3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Ewakuacja

Tekst
Z serii: Frontlines #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Ewakuacja
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria Frontlines

Prolog

Rozdział 1. Nowy kontrakt

Rozdział 2. Nowa Walia

Rozdział 3. Nuklearne odrobaczanie

Rozdział 4. Nowy przydział

Rozdział 5. Na Ziemię

Rozdział 6. Liberty Falls w stanie Vermont

Rozdział 7. Halley

Rozdział 8. Odprawa

Rozdział 9. Desant bojowy

Rozdział 10. Bitwa o Syriusza A d

Rozdział 11. Los zespołu zadaniowego

Rozdział 12. Chwytanie się brzytwy

Rozdział 13. „Midway” odlatuje

Rozdział 14. Krótkie spotkanie

Rozdział 15. Nowa sytuacja

Rozdział 16. Konflikt władzy

Rozdział 17. Bastylia

Rozdział 18. Kto mrugnie pierwszy

Rozdział 19. Bratobójczy ogień

Rozdział 20. Bitwa o Nowy Svalbard

Rozdział 21. Zagadka logiczna

Rozdział 22. Niespodziewani goście

Rozdział 23. Podejście naukowe

Rozdział 24. Wyjątkowo niewielkie szanse

Rozdział 25. Operacja „Kołatka”

Rozdział 26. Domniemany nieprzyjaciel

Rozdział 27. Sytuacja bez precedensu

Epilog

Podziękowania

O autorze

Karta redakcyjna

Okładka



1. Pobór

2. Ewakuacja

3. Natarcie

[w przygotowaniu]

4. Chains of Command

[w przygotowaniu]

5. Fields of fire

[w przygotowaniu]


Dla Lyry i Quinna.

Ilekoliwiek powieści bym napisał, to Wy zawsze będziecie moim największym osiągnięciem.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Starzy sierżanci opowiadają czasami o dawnych, dobrych czasach.

O wspaniałym i owianym legendami okresie, gdy służba wojskowa okazywała się pożądanym zajęciem: przepustką do bezpiecznej kariery, źródłem porządnego wyżywienia i znośnych dochodów. Armia była wybredna, ale jeśli udało się do niej zaciągnąć, do końca życia pozostawało się członkiem uprzywilejowanej klasy.

Oczywiście dawne, dobre czasy musiały dobiec końca jakieś dziesięć minut po podpisaniu przeze mnie papierów werbunkowych.


Toczyliśmy wojnę z nowym wrogiem już od niemal pięciu lat i nie potrafiliśmy nawet porozumieć się, jak go określać. Ksenobiolodzy zaproponowali niemożliwy do wymówienia łaciński termin, którego nie stosowano nigdzie poza pracami naukowymi. Piechociarze, znani ze swojej prostolinijności, mówili o Dryblasach lub Wielkich Brzydalach. Chino-Ruscy przez pierwszy rok wojny nie mieli dla nich nazwy, uważali bowiem, że Wspólnota Północnoamerykańska snuła bajeczki, aby ukryć katastrofalne wyniki terraformowania lub klęski żywiołowe w koloniach, traconych przez nas jedna po drugiej.

Wtedy Dryblasy zajęli zasiedloną przez ZCR Nowają Rossiję, leżącą tuż za trzydziestką. Sto trzydzieści tysięcy martwych kolonistów później ich naukowcy zaczęli wreszcie porównywać notatki z naszymi.

Obcy, mierzący blisko dwadzieścia pięć metrów wzrostu i okryci niezwykle grubą skórą, łazili grupami. Potrzeba było ciężkich pocisków przeciwpancernych, by wyszczerbić Dryblasa, a ich wysokich na półtora kilometra budowli terraformujących nie ruszało nic poza dziesięciokilotonową taktyczną atomówką. Istniał tylko jeden sposób, by usunąć ich z zajętej kolonii: zasypać z orbity ich wymienniki atmosferyczne i osady głowicami nuklearnymi o sumarycznej mocy kilku setek megaton. Problem w tym, że po takiej terapii planeta nie nadawała się do ponownego zasiedlenia przez ludzi. W momencie, gdy okręty nasienne obcych pojawiały się nad kolonią, w zasadzie ją traciliśmy. Dla nas to była wojna, dla nich – jedynie usuwanie szkodników.

