Pranie mózguTekst

Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Głupota jest bezcennym darem od Boga,

tylko nie należy jej nadużywać.

Bismarck

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Od autora

Kiedy drzewa były duże, a ja bez trudu mieściłem się pod stołem, w naszym kraju obywatele mieli obowiązek pracować. Każdego ranka tramwaje pełne ludzi kierowały się ze skrzyżowania ulicy Czerwonych Komunardów i ulicy XXII Zjazdu Partii (właśnie tam zostałem przywieziony ze szpitala położniczego) przez most do olbrzymich, dymiących i huczących fabryk. Huczało tam nie na żarty. Niski, miarowy i niekończący się huk każdego wieczoru wypełniał świat. Zanim skończyłem pięć lat, myślałem właśnie, że wieczór to czas, kiedy robi się ciemno i kiedy huczy. Potem stanowisko badawcze zakładów produkujących silniki lotnicze przeniesiono poza granice miasta i huk ustał. Ale ludzie wciąż pracowali. W moich mglistych dziecięcych wspomnieniach pozostał triumfujący głos Lewitana, który mówił o nowych lotach kosmicznych i gigantycznych zaporach przegradzających potężne rzeki na Syberii.

Nawet przeciętny uczeń szkoły średniej rozumiał, że ludzie, którzy zaprojektowali rakietę, obliczyli tor lotu statku kosmicznego, zbudowali silnik lotniczy z turbiną palącą się, ale nie płonącą w rwących białych płomieniach, są bardzo mądrzy, dużo się uczyli, wiele się nauczyli i wiedzą takie rzeczy, których inni nawet się nie domyślają. Każdy wykwalifikowany robotnik rozumiał, że modelarz (nie ten, który defiluje po wybiegu w białych spodniach, a mistrz w swoim fachu, który tworzy z drewna dokładną kopię przyszłego odlewu) potrafi i wie to, o czym wspomniany robotnik nie ma pojęcia.I vice versa.

I właśnie na to ONI nas złapali. Na naturalny dla każdego człowieka pracy szacunek dla wiedzy i kwalifikacji innego pracującego człowieka. Na podświadome (ale bardzo trwałe) przekonanie o „domniemaniu kompetencji” każdego inżyniera, lekarza, geologa, muzyka, agronoma… Radziecki robotnik nie mógł sobie wyobrazić i uwierzyć w to, że radziecki „doktor nauk historycznych” różni się od doktora nauk fizycznych, który stworzył synchrocyklotron.

Normalnemu człowiekowi nie mogło przyjść do głowy, że za długim podpisem „doktor nauk historycznych, profesor, kierownik katedry historii najnowszej” kryje się ospały urzędnik, który po pierwsze, nie wie nic, a po drugie, niczego nie zamierza się dowiedzieć na temat historii najnowszej (ani jakiejkolwiek innej). A nie zamierza dlatego, że chce mieć święty spokój i ładne mieszkanie nie na pokrytej sadzą z fabrycznych kominów ulicy Czerwonych Komunardów, a w prestiżowej dzielnicy Moskwy. Jednak mieszkanie w prestiżowej lokalizacji nie tak łatwo było zdobyć. Przyjmowano tam wyłącznie „element społecznie bliski”. Tylko tych, którzy poprzez swój budzący respekt wygląd i podpis połączyliby dzikie brednie zalecane do rozpowszechniania przez wydział agitacji i propagandy KC KPZR.

KC KPZR już nie istnieje. Podobnie jak wydział agitacji i propagandy. Zmieniono tabliczki z nazwami wielu ulic. Cara Mikołaja Krwawego ogłoszono nieomalże świętym męczennikiem. Rycerza rewolucji Feliksa Edmundowicza okrzyknięto krwawym katem. W naszym wspólnym domu zapanował zamęt. Przypuszczalnie z powodu tego zamieszania nikomu nie przyszło do głowy, żeby w dniu, gdy żelazny posąg Dzierżyńskiego przepłynął w powietrzu nad rozgorączkowanym tłumem, unieważnić jednym zarządzeniem wszystkie stopnie naukowe uzyskane w katedrach historii KPZR, komunizmu naukowego i innej „historii najnowszej”. Szkoda, że nikt o tym nie pomyślał. Wielka szkoda…

A dawne „kadry” bez cienia zażenowania tytułują się „doktor nauk historycznych, profesor, kierownik katedry nauk politycznych Międzynarodowej Akademii Marketingu, Franchisingu i Lobbingu”. Nadal wygłaszają wykłady dla studentów, korzystając z upstrzonych przez muchy konspektów sprzed trzydziestu lat. Przy tym wygrażają szponiastym palcem, domagając się, żeby „zaprzestać pisania historii na nowo”. Jeden taki „naukowiec” zupełnie poważnie tłumaczył mi, że Wiktor Suworow (z którym miałem przyjemność rozmawiać wiele razy na antenie radiowej i prywatnie) nie istnieje, a pod tym pseudonimem działa grupa wrogów ustroju sowieckiego, pracowników etatowych CIA i MI-6, co zostało niezbicie dowiedzione „przez baaardzo poważną instytucję” (oczy i palec kierują się ku górze: „Młody człowieku, dobrze rozumiecie, co mam na myśli…”).

