do czynienia. Dziś nie ma poczucia, że musi się konfrontować z przeszłością, szukać winnego. Przebaczenie jest formą darowania win, ułaskawiania winowajcy. Gabriel Jan nie uważa, że jest im to dłużny, nie zasłużyli na to. Próby wybaczania bywają też ryzykowne, wciągają jak wiry, potrafią być labiryntami bez wyjścia. Mógłby się umocnić w poczuciu krzywdy, przykrości, niesprawiedliwości, użalaniu się nad sobą. A on nie chce kotwic przeszłości.

Dowiedział się również, że jego biologiczna matka zostawiła go w szpitalu. Zanim zniknęła z jego życia na zawsze, dała mu na imię Jan. Miała szesnaście lat. To była wpadka. Nie chciała go nawet zobaczyć. Ma jej dane, zna imię i nazwisko, adres zamieszkania. Ale nie chce do niej jechać. Z różnych powodów. Nie wie, kim ona jest, nie chce jej zaszkodzić. Zresztą nie interesują go jej motywy ani dzisiejsze życie. Nie uważa, by to było mu do czegokolwiek potrzebne.

Adopcyjna mama opowiadała mu też, że po narodzinach prosto ze szpitala trafił do domu dziecka dla małych dzieci. Spędził tam trzy lata – z przerwami na pobyty w rodzinie zastępczej. Nie pamięta stamtąd niczego. Później został przeniesiony do domu dziecka dla starszych dzieci. Stamtąd ma nieliczne wspomnienia, przebłyski pamięci, których nie potrafił – do czasu rozmowy z mamą – osadzić w czasie. Pamięta panią Basię, miała długie ciemne włosy, lubiła go i on też ją lubił (do dziś jego ideałem kobiety są brunetki). Pamięta jakieś przedstawienia, role, których uczył się na pamięć, wielką wspólną salę i tylko jedno wolne łóżko pod oknem, które mu przydzielono (choć może to była prycza, bo miała bardzo cienki i twardy materac). A za oknem nocą wielki księżyc. Pamięta, że rozmawiał z nim wtedy. Zwierzał mu się z największych sekretów. Prosił o czuwanie i pomoc: gdyby znów trafił do zastępczych mamy i taty, a oni ponownie wystawiliby go na mróz – żeby ochronił go przed zimnem, nagością i rudym psem. Nagości wstydził się zawsze, w domu dziecka dzieci też spały nago, bo często sikały w nocy i było za dużo prania.

Z rodzicami adopcyjnymi już praktycznie nie wracał do rozmów o przeszłości. Otrzymał nowy akt urodzenia, by mógł wejść w dorosłość z czystą kartą, zapisać ją od nowa. Tabula rasa. Nowi mama i tata wykasowali stare życie, ofiarowali nowe. Jest za to wdzięczny.

Dziś Gabriel Jan ma wielu znajomych, którzy zostali adoptowani i którzy nienawidzą swoich adopcyjnych rodziców. Odrzucają ich, nie chcą ich znać, nie utrzymują z nimi kontaktów, wyszydzają ich decyzje, motywacje, negują ich miłość. Nierzadko czynią im wyrzuty, że zostali adoptowani. Kolega nie poszedł na pogrzeb swojej adopcyjnej matki. Gabriel Jan nie potrafi zrozumieć dlaczego. To niepojęte, okropne. Tak jakby więzy krwi były najważniejsze: nie ma więzów, nie ma miłości, nie ma niczego. I tym bardziej umacnia się w swoich uczuciach do rodziców.

Dziś często rozmawia z Bogiem – tak jak kiedyś z księżycem – choć nie za pomocą regułek, nie chodzi do kościoła.

– Dzień w dzień dziękuję Bogu za nowych rodziców i za to, że są, za to, czego mnie nauczyli, za ich mądrość, dobroć i za to, że mnie uratowali. Tacy rodzice to dar.

Czy coś zostało z dawnego chłopca, którego wyrzucano na mróz, bo był „niegrzeczny”? Miewa problemy z zaufaniem. Niby ufa, ale wewnątrz czuje, że nie do końca. Ta nieufność, strach przed odrzuceniem, problemy z wchodzeniem w głębokie relacje w nim pozostały. Głęboko ukryte, ale są. Ludzie uważają, że jest ekstrawertykiem, ale on wie, że to tylko pozory. Nie radzi sobie z krytyką, nie umie się odnaleźć w sytuacji, gdy ktoś go nie lubi. Niedobrze się czuje, gdy jakieś relacje się kończą albo psują. Na szczęście ma poczucie, że odchodzą od niego głównie źli ludzie. A dobrzy zostają.