W czasach, kiedy zaciągałem się do wojska, ZCR i WPA dysponowały kilkuset koloniami, od dawnych osad na Lunie aż do świeżo sterraformowanej Nowej Kaledonii tuż przed linią siedemdziesięciu lat świetlnych. Wówczas pojawili się Dryblasy i wyrzucili nas z planety o nazwie Willoughby, po pięciu latach zaś nie została nam już żadna zasiedlona planeta poza linią trzydziestu lat świetlnych, kiedyś stanowiącą granicę między koloniami wewnętrznymi i zewnętrznymi.

Mieliśmy już tylko sześćdziesiąt dziewięć kolonii, a ich liczba spadała co roku o około dziesięć. Zjawiali się Dryblasy, likwidowali duże osiedla, niszczyli nasze kosztowne stacje terraformujące, stawiali w pełni sprawną, niezwykle wydajną sieć wymienników atmosferycznych w mniej czasu, niż my potrzebowaliśmy, by przesłać posiłki przez najbliższy komin Alcubierre’a, i przejmowali planetę. Gdy wchodzili na orbitę, ludziom z powierzchni pozostawało jedynie rozproszyć się i czekać na przybycie sił ewakuacyjnych marynarki, ponieważ garnizon marines mógł gówno zrobić obcym.

W dzieciństwie uwielbiałem oglądać w sieciowizji kiepskie wojskowe filmy przygodowe. Pamiętałem te bardziej optymistyczne, w których Ziemię najeżdżał gatunek jeszcze bardziej skłonny do przemocy i ekspansji niż my, narody Ziemi zaś zapominały o dzielących je dawnych różnicach i stawały ramię w ramię, aby odeprzeć zewnętrzne niebezpieczeństwo.

Tymczasem nawet to, że obcy zagrażali ich koloniom, nie potrafiło powstrzymać ZCR przed wchodzeniem nam w paradę i wykorzystywaniem faktu, że trzy czwarte naszej wojskowej potęgi zostało nagle skierowane na front. W głębokiej przestrzeni musieliśmy okopywać się i bronić osiedli przy użyciu batalionów i pułków tam, gdzie wcześniej stacjonowały kompanie i plutony. W wewnętrznych koloniach nagle wzmogły się na nowo śmiałe najazdy Chino-Ruskich i musieliśmy odpędzać ich od planet, które pozostawały pod naszym władaniem od ponad pięćdziesięciu lat.

W związku z tym wszystkim przez ostatnich pięć lat praca ludzi w mundurach była daleka od bezpiecznej.

Zakończyły się odloty z Ziemi do kolonii i z tego powodu nasza ojczysta planeta stała się jeszcze mniej przyjemna niż w czasach, gdy wstępowałem do wojska. Transporty miały wcześniej dwie funkcje: zmniejszały liczbę populacji i dawały nadzieję na lepszą przyszłość każdemu, kto jeszcze nie zdobył biletu. Miejsce na statku kolonijnym stanowiło najwyższą nagrodę w loterii i dopóki istniała szansa na zdobycie go, niespokojne masy posiadały jakieś perspektywy. Teraz zniknęło nawet to niewielkie prawdopodobieństwo i w biednych dzielnicach w ciągu miesiąca wybuchało więcej zamieszek niż dotychczas w ciągu roku. Co gorsza, wiecznie zmagający się z deficytem rząd WPA był teraz naprawdę spłukany.

Kolonizacja przestrzeni to cholernie kosztowne przedsięwzięcie i straciliśmy biliony dolarów w sprzęcie w koloniach przejętych przez Dryblasów. Na tych światach nie wydobywano już surowców, nie przywożono z nich nic, co równoważyłoby cenę zasiedlenia, a żadna z prywatnych korporacji nie chciała udzielać kredytów lub brać nowych kontraktów kolonijnych. Na domiar złego wojsko było wyposażone i zorganizowane tak, by walczyć z innymi siłami zbrojnymi, w budżecie zaś nie zostały pieniądze potrzebne do przeekwipowania dziesięciu dywizji marines oraz pięciuset okrętów kosmicznych, aby stały się zdolne do walki z dwudziestopięciometrowymi stworami, a nie tylko z chińskimi bądź rosyjskimi żołnierzami.

