Łopatą do serca

Tekst
Z serii: Łopatą do serca #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łopatą do serca
Łopatą do serca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Łopatą do serca
Łopatą do serca
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojej przyjaciółce Anetce

Prima aprilis.

Tak, zrobienie bliźniego w konia staje się tego dnia dla niektórych wręcz narodowym obowiązkiem, o czym można się przekonać, nie tylko oglądając Teleexpress, ale nawet robiąc zakupy w Castoramie.

A jakże.

Michalina zakończyła właśnie pogawędkę z przemiłym panem z działu Narzędzia i westchnęła z głębi swych zmaltretowanych trzewi. Nie żeby kolejna rewelacja, którą usłyszała, była traumatyczna (młotki zostały ustawowo wycofane ze sprzedaży), bo żyjąc w kraju od trzydziestu lat, przyzwyczaiła się do nieoczekiwanych zwrotów akcji, ale naprawdę nie miała dziś nastroju do żartów.

Pokłóciła się śmiertelnie z mężem.

„Śmiertelnie” należało odczytywać jak najbardziej poważnie – Henryk wyszedł wczoraj wieczorem z domu, a tynk z rozłupanej futryny zawirował za nim wymownie i ułożył się w napis: DUMNY I BLADY ODCHODZĘ, A TY SIĘ ZOŁZO W SAMOTNOŚCI WIJ. Od tamtej chwili małżonek nie dawał znaku życia. Owszem, Misia pomolestowała trochę telefonicznie bliższych i dalszych znajomych (na szczęście Henryk nie miał ich zbyt wielu), ale niczego się nie dowiedziała. Auto stało w garażu, a komórka małżonka popychała ordynarne kawałki o abonencie poza zasięgiem. Chociaż chyba należało się do tego wreszcie przyznać.

Henryk już od jakiegoś czasu znajdował się poza zasięgiem… uczuciowym Misi.

Coraz częściej robił pod jej adresem nieprzyjemne uwagi, coraz częściej wymagał posłuszeństwa, zupełnie nie przyjmując do wiadomości, że jego połówka posiada własne zdanie, którego z przyzwoitości należałoby przynajmniej wysłuchać. Nie zapominajmy także o innych symptomach. O wiele bardziej znaczących. Otóż Henryk nie rozbierał już Misi pożądliwie wzrokiem i nie głupiał na widok jej smukłej kibici, która dzięki regularnym ćwiczeniom ostatnio wyszlachetniała. Ba! Im bardziej Misia starała się wyglądać, no co za idiotyzm, tym mniej atrakcyjna dla małżonka się czuła. Kiedy usiłowała dowiedzieć się, w czym rzecz (delikatnie, bo Henryk był dość wybuchowy), słyszała uwagi o zrzędliwych żonach.

Oczywiście zniknięcie było karą.

Jej małżonek nie po raz pierwszy wymierzał w ten sposób sprawiedliwość.

I za co?

Do białego prania zaplątały się Misi przez pomyłkę jej bordowe majteczki. W efekcie wszystkie koszule Henryka nabrały rumieńców niczym ciepły, letni zmierzch. Jak dla niej kolorek wyszedł pysznie i prezentował się dużo bardziej pozytywnie od bieli, w której mąż wyglądał wyniośle i zimno. Jednak sam zainteresowany był w tej kwestii rażąco odmiennego zdania. Wygłosił nieprzyjemnym tonem: „Nawet podczas prania trzeba używać mózgu! O ile się go ma!” i, zdaje się, że był to początek końca, bo przyglądając się z boku mężowi, Misia nie doznawała już zwykłego ciepła. A na dodatek przed chwilą, kiedy szukała przy kasie drobnych, jej zdradziecki umysł poskładał wszystkie te kłębiące się w jej głowie i sercu przeczucia w jedną myśl: miała ona kształt konduktu żałobnego. I Misia bynajmniej nie kroczyła na czele tego pochodu jako zrozpaczona wdowa.

Koszule, co za bzdura.

Henryk bardzo dobrze zarabiał. Prowadził własną firmę, a że był błyskotliwy i konsekwentny (jej przyjaciółka Zuza wolała używać określenia „zimny gad”), wiodło im się doskonale. Żeby nie było: Misia również pracowała – razem z Zuzą otworzyła salon kosmetyczny, który ostatnio zaczął przynosić nawet niezły dochód. Nabycie kilku nowych koszul nie uszczupliłoby zbytnio domowego budżetu, a już na pewno nie doprowadziłoby ich na skraj bankructwa.

Tylko że Henryk miał finansową obsesję.

