Do trzech chłopów sztuka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Do trzech chłopów sztuka
Do trzech chłopów sztuka
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla mojej siostry, Doroty,

w podziękowaniu za wszystkie nasze rozmowy…

Jeśli chodzi o sztywne męskie członki, Matylda Dąbrowska, jako lekarka medycyny sądowej, widziała ich w ciągu swojej kariery całe mnóstwo, ale zbytnio się nimi nie podniecała. Gorzej było z tą sztywnością, wielością i podniecaniem na żywo. W jej życiu osobistym penisy jakoś nie chciały się mnożyć, a te, które się przez to życie przewinęły, były jednak stanowczo zbyt giętkie.

Podobnie jak kręgosłupy moralne ich właścicieli…

A już twardy penis i twardy kręgosłup w jednym osobniku to zupełny ewenement – Matyldzie tego luksusu dane było zaznać tak naprawdę tylko raz, i to niechcący, wiadomo, co alkohol wyczynia z człowiekiem. W tym samym czasie jej drugie małżeństwo padało już na łeb, szyję, pysk i co tylko (więc w zasadzie to nie była zdrada, ot zwykłe odreagowanie), jednak i tak uznała, że zachowa to doświadczenie na dnie swojego kobiecego jestestwa, ale ze stałego korzystania z bogactw naturalnych swojego kolegi z pracy zrezygnuje. Z perspektywy czasowej decyzja wydawała się dość rozsądna, tym bardziej że właściciel penisa o twardości granitowego nagrobka sam pozostawał w związku małżeńskim i od razu uczciwie zaznaczył, że żony nigdy nie zostawi, choć Matylda jest absolutnie fantastyczna.

Wygrał rozsądek, ale żal i tęsknota zostały, popiskując żałośnie z głębi zasnutego pajęczynami Matyldowego łona, które powoli zaczynało przypominać zatęchły i opuszczony loch. Bo można marudzić, że seks jest przereklamowany, można sobie wmawiać, że są rzeczy o wiele ważniejsze, ale kiedy spotka się kogoś, z kim można odstawiać w łóżku, a nawet pod nim, dzikie harce, a później do białego rana dyskutuje się na przykład o filozofii albo eutanazji, do kobiety dociera bardzo prosta prawda.

Dobry seks to dobre życie.

Matylda zapamiętała sobie tę krótką lekcję i kiedy niedługo potem wyszło na jaw, że jej mąż wywinął swoim MIĘTKIM członkiem niejeden numerek (słowo „numer” zarezerwujmy jednak dla dzieł monumentalnych), coś w niej pękło.

To ona poświęca swoje rozbuchane libido na ołtarzyku małżeństwa, pichci obiady, wraca grzecznie po pracy do domu, chodzi na zakupy, prasuje koszule, słowem: wiedzie nudne życie kury domowej, a jej małżonek zwyczajnie się puszcza? Jeszcze gdyby się zakochał, Matylda byłaby to w stanie pojąć, ale skakanie z pielęgniarki na pielęgniarkę, ze studentki na studentkę, jak to określiła w poufałej rozmowie siostra oddziałowa?

Pewnie od lat śmiał się z niej cały szpital…

Ból i upokorzenie wypływały z Matyldy potokami łez przez cały tydzień (małżonek, na szczęście, był w tym czasie na zjeździe farmakologów w Czechach), aż jej wnętrze skamieniało na mur beton. Dobrze, znowu poniosła porażkę. Mąż numer dwa również okazał się niewypałem. Oczywiście brała pod uwagę, że to z nią jest coś nie tak, i obiecała sobie, że zasięgnie rady psychologa, ale pod koniec najgorszego tygodnia w swoim żywocie spakowała kilka walizek i z poczuciem przegranej wyniosła się do mieszkania na osiedlu Tysiąclecia, które udało się jej wynająć od koleżanki z pracy na niezłych warunkach.

I podjęła decyzję.

Nie będzie już zawsze miła, grzeczna i akuratna.

Koniec z tym.

ZOSTANIE PUSZCZALSKĄ ZDZIRĄ, która będzie korzystać z życia, zanim stuknie jej czterdziestka, a do przekroczenia tego Rubikonu brakowało zaledwie dwóch lat.

Od postanowienia minęły żałosne cztery dni, które kandydatka na zdzirę przeleżała w obcym mieszkaniu, to wgapiając się w laptopa (do pracy nie była w stanie pójść, wzięła trzy tygodnie zaległego urlopu), to awanturując się przez telefon z małżonkiem, który nie tylko nie okazał skruchy („Faceci tak po prostu mają, przecież żadnej z nich nie kochałem, przestań histeryzować!”), ale jej sugestię rozwodu wyśmiał i oświadczył, że skoro postanowiła go ukarać, to do odwołania tego „teatrzyku” nie ma prawa zabrać żadnej zostawionej w domu rzeczy, włączając w to nie tylko ubrania, ale i nowiutki samochód, który zakupiła zaledwie kilka miesięcy temu.