 

Dawno, dawno temu kariera wojskowa mogła stanowić świetny pomysł na życie. Teraz byliśmy zbyt rozproszeni, niedofinansowani i niedoceniani. Za sobą mieliśmy niespokojne masy przeludnionego ojczystego świata, przed nami zaś znajdował się nowy przeciwnik, znacznie przewyższający nas pod względem fizycznym i technologicznym. Tylko szaleniec zgodziłby się w takiej chwili zaciągnąć i trzeba było mieć nie po kolei w głowie, aby pozostać w służbie, gdy kontrakt dobiegł końca.

Zatem gdy nadeszła chwila, bym znów złożył podpis albo spakował rzeczy i wrócił do cywila, oczywiście podpisałem się na wykropkowanej linii.

Rozdział 1
Nowy kontrakt

Uroczyście przysięgam służyć wiernie Wspólnocie Północnoamerykańskiej i z odwagą bronić jej praw oraz wolności jej obywateli.

Wczoraj podpisałem w gabinecie kapitana formularz ponownego zaciągu, więc mój tyłek był już własnością publiczną na kolejnych pięć lat, lecz wojsko lubiło rytuały. Znajdowaliśmy się w jednym z pokojów odpraw, kapitan i pierwszy oficer stali po bokach pulpitu dla spikera. Ktoś wyciągnął pogniecioną flagę Wspólnoty Północnoamerykańskiej i zawiesił ją na ściennym wyświetlaczu. Gdy z uniesioną dłonią po raz drugi w wojskowej karierze powtarzałem przysięgę, z nieznanego mi powodu całą ceremonię filmował kapral z biura prasowego floty. Nawet przy ostatnich kłopotach wojsko utrzymywało wskaźnik retencji po pierwszym kontrakcie na poziomie dziewięćdziesięciu procent, mój powtórny zaciąg nie był więc raczej niczym niezwykłym.

– Gratuluję, sierżancie sztabowy Grayson – oznajmił kapitan, gdy skończyłem. – Wracacie do interesu na następną pięciolatkę.

A co innego miałbym robić? – pomyślałem.

– Dziękuję, sir – powiedziałem, odbierając z jego wyciągniętej dłoni zupełnie ceremonialne świadectwo ponownego zaciągu. Oznaczało premię na moim koncie, którego saldo miarowo rosło od pierwszego dnia szkolenia przygotowawczego przed pięciu laty, jednak waluta Wspólnoty stawała się coraz bardziej bezwartościowa. Gdy stąd wyjdę, zawartość rządowego rachunku zapewne wystarczy mi, żeby zapłacić za śniadanie i bilet na pociąg do komunalnej dzielnicy Bostonu.

Jednak nie zaciągnąłem się na nowo dla pieniędzy, ale dlatego, że nie wiedziałem, czym innym mógłbym się zająć. Wszystkie moje fachowe umiejętności związane były z rozmaitymi metodami zabijania oraz z tajnymi systemami sieci neuronowych, raczej niezbyt przydatnymi w cywilnym świecie. Nie za bardzo miałem ochotę wrócić na Ziemię i zająć mieszkanie komunalne, w którym mieszkałbym do szybkiej śmierci. Odkąd skończyłem szkolenie wstępne marynarki w ośrodku nad Wielkimi Jeziorami i odleciałem do Szkoły Floty na Lunie, nie postawiłem stopy na Terze, lecz z tego, co czytałem w MilNecie, na starej planecie nie działo się najlepiej. Ludzie, którzy bywali tam ostatnio na przepustkach, powtarzali, że najgorszą rzeczą, jaką moglibyśmy zrobić Dryblasom, byłoby pozwolić im na zajęcie Ziemi.

Przed dwoma laty tamtejsza populacja osiągnęła trzydzieści miliardów, z których trzy tłoczyły się w Ameryce Północnej. Terra była niczym mrowisko rojące się od wygłodniałych, niezadowolonych oraz antyspołecznych mrówek, a ja nie miałem ochoty dołączać do ich grona. Przynajmniej wojsko wciąż karmiło swoich, czego nie dało się powiedzieć o cywilnych władzach WPA. Mniej więcej raz na miesiąc mama zachodziła do urzędu dzielnicy, aby skorzystać z dostępu do sieci, i w ostatniej wiadomości wspomniała, że podstawowy przydział żywieniowy został okrojony do trzynastu tysięcy kalorii dla osoby na tydzień. Wyglądało na to, że kończyły im się gówno i soja.