Pochodził z biednej, górniczej rodziny i wciąż drżał na myśl, że któregoś dnia mógłby wrócić do punktu wyjścia. Nieustannie inwestował, oszczędzał i swoimi lękami terroryzował otoczenie. Tak, terroryzował. Misia była zobowiązana do zapisywania każdego wydatku w specjalnym zeszycie. Henryk życzył sobie również, żeby trafiały tam wszystkie paragony. Czy dorosła kobieta może czuć się komfortowo, uwieczniając w księdze buchalterskiej doniosły fakt, że w środę kupiła srajtaśmę i proszek do prania?

Dorosłą czy nie – w końcu każdą kobietę musi ogarnąć niesmak.

Michalina poczuła się więc nagle zniesmaczona i zniechęcona do prastarej instytucji małżeństwa tak bardzo, że ni stąd, ni zowąd ogarnęła ją przemożna potrzeba splunięcia. Gdyby w ten sposób pozbyła się idiotycznego przeczucia, że sama jest sobie winna, zaplułaby wszystko dookoła, łącznie z własnymi pantoflami. Chciała pluć tu, w biały dzień, na parkingu przed marketem. Ona – dama, ostoja spokoju, wdziękliwa sarenka i matka Teresa w jednej osobie.

Żeby tylko splunąć.

Stała oto przed własnym autem, dzierżąc w dłoni łopatę ogrodniczą zakupioną z myślą o zbliżających się urodzinach przyjaciółki (Zuza miała przy domu mikroskopijny ogródeczek i banalna w przekazie łopata była dla niej dużo bardziej pożądanym przedmiotem niż bransoletka z kryształkami Swarovskiego) i…

I co?

I musiała się powstrzymać, żeby tą łopatą nie przydzwonić na oślep w co popadnie. Ze złości. Żeby nie zdemolować parkingu, swojego auta, cudzych pojazdów, budki na wózki i czego tylko. Cztery lata schodzenia Henrykowi z drogi, cztery lata potulności, cztery lata damskiego frajerstwa made in Silesia.

Ponura prawda dotarła do niej naraz z niewiarygodną jasnością.

Jeśli człowiek sam siebie nie szanuje, nikt nie uszanuje jego.

I nie łudźmy się: włażenie ukochanemu do czterech liter kończy się jedynie tak, że oblubieniec zaczyna puszczać bąki.

Koniec z tym!


Po aresztowaniu szefa dla Igły stało się oczywiste, że musi porozmawiać z jego żoną i objaśnić kobiecie co i jak, zanim dorwą ją gliny.

Lepiej, żeby zeznania małżonków były podobne.

Podjechali więc pod blok, w którym mieszkał Hardy, ale trafili akurat na moment, kiedy małżonka wsiadała do auta. Trudno, trzeba było jechać za nią. Jak się okazało, wybierała się do Castoramy. Na szczęście nie była zakupoholiczką – przynajmniej jeśli chodziło o artykuły budowlane. Czekali przed sklepem zaledwie pół godziny, i tak niezły wynik jak na płeć piękną.

W tym czasie Igła mógł ochłonąć i przeanalizować sytuację. Kiedy jeden z policjantów (dostawał regularnie dolę za takie przysługi) zadzwonił o poranku z nowiną, że Hardego zwinął patrol, chłopcy przybiegli z tym od razu do niego. Nie było pasowania, wolnej elekcji czy innych szopek z przekazywaniem berła. Wystarczył ich wyczekujący wzrok. Zresztą Hardy ostatnio sam nazwał Igłę swoją prawą ręką, najlepszy dowód, że wreszcie mu zaufał. Opłaciły się wysiłki i lata wyrzeczeń. Był bliżej osiągnięcia zamierzonego celu niż kiedykolwiek w przeszłości.

I nikt się nie domyślał, że…

– Ty, a ta jego żona – zagadał siedzący obok niego Gutek, najmłodszy w firmie, i wskazał na blondynkę, która pojawiła się w drzwiach wyjściowych – to kumata jakaś?

Igła zastanawiał się właśnie nad tym samym.

Żona Hardego…

Szef rozdzielał życie prywatne od zawodowego, był na tym punkcie nadzwyczaj czuły. Znali więc panią Michalinę jedynie z widzenia. I to z ukrytego widzenia – Hardy nie życzył sobie, żeby jego małżonka znała twarze ludzi, którzy go otaczali. Kwestia bezpieczeństwa, jak mawiał. Ciekawe więc, jak wyobrażał sobie wykonanie swojego polecenia? Chociaż trzeba przyznać, rozkaz Hardego był teraz Igle bardzo na rękę, mimo że babka w ogóle mu się nie podobała.