Gabriel Jan jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Droga
Monika i Wiktor – niepłodna para,
adoptowała dziewczynkę

Niepłodność spadła na nich nieoczekiwanie. Jeszcze niedawno brali ślub, kupowali meble w sieciówce, tachali na pierwsze piętro pięćdziesięciokilogramowe regały, cholerną nieporęczną lodówkę. Dopiero co zwyczajnie pili każdego ranka kawę, chodzili do pracy, trzymali się za ręce, kłócili się i kochali. Bez wewnętrznego ciężaru. Bez kamienia na sercu.

– Widziałaś film Paula Austera i Wayne’a Wanga Dym z Harveyem Keitelem w roli głównej? – pyta Monika. – Pamiętasz, ile ważył dym z papierosa? Najpierw trzeba zważyć cygaro. Potem podpalić je, a cały popiół delikatnie strzepywać na szalkę. Do popiołu dokładasz niedopałek. Od wagi cygara odejmujesz wagę popiołu i niedopałka. Różnica to waga dymu. A wiesz, ile waży niepłodność? Niepłodność to suma, nie różnica: przepłakanych nocy, niepokoju towarzyszącego ci każdego miesiąca tuż przed okresem i rozpaczy, gdy ten wreszcie nadchodzi. To wynikowa comiesięcznej żałoby, którą przechodzisz, gdy test ciążowy znów pokazuje jedną kreskę. To niekupione śpioszki, smoczki i wyparzacze do butelek. To raniący widok matek z dziećmi, na które patrzysz z tęsknotą i coraz większym smutkiem. To również sygnały, które wysyła ci społeczeństwo, bo bezdzietność zaczyna cię nagle definiować: samolubna karierowiczka, egoistka, wygodnicka. To rany w sercu, które zadaje ci owo pozornie całkiem niewinne: „Nie myślcie o tym tyle, a samo przyjdzie” czy „Nie martwcie się” – współczucie to rozpoznanie wagi cudzych doświadczeń. Dziś to towar deficytowy.

Szukali przyczyny. Zaczęły się wizyty u lekarzy, badania i Bóg wie co jeszcze. Mieli poczucie odsuwania się od świata, od ludzi, ich przyjaciółmi zostali: wywiad lekarski, USG, badania endoskopowe, laboratoryjne, diagnostyczne, fizykalne, choroby dziedziczne w rodzinie, schorzenia i stany zapalne jąder lub przydatków. Tematy, które poruszali, ograniczały się do oceny wielkości i położenia macicy, badań tarczycy i hiperandrogenizmu, dysfunkcji jajników, badań na obecność zgrubień i guzków w okolicy jajników i zatoki Douglasa. Podczas śniadania omawiali stężenie estradiolu, poziomu progesteronu czy inhibiny B. Posługiwali się niezrozumiałymi dla niewtajemniczonych skrótami: PRL, FSH, AMH. Histerosalpingografia, laparoskopia i histeroskopia nie miały przed nimi tajemnic.

I wreszcie umęczeni mieli dość. Poczuli niemoc, łez już brakowało, szczególnie Monice. Zaczęło się podstępne szukanie winnego, i stopniowo drążyło ich związek, jak kropla skałę.

Już się tak często nie śmiali, nie oglądali razem filmów, seks nie sprawiał przyjemności, bo stał się uwarunkowany koniecznością, został podporządkowany sztywnym regułom i zasadom, przestał być spontaniczny. Odbywał się w ściśle określonych terminach, w konkretnych porach dnia, stał się wręcz badaniem laboratoryjnym. Nie pamiętali spotkania towarzyskiego, w którym nie patrzyliby na znajomych przez pryzmat ich rodzicielstwa. Zamiast tego zadawali sobie pytanie: „Jeśli nie będę matką/ojcem, to kim będę?”. Łatwo w takiej chwili szukać dróg ewakuacji.

