Morderstwo w Hotelu KatowitzTekst

Z serii: Kryminał pod psem #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




WROCŁAW 2019

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A., Marta Matyszczak MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN 978-83-271-5932-8


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Prolog

Rozdział 1. Ciemna zemsta nieba

Rozdział 2. Noże w plecach to moje trofea

Rozdział 3. Jak na Perseidy

Rozdział 4. Hałas niesie bitumiczne księstwo

Rozdział 5. Niemy poruszyciel

Rozdział 6. Neony świecą znów

Rozdział 7. Z betonu róża wyrasta

Rozdział 8. W miłości czy w kartach

Rozdział 9. Kawa i chleb

Rozdział 10. Żeglarze morza żółci

Rozdział 11. Miasto, gdy nie może zasnąć

Rozdział 12. Kato za oknem

Rozdział 13. Tu jest dom

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Natalii –

w podziękowaniu za trzydzieści (!) lat przyjaźni

Powieściowy hotel Kattowitz stoi tam, gdzie hotel Katowice. Nie znaczy to, że w tym prawdziwym morduje się gości. Zanocowałam, nadal żyję i mam się dobrze – oto dowód. Opis hotelu, jak i innych miejsc, jest wytworem mojej wyobraźni, a rzeczywistość stanowiła jedynie przyczynek do jej uruchomienia. Żadnej z występujących w powieści postaci nie spotkacie na ulicy, ponieważ istnieją one tylko w świecie fikcji. Oprócz Gucia. Kiedy to piszę, Gucio leży przy moich nogach i pochrapuje.

O mój Śląsku,

umierasz mi w biały dzień.

O mój Śląsku,

niszczą cię twe fabryki.

O mój Śląsku,

niszczą twe serce zielone,

płuca twej duszy...

Jan „Kyks” Skrzek,O mój Śląsku

Bo gdy otwieram oczy, to kocham to, co widzę.

Różowe powietrze, tabliczka Katowice.

Miuosh, Piąta Strona Świata


PROLOG

Zima

Alojz nie przewidział, że sprawy potoczą się aż tak źle. Wyprawy w miasto z Pejterem nigdy nie kończyły się zbyt dobrze, ale to, co wydarzyło się dzisiaj, to już lekka przesada. Poszli na Mariacką do jednej z tych obskurnych knajp, gdzie można walnąć kielona za cztery złote i zagryźć białą kiełbasą za drugie tyle. Podeszwy mlaskały, gdy odrywali buty od oblepionej, lepiej nie wiedzieć czym, podłogi. Z głośników dudniło w stopniu uniemożliwiającym usłyszenie własnych myśli, a co dopiero przeprowadzenie kulturalnej wymiany zdań. Do tego wokół kłębili się studenci.

Rozwścieczona szarańcza.

Alojz i Pejter nigdy nie przekroczyli progów uczelni. Gdyby jednak mieli taki epizod na sumieniu, byłoby to już dawno i nieprawda. Młodzież spoglądała na nich z pobłażaniem, jak na zdezorientowane dinozaury. I w zasadzie niewiele się myliła. Nie przeszkadzało im to. Nawet muzykę mogli znieść. Nie musieli się do siebie odzywać. Rozumieli się bez słów. Ważne, że było tanio i z procentami.

Alojz musiał się pomylić w obliczeniach. Dobrze wiedział, ile może w siebie wlać, by w miarę bezproblemowo dotrzeć do domu na Osiedlu Tysiąclecia. Zazwyczaj, jak się postarał, to nawet wścibska Kusiowa z piętra wyżej nie słyszała, gdy ładował się szczupakiem do mieszkania i – wykonując pieśni patriotyczne w wersji dla słabiej słyszących – kładł się spać. Pewnie miała twardy sen.

Coś było nie tak. Może serwowali tu wyjątkowo mocną wódę? Rzadko mu się zdarzało wstać od stołu, wytoczyć się przed szynk, przejść dwa kroki, potknąć się o własne nogi i wylądować nosem na oblodzonym bruku. Nawet nie zdążył się podeprzeć rękoma. Krew zabarwiła śnieg karmazynem, a te studenckie skurwysynki jarające na zewnątrz szlugi ryknęły śmiechem.