Nie podobała mu się i już. Blondynka. W dodatku z tych wyfiokowanych. W falbankach, na szpileczkach, niu niu. Zgrabna, owszem, i nawet niebrzydka, ale z forsą Hardego trudno być intelektualistką rozmyślającą o egzystencjalizmie. O egzystencji, owszem. O egzystencję by ją w porywach podejrzewał – wszak dylemat, czy kupić żakiet od Prady czy Gucciego, dotyczy jak najbardziej przyziemnych kwestii. Ale to wszystko. Na pewno była rozpuszczona całym tym dostatkiem jak dziadowski bicz. Poza tym, powiedzmy sobie szczerze, czy kobieta, która związała się z takim bucem jak Hardy, mogła być ciekawą osobowością?

Igła szczerze w to wątpił.

I świetnie, tym lepiej dla niego.

Zachowa dystans.

Spokój i opanowanie będą mu teraz bardzo potrzebne.

– No, ja mam nadzieję, że kumata – stwierdził z lekkim wahaniem.

– Chyba jeszcze nie wie? Chociaż zła jak osa – ocenił Gutek i zadumał się, bo przywołał w myślach obraz swojej małżonki, która w ataku złości podobnie zaciskała usta. – Jak to się dzieje? Każda wścieknięta baba normalnie wygląda tak samo… Yhhh… Trzeba było zostać kawalerem – sapnął i spojrzał na Igłę z zazdrością, ale zaraz mu przeszło.

Z tą laleczką czekała kumpla nie lada przeprawa.

Już chyba lepsze małżeństwo.

– Co tam marudzisz? – Igła wyczuł jego współczujący wzrok.

– Eee… Tak se rozmyślam.

– Se nie rozmyślaj, tylko się zajmij pracą – uciął.

– Wścieknięta, normalnie wścieknięta – mruczał pod nosem Gutek.

Igła przywarł spojrzeniem do żony Hardego i musiał przyznać koledze rację.

Pani Harda zachowywała się dzisiaj inaczej niż zwykle. Od razu było widać, że nie ma najlepszego dnia. Poruszała się niby energicznie, ale najwyraźniej myślała o czymś ponurym. Usta ściągnęła w ciup, zmarszczyła posępnie czoło, a nawet odniósł wrażenie, że coś do siebie mówi, choć mogło mu się wydawać. Zdziwiło go też, że taszczy przed sobą sporych rozmiarów łopatę, ale zaraz wiatr zaplątał się w jej spódnicę i odciągnął uwagę Igły w nieco inne rejony. Hm, nogi miała wystrzałowe, musiał przyznać. Czemu wcześniej tego nie zauważył? No tak, zazwyczaj spokojna, wyważona, dreptała potulnie za Hardym jak jego wyblakły cień. A teraz proszę. Pani Michalina przestała przypominać bezwolną kukłę, wyglądała wreszcie jak kobieta, która, nie licząc się z otoczeniem, pokazywała, co jej w duszy gra.

 

I nie była to melodyjka w stylu Widziałam orła cień.

– Ja bym tam odpuścił. – Nauczony doświadczeniem Gutek próbował sugerować. – Chociaż na godzinkę. Lepiej się do niej teraz nie zbliżać.

Igła najchętniej by posłuchał, tylko że… musiał się zbliżyć.

Nie dysponował megafonem, zresztą wieść o przymknięciu Hardego nie powinna roznieść się na cztery strony świata. Tak, podejść bliżej, przeprosić i kulturalnie się przedstawić. Potem krótka wymiana zdań, instrukcja co do zeznań, informacja, że się do niej wprowadza, i myk. Z powrotem do auta, gdzie będzie bezpieczny.

Bezpieczny?

Co też mu przyszło do głowy?

Ta cała Michalina to ciepłe kluchy, żadnych trudności nie przewidywał.

Rzucił Gutkowi uspokajające spojrzenie i wysiadł z auta. Przez chwilę zbierał się w sobie, bo jednak baba zbiła go z tropu tym swoim nabzdyczeniem. Co innego rozmawiać z osobą zrównoważoną i konkretną, a co innego podchodzić do kobiety, przez którą przetacza się burza uczuć.

Uczucia, zwłaszcza wezbrane, wyolbrzymione i ckliwe – to grząski teren.

Coś jak łąka pełna krowich kup.

Nie dość, że śmierdzi, to i tak wiadomo, że w coś się wdepnie.


Bywa, że kobieta z pozycji królowej w gronostajach spada do roli zwykłego popychadła. Proces detronizacji rozwleka się w czasie, dlatego kiedy czuje się dyskomfort, zwykle jest już za późno. Gronostaje na grzbiecie niby nadal te same, ale król gania człowieka w tę i nazad, pokrzykuje, a dobre słowo staje się taką rzadkością, że kiedy pada, w podzięce chce się panu i władcy lizać stopy.