Nie zmienia to faktu – Ziemia się kręci i procesu raz rozpoczętego nie da się zatrzymać. Bezkarne wciskanie ludziom kitu w epoce internetu, telewizji satelitarnej i wolności wydawniczej, zależnej jedynie od zasobności portfela czytelników, staje się coraz trudniejsze. Nie boję się o studentów: większość z nich nie pojawia się na wykładach, regularnie kupuje (oczywiście za pieniądze rodziców) prace semestralne, roczne i dyplomowe. Profesorowie klasowo bliscy różnej maści darmozjadom zazwyczaj przymykają oko na te wybryki młodzieży. A ci nieliczni, którzy potrzebują dyplomu jedynie jako dodatku do wiedzy, mogą czytać poważne opracowania solidnych historyków. Aż strach powiedzieć, że za to już nie wyrzuca się z uczelni, nie zamyka się w „specjalnym szpitalu psychiatrycznym MSW”, nie „załatwia się” sprawy, posługując się artykułami 70 i 1901 kodeksu karnego RFSRR, nie podrzuca narkotyków…

A co powinni zrobić ci, którzy pożegnali się z wiekiem studenckim i młodzieńczym nieróbstwem, którzy muszą „jakoś sobie radzić” od rana do wieczora i czas na czytanie mają tylko w wagonie metra albo w przedziale pociągu? Nie mogę z czystym sercem poradzić im, żeby sięgnęli do portfela i kupili jedną z moich grubych książek historycznowojskowych. Czy zapracowany człowiek przebrnie przez te 500–600 stron zapisanych drobnym maczkiem, z tabelami, wykresami i mapami dawnych bitew?! Właśnie z tych niewesołych refleksji zrodził się pomysł napisania łatwej i przyjemnej książki, która pomoże czytelnikowi poznać najbardziej jaskrawe przypadki rodzimego historycznego „prania mózgu” i ze śmiechem rozstać się z nimi. A przy okazji dowiedzieć czegoś więcej o naszej nieprzewidywalnej historii. Mimo to, kiedy będziesz czytał tę książkę od dowolnej strony w metrze, nie zapominaj, szanowny czytelniku, o jednej bardzo ważnej, zasadniczej rzeczy: nie ośmieszam i nie oskarżam bohaterów wojny, weteranów, którzy wrócili z frontu kalecy, twojego dziadka czy ojca, a wyłącznie tych darmozjadów i hultajów, którzy przez długie lata zrobili dochodowy biznes z rozpowszechniania z założenia kłamliwych teorii na temat okoliczności i przyczyn naszej największej tragedii.

1. „Degeneracyjne cechy zwyrodnienia”

Przez wiele lat w pamięci mojego komputera zgromadziła się spora liczba najróżniejszych przykładów „prania mózgu”. Każdy z nich na swój sposób jest uroczy i każdy zasługuje na publiczną chłostę. Od czego zaczniemy? Zgodnie z zasadami dydaktyki należy od rzeczy prostych zmierzać do bardziej skomplikowanych. Tak też zrobimy. Nie będziemy wymyślać nowych zasad i w pierwszym rozdziale pokażemy jaskrawe przykłady głupoty, które mimo że nie są szczególnie ważne w swej istocie, zasługują na uwagę przez to, że ukazują nam dno „ciemnej studni ignorancji”, z której trzeba się wydostać jak najszybciej.

Honorowe prawo przecięcia czerwonej wstęgi przekazuję pewnej pociesznej wypowiedzi, która zachwyciła mnie nadzwyczajną klarownością i prostotą porównywalną chyba tylko ze wzorem chemicznym diamentu. Na dodatek jest to jeden z ostatnich znanych mi przykładów.