„A może nie muszę się tak męczyć – myślała Monika. – Jego nieprawidłowe parametry nasienia nie mogą stać na drodze do mojego szczęścia. Na cholerę mi ta udręka. Nie moja wina. To, że on nie może być ojcem, nie powinno powodować, że i ja nie mogę być matką”.

– Równocześnie patrzyłam Wiktorowi głęboko w oczy i widziałam, że facet, którego pokochałam i którego pomimo bólu i rozpaczy wciąż kocham, jest tam w środku. Chwytałam się tego, przypominałam sobie wszystkie wyznania, które kiedykolwiek od niego usłyszałam, żeby nie zapomnieć, nie zatracić się, nie zgubić. Były dla mnie drogowskazem w tych trudnych momentach.

Lekarz w klinice zasugerował inseminację, a jak nie wyjdzie, mogą spróbować in vitro.

Wspomaganie rozrodu okazało się mieć niewiele wspólnego z cudem, jakim miało być pojawienie się ich dziecka. To był czas zabiegów, ożywionych nadziei, masturbacji, cewnika i leżenia z nogami do góry.

Nie bolało. Nie udało się.

Na in vitro się nie zdecydowali.

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) niepłodność dotyka co dziesiątą parę w wieku rozrodczym na świecie, w Europie jest udziałem aż osiemnastu procent par, w Polsce z tym problemem co roku zmaga się ich prawie półtora miliona. Z racji częstotliwości występowania WHO umieściła ją na liście chorób cywilizacyjnych.

– Niepłodność to brak ciąży u pary po określonym czasie współżycia – mówi doktor nauk medycznych Jan Domitrz, specjalista endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości, ekspert Stowarzyszenia na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji Nasz Bocian oraz współzałożyciel kliniki leczenia niepłodności Artemida w Białymstoku i Olsztynie. – Jest dziwną chorobą, bo mówimy o problemie medycznym, ale niepłodność nie boli, nie zagraża życiu, dodatkowo zaburza samopoczucie nie jednego, ale dwójki pacjentów. To choroba, która trwa do czasu rozwiązania problemu, czyli do czasu albo urodzenia dziecka, albo zaadoptowania dziecka, albo podjęcia decyzji, że nie będziemy mieli dzieci, będziemy żyli dalej we dwójkę, jeździli po świecie, uprawiali sporty, spotykali się ze znajomymi.

Tyle że znaczącej większości pacjentów trudno się pogodzić z brakiem dzieci. Z medycznego i psychologicznego punktu widzenia pary, które nie mogą mieć biologicznych dzieci, a bezustannie szukają metod zajścia w ciążę, ciągle są „chore”. To zaburza ich emocjonalną relację. Jest to swoista próba, w której pojawiają się obawy o trwałość związku, o uczucia partnera czy brak akceptacji społecznej. Ludzie doświadczają gniewu, frustracji, niepokoju, obniżone zostaje ich poczucie wartości, mają zaburzenia w postrzeganiu własnej męskości czy kobiecości. Jednym z wyjść z tej sytuacji jest adopcja, nazywana jednak czasem rodzajem protezy.

– Może metoda nie jest doskonała – twierdzi doktor Domitrz – ale z perspektywy psychoterapeutycznej problem zostanie rozwiązany, choć pewnie smutek gdzieś głęboko pozostanie. Adopcja leczy psychologiczne aspekty niepłodności w takim samym stopniu, w jakim proteza zastępuje nogę. Kiedy naprzeciwko siebie stoją potrzebujący rodzice i potrzebujące dziecko, są jak dwa pasujące do siebie klocki.

 

Monika i Wiktor już nie pamiętają, kiedy zaczęli rozważać adopcję. Któregoś wieczoru po prostu podjęli rozmowę o tym, czy byłaby odpowiedzią na niepłodność. Zastanawiali się, czy to ich droga, czy mają w sobie to powołanie. Monika szukała w internecie artykułów, blogów, książek, z których mogliby się dowiedzieć czegoś więcej i które dałyby im odpowiedzi na nurtujące ich pytania: Czy mają w sobie takie pokłady miłości, które pozwoliłyby im pokochać obcego człowieka? Jakie potrzeby mają takie dzieci? Czy to ugasi ich ból i chęć posiadania biologicznego potomstwa?