Zuza od dawna sugerowała, że w małżeństwie Misi realizuje się ten ponury scenariusz, ale pewnych bolesnych prawd nie chce się słyszeć, a już na pewno nie chce się ich przyjąć do wiadomości. Więc Misia zatykała uszy, wierząc, że im więcej z siebie da, tym więcej otrzyma.

Niestety, zrobiony podczas bezsennej nocy bilans wykazał absolutne manko.

Dobrze więc. Skoro jest tak, że otoczenie traktuje cię jak ty siebie, postanowiła spróbować inaczej. Już dawno stwierdziła, że kiedy zachowuje się jak dumna królowa, ludzie przynoszą jej dary. A kiedy gnie się przed nimi na kolanach, rzucają jej ścierę do mycia podłóg.

Taaak….

Misia najchętniej wzięłaby tę ścierę i zdefasonowała nią Henrykowi…

Tylko spokojnie. Henryk wróci. Zawsze wracał. Pewnie zaszył się w jakimś klubie, a nad ranem ściągnie do domu wymięty i słaby. Potem pójdzie spać, potem zażąda rosołku (kac po rosołku stawał się tylko wspomnieniem) i okaże żonie łaskę, dając się jej zaprosić, jak gdyby nigdy nic, do miłej pogawędki.

Tylko czemu na taką ewentualność przykładna żona aż ścierpła w środku z oburzenia?

– Dzień dobry – padło nagle nonszalancko z boku i Misia gwałtownie się odwróciła.

Przed nią stał jakiś drągal.

Nie była niska, ale ten tutaj miał chyba ze dwa metry, i żeby mu się przyjrzeć, musiała zadrzeć głowę. No, no, z niedbale zaczesanymi do tyłu ciemnymi włosami i przyciętym wzdłuż podbródka zarostem wyglądał, jakby go ktoś żywcem wyjął z TVN-u.

Marcin Prokop po prostu.

Do tego ten zapach.

Ciężki, korzenny, mroczny.

Zajęta własnymi myślami nawet nie zauważyła, kiedy facet podszedł, a teraz nie potrafiła wydusić z siebie choćby słowa. Na dodatek w długim skórzanym płaszczu i ciemnych okularach drągal przypominał tajnego agenta.

Prawie można się było przestraszyć.

Spłoszona Misia zlustrowała więc parking, ściskając nerwowo łopatę. Niby wszystko w porządku. Wokół dreptali zaaferowani przedświątecznymi zakupami ludzie, słonko wyglądało zza deszczowych chmur i słało na ziemski padół porządną dawkę energii – ale Misi powoli robiło się słabo. A nawet duszno, kiedy kątem oka zobaczyła zaparkowaną w niewielkiej odległości czarną limuzynę. Drzwi do środka były otwarte, wyglądał stamtąd wyczekująco jakiś mężczyzna.

Z obrzydliwie zakutą gębą.

Na pewno kumpel tego tu…

– Dzień dobry – odpowiedziała wreszcie, nie przestając popatrywać na boki, tym bardziej że wielkolud w płaszczu zablokował przejście pomiędzy autami, a odwrót uniemożliwiała ich podejrzana kolubryna. Czyżby znalazła się w potrzasku? – Mógłby się pan trochę przesunąć? – Wykonała dość gwałtowny krok w jego stronę, ale facet ani drgnął. Splótł przed sobą ręce i nie przestawał świdrować jej wzrokiem. Misię oblał zimny pot.

A jeśli to złodziej samochodów?!

– Pani Michalina Skoczylas? – Ogromnie zdziwił ją pytaniem.

Czy takie typki znają nazwiska swoich ofiar? A czemu by nie? Jeśli złodziej jest profesjonalistą, a ten na takiego wyglądał, najpierw robi research. Ustala dane, starannie planuje akcję…

– Pomyłka, żadna Skoczylas. – Postanowiła iść w zaparte, ale tamten nie zwrócił na to zbytniej uwagi. Zaczął wygadywać jakieś niestworzone historie.

– Hardy został aresztowany – palnął i obserwował jej reakcję.

Wbrew oczekiwaniom nie osunęła się z wrażenia zemdlona po masce samochodu wprost na parkingowy bruk. Nawet nie uniosła brwi, co przyjął, zdaje się, z niejakim zawodem.

– Hm, bardzo mi przykro, ale nie wiem, o czym pan mówi. – Ścisnęła łopatę, aż pobielały jej dłonie i gorączkowo myślała właśnie, co powinna zrobić, jeśli facet wykona jakiś fałszywy ruch. Jeśli na przykład spróbuje ją udusić albo wyciągnie z kurtki maczetę ociekającą krwią. Zdaje się, że powinna wyć, wrzeszczeć i w ogóle dać taki popis, żeby usłyszeli ją nawet w dziale Glazura.