I pewnie Matylda leżałaby tak w nieskończoność przed komputerem, nieświeża i oklapła niczym worek gnijących w piwnicy ziemniaków, gdyby nie nałożyły się na siebie dwie okoliczności. Jedna miała związek z oglądanym na Netflixie serialem hiszpańskim Dom z papieru i jego główną bohaterką, Raquel Murillo, negocjatorką, która z nikim się nie patyczkowała, nie przepraszała wszystkich, że żyje, ale potrafiła się obronić, czy to za pomocą ciętego języka, czy giwery. Była naprawdę ostra, a jednocześnie… kobieca i prawdziwa, co dla niektórych mniej przebojowych lasek było jak zaskakujący powiew świeżości. Matylda podczas tych upiornych dni obejrzała trzy sezony i z chwili na chwilę robiło się jej lepiej, zaczęła też wzbierać w niej coraz większa złość, a koszmarne poczucie winy w końcu wzięło i się od niej oddaliło. Kurcgalopkiem. Wczoraj nawet doszło do tego, że nakazała Sebastianowi, żeby wsadził sobie jej nowe auto w odbyt.

Kupi sobie inne.

Bez łaski.

Druga okoliczność miała związek z przeglądanym odruchowo katalogiem materiałów budowlanych – wśród produktów mignęło Matyldzie opakowanie wełny szklanej i to było jak OBJAWIENIE!

Jak feeria świetlistych barw, jak eksplozja wibrującego w powietrzu confetti.

Ależ wełna szklana to tysiące drobnych igiełek, które wchodzą upierdliwie pod skórę, kłują i ogólnie nie dają żyć, i gdyby takiej wełny szklanej, przecież niewidocznej, napchać po cichu do wszystkich gaci Sebastiana – zdrajcy, łajdaka i złamanego fiuta…

Tak, ręka sprawiedliwości sięgająca poziomu moszny to by było coś!


Mąż numer jeden, Jureczek, również lekarz, osobnik, którego absolutnie nikt nie był w stanie wyprowadzić z równowagi (Matylda starała się o to rzetelnie przez sześć lat), rok po rozwodzie znowu założył rodzinę, co najpierw Matyldę rozwścieczyło, później zabolało, a dopiero na koniec okazało się, że Lusia, jej następczyni, to przezabawna i równa babka, może trochę ekscentryczna, ale wcale nie wychwala pod niebiosa swojego nowego oblubieńca, potrafi za to spojrzeć na niego krytycznie, acz z uczuciem.

To samo tyczyło się innych.

Lusia, niewysoka i zgrabna blondynka, była zawsze uśmiechnięta, wstrząsająco perfekcyjnie zrobiona (raz w tygodniu chodziła do kosmetyczki, w pozostałe dni leżała na kanapie i pachniała) i zawsze, ale to zawsze chodziła na obcasach. Na początku Matylda nie pojmowała, jak w ogóle Jurek mógł spojrzeć na stwora z tak odległej i tandetnej galaktyki, ale bardzo szybko zmieniła zdanie. Blond słodziak lubujący się w zwierzęcych wdziankach (Lusia kochała topy w panterkę, zeberkę, pumkę…) był kobietą nie tylko wrażliwą, ale i na swój sposób mądrą. Matylda doskonale pamiętała ten dzień, kiedy zerknęła z ironią na żelowe paznokcie Lusi, pozwoliła sobie nawet na kpiący uśmieszek, ale w zamian otrzymała błyskotliwe spojrzenie pełne poczucia humoru. Żona Jureczka potrafiła się śmiać z samej siebie i to był naprawdę szok.

Bardzo się wtedy Matylda zawstydziła…

I zaczęły rozmawiać.

Porozumienie przyszło niemal natychmiast – jak tylko Matylda odpuściła stereotypy i uruchomiła w sobie życzliwość. Wtedy wybuchła między nimi najzwyklejsza, ludzka chemia. Już po kilku spotkaniach wiedziały, że mogą razem konie kraść, w grę wchodziły również krowy, owce i diamenty. Rozumiały się doskonale, co wcale nie przeszkadzało im się kłócić, a różnice zdań, do jakich dochodziło, zwykle kończyły się wyciągnięciem wniosków i obaleniem flaszki wina.