Nie, nie musiałem długo zastanawiać się nad kolejnym zaciągiem. Oczywiście moja dziewczyna Halley też podpisała nowy kontrakt, więc tak naprawdę nie miałem większego wyboru.


– No to stało się – stwierdziła Halley. Przekaz wideo był trochę niewyraźny, ale nie miałem problemów z dostrzeżeniem ciemnych kręgów pod jej oczyma. Miała za sobą długi dzień w Szkole Lotnictwa Bojowego, gdzie uczyła nowych pilotów, jak unikać chińskich przenośnych rakiet ziemia-powietrze oraz biomin Dryblasów. Wyjątkowo znajdowaliśmy się w tym samym systemie, ponieważ mój okręt wchodził w skład zespołu zadaniowego ćwiczącego tajną dyslokację na jednym z licznych księżyców Saturna, mogliśmy więc oboje łączyć się z przekaźnikiem na orbicie Marsa, dysponującym wystarczającym zapasem przepustowości, żeby dało się przez kilka minut pogawędzić z podglądem.

– Ano, stało się. Nie miałem wyboru, skoro byłaś uprzejma po prostu zaciągnąć się przede mną.

– Chyba uzgodniliśmy, że oboje podpiszemy nowe kontrakty – odparła. – Pamiętasz? Podliczyłeś wszystko i uznałeś, że nasze premie wystarczą w tym momencie na waciki.

– No wiem. Tylko się droczę. Dobrze się bawisz w szkole?

– Kurwa, nawet nie zaczynaj. – Wywróciła oczyma. – Nie mogę się doczekać, kiedy wrócę do floty. Jasne, jest miło, gdy przez kilka miesięcy nic do ciebie nie strzela, ale mogłabym przysiąc, że niektóre żółtodzioby grają dla przeciwnej drużyny. W samym minionym tygodniu trzy razy omal nie zginęłam.

– Wychowujesz następną grupę bohaterskich pilotów. To ważne zadanie.

– Następną grupę wkładek do trumien – skomentowała ponuro. – Nasi przyjaciele z ZCR mają nową przenośną głowicę nuklearną ziemia-powietrze o sile pięćdziesięciu mikroton. Akurat w sam raz, żeby rozwalić eskadrę desantowców, nie bałaganiąc przy tym na dole.

– Cholera. – Zasępiłem się. – Mów, co chcesz, o Dryblasach, ale przynajmniej jeszcze nie wydurniają się z atomówkami.

– Oni nie potrzebują atomówek. I bez nich wystarczająco kopią nam tyłki.

Nie licząc towarzyszącego mi nieustannie ryzyka nagłej i gwałtownej śmierci, Halley pozostawała jedyną stałą w moim życiu, odkąd poznaliśmy się w plutonie szkolenia podstawowego 1066 w OSWPA Orem. Zdołaliśmy utrzymać swoisty związek na odległość, spędzając miesiące w oddaleniu i krótkie wspólne urlopy w zaniedbanych placówkach rekreacyjnych marynarki lub w koloniach na zadupiu. Oboje wspinaliśmy się po szczeblach własnych ścieżek kariery. Ona została porucznikiem dowodzącym zupełnie nowym modelem bojowego okrętu desantowego, ja zaś już drugi rok pracowałem jako kontroler walki, odkąd zgłosiłem się z własnej woli do, jak to określiła Halley, „roboty dla czubków”.

Kontrolerzy walki wkraczali z oddziałami bojowymi w sam środek działań wojennych podczas misji o krytycznym znaczeniu, lecz zamiast nowoczesnej broni byli obwieszeni nadajnikami radiowymi oraz desygnatorami celu. Uznałem to za logiczny krok naprzód od mojego wcześniejszego stanowiska w sieciach neuronowych, ponieważ zostałem już przeszkolony we wszystkich systemach informacyjnych floty. Szukali ochotników, ja zaś szukałem bardziej ekscytującej pracy niż tylko obserwowanie wskaźników postępu w pokoju kontrolnym. Zgłosiłem się i ekscytacji miałem po dziurki w nosie.