W 2007 roku wydawnictwo Jauza–Eksmo podjęło się zebrania pod jedną okładką bardzo różnych historyków, można rzec: o diametralnie przeciwstawnych poglądach, którym zadano tylko jedno pytanie: Co było główną przyczyną klęski Armii Czerwonej latem 1941 roku? Tak powstał zbiór esejów Wielikaja Otieczestwiennaja katastrofa („Wielka Katastrofa Ojczyźniana”). Znany historyk, kierownik wydziału statystyki Instytutu Historii Wojennej przy Ministerstwie Obrony Federacji Rosyjskiej, pułkownik, doktor nauk historycznych M.E. Morozow (jeżeli Mirosław Eduardowicz awansował, to proszę o wybaczenie i składam gratulacje), napisał do tego zbioru artykuł Porażka latem 1941 roku była nieprzypadkowa. Tytuł, jak na mój gust, nieco przyciężki, ale zasadnicza teza została podana w prostych żołnierskich słowach.

Nawiasem mówiąc, też uważam, że latem 1941 roku porażka była nieprzypadkowa i nieunikniona. Co prawda, na tym stwierdzeniu kończy się zbieżność naszych poglądów. Pułkownik Morozow na 93 stronach rozwija tradycyjną dla całej historiografii radzieckiej myśl o tym, że „historia dała nam zbyt mało czasu” i Związek Radziecki był nieprzygotowany do wojny pod względem materiałowo-technicznym. Natomiast ja uważam, że wspomniana „historia” dała Stalinowi niedopuszczalnie dużo czasu, a demoralizacja ludu oraz powszechna degradacja wszelkich norm obyczajowych i moralnych przez dwadzieścia lat doprowadziły lud i armię do stanu, w którym nie mogły prowadzić wojny.

Jednak wróćmy do artykułu Morozowa. Ponieważ artykuł dotyczył lotnictwa wojskowego, to była w nim oczywiście mowa o beznadziejnie przestarzałych radzieckich samolotach, które po prostu nie wytrzymują porównania z samolotami nieprzyjaciela. Na stronie 229 Morozow pisze dosłownie tak:

prędkość horyzontalna junkersa Ju 88 była półtora raza większa od prędkości Ar-2.

Oczywiście nie tylko prędkość jest miarą wartości frontowego bombowca, ale mimo wszystko – prędkość półtora raza gorsza… To brzmi poważnie. Przy takim zacofaniu technicznym klęska naprawdę zaczyna wydawać się nieprzypadkowa i nieunikniona. Mimo to chciałoby się poznać również dokładne liczby prędkości. Proszę się nie bać, szanowny czytelniku! Nie zamierzam wcale wymachiwać sprawozdaniami z testów lotniczych i zanudzać dyskusją na temat wiarygodności tych sprawozdań. Uchowaj Boże! Obiecałem przecież, że wszystko będzie jak najbardziej łatwe i proste. Na stronie 249 pułkownik Morozow podaje, że prędkość maksymalna bombowca Ar-2 (ten samolot był głęboką modyfikacją najbardziej powszechnego przedwojennego bombowca SB) wynosiła 480 km/h. Prędkość SB z 1939 roku to według Morozowa 450 km/h. A na stronie 298 możemy się dowiedzieć, że prędkość maksymalna bombowca Junkers Ju 88 wynosiła 450 km/h.

 

Tak się u nas pisze „historię”. Jeżeli nie wolno, ale bardzo się chce, to można. Jeżeli bardzo się chce wcisnąć czytelnikom tezę o zacofaniu technicznym radzieckiego lotnictwa, to liczba 450 będzie półtora raza większa od liczby 480. Ale na tym nie koniec. Ważna uwaga: prędkości autor zamieszcza w tabelach, którym nie każdy czytelnik zechce się przyjrzeć, ale wniosek końcowy o miażdżącej przewadze junkersa podaje otwartym tekstem!

Co to? Przykry błąd czy działanie znakomitego mistrza parającego się „praniem mózgu”? Nie wiem. O to musicie zapytać pułkownika.

Drugie w kolejności mamy słynne „Porozumienie generalne o współpracy, pomocy wzajemnej i wspólnych działaniach pomiędzy Głównym Zarządem Bezpieczeństwa Państwowego NKWD ZSRR i Głównym Urzędem Bezpieczeństwa Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników (Gestapo)”, które zdążyło się już znudzić specjalistom, ale wciąż porusza łatwowierną publiczność. Bardzo lubię ten tekst. Wracam do niego w momentach, o których Puszkin pisał: „Gdy myśli czarne cię ogarną, otwórz szampana lub poczytaj Wesele Figara”.