O dziwo, Matylda z upływem czasu odnalazła dawno zerwaną nić porozumienia z Jureczkiem, który przestał być tak irytująco upierdliwy, przy Lusi znormalniał, zmiękł, potrafił nawet zażartować, co udzieliło się również Sebastianowi. Już mu nie dogryzał i nie wysyłał zabójczo wrogich spojrzeń, a później okazało się, że stomatologia i farmakologia nie są wcale tak bardzo od siebie odległe. W efekcie wszyscy razem zaczęli tworzyć coś na kształt wielkiej rodziny. Wielkiej, bo Lusia wniosła do małżeństwa z Jureczkiem swojego dorosłego syna, Damiana. Ten z kolei nadal utrzymywał kontakt z biologicznym ojcem, choć przyjął nazwisko po ojczymie, a Jurek z Lusią mieszkali z byłymi teściami Matyldy – panem Władysławem i panią Ireną. Zajmowali w piątkę malowniczy bliźniak na osiedlu Kolonia Mościckiego w Katowicach, który dzielili po połowie.

W teorii.

W praktyce wizyty u Jurków – tak dom przy ulicy Grządziela nazywał Sebastian – były jak spotkania na wiejskim festynie. Zawsze panował tam gwar, piwo lało się kuflami, teściowie oczywiście przy każdej wizycie gości wpadali do dzieci „po cukier”, a Jurek, który dotąd deklarował, że nie znosi hałasu, wyglądał pośród tego rodzinnego zamieszania na najszczęśliwszego faceta na świecie.

W swojej przeprowadzce do dwóch pokoi z kuchnią Matylda widziała jak dotąd tylko jeden plus – mieszkanie znajdowało się w bloku przy trasie średnicowej, a stamtąd na Gliwicką i Grządziela był spacerkiem niecały kwadrans, wystarczyło przejść wiadukt. Odkąd więc Matylda wylądowała na Mieszka I, obiady jadała u Lusi, grzejąc się przez godzinę czy dwie w domowym ciepełku – w tym samym, w którym, o ironio, grzał się również jej poprzedni mąż.

 

Wełna szklana była więc szansą na odzyskanie kontroli, na poczucie MOCY, a skoro odtąd Matylda postanowiła odpuszczać sobie dylematy natury moralnej, teraz, zamiast analizować w nieskończoność pomysł, po prostu chwyciła za komórkę.

– Hejo, i jak tam? – zapytała wesoło na powitanie Lusia.

TAM, czyli tu, w samym środku zmaltretowanego jestestwa Matyldy, w końcu nieśmiało piknęła nadzieja.

– Lusia, mogę na ciebie liczyć?

– Oho, nieźle się zaczyna. Czyżby jakiś przełom? – W telefonie rozległ się śmiech. – Bardzo się cieszę, kochana. Pewnie, że możesz – zapewniła serdecznie. – Ale Jureczka dla ciebie nie rzucę i nie ogolę się na łyso, od razu zastrzegam. Chyba że…

– A pojedziesz ze mną w nocy do mojego domu? – wypaliła z determinacją Matylda, wstrzymując oddech.

– Ale że Seba będzie spał, a my się mamy zakraść i zabrać resztę twoich klamotów? – Wyobraźnia Lusi ruszyła z kopyta.

W jej głosie nie zabrzmiała nawet nuta sceptycyzmu, mimo że Lusia była od Matyldy siedem lat starsza (tak jak Jurek) i teoretycznie można by oczekiwać, że kobieta w tym wieku będzie nobliwą matroną, która woli otulić się w nocy kocykiem, niż tłuc się gdzieś po ciemnicy i niepotrzebnie narażać.

Matylda wzięła więc rozbawienie przyjaciółki za dobrą monetę.

– Zakraść, zgadza się, ale tego chu… – zaakcentowała z zaciętością tak, że nie było wątpliwości, jakiego słowa chciała użyć.

– Fiuta, moja droga, fiuta. Złamanego fiuta. Powtórz – powiedziała łagodnie Lusia, która wobec Sebastiana zawsze zachowywała dystans, może dlatego wiadomość o jego licznych romansach wcale jej nie zdziwiła.

– Masz rację, po co jeszcze kalać gadziną język.

– O, to to!

– Zakradniemy się, ale złamanego fiuta nie będzie – dokończyła Matylda. – Jest dzisiaj w Warszawie, mają naradę w sprawie koronawirusa. Zabierzemy rzeczy, ale zostawimy mu pamiątkę, której długo nie zapomni…

– Oj, no to pewnie, że jadę z tobą. Wiesz przecież, jaka jestem sentymentalna. – W aparacie rozległo się ironiczne cmoknięcie i Matylda zerwała się w podekscytowaniu z miejsca.

Jak dobrze było znowu wrócić do żywych!