Pejter, który wyglądał równie słabo, pomógł mu stanąć na nogi. Wczepieni w siebie jak w koła ratunkowe podryfowali Staromiejską do rynku. Łypnęli w stronę Świętego Jana. Uliczka kojarzyła im się z codziennym kieratem w recepcji teatru Ateneum. Teraz jednak byli ludźmi wolnymi. Nie musieli myśleć o przykrych obowiązkach. Musieli za to się rozstać, ponieważ Pejter mieszkał na placu Wolności. Ruszył więc 3 Maja środkiem szyn tramwajowych, bo ufał, że nie pozwolą mu zboczyć i doprowadzą go prosto w pielesze.

Alojz doczłapał do przystanku pod Teatrem Śląskim imienia Stanisława Wyspiańskiego. Dźgnął palcem wskazującym rozkład jazdy. Czarne cyferki na żółtym tle zlały się w jakieś egzotyczne szlaczki. Przetarł oczy i ponownie spróbował odczytać godzinę odjazdu szóstki. Niestety. Zwiała mu sprzed nosa. Na dziewiętnastkę czy jedenastkę o tej porze nie miał już co liczyć.

Zaczęło sypać. Przeszklony dach wiaty, którą zamontowano na gigantycznych metalowych drągach, chronił go przed śniegiem. Znowu napada tego białego gówna, a potem dzień przed świętami wszystko się stopi – na złość wyczekującym Dzieciątka bachorom oraz reszcie katowiczan, którzy będą musieli brodzić w błotnistej brei po kolana.

Splunął pod nogi. Usta wytarł rękawem złachanej kurtki i ruszył Korfantego ku rondu. Bez wsparcia kompana marszruta stanowiła nie lada wyzwanie. Ślizgał się po chodniku, przeklinając w głos dolę człowieka zatrudnionego w kulturze, którego nie stać na durną taksówkę. Córka zachwalała Uber, że niby tańszy, ale Alojz nie znał się na tych wszystkich aplikacjach. Ledwie potrafił wstukać numer do Pejtera na swojej starej motoroli z klapką.

Brnął więc pod wiatr, a dla kurażu podśpiewywał pod nosem piosenkę Jana „Kyksa” Skrzeka o Śląsku, który umiera w biały dzień. W rzeczywistości Śląsk, jeśli już umierał, to raczej w czarną noc. Niebieski neon na dachu mijanego właśnie hotelu Kattowitz nie był w stanie rozświetlić drogi. Choć może przy pijackiej pomroczności jasnej, której Alojz najwyraźniej nabawił się tego wieczoru, nie pomógłby nawet teatralny reflektor.

To pomyślawszy, ujechał na krawężniku. Wywinął orła. Huknął głucho plecami o chodnik, aż zaparło mu dech. Zamrugał. Zmrożona śmierć naparzała mu w twarz z rozgwieżdżonego nieba. Poruszył ostrożnie głową, by sprawdzić, czy nie skręcił karku. W prawo. I w lewo. W prawo. I... coś dziwnego mignęło mu przed oczami. Przyjrzał się uważniej szerszej niż wyższej peerelowskiej bryle hotelu. Ten bury kloc wyrastający w sercu miasta wyglądał jak zwykły blok mieszkalny. W oknach pokoi usianych na dziesięciu kondygnacjach gdzieniegdzie paliło się światło. To chyba właśnie w tej czarno-żółtej mozaice kwadratów coś się nie zgadzało.

Alojz przemierzał tę trasę – od rynku do ronda, a potem w lewo, w stronę Chorzowa – już setki razy, gdy uciekł mu tramwaj. Znał tu każdą nierówną płytę chodnikową, każdy sklepowy szyld i każde zadrapanie na elewacjach mijanych kamienic. Wiedział też doskonale, że na siódmym piętrze hotelu Kattowitz niemal nigdy nie pali się światło. Spytał nawet kiedyś o to ciecia, którego spotkał na parkingu przed budynkiem. Okazało się, że wprawdzie wzniesiony w połowie lat sześćdziesiątych minionego wieku budynek zdążył już przejść renowację, jednak to jedno siódme piętro nie. Dlatego było wyłączone z użytku. Nie spełniało wymogów dwugwiazdkowego przybytku.

 

„Czasem – powiedział wtedy stróż – firmy budowlane wynajmują te pokoje dla swoich pracowników. Dostają sporą zniżkę, a majstry i tak nie narzekają”.

Najwyraźniej teraz też musieli tu nocować jacyś murarze, bo w narożnym pokoju na siódmym piętrze żarówa dawała na całego. Alojzowi zrobiło się zimno na betonie. Kurtka mu przemokła, a poza tym było twardo. Zmusił się jednak do koncentracji. Zaczął liczyć. Od dołu do góry. Zanim dotarł do piątego, dwa razy zdążył się pomylić. W końcu jednak otrzymał wynik. Siódme to było jak w pysk.