Życie teraz nie jest łatwe, „czarne myśli” kołaczą się w głowie zbyt często, a żadna wątroba nie wytrzyma takiego obciążenia. Z kolei nieśmiertelna komedia Beaumarchais’go po prostu blednie w cieniu takich kwiatków: „Strony będą prowadziły walkę z degeneracją ludzkości w imię uzdrowienia białej rasy i stworzenia mechanizmów eugenicznych higieny rasowej. Rodzaje i formy degeneracji, które zostaną poddane sterylizacji i zniszczeniu, strony określiły w dodatkowym protokole nr 1, który stanowi integralną część niniejszego porozumienia”. W dodatkowym protokole nr 1 podano „rodzaje degeneracyjnych cech zwyrodnienia”, z którymi NKWD i gestapo miały wspólnie walczyć, a mianowicie: „rudzi, zezowaci, kulawi i ułomni od urodzenia, posiadający wady wymowy – seplenienie, grasejowanie, jąkanie (wrodzone) – wiedźmy i czarownicy, szamani i jasnowidze, garbaci, karły, osoby mające duże znamiona oraz dużą liczbę małych znamion, przebarwienia skóry i różny kolor oczu itd.”

Owa niezrównana, topornie zmajstrowana fałszywka kończy się tak: „Tekst porozumienia napisano w języku rosyjskim i niemieckim w jednym egzemplarzu, z których każdy posiada jednakową moc”. Podpisali tajemnicze porozumienie „szef Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego NKWD, komisarz bezpieczeństwa państwowego pierwszego stopnia L. Beria i szef IV Departamentu (Gestapo) Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników Rzeszy, brigadenführer SS H. Müller”.

Podano nawet dokładną minutę, o której doszło do tego wydarzenia historycznego: „Sporządzono w Moskwie, 11 listopada 1938 r., o godz. 15 min. 40”.

Te dzikie brednie wytrwale promował w mediach towarzysz W. Karpow, były przewodniczący Związku Pisarzy ZSRR, były deputowany Rady Najwyższej i były członek KC KPZR. Dzięki takiemu podpisowi byle jak sklecona fałszywka, niewarta nawet tego, żeby o niej wspominać, wywołała szeroką dyskusję, była wielokrotnie cytowana itd. Jednak Karpow nie jest autorem tekstu. W 1999 roku opublikował go niejaki G. Nazarow, działacz dobrze znany w wąskich kręgach ideowych bojowników z panoszeniem się europejskich wolnomularzy (czyli „żydomasonów”). „Dokument” ukazał się w czasopiśmie o znamiennym dla publikacji tego typu tytule, „Czudiesa i prikluczenija” („Cuda i przygody”, 1999, nr 10).

Nie wykluczam zresztą, że również Nazarow jedynie przepisał tekst, który wymyślił ktoś inny. Tak czy owak znalazłem to „Porozumienie generalne” z odsyłaczem do pisma „Pamiat'” (1999, nr 1). W końcu tylko w wykończonych narzanem organizmach bojowników z „rudymi, sepleniącymi i grasejującymi” mogła powstać fałszywka zawierająca taką liczbę rażących błędów:

– 11 listopada 1938 roku H. Müller nie mógł się pojawić w Moskwie. Znajdował się w Berlinie i miał tego dnia sporo do roboty. W nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku na polecenie Hitlera na terytorium całego kraju przeprowadzono pogrom Żydów, który przeszedł do historii jako „noc kryształowa”. Zniszczono i spalono 267 synagog, 815 sklepów i przedsiębiorstw, 20 tysięcy Żydów aresztowano i osadzono w obozach koncentracyjnych. Spontaniczny wybuch „gniewu narodu” na taką skalę trzeba było zorganizować, nadzorować i kontrolować, trzeba było także wysłać 20 tysięcy osób do obozów. Cały ten ogrom pracy spoczął na barkach kierownictwa struktur bezpieczeństwa Rzeszy, z Müllerem włącznie, którego osobisty udział w wydarzeniach nocy kryształowej potwierdziły liczne świadectwa.

– Zarówno Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), jak i znajdujące się w jego składzie gestapo były częścią państwowych („należących do Rzeszy”, według terminologii używanej w nazistowskich Niemczech), a nie partyjnych struktur. Żaden „Główny Urząd Bezpieczeństwa Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników” w listopadzie 1938 roku nie istniał. NSDAP stała się wówczas jedyną legalną partią rządzącą i na bazie jej organizacji paramilitarnych utworzono struktury bezpieczeństwa państwa faszystowskiego. Żeby się tego dowiedzieć, nie trzeba spędzać miesięcy w zakurzonych bibliotekach. Skrót RSHA zna każdy, kto oglądał „film o Stirlitzu”. Zaczyna się on właśnie od słowa „Reichs”, czyli „należący do Rzeszy”. „Gestapo” też jest skrótem, w którym litery „sta” pochodzą od słowa „stats”, czyli „państwowy”. Pełna nazwa tej przestępczej organizacji to Geheime Staatspolizei, czyli Tajna Policja Państwowa.