– OK, to biorę taksówkę, podjadę do Castoramy, będę u ciebie za jakąś godzinę.

– Wbijaj, kochana – oznajmiła Lusia, matka swojego syna. – Dzieje się! – zakończyła jego ulubionym powiedzonkiem i Matylda już jawnie zachichotała.

Nie przypuszczała jednak, że niedługo będzie w stanie wiele dać, żeby działo się znacznie mniej…


Tymoteusz Piątek po trzynastu latach pracy w policji miał nieźle zoraną psychę.

Po ostatniej tragicznie zakończonej akcji zdiagnozował u siebie nie tylko nerwicę lękową, ale i bezsenność, w dodatku odnotował także problemy z oddychaniem i kłopoty żołądkowe, a kiedy myślał, że najgorsze już za nim, okazało się, że wzwód to wcale nie taka oczywistość.

Raczej przywilej.

Jego aktualna dziewczyna skonfrontowana z brutalną rzeczywistością nie miała wątpliwości; do gustu nie przypadł jej ani flak, ani biegunka. Na szczęście spotykali się ze sobą zaledwie od dwóch miesięcy, mieszkali osobno, nie spłodzili potomka, nie zasadzili wspólnie choćby krzaczka bzu, o dębie nie wspominając, rozstanie przebiegło więc nad wyraz spokojnie. Inne pary mogłyby się od nich uczyć.

Mogłyby, gdyby nie zraniona męska duma.

Tymoteusz Piątek, ochrzczony przez kolegów z pracy pod prysznicem Tytą, został nad wyraz hojnie obdarowany przez naturę, czego z powodu wrodzonej nieśmiałości nie wykorzystywał, ale co niewątpliwie podbudowywało jego ego. Żadna kobieta, z którą był związany, nie zgłaszała uwag. Wręcz na odwrót. Jego partnerki wyrażały olbrzymią aprobatę i chciały więcej i więcej. Niestety, nie każda przy tym rozumiała, że mężczyzna też może mieć potrzeby emocjonalne i nie zawsze musi zachowywać się jak macho, ale już mniejsza z tym. Ostatnia dziewczyna okazała się pierwszą, która jego męskość wykpiła.

Było to tym boleśniejsze, że jego przyrodzenie działało dotąd jak ruski czołg.

Zwłaszcza sprawnie działała lufa.

Do stycznia tego roku.

Od stycznia Tyta żył w ciągłym napięciu – obawiał się zemsty bandziorów, a gangusy, których rozpracował ostatnio jego wydział, to były wybitne gadziny łaknące gorącej ludzkiej krwi. Na domiar złego spotkania z policyjnym psychologiem, zamiast pomóc, pogrążyły Tytę jeszcze bardziej, więc w zasadzie w obecnej sytuacji pozostawała mu tylko jedna rozsądna decyzja.

Rzucił policję i został taksówkarzem.

Zawsze lubił prowadzić, nie musiał się wysilać na żadne przesłuchania, ludzie sami mu się zwierzali i już po tygodniu za kółkiem stwierdził, że cholerny stres powoli odpuszcza! Przestało go gnieść w klatce piersiowej, ręce też mu się już nie trzęsły i skończyły się kłopoty z zasypianiem. Może dlatego humor mu dziś dopisywał – przespał ciurkiem siedem godzin, a do pełni szczęścia brakowało tylko, żeby parę woltów tego poprzedniego napięcia jednak zostało i ulokowało się w wiadomym rejonie, ale widocznie nie można mieć wszystkiego.

Na uniesienia będzie jeszcze musiał zaczekać.

Jeśli w wieku trzydziestu ośmiu lat nie został impotentem.

Tyta postanowił o tym dzisiaj nie myśleć, przyjął zlecenie na Mieszka I piętnaście i włączył Radio Złote Przeboje. Wieści z Chin nie napawały optymizmem, z powodu koronawirusa ginęło tam codziennie mnóstwo ludzi, aż trudno uwierzyć, ale Chiny to Chiny, w Polsce na razie nikt nie umierał, przynajmniej na to paskudztwo. Ptaszki ćwierkały, niebo miało kolor szlachetnego błękitu, chmury przypominały kłęby waty cukrowej rwanej przez dzieci palcami i na tle tej radosnej scenerii było oczywiste, że nadchodzi wiosna.

Słońce zmieniło kąt padania i zaczęło filuternie smyrać przechodniów po nosach, kierowców również zaczepiało, dźgając szyby bezczelnymi promieniami, od których aż kłuły oczy. Tyta założył okulary przeciwsłoneczne, uchylił nieco szybę i podjechał z fantazją pod blok przy stawie Maroko. Pod portiernię, bo tak życzyła sobie klientka.

Matylda.