Już chciał wstać, gdy w zasłoniętym firanką oknie zobaczył cień kobiety. Nie było wątpliwości – to babeczka, bo kształty miała takie, że wyobraźnia Alojza ruszyła pełną parą. Mężczyzna przyjął pozycję siedzącą i wybałuszył oczy. Była szczupła, ale tylko tam, gdzie trzeba. Cycki sterczały jej na baczność, a długie włosy opadały na ramiona. Kobieta nagle przywarła do szyby, jakby chciała jej się rzucić w ramiona.

A potem osunęła się bezwładnie na podłogę.

Alojz pomyślał, że ci cholerni budowlańcy nieźle się zabawiają na wyjazdowej robocie. Tacy to mają życie. Nie to co on i Pejter w tej zasranej kulturze. Trzeba się było w porę przebranżawiać. A tak pozostało już tylko odliczać dni do emerytury.

Rozdział 1

CIEMNA ZEMSTA NIEBA[1]

Ciekawe, ile jeszcze dni zostało doktorowi Dłutce do emerytury. Obawiam się, że całkiem sporo. Poza tym przypuszczam, że ten skurczybyk, nawet jak już będzie stał jedną nogą w grobie, to i tak drugą dobierze mi się do tyłka. W sumie nie mogę go winić. Taki już jego fach. Jeśli kogoś powinienem oskarżać, to tego przeklętego Szymona Solańskiego. Mojego jaśnie pana.

Nie uważam, aby fakt, że czasem zostawię tu i ówdzie jakąś niespodziankę, na której ta łamaga, prywatny detektyw, się poślizgnie i wywróci, był zaraz powodem do ciągania mnie po oprawcach. Czy to miało być za karę? Jeśli tak, to chciałem ogłosić, że takie pseudometody wychowawcze na mnie nie działają!

Mogłem sobie jednak gadać jak dziad do obrazu, a ten terrorysta i tak wdział na tyłek podarte dżinsy, stopy wetknął w trampki, na grzbiet zarzucił kurtkę moro i – tak przygotowany na zimową aurę – wyszedł przed naszą kamienicę. Ze mną pod pachą. Wciągnąłem w płuca przesiąknięte wyziewami z kominów powietrze. Rzuciłem zezem na usmoloną ceglaną elewację familoka. Jedną ulicę dalej, na Grunwaldzkiej, podobny budynek poddano renowacji. Cegłę wyczyszczono do krwistej czerwieni, detale wypucowano. Podczas spaceru aż się pies zaczynał zastanawiać, czy się przypadkiem nie znalazł w Nowym Jorku zamiast na „patologicznej Cwajce”, jak miejscowi sami się reklamowali, takiej właśnie treści graffiti wymalowując nieopodal targowiska na Barskiej.

Porzuciłem rozmyślania, bo przypomniałem sobie o swoim równie patologicznym położeniu. Wyrywałem się jak dziki, ale ten patyczak miał nadspodziewanie dużo siły. Tyle mojego, że przez te wygibasy musiał dłużej sterczeć na oblodzonej ulicy 11 Listopada, a śnieg wyrównywał za mnie rachunki, grzmocąc Szymona po gołym karku i rozczochranej czarnej czuprynie.

– Łostow ty tego kejtra![2] – Buchtowa stanęła w oknie i w mojej obronie.

Nie wiem, skąd jej się nagle wzięła ta poznańska gwara, ale i tak byłem wdzięczny za przyjście mi w sukurs.

Solański nie raczył odpowiedzieć, tylko pociągnął mnie w stronę skody fabii zaparkowanej zderzakiem na skrzynce elektrycznej. Zardzewiałe drzwiczki zaskrzypiały, zapewne w proteście przeciwko mej krzywdzie. Dobrze wiedziałem, że wybieramy się do przychodni weterynaryjnej Psia Kostka. Szymon nawet nie próbował mnie oszukiwać jakimś kłamliwym: „Idziemy na spacerek”. Może i jestem zwykłym starym kundlem rodem ze schroniska dla bezdomnych zwierząt, ale swój rozum mam.

– Ty pieroński podciepie![3] – Brygida spróbowała raz jeszcze, ale to było jak grochem o ścianę.

