Na marne

Tekst
Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziś na śniadanie zjadła jajka sadzone, humus, pastę ze słonecznika i szpinaku oraz sałatę z awokado, ogórkiem i pomidorami. Nie wszystko ze śmietnika; humus dostała od koleżanki, która odbiera niesprzedane jedzenie ze sklepów. Ogórka znalazła na ulicy.

– Są rzeczy, co do których mam często wątpliwości. Na przykład mięso; łatwo sobie nim zrobić krzywdę. Kalafiory, cukinie, ogórki; te ostatnie szybko tracą chrupkość. Ale mango ze śmietnika jest najlepsze. Czasem szukam też przeterminowanego twarogu, robię z niego zgliwiały ser.

Helena studiuje mechatronikę, dorabia, udzielając korepetycji z matematyki, żywności w kontenerach szuka od trzech lat. W klasyczny, sklepowy sposób pozyskuje jedynie sól, cukier, ocet, bakalie i orzechy, herbatę, tuńczyka w puszce (nigdy go nie znalazła), czasem coś luksusowego, jak makaron z ciecierzycy. Nie orientuje się, ile kosztują warzywa i owoce, poza ogórkami małosolnymi, które w sezonie kupuje bez opamiętania. Trafiła na nie w śmietniku tylko raz. Od razu hurtowo – dziesięć wiaderek.

– Odkąd skipuję, trudniej wydawać mi w sklepach pieniądze na jedzenie. Czuję się, jakbym je w ten sposób marnowała. Ale grzebanie w kubłach, a potem obróbka tego, co się wygrzebało, zabiera bardzo dużo czasu, więc zdarza mi się mówić: Hela, pora napisać kolokwium, dziś idź pokornie do Biedry, odpuść sobie babranie.

Helena skipuje dość regularnie – średnio raz, dwa razy w tygodniu. Razem z chłopakiem ruszają po dwudziestej trzeciej, gdy większość ludzi trawi zjedzoną po przyjściu z pracy kolację. Starannie się szykują: dużo torebek foliowych, kilka płóciennych siatek, plecaki. Do tego rękawiczki ogrodowe ze wzmocnieniem na palcach. Czasem kalosze, gdy nie wiadomo, w co trzeba będzie wdepnąć. Oraz latarka, najlepiej czołówka. Chyba że jest się w Reykjavíku, jak ostatnio. Latem, gdy słońce tam praktycznie nie zachodzi, latarka jest zupełnie niepotrzebna.

Grzebanie w islandzkich kontenerach było jak chodzenie na zakupy. Po warzywa szło się w jedno miejsce, po pieczywo – w inne, a jak się szukało filetów z łososia albo wieloryba, jechało się jeszcze w kolejne. Skipowanie w Polsce to loteria. Czasem uda się pod pierwszym adresem, niekiedy trzeba jechać dalej.

– Kontener zawęża wybór, i to mi się podoba, muszę bez dyskusji się zgodzić na to, co jest – mówi Helena.

Ma stałą trasę; chętnie podzieli się szczegółami, ale w prywatnej rozmowie. To powszechne. Polscy freeganie są wrażliwsi niż rozporządzenie RODO.

– Nie chodzi o zachłanność. Ale gdy tylko któryś z freegańskich adresów robi się bardziej popularny, nagle pojawia się na nim kłódka.

Spotka to też sklepowy śmietnik, przy którym się spotykamy. Pół roku później jego klapy będą skrępowane łańcuchem.

*

W domu sortuję borówki, które wyłowiłam z kontenera podczas rozmowy z Heleną. Dziewięćdziesiąt procent zawartości trzech pudełek jest w idealnym stanie. Jagody, których nie tknęła pleśń, są jędrne i soczyste – jemy je z owsianką, do której dodaję uprażone z cynamonem jabłka i gruszki. Kawę bierze R., akurat skończyła mu się w pracy. Zżółknięty brokuł gotuję na parze. Dodaję sos z oliwy, chili i imbiru. Niestety nie maskuje papierowego smaku różyczek warzywa. Razem z chlorofilem straciły wilgoć, razem z wilgocią – smak i aromat.

Są rzeczy z kontenera, które nie smakują zbyt dobrze.

Doktor Karolina Rudnicka z Katedry Immunologii i Biologii Infekcyjnej Wydziału Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego:

– Kontener zdecydowanie nie jest miejscem do przechowywania żywności. Śmietnik kipi życiem, kultury bakterii kolonizujące określone produkty mieszają się ze sobą, wytwarzają metabolity, toksyny. Jeśli pojemnik nie jest regularnie myty i dezynfekowany, jego ścianki pokrywają się żywym biofilmem: bakterie, także takie, które nie występują na żywności, namnażają się w szybkim tempie, wytwarzając substancje szkodliwe dla zdrowia i życia. A dochodzą jeszcze zanieczyszczenia chemiczne; jeśli ktoś rozlałby wybielacz, to nawet gdy jego lotna frakcja wyparuje, w resztkach żywności pozostają toksyczne cząstki stałe.