Takie podała hasło.

Ech, Matylda, to imię uruchomiło w nim falę wspomnień – dość ambiwalentnych, bo kochał się kiedyś w jednej Matyldzie, koleżance z liceum, ale koleżanka jakoś nie chciała się kochać w nim. Jeśli miałby być szczery, traktowała go z pobłażaniem, jak smarkacza, co wtedy sprawiało mu dotkliwy ból. To prawda, był od niej o głowę niższy, ale serce ma w nosie centymetry. Serce bije szybciej, jak chce i dla kogo chce. A jego serce chciało Matyldy – brunetki o pięknych, ciemnych oczach, która potrafiła tak spojrzeć… tak spojrzeć, że wszystko w Tycie, wtedy cherlawym i pryszczatym chłopczynie w za dużych adidasach, się gotowało.

I teraz dorosły Tyta siedział sobie w swoim klimatyzowanym autku, wracał myślami do młodzieńczych lat, wspominał czyjąś mleczną szyję (przy szyi Matyldy łabędzie mogły się schować w szuwarach), kiedy…

– Dzień dobry. Matylda. – Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi i przyjemny, kobiecy głos, a potem odwrócił się i spojrzał w czyjeś przepastne oczy.

W oczy koloru dojrzałych jeżyn.

W jednej sekundzie łabędzie zaczęły rozpaczliwie machać skrzydłami, w powietrzu zawirował biały puch, czasoprzestrzeń się zakrzywiła, cząstki elementarne się zderzyły i Tyta znowu poczuł, że z trudem łapie oddech.

Matylda, to naprawdę była Matylda!

Jego Matylda, tamta Matylda, ale inna, nowa, lepsza, piękniejsza i…

Smutniejsza.

– Dzień dobry – mruknął w odpowiedzi jak jakiś gbur, ale i tak dobrze, że się odezwał, całkiem go to przypadkowe spotkanie sparaliżowało.

I co teraz?

Od liceum minęło dziewiętnaście lat, Matylda pewnie miała męża, dzieci, pryszcze… Co z nim, to on miał pryszcze. Kiedyś. Teraz nosił brodę, trochę mu ostatnio urósł brzuszek i pewnością już nie mierzył metr sześćdziesiąt.

Zerknął w popłochu do lusterka, ale niemożliwe, żeby Matylda rozpoznała w brodaczu w ciemnych okularach dawnego Tytka – tak, przydomek, na szczęście, rósł razem z nim…

– Podjedziemy najpierw do Castoramy, tutaj za Auchan, ja na chwilę wyskoczę coś kupić, a potem zawiezie mnie pan na osiedle domków przy Gliwickiej, dobrze? – spytała, poprawiając ukradkiem swoje błyszczące czarne loki. – Ulica Grządziela… Kurczę, nie pamiętam numeru…

– Jasne – rzucił szybko, wykonując manewr zawracania. – Jedziemy. Rozpozna pani budynek?

– Tak. Poradzę sobie – dodała grzecznie, acz dosyć chłodno, po czym sięgnęła po telefon.

Tycie nawet to odpowiadało.

Bo co, ma ściągnąć okulary, odwrócić się i zawołać: „Witaj, Matylda, to ja! Tytek, koleś z liceum, który łaził za tobą jak pies przez cztery lata”? Żenujące. Nie, już lepiej będzie siedział cicho i sobie na Matyldę popatrzy, podelektuje się tym zapachem, przyjrzy się jej dokładnie, zapamięta każdy smakowity szczegół…

– Lusia, to znowu ja – zabrzmiało tymczasem za jego plecami. – Jaki wy tam macie numer, bo zawsze zapominam? Aha, dzięki… Słuchaj, właśnie wyjechałam, ale jeszcze muszę podskoczyć do marketu i tak się zastanawiam… – W głosie Matyldy brzmiała taka słodycz, że Tyta aż sobie westchnął.

Jak w ogóle istota ludzka może wydawać z siebie tak doskonałe dźwięki!

Coś jak mruczenie kociaka, kwilenie łabędzia…

– Bo może ja idę w półśrodki? Jemu się przecież należy, wiadomo, ale chyba trzeba wymyślić coś znacznie bardziej, nie wiem, DOTKLIWEGO. Takiego z długotrwałymi konsekwencjami. Jak myślisz? Bo po naszej nocnej wizycie to ten złamany… ZF, może tak to ujmę. Ten ZF będzie się co najwyżej drapał po jajach! O, pardon… – Matylda rzuciła do lusterka zakłopotane spojrzenie, a zaintrygowany Tyta nadstawił uszu.

O czym ona mówi?

Długotrwałe konsekwencje i drapanie się po jajach?

I co to jest ZF?