Popis?

Misia zaraz się skrzywiła. Problem polegał na tym, że nie cierpiała tłumu. Wszelkie masy ludzkie bez względu na charakter zbiegowiska: festyny, koncerty czy kolejki w mięsnym, napawały ją takim lękiem, że nawet jadąc na zwykłe zakupy, wolała je odstawić o poranku, kiedy w marketach było pusto. Publiczne awantury nie leżały w jej charakterze i tyle. Nic nie mogła na to poradzić.

– Proszę się odsunąć od mojego samochodu, chcę wsiąść – powiedziała tym razem nieco bardziej stanowczo.

– Hardego zamknęli za rozbój, powtarzam. – Facet znowu nadawał swoje, ale teraz w jego głosie zabrzmiało zniecierpliwienie. – Napadł wczoraj na sprzedawcę w monopolowym, bo ten odmówił mu sprzedania wódki. A potem zdemolował sklep.

– Rozumiem. – Misia wstrzymała oddech i zaraz przyszła jej do głowy absurdalna myśl. – Pan sobie ze mnie żartuje, tak? To jakiś kawał? Prima aprilis? A tam czeka pana kolega i ma niezły ubaw? – Skinęła głową w kierunku limuzyny. – Tylko że to miałoby sens, gdybyśmy się znali.

– Znam Hardego, to wystarczy – rzucił.

– Wie pan co, panie nieudolny złodzieju? – Misia zaśmiała się nagle pod nosem, bo wpadła na genialnie proste rozwiązanie. Jaki popis, jakie prymitywne przedstawienia? Wyciągnęła z torebki kluczyki i zadyndała nimi drągalowi przed nosem. – Proszę uprzejmie. Są pana, proszę się moim samochodem cieszyć ile wlezie. Tylko najpierw zabiorę swoje rzeczy. Mam tam kosmetyczkę. Chyba że potrzebne panu serum?

Musiała mu zabić ćwieka, bo choć nie widziała jego oczu, w wyrazie twarzy mężczyzny dostrzegła coś na kształt zaskoczenia pomieszanego z rozpaczą. Postanowiła wykorzystać tę chwilę przewagi i sięgnęła do drzwi. Niestety zbyt raptownie. A że miała tylko jedną rękę wolną, kluczyki wraz z torebką wylądowały na ziemi.

Tamten tylko na to czekał.

Rzucił się do torebki i tu już Misi puściły nerwy. Auto, proszę bardzo, i tak wybierał szanowny małżonek, poza tym było wielkie; zawsze miała problemy z parkowaniem. Ale torebka z zielonej skórki? Arcydzieło kaletnicze, po które pojechała aż do Krakowa?

Nigdy!

– O nie! Mało ci, zbóju, zdemoralizowany mutancie jeden? Torebki nie oddam! Po moim trupie!

Dalej wydarzenia potoczyły się same.

Naprawdę Misia nie podejrzewała, że potrafi zdzielić łopatą ogrodniczą człowieka, i to przy świadkach. Ale to nie był człowiek. To była nędzna pijawka, która nie szanowała kobiecej własności. Na swoje usprawiedliwienie mogła jednak podać, że ostatnią myślą, jaka zaświtała jej w głowie, była ta, żeby jednak nie uszkodzić draniowi płata czołowego.

Łopata zaświszczała w powietrzu w zgrabnym zamachu i…


Niezły pasztet.

Komisarz Piotrek Marchewka był właśnie w trakcie rozmowy z prokuratorem, który oznajmił, że decyzja zapadła. Potrzymają Hardego w areszcie niby za rozbój, a dopiero potem dobiorą mu się do skóry. Potrzebowali miesiąca, może dwóch. Gdyby teraz oskarżono go o kierowanie organizacją przestępczą, dowody rozmyłyby się jak nic. A przecież Hardy nie mógł dostać kilku latek za drobne wymuszenia.

– Odwiedzisz jego żonę. Jeszcze dzisiaj – oznajmił prokurator, podkręcając wąsa. – Ktoś musi ją przecież zawiadomić. Powiesz, że mąż został aresztowany i…

– I?

– I wybadasz, jakie tam panują między nimi układy. Może się kłócą? Może nie żyją ze sobą dobrze? Wtedy wiesz…

– Namówić do współpracy? – upewnił się Marchewka.

– Jakie namówić? Nakłonić. I to skutecznie! – Prokurator chrząknął. – Postaraj się, Marchewka. Ona na pewno coś wie, a my potrzebujemy tych informacji. Tylko z wyczuciem, wiesz, co mam na myśli… Trzeba im się dobrać do dupy z rozmysłem. I to kiedy sami opuszczą gacie. Delikatnie z tą jego żoną, powiadam. Delikatnie!