– Podobno niektórzy rozlewają specjalnie – mówię. – We Francji wprowadzono prawo, które tego zakazuje. Umyślne niszczenie żywności w sklepowych kontenerach grozi grzywną.

– Naprawdę? Wyobraziłam sobie, że ktoś robi to przypadkiem, niewłaściwie segregując śmieci.

– Wszystko, co wyciągam ze śmietnika, dokładnie myję. Czy to nie wystarczające zabezpieczenie?

Doktor Rudnicka wydaje się rozdarta.

– Odpowiedź nie jest prosta. Jako mikrobiolog muszę powiedzieć stanowczo: nie. Za duże ryzyko, zbyt wiele niewiadomych. Ale z drugiej strony z pewnością masa żywności, tuż zanim trafia do kontenerów, wciąż nadaje się do spożycia i nie zagraża naszemu zdrowiu. Najlepiej by było odbierać ją prosto ze sklepu.

Doktor Ariel Modrzyk:

– Odpadki w kontenerach są często wymieszane, jest tam nieporządek. Ale równie często się zdarza, że produkty leżą na wierzchu, zapakowane hermetycznie, można je zabrać jak z półki sklepowej.

W Wigilię, na kwadrans przed zamknięciem, przeglądam dokładnie półki w Biedronce. Sterty mandarynek, bananów, winogron, marchewki. W lodówkach tacki z porcjowanym mielonym, z kurzą piersią, z rybą. Za kilkanaście minut zjadą do magazynu, a stamtąd do koszy. Ostatnio, gdy sklep zamknął się przed Wielkanocą, zdjęcia tutejszych obficie wypchanych proteinami i witaminami fałek trafiły na zamkniętą facebookową grupę dla freegan. „Jest jeszcze sens przyjeżdżać? Błagam, zostawcie coś dla mnie!” – pisali od szóstej rano internauci. Pod sklepem zjawiło się kilkanaście osób.

– Chętnie zabrałabym choć małą część tego, co przeznaczą państwo do wyrzucenia – wdzięczę się do pracowników, którzy wyszli na szybkiego papierosa koło drzwi do magazynu.

– My nie możemy nic pani dać. Nic wynieść. Jak nas złapią, to do widzenia.

– Jezu, ja naprawdę nie mogę – tłumaczy się kierownik. Wygina palcami identyfikator, ma wilgotne czoło. – Tu są wszędzie kamery, wylecę z pracy.

– A mogę to zabrać z kosza?

– Teoretycznie nie. Ale nie będę mieć czasu, żeby panią stamtąd przegonić. Te kosze na zewnątrz to dla nas i tak kłopot. Za chwilę będziemy mieć kontrolę. Wspólnocie po drugiej stronie ulicy przeszkadza hałas, oskarżyli nas o zakłócanie ciszy.

Prawnik, który przepracował kilka lat dla dużej firmy śmieciowej, mówi, że nigdy nie szykował papierów procesowych w związku z tym, że ktoś próbował przysposobić sobie jadalną zawartość stojących pod sklepem kontenerów.

– Pożary, owszem, ale kradzieżami się nie zajmowaliśmy.

Edyta Urbaniak-Konik, dyrektorka komunikacji i marketingu w firmie SUEZ:

– Wyciąganie żywności z kontenerów mogłoby być dla firmy niekorzystne, jeśli działoby się na terenie gminy, która rozlicza się na podstawie wagi przekazywanych śmieci. Ale nie sądzę, żeby to były tysiące ton. Dodatkowo kontenery można wyposażyć w chipy. Gdy płynie sygnał, że się zapełniły, wysyłamy samochód. Jeśli na miejscu okazałoby się, że kontenery są puste, byłby kłopot.

Karol Wójcik, prawnik w przedsiębiorstwie BYŚ:

– W mniejszych gminach jesteśmy rozliczani ryczałtowo, więc freeganie nie są w stanie nadszarpnąć naszych finansów. Ale także tam, gdzie płatności naliczane są od tony, nie mamy nic przeciwko temu, by odpadów żywności było mniej. Po pierwsze dlatego, że są kłopotliwe i drogie w zagospodarowaniu, po drugie, tak po ludzku, lepiej wykorzystać, niż zmarnować. Ale warto pamiętać, że rzecz (także artykuł spożywczy) staje się odpadem w momencie, w którym właściciel decyduje się jej pozbyć, wrzucając do kontenera albo worka na odpady. Wtedy, jeśli jest to odpad komunalny, staje się własnością gminy. Teoretycznie nie można takiej rzeczy wziąć, chyba że były właściciel zostawi jasną informację, na przykład karteczkę z informacją: „proszę zabrać”. To subtelna różnica, ale w świetle prawa, na szczęście tylko teoretycznie, istotna. W rzeczywistości nikt nie robi z tym problemu.