– Wiem, że nie rozumiesz, ale nie mogę swobodnie mówić – podjęła. – Dobra, niedługo ci wszystko wyjaśnię. Po prostu wykombinujmy coś z długotrwałymi konsekwencjami. Takimi wiesz… Takimi, żeby zapamiętał je do ŚMIERCI – zaakcentowała, a jej delikatna twarz, która zawsze przypominała Tycie twarze z portretów Klimta, wydłużyła się, pojawiła się na niej zaciętość, a na koniec usta Matyldy zafalowały w bezradności i smutku, więc Tyta też zafalował.

Wewnętrznie.

Ktoś musiał Matyldzie zrobić coś bardzo złego.

A on był gotów jej bronić.

Słowem, czynem, swoją klatą, którą sobie wyhodował w policyjnej siłowni, wszystkim – obroniłby ją przed całym światem i na każdy możliwy sposób. Problem leżał jednak w tym, że Matylda to była kobieta z górnej półki, pewnie już ustawiła się do niej cała kolejka obrońców.

– Idę tylko do jednego działu, a potem szybko do kasy – powiedziała, kiedy podjechali pod sklep. – Zaczeka pan?

Uśmiechnął się szeroko.

– Proszę sobie spokojnie robić zakupy i się nie przejmować. Będę tu – zapewnił, a parking w jednej chwili zamienił się w skałę, do której był przykuty łańcuchami.

Sęp mógł przylatywać i wyrywać mu wątrobę, śledzionę, co tylko chciał.

– Dziękuję, w takim razie zaraz wracam – padło z prześlicznych ust, a Tyta mógł się wreszcie napatrzeć.

Matylda zawsze energicznie kręciła pupą, podziwianie na szkolnym korytarzu tego staccato w czasach, kiedy wielbiona przez niego dziewczyna chodziła do IV A i pisała rozszerzenie z biologii – to była uczta dla Tytkowych zmysłów. Teraz wystająca spod krótkiej kurteczki pupa Matyldy zdawała się pełniejsza i uczta to mało powiedziane. Patrzenie na krągłe biodra przyodziane w doskonale opięte dżinsy to była szalona rozpusta.

Aż…

O cholera, aż dobra naturalne Tyty zaczęły wzbierać, jak zresztą wszystkie pęczniejące w nim od soków organy. Oddałby za randkę z Matyldą swoje mieszkanie, auto, nerkę, wszystko… Zryw, niestety, trwał tylko moment, po czym krew znowu zwolniła, ale ta rozkoszna chwila była jak światełko w tunelu. I Tyta miał nadzieję, że to nie jadący na niego pociąg.

Matylda pojawiła się prawie po pół godzinie, nieco zirytowana.

– A mogłam kupić siekierę – wymruczała, moszcząc się na siedzeniu i ściskając w objęciach biało-żółtą tubę opatrzoną napisem Isover. – Maseczki, rękawiczki, okulary…

Siekiera?

Po co jej siekiera?!

– Słucham? – zapytał odruchowo, zestawiając jednocześnie zasłyszane niedawno fragmenty rozmowy telefonicznej z nowymi informacjami.

 

Jak to człowiek może się pożegnać z policją, a policja się z człowiekiem żegnać nie chce…

– Nic, nic. Myślałam, że się szybciej uwinę. I jeszcze ta długa kolejka, tłok i ścisk, okropność. Przepraszam, że tyle pan czekał.

– Nic nie szkodzi… Remont? – zagadał z niewinną miną.

– Raczej remanent – odparła w zamyśleniu, wpatrując się w umykającą za szybą ulicę. – Jestem na etapie pozbywania się ze swojego życiorysu męża – dodała, a zaraz potem zaniosła się nerwowym kaszlem. – Przepraszam, że panu zawracam głowę głupotami. Nie zwierzam się każdemu, ale pana nie znam, więc w sumie co mi zależy… I znowu przepraszam. Kiedy w końcu przestanę wszystkich przepraszać!

Tyta poczuł się oszołomiony.

Pozbywa się z życiorysu męża?!

Ależ to wcale nie jest zła wiadomość, to znaczy dla niego. Dla Matyldy, owszem, pewnie dlatego jest taka przybita.

– Niby się nie znamy, ale… – Już zamierzał skończyć z tą szopką, musiał przecież koleżankę pocieszyć, może powinna z kimś porozmawiać, z kimś, kto sam niedawno przeżył rozstanie i ją przez to poprowadzi, utuli…

– Lusia, wyszłabyś po mnie? Będziesz mi potrzebna. – Matylda nie dała mu jednak szansy, znowu zobaczył w jej ręce telefon. – Nie rozłączaj się, muszę… Lusia… O, to tamten dom! – zawołała, pokazując na spory bliźniak, który z jednej strony wyglądał na zadbane domostwo, a z drugiej na pijacką melinę. Z części meliniarskiej wyszedł właśnie młody człowiek, cały ubrany na czarno. – Cholera, jeszcze ten… – żachnęła się na jego widok Matylda. – Proszę ze mną rozmawiać!