– Wszystkie stopnie i stanowiska „sygnatariuszy” zostały chaotycznie pomylone. W chwili powstania mitycznego „Porozumienia” Müller w stopniu standartenführera SS kierował II Wydziałem Głównego Urzędu Policji Państwowej i SD. Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy powstał 27 września 1939 roku, czyli prawie rok po rzekomej „wizycie” Müllera w Moskwie. A rok później, 14 grudnia 1940 roku, Müllerowi nadano stopień brigadeführera SS, co się pisze właśnie tak, a nie „brigadeNführer”. W preambule „Porozumienia generalnego” zaznaczono, że Müller działa na podstawie upoważnienia udzielonego mu przez „reichsführera SS Reinharda Heydricha”. Stopień reichsführera SS posiadała tylko jedna osoba – Heinrich Himmler. Co się tyczy Heydricha, to rzeczywiście był on bezpośrednim przełożonym Müllera, ale w nieco „skromniejszym” stopniu gruppenführera SS, równoznacznym ze stopniem generała porucznika (później, w 1941 roku, awansował na obergruppenführera SS).

– Takie bzdury jak „jeden egzemplarz, z których każdy posiada jednakową moc” i użycie określenia „napisano” zamiast „sporządzono” nawet nie zasługują na to, żeby szczegółowo je omawiać.

A jednak współpraca NKWD z aparatem terroru faszystowskich Niemiec jest niepodważalnym faktem. Tylko że przedmiotem tej współpracy nie była walka z „rudymi, zezowatymi i ułomnymi”, a dużo bardziej istotne dla Hitlera i Stalina cele.

Po tym jak we wrześniu 1939 roku Wehrmacht i Armia Czerwona okupowały Polskę, dwa dyktatorskie reżimy stanęły w obliczu problemu walki z polskim ruchem oporu. Ta walka wymagała współpracy struktur bezpieczeństwa. Podstawą prawną do niej był tajny protokół dodatkowy Traktatu o przyjaźni i granicach, podpisanego w Moskwie 28 września 1939 roku. Oto pełny tekst tego protokołu:


Moskwa

28 września 1939 r.

Niżej podpisani upełnomocnieni przy zawarciu radziecko-niemieckiego traktatu o granicach i przyjaźni porozumieli się, jak następuje:

Obie strony nie dopuszczą na swych terytoriach do żadnej polskiej agitacji, która dotyczy terytorium drugiej strony. Będą tłumić wszelkie zaczątki takiej agitacji na swych terytoriach i będą się informować nawzajem o odpowiednich środkach podjętych do tego celu.

Z upoważnienia

Za Rząd Rzeszy Niemieckiej – J. Ribbentrop

Za Rząd ZSRR – W. Mołotow

Tekst protokołu znajduje się w Archiwum Polityki Zagranicznej Federacji Rosyjskiej (APZ FR, d. 06, r. 1, s. 8, t. 77, k. 4). Został opublikowany między innymi w dwutomowym zbiorze dokumentów 1941 god. Dokumienty („1941 rok. Dokumenty”, tom 2, s. 587).

W ramach zadeklarowanej „przyjaźni” odbywała się również „repatriacja obywateli niemieckich przebywających na terytorium ZSRR”. Za tym enigmatycznym sformułowaniem kryją się dwa skrajnie różne procesy. Z jednej strony, z więzień i obozów zwolniono Niemców, aresztowanych w czasie wielkiego terroru w latach 1937–1938 i oskarżonych o szpiegostwo. Z drugiej strony, Hitlerowi przekazano niemieckich i austriackich antyfaszystów, którzy w latach 1933–1939 znaleźli schronienie w „kraju zwycięskiego proletariatu”. W sumie NKWD i gestapo miały wiele wspólnych spraw i zmartwień, ale zajmowano się nimi na roboczo, bez podpisywania wyimaginowanych „porozumień generalnych”.