Justyna Michalak z Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy precyzuje, że ma to źródło w ustawie o utrzymaniu czystości i porządku w gminach: „Odpady komunalne w momencie umieszczenia ich w pojemniku operatora przechodzą we władanie gminy. Operator działa w jej imieniu. Zamykanie altanek lub zabezpieczanie pojemników ma związek z zapisem, który mówi o tym, że odpady muszą być gromadzone w sposób spełniający wymogi sanitarne oraz bezpieczny dla życia oraz zdrowia ludzi”.

Urzędniczka biura prasowego ratusza nie przypomina sobie jednak, aby kiedykolwiek na terenie Warszawy doszło do interwencji związanej z próbą przywłaszczenia sobie jadalnej zawartości kontenera. Gminy, jeśli już podejmują jakieś działania, to w związku z podrzucaniem śmieci, a nie ich zabieraniem.

Takich informacji nie ma również Straż Miejska. W statystykach w ogóle nie pojawiają się tego typu kategorie, a naczelnicy dzielnicowych oddziałów nie przypominają sobie podobnych sytuacji. Przynajmniej nie w ciągu ostatnich kilku lat.

Komenda Główna Policji również nie prowadzi statystyk, z których można by się dowiedzieć czegoś o skali interwencji na śmietnikach. Jeśli takie zdarzenia trafiają do policyjnych kartotek, to wpadają w inne kategorie.

Na przykład: artykuł 279 Kodeksu karnego, zabór w celu przywłaszczenia z pokonaniem zabezpieczenia. Innymi słowy: kradzież z włamaniem. Tak jak ostatnio w Dziwnowie. Emerytka z synem sięgnęli po zdeponowane w kontenerach śledzie, sery oraz paczkowany chleb. Żeby się do nich dostać, sforsowali kłódkę. Prowodyrce grozi dziesięć lat więzienia, napisał „Fakt”.

Prokuratura w Kamieniu Pomorskim umorzyła postępowanie.

Na pytanie o to, dlaczego zamykają kontenery, sieci handlowe odpowiadają jednym głosem, że chodzi o bezpieczeństwo, odpowiedzialność, wizerunek. To znaczy: nie możemy pozwolić sobie na to, żeby ktoś struł się umieszczoną w śmietnikach żywnością, która zresztą z chwilą umieszczenia w takim kontenerze, w świetle prawa, przestaje nią być.

 

Dorota Kotas:

– Kupując coś w sklepie, zwłaszcza gdy się spieszę, nie zastanawiam się nad jakością. Biorę z półki, a często dopiero w domu okazuje się, że coś jest nadpsute. Kiedy skipuję, wręcz obsesyjnie sprawdzam jakość znalezionego produktu. Oglądam, macam, wącham, potem w domu, gdy już umyję, również smakuję. Jestem wobec tej żywności o wiele bardziej wymagająca. Nigdy się nie zatrułam.

Tristram Stuart, pisarz, aktywista, założyciel brytyjskiej organizacji Feedback, autor książki Waste. Uncovering the Global Food Scandal, śmieje się, gdy pytam go o freegan pozywających sklepy. Aktywiści z Feedbacku regularnie zabierają dziennikarzy na wycieczki po londyńskich kontenerach; to najprostszy sposób na zobrazowanie skali żywnościowego marnotrawstwa. To jedno z częściej zadawanych mu pytań. Twierdzi, że dokładnie badał ten temat, i nikt jeszcze nigdy nie pozwał sklepu o osobiste straty związane z zatruciem się żywnością wyciągniętą ze śmietników.

Doktor Ariel Modrzyk:

– To argumentacja na potrzeby mediów, żeby się wytłumaczyć z potępianego społecznie zachowania.

Helena Sokołowska:

– Tak, zdarzyło mi się poczuć źle po zjedzeniu czegoś ze śmietnika. Ale to samo zdarzyło mi się też nieraz po jedzeniu ze sklepu.

O tym warszawskim Piotrze i Pawle mówi się, że karmi z dyskrecją i zrozumieniem. Altanka jest ogólnodostępna, od ulicy osłaniają ją jedynie iglaste drzewka. Kontenery, dwa bobry – otwarte. Obok niewielka fałka na produkty nienadające się do spożycia przez człowieka. Świeżo wymyta, pusta. Osobno, na stalowym, potraktowanym środkiem przeciwko rdzy regale odłożono suche bagietki. Tak jakby z myślą o kimś, kto przyjdzie je odebrać.