Pory roku zmieniły się u nas dość podstępnie. Już wcześniej pośnieżyło, jednak niegroźnie, mieliśmy więc nadzieję na powrót jesiennej aury. Nadaremno. W zasadzie z dnia na dzień na łby zleciały nam tony śniegu i zapowiadało się, że tak zostanie mniej więcej do kwietnia. Zapisałem sobie w pamięci, żeby złożyć podanie o azyl na Malcie. Słyszałem, że dla takich piecuchów jak ja warunki życia są tam lepsze.

Z rury wydechowej buchnęło jak z czarciego kociołka. Kątem oka dostrzegłem, że gospodyni naszej kamienicy (numer 113) schowała się w swoim mieszkaniu na wysokim parterze i zatrzasnęła okno. Nie mogłem znikąd więcej liczyć na ratunek. Za to już teraz zaplanowałem zemstę należną za czekające mnie katusze. Jeszcze się jeden z drugim zdziwią!

Na Żołnierzy Września był tłok, jakby się tu nagle zaczęli zgłaszać dwunożni pacjenci w nadziei, że dostaną się do aparatu USG czy rentgena szybciej niż w placówce funkcjonującej pod szyldem Narodowego Funduszu Zdrowia. Chętnie odstąpiłbym im swoją kolejkę, ale nie dane mi było się wykazać bezinteresowną uprzejmością.

– Gucio! Pan doktor na ciebie czeka!

Nawet recepcjonistka już mnie rozpoznawała. A przecież z pyska podobny byłem do co trzeciego wielorasowca zamieszkującego województwo śląskie. Częste wizyty zrobiły jednak swoje.

Próbowałem jeszcze pro forma wyciągać łapy na sztywno i chować się w poczekalni dla kotów, gdzie ze ściany spoglądał rząd podobnych do mnie nieszczęśników. Sfotografowano ich i zdjęcia podarowano Psiej Kostce z wdzięczności za opiekę. Właściciele czworonogów mogli sobie pisać na dołączonych do tego ozdobnych karteczkach dowolne androny, a ja i tak wiedziałem swoje. Te biedaczyska może i dziękowały, ale za to, że już tu więcej nie muszą przychodzić.

Tymczasem ten krwiopijca w zielonym kitlu, na który narzucił sobie dzisiaj niezwykle twarzowy polar w ziemistym kolorze, wychynął z gabinetu i wciągnął mnie w jego czeluście.

– Gucio! – odezwał się. – Wiecznie żywy Gucio!

Nie wiem, co ta uwaga miała znaczyć. Aż tak stary nie jestem, żeby mnie odsyłać na tamten świat (zdecydowanie wolę ten). A czuję się jeszcze młodziej, niż zapisano mi w metryce. Przynajmniej duchem.

– Się przeziębiłem. – Dłutko usprawiedliwił swój czerwony kinol, mętny wzrok i niecodzienne wdzianko. – Bo miałem wieczorny dyżur i musiałem otwierać drzwi klientom. A wiało i padało, i zimno było – ględził zachrypniętym głosem, a ja żywiłem nadzieję, że przynajmniej zarazi Solańskiego i będzie trochę sprawiedliwości na tym świecie. – Albo mnie siekło na tym ślubie, któryś pan tak nieelegancko przerwał. – Zerknął na Szymona spod uniesionych brwi, a ja przypomniałem sobie, że przecież doktor Dłutko też brał udział w tej imprezie.

Wracając do chorób, muszę zaznaczyć, że mnie się żadne grypy nie imają. Sam jestem jednym wielkim chodzącym zarazkiem, więc nic mi niestraszne. Śmiało zatem wystąpiłem na środek gabinetu i skupiłem się na realizacji wcześniej podjętych postanowień.

– I teraz sobie noszę taki psi polar – nadawał Dłutko. – Ale już niedługo będę miał wolne. I sobie pośpię do dziewiątej. Proszę do mnie nie dzwonić! – zastrzegł, jakbym się już rozpędzał, żeby sobie z nim powymieniać ploteczki przez telefon. – Ostatnio ten chorzowski malarz, wie pan który? – zapytał Solańskiego, jakby detektyw miał choć blade pojęcie o sztuce. – No to właśnie on mnie obudził w niedzielę o siódmej rano, pan sobie wyobrazi! Bo mu się suka oszczeniła. On hoduje buldogi angielskie – trajkotał. – To takie małe pomarszczone gówienka. Wcześniej trzymał shih tzu, ale mu wszystko wyzdychało. Nie miał do nich ręki, mówię panu.