Przeszedłem przez nabór na ścieżkę kariery kontrolera walki i niemal cały trzeci rok służby spędziłem na szkoleniach. W tym czasie Halley wylatała tysiące godzin, wzięła udział w dwustu misjach bojowych i zgarnęła Zaszczytny Krzyż Lotniczy za naprawdę szalone manewry podczas wyrywania drużyny rozpoznawczej z łap marines ZCR w samym środku ciężkiej strzelaniny. Oboje sądziliśmy, że to drugie ma bardziej niebezpieczne zajęcie, i oboje mieliśmy rację, w zależności od tego, jakie misje przynosił kolejny tydzień.

– Za parę dni znów schodzę na planetę – poinformowałem Halley. Nawet przez bezpieczne łącze nie powinienem zdradzać szczegółów operacyjnych. Oprogramowanie filtrujące przekazywało transmisję z trzysekundowym opóźnieniem, by móc ją przerwać w razie wykrycia, że podaję nazwy planet, okrętów czy systemów gwiezdnych.

– Dryblasy czy ZCR? – spytała.

– Dryblasy. Schodzę z drużyną rozpoznawczą. Będziemy szukać czegoś, na co warto zrzucić parę kiloton.

– Tylko z drużyną? To niezbyt duża siła.

– Chodzi o to, żeby w marę możliwości unikać używania siły. Idę z rozpoznaniem. Będzie dobrze.

– Wiesz, nawet goście z rozpoznania umierają – stwierdziła Halley. – Już parę razy zjawiałam się w umówionym miejscu odbioru, na którym nikogo nie było, bo cała drużyna została zamieniona w mielonkę.

– Jeśli wpadnę w kłopoty, pozwolę strzelać ludziom z rozpoznania, a sam ucieknę w drugą stronę. Jestem tylko chodzącym radiem.

– Jak na ludzi, którzy zwykli przyciągać do siebie wszelkie możliwe gówno, mamy chyba niezłe szczęście, co nie? – zadumała się Halley i oboje się roześmialiśmy.

– Dziwnie definiujesz „szczęście” – uznałem, ale musiałem przyznać jej rację. Wykonywaliśmy jedne z najbardziej niebezpiecznych zadań w całej flocie, a jednak udało nam się przeżyć niemal cztery lata dyslokacji bojowych bez poważnych obrażeń. Na zakończenie szkolenia podstawowego w naszym plutonie zostało tylko dwanaścioro żołnierzy i do dziś ośmioro z nich zginęło w walce. Co dziwne, wciąż żyła cała obsada naszego stolika ze stołówki i tylko ja spośród nas oberwałem na tyle mocno, by zdobyć Purpurowe Serce. Ze swoim ZKL Halley była najwyżej odznaczona z całej grupki, a ponieważ jako jedyna z całego plutonu załapała się na ścieżkę oficerską, miała też najwyższy stopień z całego stolika.

– Udało nam się zajechać aż tutaj – rzekła Halley, jakby myślała o tym samym. – Kolejnych pięć lat unikania ognia naziemnego to pikuś.

– Mogło być gorzej – odparłem. – Mogliśmy być teraz na Ziemi.


Należałem teraz do załogi lotniskowca OWPA „Nieustraszony”, jednego z trzech okrętów nowego typu Essex, szybkich i dobrze uzbrojonych. W dającej się przewidzieć przyszłości flota nie mogła liczyć na inny sprzęt. Okręty zostały zamówione przed wybuchem wojny z Dryblasami i zanim jeszcze opuściły stocznię, pospiesznie wprowadzono w nich pewne poprawki wymagane w bieżącej sytuacji taktycznej. Marynarka chciała siedmiu więcej, by dziesięć nowych lotniskowców utworzyło nowy szkielet sił uderzeniowych WPA, jednak skończyły się jej fundusze, tak więc szkielet okazał się dość kruchy. Unowocześniona wersja nie była tak wielka jak wcześniejsze superlotniskowce Nawigator, lecz przewyższała je szybkością i lepszym zestawem sensorów, co w zetknięciu z Dryblasami okazywało się ważniejsze niż sam rozmiar czy grubość pancerza. Okręty Essex zawsze były potrzebne i zawsze trafiały w sam środek akcji.