Jasna sprawa.

Jeśli prokurator używał słowa „delikatnie”, pozwalał tym samym na użycie środków nadzwyczajnych, łącznie z szantażem, zastraszeniem i czym tylko, byle zastosowane metody były nie do udowodnienia, gdyby dziwnym trafem wyszło na jaw, że funkcjonariusz nakłaniał do współpracy rozżarzonym pręcikiem. Wszyscy wiedzieli, że stary to niezła szuja, drżał przed nim cały wydział. A teraz uwziął się na Hardego i Piotrek również zaczynał drżeć, bo środki nadzwyczajne jakoś do niego nie przemawiały. Niedobrze. Jeśli zawiedzie przełożonego, może pożegnać się z awansem.

– Tak, oczywiście – sapnął i wstał z miejsca, ale usiadł z powrotem, bo prokurator miał mu do powiedzenia coś jeszcze.

– A, widzisz, zapomniałbym o najważniejszym. Kradzież diamentów w Gdańsku. Pamiętasz sprawę? Było o tym głośno parę lat temu.

– Oczywiście, że pamiętam. Kradzież stulecia, targi gdańskie, rok dwa tysiące siódmy.

Prokurator posłał swojemu podwładnemu spojrzenie, w którym można było odczytać ślad uznania, ale zaraz przywołał obojętny wyraz twarzy.

– Zgadza się. Teraz uważaj. Trzy z tamtych brylantów trafiły do nas, do Katowic. Dwa tygodnie temu przyniesiono je na Kościuszki, do jubilera.

– U nas? – Komisarz prawie się ucieszył, ale nie widząc entuzjazmu po drugiej stronie biurka, przystopował. – A skąd wiadomo, że to te same?

– Jubiler zaczął się zastanawiać i do nas przekręcił. Wysłaliśmy je do Holandii, do wystawcy. Podobno identyczne szlify.

– I? – Marchewce z trudem przychodziło maskowanie podniecenia.

– I dokładnie to zbadasz. Posłałem ci na skrzynkę kopię aktu własności i certyfikaty. Tu masz dane baby, która to sprzedała. – Rzucił na biurko świstek papieru, do którego Marchewka przywarł prawie całym swoim kruchym ciałem.

Czy on dobrze słyszał?

Diamenty?

Będzie się zajmował diamentami, a nie kanaliami takimi jak Hardy i reszta jego świty? Co za wieść cudna, błyszcząca… Nagle gęba prokuratora wydała się Marchewce mniej wredna niż zwykle, a naparzający w okna deszcz stał się wesoło siąpiącym kapuśniaczkiem. Niestety, radość trwała krótko. Imię i nazwisko kobiety komisarz znał od dawna.

Ryszarda Kociołek, sekretarka Hardego.

– Zaskoczyłem cię? – Tym razem to prokurator wydawał się zadowolony.

 

– Raczej tak.

– Nie muszę chyba mówić, że jeśli Hardy ma z tym coś wspólnego, to jesteśmy w domu?

– Tak jest. – Komisarz wyprężył się na krześle jak struna. – Zajmę się tym. Z przyjemnością.

– I o to chodzi, Marchewka, o to chodzi. Zanim wtrąci się Warszawa, trochę powęszysz. Tu masz nakaz, przeszukasz tej Kociołek dom. Jak znajdziecie resztę kamieni, aresztować. Jeśli nie, postawić zarzut kradzieży albo paserstwa, może się przestraszy i zacznie sypać. W końcu jej szef siedzi. No i szykuje ci się, Marchewka, podróż do Gdańska. Przyjrzysz się dokładnie tamtemu śledztwu, zrozumiano? Wypisz sobie na piątek delegację. A z żoną Hardego… – Prokurator na zakończenie podniósł palec, jakby chciał coś szczególnie zaznaczyć.

– Delikatnie – powtórzył komisarz i energicznie zasalutował.

Nawet jeśli diamenty miały związek z aktualną sprawą, dobrze się składało. W końcu to jakaś odmiana – ulewało mu się już narkotykami, prostytutkami i handlem paliwem, a od tego się w biografii Hardego aż roiło. Brylanty skubańca pogrzebią.

Ha!

Rozradowany Marchewka z finezją pokonał wszystkie skrzyżowania aż do ulicy Zawiszy Czarnego i dopiero na miejscu ochłonął. Jeśli chciał zdobyć zaufanie pani Hardej, wypadałoby przekazać informację o zapuszkowaniu jej małżonka w odpowiednim tonie. I raczej nie powinien to być ton jarmarcznej uciechy.