Na internetowym forum Stowarzyszenia Nasz Bocian czytała kolejne posty:

[…] Może ja nie mam być matką. Modlę się dużo, to pomaga, ale potem wracam myślami do pustego pokoju, pustego domu, cichego domu. Znowu piątek, a ja sama z moimi myślami. Reakcje i pytania ludzi jeszcze mnie pogrążają, ktoś rzucił plotkę, że jestem w ciąży, i ludzie zaczęli mi gratulować, to było straszne. Bo jak na wsi to możliwe, że rok po ślubie i nie ma dziecka. Pracuję z małymi dziećmi i dzieci mnie lubią, wielokrotnie mi to okazują i ja też je bardzo lubię. Patrzę na ich rodziców, jakie mają szczęście i tego nie doceniają. Mam w swojej grupie dzieci z domu dziecka – uświadomiłam sobie, [że] to nie jest tak prosto zaadoptować, aby nigdy nie dać odczuć dziecku, że nie ja je urodziłam, kochać je bezgranicznie, tak jak to poczęte przez nas, aby jeszcze bardziej nie skrzywdzić, te dzieci i tak już dużo wycierpiały i cierpią[1].

Albo:

Czuję się gorsza od innych, jak sobie z tym radzić? Ciąża innych nie boli mnie tak jak urodzone maleńkie dziecko, które muszę spotykać.

Odpowiedź:

Dokładnie wiem, co czujesz. Też czuję się gorsza. Dobija mnie to, zwłaszcza że czuję się gorsza nawet od osoby, o której mam bardzo złe zdanie! Ale ta osoba jest MATKĄ. Przynajmniej tyle jej się udało. Urodziła wspaniałe dzieci. Tego jej nikt nie odbierze.

A ja? Co mnie się udało? Co zrobiłam ważnego? Co po sobie zostawię?

NIC.

Nie potrafię przez to przejść. Pocieszenia o „wspaniałej osobowości” jakoś do mnie nie trafiają.

Bo wolałabym mieć 100 razy mniej rozumu, serca czy innego badziewia, ale mieć DZIECKO. Po jaką cholerę mam to, co mam, skoro nie jestem w stanie mieć czegoś, na czym NAPRAWDĘ mi zależy? Nie mogę mieć rodziny… Po co mi cała reszta?

Więc jestem, w swoich oczach, kimś gorszym. I boli to strasznie.

W końcu podjęli decyzję.

Ze względu na dane wrażliwe ośrodki adopcyjne nie prowadzą oficjalnych statystyk, z których by wynikało, kto decyduje się na adopcję, jednak z nieoficjalnych, zebranych przez pracowników ośrodków od potencjalnych kandydatów informacji płynie wniosek, że zgłaszają się przede wszystkim pary, w których mężczyźni mają złe parametry nasienia, a kobiety problemy hormonalne bądź zespół policystycznych jajników.

Z danych Stowarzyszenia Nasz Bocian wynika z kolei, że krok ten czynią głównie ludzie, którzy nie mogą mieć dzieci, kobiety po usunięciu macicy, osoby, które nie produkują własnych komórek – te również często korzystają z adopcji prenatalnej. Do ośrodków adopcyjnych zgłaszają się także ci, którzy wiele lat się leczyli i swoje wycierpieli. Wybierają ją również pary, które światopoglądowo nie akceptują in vitro, ale jest to niewielki procent.

Jedna trzecia zgłaszających się par ma już dziecko lub dzieci, ale również i tu brak konkretnych danych, czy jest to biologiczne, czy adoptowane potomstwo – najczęściej jednak to drugie. Z tych, którzy mają biologiczne dzieci, przychodzą zazwyczaj pary po wielu latach starań o kolejne, ostatecznie się poddają i meldują w ośrodku. Zgłaszają się również ci, którzy mają dziecko z in vitro, ale było to dla nich na tyle złym przeżyciem, kosztowało tyle emocji i zdrowia, że nie chcą więcej przechodzić tej procedury.

Ośrodki adopcyjne podczas szkolenia i badania kandydatów próbują ustalić, jakie są powody adopcji. Motywacje bywają różne, ale główną jest pragnienie posiadania dziecka adopcyjnego w obliczu niemożności posiadania naturalnego. Rodzice chcą kogoś pokochać i chcą sami być kochani. Wśród motywów pojawiają się również pragnienie stworzenia pełnej, „normalnej” rodziny, odnalezienie celu życia, chęć uszczęśliwienia osieroconego dziecka, lęk przed samotną starością czy potrzeba przekazania tradycji rodzinnych. Typowy rodzic adopcyjny kieruje się jednak przede wszystkim poczuciem „braku”, a adopcja ma być remedium na bezdzietność.