Lewiatan. Mała miejscowość w Wielkopolsce. Chleb leży z boku, w skrzynce ustawionej na murku koło wiaty. W woreczku zawieszonym na haczyku dyndają drożdżówki. Z karteczką: „odpisy dla pani Ani”.

– Kim są ludzie korzystający z żywności ze śmietników? – pytam w jednym z supermarketów Tesco w Krakowie. Spotykamy się w magazynie, sortujemy żywność, którą sklep codziennie przekazuje bankom żywności. Banany, jabłka, cytryny, buraki, cebulę, chleb, wciąż chrupiący, opakowany tak, żeby nie wysechł.

– To raczej ludzie, którzy robią to z powodów ideologicznych. Dla osób potrzebujących są inne formy wsparcia.

Zdenerwowany, rzuciłem zapałkę

Był to, używając strażackiej nomenklatury, zdecydowanie duży pożar. Gasiło go osiemnaście zastępów ściągniętych z okolicy. Interwencja trwała jedenaście godzin i dwadzieścia dwie minuty. Jak potwierdził biegły z zakresu pożarnictwa – był to pożar również kodeksowy. Podpalenie tego kalibru jest wyceniane przez Kodeks karny nawet na dziesięć lat, prokurator – gdy doszło do sformułowania aktu oskarżenia – zażądał ośmiu. Dodatkowo oskarżyciel posiłkowy, w którego wcieliło się Sopockie Towarzystwo Ubezpieczeń ERGO Hestia SA – zwrotu dwóch i pół miliona złotych odszkodowania wypłaconego poszkodowanym.

Po sklepie została jedynie frontowa ściana, ta pomalowana na żółto, od ulicy Kolejowej, wytapetowana reklamami „Dołącz do zespołu”. Przetrwały też pieniądze z utargu i te umieszczone w bankomacie. On sam, srogo osmalony, uległ zniszczeniu.

Straty wyceniono na ponad jedenaście i pół miliona złotych1.

Budynek, meble, chłodnie, kasy, kamery, biurka na zapleczu, półki w magazynie, wózki widłowe.

Plus towar. Spożywczy i przemysłowy: lista tego, co zmieniło się w żużel, liczy sto pięćdziesiąt stron.

Trafiło na nią między innymi:

17 butelek kraftowego piwa o nazwie Cisza Nocna oraz ponad 1 500 mocnego piwa VIP;

120 flaszek wódki Bols;

21 deserków Monte;

404 czekoladowe jajka z niespodzianką;

19 wytłoczek jajek bio z chowu eko;

kilogram imbiru;

14,5 kilograma mrożonej ośmiornicy.

Spopieliło się ponad 400 kilogramów cukierków na wagę, do tego 91 kilogramów śliwki nałęczowskiej, tej w czekoladzie.

Ogromne ilości masła, także klarowanego, margaryn, oliw i olejów.

Chleby pszenne, pszenno-żytnie, focaccie z rozmarynem i pączki z marmoladą.

Hinduskie sosy Patak’s i majonezy.

– Podobno było tam jeszcze sporo całkiem dobrego jedzenia – spekuluje pracownik stacji benzynowej po drugiej stronie ulicy. – Ale wszystko musiało iść do utylizacji.

Monitoring

Noc z 29 na 30 kwietnia 2017 roku, zapis z monitoringu: „Pięćdziesiąt minut przed północą gasną światła w sklepie. Jest ciemno, pada deszcz. Trzydzieści jeden minut po północy w lewym górnym rogu obrazu obejmowanego przez kamerę pojawia się jasna poświata. […] Promieniuje w widoczny sposób. Czterdzieści trzy minuty po północy widać ogień i dym”.

Monitoring oprócz poświaty rejestruje też osobę w kapturze. Postać majstruje przy stojącym na rampie klocku sprasowanej folii (uwaga od prokuratora: przynajmniej przez minutę). Folia, wystawiona na zewnątrz przez pracownika sklepu, czeka na poranny odbiór (nieprawidłowo, zauważa specjalista od BHP). Promieniująca poświata błyskawicznie nabiera mocy. Bucha. Z klocka ściśniętej folii przeskakuje na ścianę, wspina się na dach, przebija do wewnątrz i sieje spustoszenie w magazynie. Przeciska się dalej na halę targową. Kroczy przez piwo, napoje, produkty sezonowe, wreszcie dopada stoisk z warzywami, chlebem, w końcu dociera do kas. Profile podtrzymujące dach łamią się, dach zapada się. Biedronka przy ulicy Kolejowej w Ozimku wygląda jak gigantycznych rozmiarów patelnia, na której ktoś zdecydował się flambirować kotleta wielkiego jak boisko.