Odruchowo sprawdził adres. Zgadzało się. Pośród osiedla Tysiąclecia eksplodowało z ziemi kilka bloków nazywanych ze względu na architekturę kukurydzami – rzeczywiście nasuwały wyglądem takie skojarzenia, bo mieszkania oblepiały okrągłe budynki niczym ziarna kolbę.

Marchewka starannie zaparkował swoją machinę pod blokiem oznaczonym numerem dziewiątym i popatrując wesoło na betonowego kolosa, skierował się do jego wnętrza.

Nie wiedział, że tym samym wyrusza na spotkanie z przeznaczeniem.


No coś z tą kobietą było nie tak.

O pomyłce nie mogło być mowy, a siostry bliźniaczki przecież nie posiadała.

Czemu więc wyparła się własnego nazwiska?

Igła widział tylko jedną ewentualność. Zadziera nosa i tyle. Może spojrzałaby na niego inaczej, gdyby stanął odlansowany w jakimś garniaku i błysnął od niechcenia rolexem? A tak, potraktowała go protekcjonalnie i chłodno, jak zwykłego parkingowego.

Mutant!

Takie infantylne przytyki słyszał ostatnio w liceum. Bynajmniej nie robiły na nim wrażenia – to znaczy dzisiaj, ale wtedy, owszem, przeżywał. W szkole mało kto pamiętał, jak ma na imię, wszyscy mówili o nim „ten wielki”. Sam o sobie też tak myślał, bo kiedy patrzył na własne stopy, ze zdziwieniem widział w dole dwa kajaki gotowe do spływu Drwęcą. Ale to było dawno temu. Dziś zrobił ze swojego wzrostu atut i żadna wyfiokowana panienka nie wejdzie mu na ambicję. Szef ochrony Polski południowej, ot co. Wzrost plus masa plus inteligencja (nie krygujmy się, nie był przecież tępawym mięśniakiem) robiły z niego co najmniej człowieka niebezpiecznego. A nadętych księżniczek nie znosił.

Księżniczka Michalina.

Z daleka wydawała mu się starsza, teraz nie dałby jej nawet trzydziestki. Miała w sobie coś dziewczęcego, gdyby ją tak ubrać w zwykłe dżinsy i jakąś fikuśną koszulkę, wyglądałaby całkiem znośnie. Po co kobiety dodają sobie lat makijażami i innymi takimi bzdetami? To się nazywa zamach na wdzięk. A potem ze słodką minką pytają: „Na ile wyglądam?”.

Wzięła go za złodzieja?

Igła parsknął w duchu śmiechem, bo babka zaczęła wywijać przed jego nosem kluczykami. Nie udawała, chyba faktycznie doszło do nieporozumienia i chyba wiedział dlaczego. Zamiast użyć w rozmowie imienia szefa, rzucił jego pseudonimem. Zaraz, zaraz, ale skoro kobieta nie wiedziała, kim jest Hardy, czy to mogło oznaczać, że nie miała o niczym pojęcia?

Zapowiadała się niezła zabawa, niech to szlag!

Chrząknął i już miał blondynie to i owo wyjaśnić, kiedy zaczęła wygadywać bzdury o jakimś serze, a następnie rzuciła się do samochodu. Upuściła przy tym torebkę, bo w drugiej ręce dzierżyła łopatę (po co jej łopata?) i tu dał za wygraną. Nadęta księżniczka czy nie – wypadało wyjść z gentlemeńską inicjatywą i nie pozwolić kobiecie tarzać się po gruncie.

Schylił się więc i w jednej chwili jakby go zamroczyło.

Wokół wirowała zieleń, łopata, falbanki, coś piszczało… Chyba oberwał, ale od kogo, do diabła, nie miał pojęcia. Chwilę ta niemoc potrwała. W końcu jednak otrząsnął się i otworzył oczy.

Pierwsze, co ujrzał, to nogi. Długie i zgrabne. Kończyły się tam, gdzie rajstopy zbijały się w malowniczy klin. Obecnie daleko im było jednak do niepokalanej czystości, bo ich właścicielka wiła się z zapamiętaniem po asfalcie, nie bacząc przy tym na kałuże po niedawnym deszczu. Wierzganiu towarzyszyły rozpaczliwe jęki. To przez Gutka. Siedział właśnie na Michalinie okrakiem i brutalnie zakrywał jej usta swoją wielką owłosioną łapą. I zdaje się, że ten akt męskiej dominacji nadzwyczaj mu się podobał.

– W porządku? – zapytał Igłę, jak tylko zobaczył, że jego kumpel zdradza oznaki życia.

– Tak. Co ty wyprawiasz? – Igła się poderwał i przyjął pozycję wyprostowaną, choć przyszło mu to z pewnym trudem. Czuł mdłości. – Zostaw ją!