2. Stirlitz Wolfowicz

Jeżeli pomysł walki z „rudymi i grasejującymi” wciąż jeszcze znajduje się w najdalszym, pokrytym kurzem i pajęczyną zakamarku podświadomych lęków i ludzkich uprzedzeń, to historia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej nadal pozostaje (i długo jeszcze pozostanie) jednym z najbardziej gorących i najbardziej bolesnych punktów zapalnych świadomości społecznej. W kraju, który złożył na ołtarzu tej wielkiej ofiary miliony ludzkich istnień, nie może być inaczej. A co za tym idzie, każdy oszust (albo po prostu marazmatyczny grafoman), który popełni kolejny „sensacyjny dokument”, ma zagwarantowaną własną porcję wątpliwej sławy. Nie powstrzymał się przed tą pokusą również wspomniany wyżej towarzysz Karpow, który uchylił nam rąbka tajemnicy na temat „tajnych separatystycznych rozmów” Stalina z dowództwem niemieckim, które rzekomo odbyły się w lutym 1942 roku w zajętym przez Wehrmacht Mceńsku.

Z jednocześnie śmieszną i zasmucającą w takiej sytuacji dumą Karpow opowiadał dziennikarzom (wywiad dla „Komsomolskiej Prawdy” z 17 października 2002 r.), że jest posiadaczem „tak zwanego poświadczenia bezpieczeństwa numer jeden, które upoważnia do pracy ze ściśle tajnymi dokumentami”. Dalsze rozważania Karpowa o zastosowaniu „poświadczenia numer jeden” w praktyce są bardzo różne. W jednym wywiadzie mówi, że znalazł dokumenty dotyczące „rozmów w Mceńsku” w dawnym gabinecie Stalina (na zasadzie „zawieruszyły się pod biurkiem”), w innym gabinet Stalina również jest wspomniany, ale rzekomo zawiera „specjalne tajne archiwum”, do którego dostęp mają tylko posiadacze tego wyjątkowego „poświadczenia numer jeden”. Publicyście dziennika „Moskowskij Komsomolec”, M. Dejczowi, na pytanie, gdzie znajdują się dokumenty, Karpow odpowiedział w bardzo bezpretensjonalny sposób: „Jeszcze czego! Może mam też panu podać klucze do mieszkania na tacy?”.

Czy to wszystko może być prawdą? Nie może. Prawdopodobieństwo trafienia na ściśle tajne dokumenty w takich okolicznościach równa się zeru. Nawet nie jednej stumilionowej, a tylko i wyłącznie zeru. Tłumaczę dlaczego.

Od śmierci Stalina minęło ponad 50 lat. Ale powinno wystarczyć pięć dni, żeby nie został ani jeden dokument na podłodze w gabinecie (na daczy, w mieszkaniu, samochodzie) Stalina. Obecnie tajne dokumenty, których kiedykolwiek dotknęła ręka Gospodarza, mogą znajdować się wyłącznie w dwóch możliwych stanach: albo zostały zniszczone, albo zabezpieczone, opatrzone sygnaturą i umieszczone w ewidencji stosownych archiwów. Znalezienie pod biurkiem dokumentu dotyczącego tajnych rozmów z Niemcami jest niewykonalne z założenia. Możliwe jest, że taki dokument może zostać znaleziony w archiwum, ale wówczas osoba publikująca go powinna podać cztery magiczne słowa: „dział, rejestr, teczka, karta”. Bez nich dokument historyczny nie ma racji bytu. Inaczej jest to tylko fałszywka – bardziej lub mniej niedbale zmajstrowana.

Ale to nie wszystko. Posiadacz „poświadczenia numer jeden” (oraz „dwa” i „trzy”) powinien rozumieć, że „prawo do pracy ze ściśle tajnymi dokumentami” nie przewiduje wcale prawa do PUBLIKOWANIA tajnych dokumentów. To podstawy, które zna każdy, kto rzeczywiście miał do czynienia z tajnymi dokumentami. Składają się na nie specjalne zamknięte pomieszczenie, tajny zeszyt z przesznurowanymi i ponumerowanymi stronami, chroniony sejf, w którym pod koniec każdego dnia jest zamykany ten zeszyt, służba kurierska, która ma wyłączne prawo do przemieszczania zeszytu zawierającego tajne dane z punktu A do punktu B i tak dalej. Jeżeli dokument nie został jeszcze odtajniony, to żadna kopia tego dokumentu, notatka sporządzona na jego podstawie i nawet zwykła wzmianka o jego istnieniu nie może być publikowana. Złamanie tej zasady skutkuje odpowiedzialnością karną. Każdy posiadacz „poświadczenia” podpisał oświadczenie, że został poinformowany o odpowiedzialności za rozgłaszanie informacji w nich zawartych.