Nie za bardzo wiedziałem, w jakim języku zaczął przemawiać mój konował, ale wzmianka o zejściu z tego łez padołu jakichś moich z pewnością zagranicznych krewniaków wytrąciła mnie z równowagi.

– Co Guciowi dolega? – Dłutko płynnie przeszedł do meritum i niestety wreszcie się mną zainteresował.

– Ma tę... – zająknął się Solański, mistrz elokwencji. – No, tę taką... No i nie tylko w dzień – brnął – ale i w nocy. Wielokrotnie. Pan rozumie? – rozgadał się. Jak nie on.

– Nie – przyznał Dłutko.

Nie mogłem go winić. Z tego bełkotu to nawet specjaliści czytający tekst z ruchu warg pracujący dla CIA niczego by nie wykminili. Postanowiłem wspomóc mojego pana. Nie mogłem przecież pozwolić, żeby się tak męczył. Ulokowałem się pod przytwierdzonym do ściany metalowym stolikiem tortur, którego lekarz nie zdążył jeszcze rozłożyć. Okręciłem się w prawo siedem razy. Uniosłem ogon dla zachowania równowagi. Wygiąłem grzbiet w pałąk, przybierając postawę „na kangura”.

I przystąpiłem do ataku.

– Gutek, fuj! – powiedział Szymon.

A ja przecież tylko chciałem unaocznić weterynarzowi to, czego Solański nie był w stanie wydukać. Za to Dłutko nie miał problemu z nazwaniem rzeczy po imieniu.

– No i zesrał się – rzekł.

Skrzywił się i uciekł na zaplecze. Mój pan stał jak ta niemota na środku gabinetu i wyglądał, jakby planował pochwalić się światu, co takiego jadł dziś na śniadanie. Jeśli chodzi o mnie, to byłem z siebie zadowolony i nie zamierzałem tego ukrywać. Przedefilowałem po pomieszczeniu, rozsmarowując nieczystości po podłodze. Zemsta to doprawdy słodkie uczucie.

Wreszcie wrócił Dłutko i posprzątał. Napsikał na podłogę jakimś denaturatem, a potem rozpylił w powietrzu odświeżacz, który, moim zdaniem, wcale nie polepszył sytuacji.

– Najgorsza jest mieszanka gówna i perfumy. – Pan doktor podzielał moje zdanie.

Niestety, nie było tu okna. Przychodnia mieściła się w dawnym budynku kotłowni. Urządzono ją na nowoczesną modłę. Chcieli dizajnu dwa zero, to go mieli. Z konsekwencjami.

Potem wszystko zadziało się w błyskawicznym tempie. Stalowy blat stolika zjechał do pozycji poziomej. Solański mnie na nim usadził. Dłutko sprawnym ruchem wbił mi igłę w łapę i pobrał krew. Zdaje się, że podczas tej czynności zemdlałem. Albo moja psychika wyparła po prostu te bolesne wspomnienia. Dłutko obmacał mnie, osłuchał, pogmerał gdzieniegdzie, wreszcie zapisał jakieś dragi i kazał nam iść w diabły. Milszych dla mych uszu dźwięków nie mógłby z siebie wydobyć.

Wziąłem nogi za pas i niczym to źrebię przedyrdałem przez recepcję ku wrotom prowadzącym na wolność. Potknąłem się po drodze tylko raz – na widok kobiety, która wciągnęła do przychodni obszytą przezroczystą siatką walizkę na kółkach. Trzymała w niej cztery kocimocze. Musiała być niespełna rozumu. Sami przyznacie, że nikt rozsądny nie trzyma w domu kota. A co dopiero cztery! Tym bardziej przyśpieszyłem.

– O, teraz to umie chodzić. – Dotarł do mnie jeszcze komentarz tej młodej, ładnej recepcjonistki, którą Solański pewnie chętnie zaprosiłby na piwo do Albion Pubu.

Jednak życie uczuciowe właściciela jednoosobowej agencji detektywistycznej Solan było jeszcze bardziej popaprane niż gabinet Dłutki przeze mnie zapaprany. Musiało mu więc wystarczyć moje zacne towarzystwo.


Róża Kwiatkowska wsiadła do tramwaju numer sześć, zostawiając po drugiej stronie ulicy tego durnia Solańskiego. Stał przy swoim zdezelowanym samochodzie, patrzył w stronę Róży i pukał się w czoło. Powinien uważać, żeby sobie tym badylowatym paluchem oka nie wydłubać.