Jeśli rodzice nie przeszli pewnego rodzaju żałoby po biologicznym dziecku, psychologowie w ośrodkach adopcyjnych starają się to w rozmowach i testach wychwycić. Strach przed samotnością i brakiem dzieci jest złym motywatorem.

Rodzice, którzy zgłaszają się do ośrodka adopcyjnego, a posiadają biologiczne dzieci, to nieliczna grupa. Ich pobudki są inne: „Sprawdziliśmy się jako rodzice, dobrze nam to wychodzi, mamy w sobie przestrzeń, miłość, chcemy dać je potrzebującemu dziecku”. A decyzja nie wynika z braku, ale z potrzeby obdarowania domem, który udało im się zbudować, kogoś, kto nie miał tyle szczęścia.

Ta grupa jest jednak często zniechęcana przez pracowników ośrodków adopcyjnych. Osoby te oczywiście mogą przystąpić do szkolenia, jeśli się do niego zakwalifikują, a później otrzymają pozytywną opinię ośrodka, lecz z racji tego, że posiadają biologiczne dzieci i są zaspokojone jako rodzice, spadają na koniec kolejki oczekujących. Uprzywilejowane są pary bezdzietne.

Kodeks rodzinny i opiekuńczy, a także przepisy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej w żadnym punkcie nie dyskryminują małżeństw, które mają biologiczne potomstwo. Jednakże w taki czy inny sposób czynią to ośrodki adopcyjne. Rodziców posiadających biologiczne dzieci traktują inaczej, czasem wręcz podchodzą do nich podejrzliwie, a koniec końców i tak pierwszeństwo w adopcji mają bezdzietni (podobnie jest zresztą w przypadku osób samotnych, które również teoretycznie mogą się starać o adopcję, ale są z góry przegrane w starciu z pełnymi rodzinami). Rodzicom z biologicznym potomstwem oferuje się dzieci starsze, chore lub w inny sposób wymagające, wychodząc z założenia, że jeśli chcą pomagać, to mogą to uczynić z maluchem z obciążeniami. Niewielka liczba takich rodzin dostaje zdrowe niemowlę (tu również, z tych samych powodów, o których mowa wyżej, nie ma statystyk). Po takie dziecko jest kilkuletnia kolejka młodych i bezpłodnych par.

Z jednej strony więc podczas szkoleń kandydatom mówi się, że to oni mają być dla dziecka, nie odwrotnie, a adopcja nie ma być plastrem na bezdzietność – i słusznie – a z drugiej, gdy pojawia się para posiadająca biologiczne dzieci, traktuje się ją jak rodziców drugiej kategorii, faworyzuje się bezdzietnych i daje im pierwszeństwo po to, aby zaspokoić również ich potrzebę. Dać im możliwie najzdrowsze niemowlę. A przecież rodzice, którzy posiadają biologiczne potomstwo, są sprawdzeni i doświadczeni, nierzadko mają ustabilizowane życie rodzinne i zawodowe. Można potwierdzić ich kompetencje wychowawcze w przedszkolach, szkołach, do których uczęszczają ich starsze dzieci, u opiekunek, dziadków, w przychodni.

Oczywiście istnieje obawa, że w przypadku rodzin posiadających biologiczne potomstwo dziecko adoptowane może niechcący i zupełnie nieświadomie zaburzyć prawidłowe funkcjonowanie tej rodziny, a konsekwencje decyzji o adopcji poniosą nie tylko rodzice, lecz także pozostali członkowie rodziny – biologiczne dzieci. W praktyce dynamika domu zostanie na zawsze zmieniona. Nawet jeśli wszystko będzie się układało po naszej myśli, dziecko będzie zdrowe, będzie się prawidłowo rozwijało albo szybko nadrabiało braki, adopcja oznacza mniej czasu dla biologicznego dziecka, co może pociągnąć za sobą jego ewentualną złość czy frustrację i podświadome obwinianie adoptowanego dziecka o zaistniałą sytuację.