– Przecież dała ci w łeb! Łopatą! Jak ją zostawię, będzie się wydzierać. To jakaś wariatka.

Igła rozejrzał się z niedowierzaniem po okolicy. Żona Hardego jęczała przygwożdżona do ziemi Gutkiem, ale nie ustawała w próbach oswobodzenia. Wykonywała przedziwne wyrzuty tułowiem, które wyglądały na przedśmiertne konwulsje, a Gutek miał coraz bardziej zaciętą minę i po spojrzeniach słanych w kierunku bagażnika można się było domyślić, że rozważa związanie delikwentki linką holowniczą. Na domiar złego niedaleko przechodziła jakaś staruszka i zamieszanie pomiędzy autami najwyraźniej zwróciło jej uwagę, bo wyciągała głowę, usiłując ustalić szczegóły.

– Zabieramy się stąd – zarządził Igła, masując miejsce po uderzeniu.

– A z tą co? – Gutek posłał żonie Hardego ostrzegawcze spojrzenie, ale nie podziałało, bo aktualnie próbowała nadgryźć jego łokieć. – Może lewarkiem ją?


Misia bardzo rzadko nie odbierała telefonów.

A jeśli już się to zdarzało, jako osoba obowiązkowa po jakimś czasie oddzwaniała. Zawsze. Były z Zuzą przyjaciółkami, a od dwóch lat też współwłaścicielkami Studia Urody i Naturalnego Piękna „Femina” i traktowały się z troską i wzajemnym szacunkiem. Trwający kilka godzin brak kontaktu oznaczał tylko jedno.

Kłopoty.

Inwazję rybików, pękniętą rurę, ewentualnie masakrę małżeńską (czyt. kłótnię), z której Misia uszłaby z życiem, ale dobijano by ją właśnie w jednym ze szpitali. Zuza zaczynała więc poważnie się denerwować. Ostatnio rozmawiały w nocy, kiedy to Henryk wykonał swój popisowy numer z wpędzaniem żony w poczucie winy. Było już późno, dlatego darowały sobie spotkanie, mimo że mieszkały w bliskim sąsiedztwie. Misia w kukurydzy, Zuza niecały kilometr dalej na obrzeżach osiedla w dość magicznym budynku opatrzonym tabliczką: „ul. Zielony Zaułek 3”.

Tam właśnie miały się zobaczyć dziś rano, co zresztą było ich stałym zwyczajem. Misia zajeżdżała po przyjaciółkę przed pracą, a po malutkiej kawce – która często przyjemnie się przeciągała – rozpoczynały kolejny dzień. Celebrowanie poranków było o tyle możliwe, że nie musiały już stać z kluczami przed budynkiem punkt dziesiąta, obecnie zajmowali się tym pracownicy. I dziś Misia po raz pierwszy nie stawiła się na posterunku. Nie odpowiadała również na telefony, a w Feminie powiedziano Zuzie, że pani Michalina jeszcze nie dotarła.

Czy aby Henryk nie…?

Może wrócił w nocy pijany, może wszczął burdę, która skończyła się, nie daj Boże, pobiciem? Zuza wcale by się nie zdziwiła. Odkąd poznała Misię (a było to jeszcze na studiach), zachodziła w głowę, co przyjaciółka widziała w swoim wybranku. Opalony szatyn, owszem, nie można mu było odmówić urody, ale ta podlizna, która wyzierała z gęby rasowego podrywacza, była aż nadto czytelna. Uświadomienie powyższego faktu Misi nie miało jednak większego sensu. Przynajmniej do niedawna, choć rysy na pomniku, który przyjaciółka wzniosła Henrykowi, zaczęły powstawać jeszcze przed złożeniem przysięgi małżeńskiej.

Matoł zażądał intercyzy!

Niestety, zamiast wykopać go z całą tą jego intercyzą w kosmos, Misia uniosła się honorem i zaakceptowała szaleństwo. Tym samym podpisała na siebie wyrok. Założenie przez nią na palec obrączki spokojnie można było porównać do otrzymania posady w domowym biurze rachunkowo-rozliczeniowym. Rzecz jasna, jego właściciel dbał, żeby wycyckać pracownicę z każdej złotówki. Do Feminy też się nie dołożył. Misia musiała wziąć kredyt. W sumie bardzo dobrze, żaden palant nie będzie się teraz obłudnie podpisywał pod ich sukcesem.

Miśka, do cholery, co z tobą?!

Dlaczego nie dzwonisz?

Zuza naprawdę się martwiła. Nie tracąc czasu na przygotowanie śniadania, chwyciła w locie parę produktów z lodówki i zapakowała je do torebki. Zje w pracy. Najważniejsze to odnaleźć przyjaciółkę.