Wybierali się na spotkanie z jej matką. Barbara Kwiatkowska, która dotąd pracowała jako doceniana pani kardiochirurg, postanowiła wywrócić swoje życie do góry nogami. Róża wciąż nie pojmowała przyczyny tego szaleństwa. Wiedziała tylko, że matka zwolniła się ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu i zatrudniła w hotelu Kattowitz jako szefowa ochrony, cholera wie, skąd biorąc referencje. A do tego chciała od nowa nawiązać kontakty z córką. Kwiatkowska uważała, że „od nowa” było niewłaściwym określeniem, ponieważ odkąd zaczęła raczkować, nie dogadywała się z rodzicielką. Barbara była apodyktyczna, a Róża uparta jak osioł. Te dwie postawy nie szły ze sobą w parze. Dlaczego więc teraz sytuacja miałaby się zmienić?

 

Dziennikarka nie zdziwiłaby się, gdyby ta cała sprawa z morderstwem okazała się jedynie pretekstem dla Barbary, by ściągnąć do siebie jedyne dziecko.

Gdy byli w Zdrojowicach, matka zadzwoniła do Róży z prośbą, aby – wraz ze swoim przyjacielem – przyjrzała się zabójstwu. Właściciel Kattowitz chciał uniknąć rozgłosu, szybko znaleźć winnych i podać ich na tacy policji, żeby ta nie zdążyła narobić smrodu wokół hotelu.

Dla świętego spokoju Kwiatkowska zgodziła się na spotkanie. Jednak po tym, co Szymon odwalił na jej własnym ślubie, nie zamierzała wsiadać z nim do jednego wozu. Dopiero co na naprędce, ale z klasą zorganizowanej świeckiej uroczystości dziennikarka miała powiedzieć Łukaszowi Bólowi, kierownikowi sklepu zoologicznego Zwierzaczek, sakramentalne tak, gdy w ostatnim momencie wtrąciła się ta świnia Solański.

– Ja mam coś przeciwko – odpowiedział Szymon na retoryczne z założenia pytanie urzędnika udzielającego ślubu, wprawiając w konsternację nawet betonowe słupy podtrzymujące sufit w neogotyckim budynku chorzowskiej poczty.

– Co ty masz? – wydukała po przeciągającej się chwili zbiorowego milczenia Róża. Nie czekała jednak na replikę. – Ty w ogóle śmiesz coś mieć?! Ja chyba śnię! – Kwiatkowska wyminęła swojego niedoszłego oblubieńca, za którym stał Solański. Zamachnęła się dzierżonym w ręku bukietem białych róż i przygrzmociła kwieciem w łeb detektywa.

– Ej, no stary – odezwał się wreszcie Łukasz i popatrzył z rozbawieniem na konkurenta.

– Ejnostary? – przedrzeźniała go Róża. – Na tyle cię stać? Jakiś łachudra próbuje ci odbić pannę młodą, a ty tylko „ejnostary”?!

– Zachowajmy spokój – zainterweniował urzędnik, bo już chyba wiedział, na co się zanosi.

– Sam się zachowaj! – wydarła się kryzysowa narzeczona i zrobiła użytek z bukietu także na głowie oficjela.

Na koniec przywaliła jeszcze Bólowi.

– A dajcie wy mi wszyscy święty spokój! – zgłosiła postulat i uciekła z poczty.

Udała się do Albion Pubu, by tam w samotności opijać smutki i rozczarowania.

Nikt nie ważył się nawet do niej podejść, bo w sukni ślubnej i z flaszką jamesona w dłoni budziła postrach nie gorszy od sławetnych braci zyzoków, terroryzujących niegdyś po sąsiedzku siemianowickie podwórka. Zyzoków wyrosło chyba z siedmiu barczystych chłopa. I każdy jeden miał tę samą wadę wzroku, która była o tyle korzystna, że wprawiała ewentualnych przeciwników najpierw w konsternację, a potem nielekkie przerażenie. Róży wystarczyła do tego biała kiecka potargana tu i ówdzie.

Nad ranem, gdy Solański załomotał do drzwi, Kwiatkowska miała ochotę kogoś zabić. Najchętniej siebie.

– Czego chcesz?! – warknęła do dziurki od klucza, bo nie planowała otwierać temu patałachowi.

Poczuła się też nieco rozczarowana, że to nie Łukasz stał na miejscu Szymona. Widocznie mu na niej nie zależało aż tak bardzo.