Tyta wyłączył silnik, mile połechtany.

A może jednak, jakimś cudem, go rozpoznała?

– A bardzo chętnie, bo od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy my się jednak gdzieś nie poznaliśmy?

Matylda przywarła do zakupionej tuby i przez chwilę wyglądała tak, jakby się chciała rozpłynąć w powietrzu.

– Proszę? – spytała nieuważnie, a potem wbiła wzrok w krzaczki porastające nasyp kolejowy. – Jest tam jeszcze ten chłopak?

Chłopak wyszedł przed furtkę i przyglądał się Tycie z wielką badawczością.

Jego twarz błyszczała w słońcu niczym płaska, naoliwiona patelnia.

– Tak, jest – potwierdził. – Stoi i się tutaj patrzy.

– Szlag! To rozmawiajmy, niech mnie pan tu zatrzyma, nie chcę, żeby mnie teraz zobaczył z tym na wierzchu.

Sformułowanie było dość enigmatyczne, ale w ciągu zaledwie tygodnia pracy Tyta zdążył się zorientować, że klienci, a zwłaszcza klientki, mają niekiedy dość oryginalne prośby.

– Zatrzymam panią z przyjemnością.

– Lusia, wyłaź! – Matylda mówiła do siebie pod nosem, spoglądając już jawnie w okna budynku, a Tyta w końcu się przełamał.

– Czy my czasem nie chodziliśmy do tej samej szkoły? – wypalił. – Do liceum. Pani ma na imię Matylda?

Dopiero w tym momencie został zaszczycony uwagą.

Matylda przechyliła głowę i usiłowała zajrzeć mu w twarz, a było to spojrzenie całkiem miło penetrujące jego męskie lico, które właśnie prezentował, pozbywszy się okularów.

Dla zachęty posłał swojej dawnej koleżance szeroki uśmiech.

– Tylko wtedy nie nosiłem brody – zaznaczył żartobliwie. – Konopa, na osiedlu Zajączka.

To ostatnie wyraźnie ją poruszyło.

– Zajączka? Bardzo możliwe, chodziłam do Konopnickiej. Ale nie mogę skojarzyć. Chociaż ten głos… Andrzej?

Skrzydła trochę mu jednak opadły.

Andrzej to był jego najgorszy wróg, koszykarz, umięśniony pajac, za którym ganiała co druga dziewczyna w szkole.

– Nie. Andrzej to teraz alkoholik, handluje selerami na Załężu – strzelił wymyśloną na poczekaniu bajeczką, czując piknięcie satysfakcji. – Mam na imię Tymoteusz…

Matylda na dźwięk imienia drgnęła.

– Tytek?! – zawołała z ożywieniem. – Nie wierzę! To ty?

Naprawdę się ucieszyła, nie spodziewał się aż takiego entuzjazmu.

– Teraz mówią do mnie Tyta, ale tak – przyznał skromnie. – To ja. Trafiony zatopiony.

– Tytek! – znów zakrzyknęła, patrząc tylko na niego i nagle wszystko inne przestało się liczyć. Ulica Grządziela, bliźniak, chłopak przy furtce. Teraz ważny był tylko on i te cztery wspólne lata, które spędzili w jednej budzie. – Jak miło cię spotkać. Tyle czasu! – szczebiotała Matylda. – Co u ciebie? Jak ty wyglądasz! Zupełnie jak nie ty. To znaczy w pozytywnym sensie – zaczęła się plątać i w tym zawstydzeniu podobała mu się jeszcze bardziej. – Z tą brodą wyglądasz zabójczo. A taki byłeś malutki… Chudziutki, chciałam powiedzieć. Tytek, kto by pomyślał!

– Taaa…

Nie wiadomo, ile trwałaby ta wspominkowa pogawędka i czy w końcu porzuciliby uprzejmości (Tyta w panice układał zaproszenie na kawę), gdyby nie młodzieniec na zewnątrz. Rzucił na ulicę niedopałek, podszedł do samochodu, po czym zapukał w drzwi od strony pasażera.

Było miło, ale się skończyło.

Tytek uchylił szybę, a Matylda posłała chłopakowi powitalny uśmiech, który ten całkiem zignorował.