Lubiłem służbę na lotniskowcu, ponieważ wielkie ptaszarnie oferowały znacznie więcej miejsca niż ciasne puszki, na których zwykle lądowałem wcześniej jako administrator sieci neuronowych. Jako jeden z trzech kontrolerów walki na „Nieustraszonym” dostałem własną pojedynczą kajutę, choć takie luksusy były zwykle zarezerwowane dla starszych podoficerów i oficerów sztabowych. Oznaczało to, że mogłem toczyć rozmowy wideo na osobności, bez zgrai kompanów podsłuchujących mnie z tyłu. Poza tym kontrolerów było niewielu, zawsze okazywali się potrzebni, dysponowaliśmy więc pewnymi przywilejami przewyższającymi naszą rangę i stopień zaszeregowania. W całej flocie służyło nas tylko dwustu, nigdy zatem nie skarżyliśmy się na bezczynność.

Odkąd skończyłem szkolenie i włożyłem szkarłatny beret, skakałem od jednego systemu gwiezdnego do kolejnego, tu walcząc z ZCR, tam zaś z Dryblasami. Gdyby flota płaciła mi jednego centa za każdy pokonany milion kilometrów, stałbym się największym bogaczem w historii Ziemi. Ponieważ okręty marynarki musiały co jakiś czas udać się na remont i dozbrojenie, a kontrolerów walki było zbyt mało, by mogli robić sobie podobne przestoje, mniej więcej co pół roku zmieniałem łajbę. Przed „Nieustraszonym” pracowałem na „Atlasie”, „Tecumsehu”, „New Hampshire” i paru innych okrętach, których nazw nie potrafiłem już nawet podać, nie zaglądając do przebiegu służby.

 

Ostatecznie i tak zawsze wyglądało to tak samo: desantowałem się z lotniskowca albo krążownika z jednostką poważnych i milczących piechociarzy Wspólnoty, by stoczyć bitwę z Ruskimi, Chinolami czy Dryblasami i w razie potrzeby ściągnąć na wroga gniew bogów. Żołnierze dysponowali karabinami, wyrzutniami rakiet i taktycznymi moździerzami nuklearnymi, lecz ja miałem coś znacznie straszliwszego: zestaw nadajników, dzięki którym mogłem kontaktować się z okrętami zespołu zadaniowego na orbicie, oraz komputer w zasadzie kontrolujący ten zespół.

Gdy piechociarze natrafiali na drobny kłopot, korzystali ze swych karabinów i rakiet. Jeśli problem okazywał się większy, wypluwali pół nuklearnej kilotony. Przy naprawdę solidnych tarapatach odzywali się do mnie, ja zaś kierowałem do nich skrzydło najeżonych uzbrojeniem Dzierzb albo załatwiałem zrzut z orbity pięćdziesięciu megaton, dzięki którym całe osiedle Dryblasów na obszarze kilkuset kilometrów kwadratowych zmieniało się w abstrakcyjną sztukę oddaną w rozżarzonym żużlu. Jeden z kolegów kontrolerów nazwał swoją taktyczną konsolę „zestawem do przemeblowywania planet” i wcale nie było to przesadzone określenie.

Dzięki specyfice podróży międzygwiezdnych godziny czy dni podniecenia, stresu oraz zupełnej grozy zostawały jednak przedzielone dniami lub tygodniami nudy. Następna misja, od której dzieliło mnie osiem dni, miała odbyć się na orbicie planety nazywanej Nową Walią, czwartego globu w systemie theta Persei. Podróż do położonego w naszym systemie krańca odpowiedniego komina Alcubierre’a miała zająć nam siedem dni, przebycie zasadniczych trzydziestu siedmiu lat świetlnych – jedynie dwanaście godzin.

Po dotarciu na miejsce czekała nas bitwa z Dryblasami. Nie wiedziałem jeszcze, z czym zetkniemy się na Nowej Walii, ale przez ostatnich kilka lat parę czynników pozostawało stałych: wróg dysponował przewagą technologiczną i liczebną, my zaś, wiecznie balansując na granicy całkowitej klęski, staraliśmy się utrzymać i nie dopuścić, by coraz mniejsza bańka skolonizowanej przestrzeni skurczyła się jeszcze bardziej.

Byliśmy żołnierzami, tak wyglądała nasza praca. Wspólnota, a w zasadzie cała ludzkość, wpadła po uszy w gówno, i to my trzymaliśmy szufle. Problem w tym, że gówna była cała góra, a szufle wydawały się maleńkie.