Wcześniej pracownik stacji po drugiej stronie Kolejowej szykuje się do drzemki. Po dwudziestej drugiej zazwyczaj zamiera ruch, rozkręca się dopiero nad ranem, gdy zaczynają się zjawiać ci, których wybudziła delirka. Pustka, cisza, nikt nie zagląda ani po benzynę do kanistra, ani po nic łatwopalnego, zapamiętałby w końcu.

Ale dziś zbiegowisko się rozrasta, gapie szturmują okienko nocnej sprzedaży. Piwo schodzi do zera, podobnie jak najtańsze papierosy. Kasjer nie nadąża z wrzucaniem zamrożonych parówek na ruszt. Majówka przy ognisku, chichocze tłum. To będzie historyczna noc – również w obrotach. Jakby na osłodę dla tego, co przyjdzie później, gdy z wypaleniem się marketu do cna na kilka miesięcy na stacji zamrze ruch.

W tłumie gapiów stoją wystraszone kasjerki z Biedronki, obudzone telefonem przez ochroniarza. Stoi też Damian H.

Z raportu biegłego do spraw pożarnictwa: przyczyna pożaru – termiczny inicjator punktowy (a zatem: zapalniczka, żar z papierosa lub zapałka). Najniższy punkt pożaru, czyli miejsce, w którym doszło do jego inicjacji – śmietnik.

W Ozimku są cztery supermarkety: dwie Biedronki, Netto i Polomarket. Plus niedobitki spożywczaków. Jakiś czas temu było ich więcej, ale padły pod naporem dyskontowej konkurencji. Damian H. korzysta ze wszystkich dostępnych śmietników, najbliżej jednak ma do Biedronki. Fałki w przylegającej do sklepu altance są zazwyczaj pełne. Krata – uchylona. Wystarczy przyczaić się za winklem i czekać na dobry moment.

Niestety. Tego dnia kontenery są za kratą. Na bramce wisi kłódka. Wredne babska, klnie pod nosem mężczyzna. Zapala papierosa, rzuca zapałkę. Odchodzi do położonego niespełna kilometr dalej baru Milano.

Gdy wraca, na miejscu już jest ekipa strażacka, siłuje się z żywiołem. Przejęty powagą oraz nieodwracalnością swojego czynu, postanawia iść do siebie.

Dziś akurat mieszka całkiem niedaleko, pod mostem przerzuconym nad Małą Panwią. Kładzie się spać w ubraniu, tym samym, w którym został zarejestrowany przez przemysłową kamerę wycelowaną w rampę. Zmienia jedynie buty. Czarne adidasy wyrzuca do rzeki.

Nie wiem, czy w ogóle śpi tej nocy.

Jak się śpi w szczelinie pod uzbrojonym betonem drżącym za każdym razem, gdy górą przejeżdża samochód?

Jak się śpi po sześciu piwach, gdy obok płonie sklep, a do tego jest się głodnym?

Kartoteka

Co nieco o Damianie H.:

Lat trzydzieści osiem. Z wymiarem sprawiedliwości ma regularny kontakt, odkąd skończył lat dwadzieścia jeden.

Wyroków na koncie – dwadzieścia dwa. Odsiadek – jedenaście. Kilka opłaconych grzywien.

Artykuły Kodeksu karnego, z którymi miał styczność, to:

178a (prowadzenie pojazdu mechanicznego w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego);

224 (wymuszanie czynności urzędowych);

244 (niestosowanie się do orzeczonych przez sąd środków karnych);

278 (kradzież);

279 (kradzież z włamaniem);

289 (zabór pojazdu mechanicznego w celu krótkotrwałego użycia).

Występują łańcuchowo, w komplecie z artykułami opisującymi sytuację „usiłowania”. Bywa, że „nieudolnego”. Damian dokonuje przywłaszczenia miedzianej rury spustowej, po kilku piwach wsiada na rower. Czynności urzędowe wymusza, składając zawiadomienie o podłożeniu bomby rurowej w centrum handlowym w Opolu. Artykuł 289 łamie kilka miesięcy przed pożarem, gdy próbuje uprowadzić hondę z parkingu Biedronki. Twierdzi, że tymczasowo, że tylko chciał pożyczyć. Bezskutecznie zresztą.

Za hondę ma się stawić w zakładzie karnym 1 maja o jedenastej pięćdziesiąt. No ale wcześniej rzuca zapałkę. Artykuł 163 – sprowadzenie zdarzenia, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu o wielkich rozmiarach, mającego postać pożaru.

Na zdjęciu dołączonym do akt widzę bardzo zmęczonego człowieka.

Dowody

Rzeczowe: czarna wełniana czapka, granatowa kurtka, koszula w kratę, beżowe spodnie, buty do kostek.