– Dzieje się… – oznajmił zaaferowany, co jednak starał się ukryć. – Matka ratuje sytuację, bo się rypło, że dziadek Władysław przez CZTERDZIEŚCI SZEŚĆ LAT ukrywał sztuczną szczękę. Czujesz?! Weź tam idź, interweniuj czy coś, bo babcia Irena szaleje. Znasz ją. Matka zaraz dostanie zawału.

– A ty? – zapytała niespokojnie Matylda.

– Ja? Ja się między dwóch staruchów nie będę pchał, zapomnij. Poza tym to mnie wali, to nie są moi prawdziwi dziadkowie. Idę się przewietrzyć, joł…

– Joł? My chyba tacy nie byliśmy? – Matylda odprowadziła spojrzeniem niewysoką, przygarbioną postać. – Jego to wali, wspaniale…

Chłopak strzyknął śliną, wbił ręce w przepastne kieszenie za dużych spodni i poczłapał w przeciwnym kierunku.

– No nie wiem. – Tyta nie znosił paplaniny w stylu „za naszych czasów”. Kiedyś usychały mu od tego uszy. – Ludzie są, jacy są – stwierdził, niezbyt oryginalnie.

Może powinien powiedzieć coś mądrzejszego?

Matylda westchnęła.

– Może i tak. A może i nie. Czasy jednak mają znaczenie… Dobra, Tytek, ja uciekam. – Na tylnym siedzeniu się zakotłowało, a tuba uderzyła go niespodziewanie w głowę. – Przepraszam!

– Nic się nie stało – zapewnił, jednak nieco zdziwiony.

I co, tylko tyle?

Wali go w łeb i do widzenia?

– Bardzo się spieszę. Naprawdę miło cię było zobaczyć – zapewniła z przepraszającą miną Matylda, po czym spytała o należność.

– W życiu nie przyjmę od ciebie pieniędzy – obruszył się.

– Ale…

– Zapomnij, jak mawia młodzież – uciął znacząco.

W dołku tymczasem poczuł znajomy ścisk.

Nie chciała go, w porządku, nie będzie się narzucał.

Ciągle go nie chciała…

– To w takim razie zrewanżuję się kawą. Zanotujesz mój numer? – padło niespodziewanie z tyłu i Tyta stwierdził, że mógłby tak dostawać tubą każdego dnia. I w tubie mógłby być nawet cement, a nie wełna szklana, jak głosił napis na opakowaniu. – Pogadamy sobie na spokojnie, powspominamy, teraz mam przekopane…

Tak się ucieszył, że nie otworzył jej drzwi, ale też Matylda z prędkością światła wyprysnęła na zewnątrz, szarpnęła za furtkę i już jej nie było. Wybrała część meliniarską, ale na progu domku odwróciła się i mu pomachała.

Zapamięta ten obrazek na długo.

Matylda, jej jeżynowe, nieco smutne oczy i upiorna tuba.

Pod nowy adres Tyta jechał, nucąc z Piaskiem wielce obiecujący kawałek o śniadaniu. O tym, że nie kupuje się tylko jednego opakowania wełny szklanej, jeśli chce się na przykład ocieplić bliźniak, wcale nie myślał.

Ale pod koniec dnia zaczął.

A nawet zaczął myśleć o wielu innych, znacznie gorszych ewentualnościach, bo kiedy o godzinie dwudziestej trzeciej zameldował w centrali, że kończy dniówkę, i jak zwykle przejrzał na parkingu auto, stwierdził, że pod siedzeniem kierowcy znajduje się reklamówka. Na widok napisu Castorama Tycie mocniej zabiło serce, a że w środku mignęło coś czerwonego, ukradkiem zajrzał do środka.

I jego wyśmienity humor prysł.

Pośród plastikowych okularów, maseczek i rękawic ochronnych leżał odcięty męski palec…

Z obrączką.


Rodzice Jureczka za Matyldą nie przepadali.

A tak naprawdę nie przepadała za nią matka Jurka, pani Irena. I jeśli ona za kimś nie przepadała, to oficjalnie musiał też nie przepadać jej małżonek, pan Władysław. Kiedy jednak upiornej baby nie było w pobliżu, w starszym panu, bardzo uprzejmym i bardzo cichym, zachodziła nieprawdopodobna przemiana.

Zaczynał widzieć, słyszeć i mówić.

A nawet okazywało się, że w wielu kwestiach pan Władysław ma własne zdanie, które niekoniecznie jest zbieżne ze zdaniem małżonki. Cóż jednak z tego – gdy tylko Królowa Wszechświata pojawiała się na horyzoncie, pan Władysław znowu stawał się niewidzialny. Zupełnie jakby grał z żoną i całą rodziną w jakąś skomplikowaną, magiczną grę, w której dysponował tajemniczymi mocami. Pojawiał się i znikał.