 

Natomiast jeżeli z dokumentu zdjęto klauzulę tajności, może on zostać opublikowany, ale pod warunkiem wskazania działu, rejestru, teczki i karty. Ludzie wymyślili to po to, żeby każdy, kto chce – zgodnie z prawem (nie powiem, że tak jest w rzeczywistości) każdy obywatel Rosji ma prawo wglądu do każdego odtajnionego dokumentu – mógł przyjść do archiwum, wskazać interesujący go dział, rejestr, teczkę, kartę i sprawdzić, czy osoba podająca dokument do wiadomości publicznej nie popełniła błędów podczas przepisywania dokumentu, czy o czymś nie zapomniała albo czy nie dodała „degeneracyjnych cech zwyrodnienia”.

Skoro już wyjaśniliśmy sobie podstawy dotyczące pracy z historycznymi dokumentami, przejdźmy do odpowiedzi na jedyne pozostające nam pytanie: Jak dobrze została sfabrykowana fałszywka opisująca rzekome „rozmowy w Mceńsku”? Oto dwa „dokumenty” stworzone przez Karpowa lub tych, którzy postanowili zakpić ze staruszka (w chwili publikacji Karpow miał ponad 80 lat):

Propozycje dla dowództwa niemieckiego.

1. Od 5 maja 1942 r., począwszy od godziny 6, na całej linii frontu wstrzymać działania wojenne. Ogłosić zawieszenie broni do 1 sierpnia 1942 r. do godz. 18.

2. Począwszy od 1 sierpnia 1942 r. i do 22 grudnia 1942 r., oddziały niemieckie powinny wycofać się na rubieże wskazane na schemacie nr 1. Proponuje się wytyczyć granicę pomiędzy Rzeszą Niemiecką a ZSRR według linii oznaczonej na schemacie nr 1.

3. Po przemieszczeniu oddziałów siły zbrojne ZSRR do końca 1943 r. będą gotowe do rozpoczęcia działań wojennych wspólnie z siłami niemieckimi przeciwko Anglii i USA.

4. ZSRR będzie gotów rozważyć warunki zawarcia pokoju pomiędzy naszymi państwami i oskarżyć o rozpętanie wojny międzynarodowe żydostwo rękoma Anglii i USA, w czasie kolejnych lat 1943–1944 wspólnie prowadzić ofensywne działania wojenne w celu zmiany przestrzeni światowej (schemat nr 2).

Uwaga: W przypadku odmowy wykonania powyższych żądań w pkt. 1 i 2 oddziały niemieckie zostaną rozgromione, a państwo niemieckie przestanie istnieć na mapie politycznej jako takie.

Uprzedzić dowództwo niemieckie o odpowiedzialności.

Naczelny Głównodowodzący Związku SRR J. Stalin

Moskwa, Kreml, 19 lutego 1942 r.

Nr 1/2428 27 lutego 1942 r.

Dla towarzysza Stalina

RAPORT

W trakcie rozmów w Mceńsku 20–27 lutego 1942 r. z wysłannikiem niemieckiego dowództwa i szefem sztabu reichsführera SS gruppenführerem SS Wolffem dowództwo niemieckie nie uznało za możliwe spełnić naszych żądań.

Zaproponowano nam wycofanie się z rubieży do końca 1942 r. na obecnej linii frontu oraz przerwanie działań bojowych.

Rząd ZSRR powinien niezwłocznie skończyć z Żydami. W tym celu należałoby najpierw przesiedlić wszystkich Żydów do rejonów dalekiej północy, odizolować, a następnie całkowicie zniszczyć. Równocześnie władze zapewnią ochronę zewnętrzną oraz zastosują specjalne środki służące do bezwzględnego egzekwowania zaleceń porządkowych na terytorium grupy obozów. Kwestiami zniszczenia (uśmiercenia) i utylizacji ciał ludności żydowskiej zajmą się sami Żydzi.

Dowództwo niemieckie nie wyklucza, że możemy utworzyć wspólny front przeciwko Anglii i USA. Po konsultacjach z Berlinem Wolff oświadczył, że przy przebudowie świata, jeżeli kierownictwo ZSRR przyjmie żądania strony niemieckiej, być może Niemcy przesuną granice na wschodzie na rzecz ZSRR.

Dowództwo niemieckie na znak tych zmian zgodzi się zmienić kolor swastyki na sztandarze państwowym z czarnego na czerwony.

Podczas wymiany stanowisk według schematu nr 2 pojawiły się następujące różnice zdań:

1. Ameryka Łacińska. Powinna należeć do Niemiec.

2. Skomplikowany stosunek w pojmowaniu „cywilizacji chińskiej”. Zdaniem niemieckiego dowództwa Chiny powinny zostać terytorium okupowanym i protektoratem Imperium Japońskiego.

3. Świat arabski powinien stać się protektoratem niemieckim na północy Afryki.