Damian H. nie posiada majątku. Wszystko, co ma, nosi na sobie.

Dzień po pożarze to niedziela. W poniedziałek mężczyzna powinien się stawić w jednostce penitencjarnej.

Najpierw jednak idzie do matki – nie mieszka u niej od wielu lat, ale czasem zagląda. Był pożar, Usia, mówi. Co ty opowiadasz, Damian!

Potem tuła się po miasteczku – wzdłuż Kolejowej, wokół mostu i pogorzeliska (jest zabezpieczone taśmami), kręci się blisko kościoła. Tam trafia na sierżanta z miejscowej komendy, który zdążył już obejrzeć zapis z monitoringu i wykazuje się spostrzegawczością: Damian H. ma na sobie to samo ubranie, co człowiek, który zdenerwowany zamknięciem koszy z odpisami, postanowił wyciągnąć wobec Biedronki konsekwencje. Ujęty, natychmiast się przyznaje do winy i trafia do aresztu. Już z niego nie wyjdzie.

Sąd Rejonowy w Opolu jest względem Damiana H. łagodny – skazuje go na trzy lata. Bezwzględne, bo recydywa. Mężczyzna rozprawę i ogłoszenie wyroku spędza w areszcie śledczym. Ponieważ musi jeszcze odsiedzieć zasądzone wcześniej kary za kradzież hondy oraz inne przestępstwa, łącznie spędzi w więzieniu pięć lat i sześć dni. Wyjdzie dopiero w połowie 2022 roku.

Ostatnim dokumentem w teczce z aktami jego sprawy jest odręcznie napisany list. Litery mają wyraźne kanty, wyglądają jak nastroszone, biurowy papier w akwamarynową kratkę. Damian H. prosi w nim Wysoki Sąd o przesłanie mu papierowej wersji wyroku, gdyż został ustnie poinformowany, że taki zapadł półtora miesiąca temu, a on jeszcze nie miał okazji się z nim zapoznać.

Tego, że spędzi w więzieniu przynajmniej kilka lat, jest świadomy. Ale zdaje się, że ma też coś zapłacić.

Tak. Dwa i pół miliona złotych.

Z odsetkami.

Egzekucja

„Sprawa karna pana Damiana H. miała wyjątkowo szybki przebieg – pisze Arkadiusz Bruliński, rzecznik prasowy Grupy ERGO Hestia. – W chwili przyłączenia się do postępowania karnego z wnioskiem o naprawienie szkody nie wiedzieliśmy, że sprawca jest osobą bezdomną.

Zdajemy sobie sprawę, że wyegzekwowanie zasądzonego odszkodowania od pana Damiana H. będzie z bardzo dużym prawdopodobieństwem niemożliwe – jednakże nie jest to okoliczność zwalniająca nas z obowiązku zabezpieczenia roszczeń firmy na przyszłość, w toczącym się postępowaniu karnym.

Znając już status sprawcy szkody – właśnie z uwagi na to, że jest to osoba bezrobotna, bez majątku i bez źródeł dochodu – nie wystąpiliśmy przeciwko niemu z jakimkolwiek roszczeniem cywilno-prawnym.

W przypadku osoby bezdomnej, odbywającej wieloletnią karę pozbawienia wolności, działania egzekucyjne są bardzo ograniczone, ale w przyszłości może dojść na przykład do ustalenia majątku sprawcy podlegającego zajęciu i egzekucji (przyszły spadek, darowizna – znamy takie przypadki) lub do zajęcia wynagrodzenia za pracę wykonywaną w zakładzie karnym (choć w tym przypadku będą to oczywiście bardzo drobne kwoty)”.

 

Jeśli nawet Damian H., przebywając w więzieniu, pracuje na pełny etat, to z zgodnie z prawem z jego wynagrodzenia, wynoszącego tyle, ile płaca minimalna (w 2019 roku jest to 2250 złotych brutto), komornik może zająć co miesiąc około 400 złotych. Rocznie: 4800 złotych.

List

W aktach sądowych czytam, że Damian H. szukał jedzenia w biedronkowych kontenerach od sześciu lat. Regularnie; to było jego źródło pożywienia. Zdarzało się, że chodził tam nawet trzy razy dziennie, celując w pory robienia odpisów, jednak od czasu, gdy „doszło do nieporozumienia” między nim a jedną z kierowniczek (w zeznaniach nazywa ją „najwredniejszą”), celował raczej w godziny po północy, tuż po zamknięciu.

Tego dnia znalazł na rampie jeden karton z sokiem. Wypchane jedzeniem fałki były schowane za kratą. Krata – zamknięta na kłódkę.

Wcześniej w ciągu dnia pił głównie piwo. W sumie sześć półlitrowych porcji. Trochę marzł. Był głodny.