Zemdliło ją. Przysiadła więc na podłodze i oparła się plecami o drzwi. W myślach zaczęła liczyć wypite dzień wcześniej szklaneczki whiskey. Ile ich mogło być? Z pięć? Sześć? Bo chyba nie więcej? Strasznie ją ta czynność znużyła. Przymknęła oczy. W pewnym momencie zamiast kolejnych luf mysiej wódy oczami wyobraźni ujrzała stado baranów. Jeden z nich miał czarną sierść. I gębę Solańskiego! Czyżby usnęła?

– Jesteśmy umówieni z twoją matką. Zapomniałaś?! – Szymon sprowadził ją na ziemię.

– Nigdzie nie idę!

– Jak chcesz – zgodził się. – W każdym razie my z Guciem idziemy.

– Z Guciem?

Tak bardzo kochała tego psa! A ostatnio, mimo że mieszkali z Solańskim po sąsiedzku, z różnych powodów nie miała okazji nacieszyć się kundelkiem. Jedna z przyczyn takiego stanu rzeczy z pełnym dostojeństwem wkroczyła właśnie do przedpokoju. Przedefilowała obojętnie przed Kwiatkowską. Wlazła do jej buta rzuconego pod wieszak z ubraniami. I załatwiła pilną potrzebę.

– Brunhilda! – wrzasnęła Róża i się poderwała.

Kot, którym obdarował ją Łukasz, był chyba najmniej trafionym prezentem w dziejach ludzkości. Nie dość, że ostrożne ruchy zwierzęcia, ocieranie się i polowanie na myszy czy ptaki napawały Różę sporym obrzydzeniem, to jeszcze okazało się, że dziennikarka ma alergię na kocią sierść. Odkąd wzięli Brunhildę z żywieckiego schroniska, Kwiatkowska chodziła zasmarkana po pas. Do tego kocica ewidentnie jej nie lubiła. Drapała, gryzła i obsikiwała wszystko, co choć trochę jej Różę przypominało. Dziennikarka przerwała niewesołe rozważania.

– Czekaj! – rozkazała Solańskiemu.

Wsadziła twarz pod strumień zimnej wody, włosy związała gumką w rozłażący się kok, wciągnęła na siebie byle co i popsikała dezodorantem ubranie.

Była gotowa.

Po namyśle kawałkiem szynki zwabiła kota do transportera i zabrała go ze sobą. Bała się, że jeśli zostawi Brunhildę samą, po powrocie będzie musiała poprosić w urzędzie miasta o mieszkanie socjalne, bo w ruinach stanowiących dzieło jej podopiecznej nie zechciałby się ulokować nawet najwytrwalszy squatter.

Otworzyła drzwi z rozmachem. A tam, opierając się o poręcz i uśmiechając półgębkiem, z całą bezczelnością, na jaką było go stać, sterczał Solański. Na jego wiecznie usianej trzydniowym zarostem mordzie znać było ślady bliższego spotkania z kolcami białych róż. Kwiatkowską podniosło to nieco na duchu.

Zza nóg detektywa wyskoczył Gucio i przystąpił do ceremonii powitalnej. Oblizana, uśliniona, okłaczona i ubłocona Róża poczuła się o wiele lepiej.

– Z tobą nie jadę – obwieściła i ruszyła schodami w dół.

Były jednak jakieś granice przyzwoitości.

– No weź – przekonywał Szymon, nie odstępując jej na krok.

– Spotkamy się na miejscu – powiedziała Róża i poszła w stronę przystanku tramwajowego.

Solański nie odpuszczał. Jechał za Kwiatkowską fabią jakieś pięć na godzinę, powodując korki na 11 Listopada.

Róża odetchnęła dopiero w tramwaju. Skasowała bilet i rozłożyła się na podwójnym siedzeniu, które jej zdaniem zaprojektowane było góra na jedną osobę i ćwierć następnej. Więcej się po prostu nie mieściło. Ledwie znalazło się jeszcze miejsce na transporter z kotem!

Szóstka mknęła wzdłuż czteropasmowej ulicy Katowickiej. Róża rozejrzała się po wnętrzu wagonu. Naliczyła pięć plakatów zapowiadających koncert DJ Dzidzi wraz z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Tleniony łeb piosenkarki na tle pięknego budynku NOSPR-u straszył z afiszy. Impreza miała się odbyć w zgodzie z panującą ostatnio modą na łączenie skrajnie odmiennych gatunków muzycznych. Kwiatkowska nie pojmowała, jak beztalencie zawodzące do kotleta miałoby współbrzmieć z najlepszymi muzykami w tym kraju. W dodatku panienka najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy, jak durnowaty pseudonim artystyczny przyjęła. Jeśli już mowa tu o jakiejś dzidzi, to co najwyżej piernik.