Tak więc w rezultacie rozmów należy zwrócić uwagę na całkowitą różnicę zdań i stanowisk. Przedstawiciel niemieckiego dowództwa Wolff kategorycznie zaprzecza możliwości rozgromienia niemieckich sił zbrojnych i przegranej w wojnie. Jego zdaniem wojna z Rosją potrwa kilka lat dłużej i zakończy się całkowitym zwycięstwem Niemiec. Liczą na to, że gdy już Rosja wyczerpie swoje siły i zasoby w wojnie, będzie zmuszona wrócić do rozmów o zawieszeniu broni, ale na bardziej twardych warunkach po 2–3 latach.

Pierwszy zastępca ludowego komisarza spraw wewnętrznych ZSRR

(Mierkułow)

Co można na to powiedzieć? To nawet nie jest fałszywka. To raczej kpina, głupi żart, parodia. Autorzy tekstu (jeszcze raz powtórzę przypuszczenie, że ktoś zły i niemądry podrzucił ten świstek Karpowowi, żeby zakpić z zasłużonej, ale, niestety, już starszej osoby) nawet nie próbują nadać swemu dziełu przynajmniej pozorów prawdopodobieństwa.

„Dowództwo niemieckie na znak tych zmian zgodzi się zmienić kolor swastyki na sztandarze państwowym z czarnego na czerwony”. W trzecim roku wyniszczającej wojny światowej kolor symboli heraldycznych był ostatnią rzeczą, która mogła interesować Stalina i „dowództwo niemieckie”. Ale w danym konkretnym przypadku propozycja jest w ogóle absurdalna, ponieważ kolor „sztandaru państwowego” (po rosyjsku to się nazywa „flaga państwowa”) Niemiec hitlerowskich był czerwony. Czerwona swastyka na czerwonym sztandarze to już ewidentna kpina.

Gruppenführer SS Wolff pojawił się w tej historii z tego samego powodu, z którego „Porozumienie generalne” pomiędzy NKWD i gestapo „podpisał” brigadenführer Müller. Autorzy fałszywki otwarcie kpią z czytelnika, którego wiedza ogranicza się do częstego oglądania legendarnego „filmu o Stirlitzu”. Gdyby autorzy fałszywki chcieli być wiarygodni, to mogliby „wskazać” jako uczestników rozmów Heydricha, Reichenaua, Bocka, Modla, Klugego czy powieszonych Jodla, Canarisa albo Keitla, którzy nie dożyli kapitulacji Niemiec. Spośród bohaterów filmu Siedemnaście mgnień wiosny pasowaliby Himmler, który popełnił samobójstwo, łykając cyjanek, albo stracony w 1946 roku wyrokiem trybunału wojskowego Kaltenbrunner.

Karl Wolff na rolę uczestnika poufnych rozmów z radzieckim kierownictwem zupełnie się nie nadaje. Z jednego prostego i oczywistego powodu – żył zbyt długo i zmarł 39 lat po wojnie. K. Wolff napisał wspomnienia, rozmawiali z nim liczni historycy i dziennikarze. I gdyby w jego burzliwym życiorysie cokolwiek wskazywało na rozmowy z wysłannikiem Stalina, to wiedziałby o tym nie tylko posiadacz „poświadczenia numer jeden”, ale każdy amerykański uczeń. W czasach zimnej wojny informacja o tym, że Stalin za plecami sojuszników prowadził tajne rozmowy z faszystami, akurat kiedy amerykańscy i brytyjscy marynarze, którzy dostarczali ładunki wojskowe do Murmańska, ginęli w lodowatych wodach północnego Atlantyku, zostałaby bombą propagandową numer jeden. Ale o żadnych „rozmowach w Mceńsku” Wolff nigdy nikomu nie powiedział.

A co mówi nam podpis „Naczelny Głównodowodzący Związku SRR”? Związek SRR nie miał głównodowodzącego. I wśród licznych stanowisk Stalina takie nie istniało. Stalin był naczelnym głównodowodzącym Armii Czerwonej. A także przewodniczącym Państwowego Komitetu Obrony, przewodniczącym Rady Komisarzy Ludowych, ludowym komisarzem obrony, przewodniczącym Stawki Najwyższego Naczelnego Dowództwa, sekretarzem generalnym (czasami w dokumentach pisał tylko „sekretarz”) KC WKP(b). Głównodowodzący Armii Czerwonej pisał poprawnie i precyzyjnie formułował myśli. Nie mógł ułożyć tak niechlujnych fraz jak „wytyczyć granicę (…) według linii” albo „ofensywne działania wojenne w celu zmiany przestrzeni światowej”.