Złośliwi, zrobili to, żebym nie mógł niczego wziąć, pomyślał.

Na rampie stał karton nafaszerowany stretchem, takim, jaki ściąga się z palet z towarem, kiedy przyjeżdża do magazynu. Zdenerwowany, rozeźlony, rzucił zapałkę.

Chciałam zadać Damianowi H. kilka pytań.

Czy liczył na to, że znajdzie w kontenerze coś konkretnego?

Jakie produkty najczęściej wybierał?

Czy zaglądał też do śmietników w innych sklepach? Czy robił to sam, czy w towarzystwie? Czy w Ozimku jest więcej osób zmuszonych przez sytuację życiową do zdobywania żywności w ten sposób? Kim są?

Dłuższy czas zastanawiałam się, jak sformułować pytanie o to, czy jego zdaniem w wyławianiu żywności z kontenerów jest coś wstydliwego.

Nie udało się. Dyrektor Aresztu Śledczego w Opolu nie udzielił zgody na widzenie. Porucznik Jakub Graczyk, rzecznik prasowy dyrektora, napisał, że odmowę uzasadnia „zapewnieniem prawidłowego przebiegu procesu resocjalizacji, bezpieczeństwa osadzonego, a także prawidłowego toku służby oraz bezpieczeństwa jednostki penitencjarnej”. Nie zgodził się też udzielić mi informacji na temat tego, czy Damian H. pracuje, czy nie.

Wysłałam do więzienia list.

Śmietnik

Od pożaru minęło półtora roku, ale ulica Kolejowa widziana oczami mobilnej kamery Google wygląda tak, jakby nic ostatnio na niej nie płonęło. Biedronka wciąż stoi – niczym hologram nałożony na krajobraz, wspomnienie zakonserwowane na matrycy. Oddzielona od wąskiej jezdni parkingiem i szpalerem rachitycznych drzewek o bordowych liściach, łyska spraną żółcią. Tło za sklepem wypełnia smutny wieżowiec – dawny hutniczy biurowiec, nazwany Manhattanem, wybija na osiem pięter. Ekscentrycznie jak na miasteczko, w którym drugi najwyższy element to silos huty. Jest jeszcze samotny przystanek autobusowy, obrzynek po dawnym dworcu, stacja benzynowa Bliska, postój taksówek. Aut – niewiele. Na stopklatkach, które składają się na panoramy prezentowane przez Google Street View, widać głównie rowerzystów.

Trochę dalej, za mostem, pod którym Damian H. spędza noc pożaru, zaczynają się zabudowania huty. Portiernię, przez którą na teren zakładu wchodzili ci, co przyjeżdżali do pracy pociągiem, zdobi napis „HUTA MAŁAPANEW” ułożony z liter o kształcie lubianym w czasach niedoborów. Ładna, choć trochę przyciężka antykwa. Cegła, blacha, kominy. Trzy gigantyczne betonowe silosy. Znów mnóstwo rowerów.

Rzeczywistość nie odpowiada jednak temu, co można zobaczyć w internecie. Nie ma już silosów. Ani wieżowca – wyburzono go tuż po pożarze, jakby wykorzystując budowlany rozgardiasz. Zlikwidowano portiernię od strony dworca, zniknęły litery. Jest za to nowa Biedronka. Jaśniejsza, nowocześniejsza, dostojnie popielata. A przede wszystkim większa. Powiększeniu poddano zarówno przestrzeń, jak i asortyment.

Tempo, w jakim Google odświeża rzeczywistość, nie nadąża za rzeczywistością.

Handel zdecydowanie lepiej sobie z tym radzi.

– Do tego śmietnika wciąż ustawiają się kolejki – mówi sprzedawczyni lodów z budki tuż za Biedronką. – To się nie zmieniło. Tylko amatorów natychmiastowego spożywania amarenek (napoju winopodobnego, owocowego, słodkiego, najbardziej przystępnego cenowo produktu alkoholowego w ofercie Biedronki) na powietrzu mniej. Pożar zlikwidował zarośla, w których przesiadywali.

Altanka na śmieci wygląda, podobnie jak cały sklep, jakby dopiero co zjechała z linii produkcyjnej. Drzwi – jedne z siatki w kolorze popielatym, drugie ze stalowej blachy – stoją otwarte. Właśnie zrobiono odpisy. W kontenerach leżą brokuły, nektarynki, granaty, włoszczyzna, papryka, mango. Ktoś odłożył jednego pomidora osobno, na szeroki rant kubła. Ma delikatne wgniecenie, ale poza tym nic mu nie dolega.

Sklepowymi alejkami krążą kobiety ubrane w koszulki w trawiastym odcieniu. Jedna z nich upycha papierowe ręczniki na półce. Ma asymetryczną fryzurę i łańcuszek z krzyżykiem ustawionym bokiem, taki jak noszą panie z telewizji.