Niestety (bądź na szczęście), do koncertu nie doszło. Właśnie w tej sprawie Róża i Szymon mieli się spotkać z Barbarą.

Kwiatkowska przytknęła nos do oklejonej reklamami szyby. Przymknęła oczy, bo zaczęło jej się kręcić w głowie od wpatrywania się w plamki sitodruku. Gdy wreszcie uchyliła powieki, za dwoma sznurami samochodów śpieszących w stronę Chorzowa zobaczyła podążającą w przeciwnym kierunku szarą skodę fabię. Auto jechało lewym pasem, tarasując przejazd szybszym od siebie uczestnikom ruchu. Kierowca siedzący za kółkiem wpatrywał się w Kwiatkowską, próbując przykuć jej uwagę. Gdy już mu się to udało, nacisnął klakson.

– Półgłówek – mruknęła Róża.

– Bileciki do kontroli – usłyszała nad głową.

Oblał ją zimny pot. Szybko jednak przypomniała sobie, że przecież ma bilet. Nawet skasowany.

– Zaraz, zaraz – rzekła i zaczęła obmacywać się po kieszeniach.

Jej żółta puchowa kurtka miała niezliczone kieszonki, które producent wszył w złudnej nadziei, że właścicielka odzienia wybierze się na narty i będzie miała gdzie umieścić karnet na wyciąg i inne niezbędne szpargały. Niedoczekanie! Kwiatkowska miała dwie nogi i wolała, żeby pozostały przy niej w komplecie. Wreszcie wygrzebała pogięty świstek i wręczyła go kanarowi. Łypnęła w stronę parku. Znajdowali się na wysokości wesołego miasteczka. Po lewej wznosiły się nowo wybudowane, upstrzone wieżyczkami zamki z papendekla, które już przy wejściu miały wprowadzić w zabawowy nastrój odwiedzających Legendię.

Po prawej zaś Solański wciąż śledził tramwaj i za pomocą bogatej pantomimy dawał Róży do zrozumienia, że nie jest najlepszego zdania o jej psychice. I vice versa! Jeszcze śmiał machać na nią tymi przeszczepami. Była na detektywa wściekła! Choć sama przed sobą musiała przyznać, że dostrzega też drugą stronę medalu. To jego wkroczenie na pocztę i przerwanie imprezy w kluczowym momencie przypominało scenę z jakiejś chorzowskiej wersji cholernego To właśnie miłość! A ona była główną bohaterką! Już sama nie wiedziała, czy się cieszyć, czy płakać nad swym dramatycznym losem.

– A bilet za zwierzę? – Kontroler przerwał jej rozważania.

– Hę?

– Za kota.

– Jak to za kota?

– Trzeba opłacić przewóz zwierzęcia – tłumaczył mężczyzna, przytupując krótką nóżką.

Kwiatkowska widziała po jego minie, że się bydlak cieszy z przydybanej ofiary. Już zaczyna grzebać w swojej torbie listonosza w poszukiwaniu druczku do wypisania mandatu. Już nawołuje buszującego na tyłach wagonu kolegę po fachu. Razem przecież raźniej znęcać się nad kobietą.

– A ty bilet masz? – Róża zabiła kolesiowi ćwieka.

– Jak to ja?

– Mówiłeś, że za zwierzę się należy. To za kanarki nie? – zapytała z najbardziej niewinną miną, na jaką mogła się zdobyć.

Chłopina spurpurowiał. Objuczony markowymi torbami tłum, który wlał się do tramwaju na przystanku przy Silesii City Center, pchnął kontrolera. Pojazd ruszył. Mężczyzna stracił równowagę i usiadł na kolanach damulki ulokowanej naprzeciwko Kwiatkowskiej.

– Panie, co pan?! – obruszyła się niewiasta.

– To zboczeniec – poinformowała ją Róża. – Do tego nie ma biletu. A innym wypomina.

– Ja co? – Kanar zupełnie się już pogubił. – I dowód szczepienia na wściekliznę poproszę! – przypomniał sobie.

– Szczepienia kogo? – zaciekawiła się dziennikarka.

– Może być pani!

– Imię i nazwisko. – Z odsieczą bileterowi przyszedł jego kompan. – Mandacik będzie. – Uzbroił się w jasnozielony druczek, pstryknął długopisem i przybrał groźną minę.