– Śmietniki? Oczywiście, że po tym pożarze trzymamy cały czas zamknięte, chyba że robimy odpisy. No tak, na bieżąco robimy. Tak, przychodzą, czasem proszą, żeby dać do ręki. No ale ja nie mogę. Już się na to utwardziłam, choć bywało, że szłam i z własnych pieniędzy kupowałam bułkę. Ale więcej nic pani nie powiem, musi pani do centrali pisać.

Biorę wodę i orzeszki, staję w kolejce do jedynej czynnej kasy. Kobieta przede mną kupuje sandałki, długo gawędzi z kasjerką, wracają do półek, żeby wymienić rozmiar na inny. Na zewnątrz gorąco, ubranie lepi się do ciała, w środku – miło, chłodno, jedzenie wydaje się tu nieśmiertelne.

Obok, w karłowatej, pociągniętej spranym lazurem i beżem Galerii Venus – ruch. Tutejsze punkty handlowe i usługowe swoje kontenery trzymają luzem, nad rzeką. Pierwszy, oznaczony logo Krainy Bobasów, jest zabezpieczony kłódką. W drugim – same kartony. Trzeci wygląda jak tymczasowa szafa: kurtka, T-shirt, dżinsy, złożona w kostkę kołdra, między nimi zgnieciona puszka po piwie.

Na skarpie schodzącej do rzeki leży więcej ubrań: pełny męski zestaw, od bielizny po czapkę baseballówkę. Na pniu dawno ściętego drzewa – okazały żółciak siarkowy. Gdyby koczujący pod mostem ludzie byli zainteresowani dziko rosnącym białkiem, mogliby go usmażyć na ognisku.

Nie muszą, mają jajek w bród.

Żywicielka

Coś więcej o Ozimku:

Nie ma rynku. („Pff, to nic wyjątkowego, na Opolszczyźnie wiele miasteczek nie ma rynku” – powie mi archiwista z Opola). Ani ratusza – urząd miasta urządził się w odkupionym od huty hotelu robotniczym.

Kieszonkowych rozmiarów miastem zostaje w 1962 roku, awansem na poczet planowanej rozbudowy huty. Nowa odlewnia ma zająć pola i łąki ciągnące się na zachód od ulicy Kolejowej, sięgać aż po wieś Nowa Schodnia. Skoro Ozimek ma być drugim Magnitogorskiem, nie może być wsią. Planowane wydziały nigdy nie powstaną, ale wioska przynajmniej awansuje do miastowej ligi.

Żywicielka miasteczka, coś w rodzaju matki, nasza chluba – piszą o hucie dwie gimnazjalistki z Ozimka w szkolnej prezentacji przygotowanej w 2008 roku.

Do pewnego momentu wszystko, co się tutaj dzieje, dzieje się za sprawą huty.

„Ozimek to nostalgia” – pisze na swoim facebookowym profilu dwudziestodwuletnia Julia Podborączyńska, która się tu wychowała. Jej rodzice są nauczycielami w wiejskich szkołach pod Ozimkiem, ona studiuje na warszawskiej uczelni artystycznej. Gdy wraca do domu, dokumentuje to, co znika. Silosy, ceglane ściany, tabliczki, litery – te ładne i te brzydkie. Boi się, że nie zdąży sfotografować wszystkiego.

Kierownik stacji benzynowej ma na temat upadku huty własną teorię:

– Mówi się, że zbankrutowała, bo została zbudowana ze zbyt wartościowych stopów – opowiada. Jest inżynierem budownictwa, interesuje się tematem. – Żeby się do nich dobrać, trzeba było uśmiercić zakład.

Jego ojciec też pracował w hucie, zwolniony, zatrudnił się na stacji u syna.

Ale wielu z tych, których posłano na recykling, odmówiło poddania się przeobrażeniom. Część wyjechała do Niemiec; Opolszczyzna to region, w którym wiele osób ma w szufladzie dwa paszporty. Inni rozproszyli się po świecie; wykorzystali szansę, którą dało otwarcie granic.

– Ozimek trzeba wymyślić na nowo – mówi mi jeden z mieszkańców. Urodził się tu i wychował, ale życie spędza teraz głównie w Opolu. Nigdy nie był związany z hutą. – Transformacja i jej konsekwencje to dość oczywisty trop. Ale jeśli chodzi o marnowanie żywności, to uważam, że raczej powinna się pani przyjrzeć temu, w jaki sposób sieci handlowe zawłaszczają to, co było domeną małych sklepów. U nas praktycznie nie ma już zwykłych spożywczaków. Są supermarkety. Cztery. A słyszałem, że ma powstać piąty.

1Dokładnie: 11 654 744,83 zł.