Niedziela, która zdarzyła się w środęTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niedziela, która zdarzyła się w środę
Niedziela, która zdarzyła się w środę
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 52,80  42,24 
Niedziela, która zdarzyła się w środę
Niedziela, która zdarzyła się w środę
Niedziela, która zdarzyła się w środę
Audiobook
Czyta Mariusz Szczygieł
26,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ma­riusz Szczy­gieł

Nie­dzie­la, któ­ra zda­rzy­ła się w śro­dę


Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA /PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fie na okład­ce i w środ­ku tomu © by WI­TOLD KRAS­SOW­SKI

Co­py­ri­ght © by MA­RIUSZ SZCZY­GIEŁ

Co­py­ri­ght © for Usta są za­wsze go­rą­ce by MA­RIUSZ SZCZY­GIEŁ i WOJ­CIECH STA­SZEW­SKI

Re­dak­cja JU­STY­NA WO­DZI­SŁAW­SKA

Ko­rek­ta ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK i MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, re­dak­cja tech­nicz­na i skład RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-305-0

Spis treści

  1994: Niedziela, która zdarzyła się w środę

  1993: Polska w ogłoszeniach

  1994: Poczet pokrzywdzonych w III RP

  1995: Miliard w rozumie, czyli jak ciotka oparła się o Łomżę

  1995: Radio dla Ciebie

  1993: Przez zęby

  1994: Mord polski

  1992: Wiem, na jakiej nucie

  1992: Klatka

  1995: Usta są zawsze gorące

  1993: Onanizm polski

  1995: Niech będzie wola ludu

  1996: Zabierz nas do diamentu

  1995: Pokaż język

  1996: Wielki temat

  Bonus z czasów, kiedy stałem się postacią z reportażu 1999: Z kulą ziemską na piersiach

  Przypisy


Cud w Prusz­ko­wie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1994: Niedziela, która zdarzyła się w środę

– Za każ­dym ra­zem za­czy­na się na­gle. Wkła­dam na sie­bie to, co mam naj­gor­sze­go, za­my­kam miesz­ka­nie, idę na róg No­wo­wiej­skiej i Jed­no­ści. Cze­kam na ósem­kę. Nad­jeż­dża, wcho­dzę i sta­ję na środ­ku wa­go­nu. Na szyi mam kart­kę, taką ja­kie za­kła­da­ją hi­fow­cy. Ale sama za­cho­wu­ję się in­a­czej. Nie pod­cho­dzę, tak jak oni, do każ­de­go pa­sa­że­ra, nie trzę­sę się nad nim i nie pro­szę o dwa ty­sią­ce. Mam ja­kiś inny styl. Sta­ję więc so­bie na tym środ­ku i ogła­szam, jak­bym prze­ma­wia­ła: „Pro­szę pań­stwa, moja tra­ge­dia roz­po­czę­ła się 31 grud­nia 1993 roku”. Lu­dzie pod­no­szą gło­wy, to­też jesz­cze gło­śniej mó­wię: „Tra­ge­dia ta trwa od chwi­li, gdy do­sta­łam z mo­jej fa­bry­ki Elw­ro 41 mi­lio­nów”. I wy­cią­gam te mi­lio­ny z siat­ki. Lu­dzie za­czy­na­ją się śmiać. Tak gło­śno, że za pierw­szym ra­zem tram­waj przy­sta­nął. A ja pła­czę: „Od­dam wam wszyst­ko” – i rzu­cam pie­nią­dze. „Bierz­cie mi­lio­ny, ale daj­cie wró­cić do fa­bry­ki”.

Jed­ne­go nie mogę zro­zu­mieć. Tych naj­gor­szych rze­czy, któ­re wkła­dam na sie­bie, gdy idę do ósem­ki – w ogó­le nie mam w domu. Może je skądś wy­po­ży­czam? W każ­dym ra­zie śni­ło mi się, mniej wię­cej to wszyst­ko, już trzy razy.

Gra­ży­na Ozi­mek w li­kwi­da­cji

Dwie in­for­ma­cje ze snu pra­cow­ni­cy fi­zycz­nej Gra­ży­ny Ozi­mek wy­ma­ga­ją wy­ja­śnie­nia: Elw­ro – to za­kła­dy sprzę­tu kom­pu­te­ro­we­go we Wro­cła­wiu; 41 mi­lio­nów zło­tych to 25 pen­sji, któ­re do­sta­ła do ręki za to, że ze­chcia­ła zwol­nić się z Elw­ro na wła­sną proś­bę.

Elw­ro za­opa­try­wa­ło w kom­pu­te­ry cały obóz so­cja­li­stycz­ny, rok 1992 za­koń­czy­ło stra­tą po­nad 180 mi­liar­dów zło­tych. We wrze­śniu ubie­głe­go roku upa­dły za­kład ku­pił nie­miec­ki kon­cern Sie­mens, je­den z naj­więk­szych pro­du­cen­tów sys­te­mów te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nych na świe­cie. Niem­cy przy­ję­li wa­ru­nek Po­la­ków: z po­nad ty­sią­ca pra­cow­ni­ków zwol­nią mak­si­mum trzy­sta, a sie­dem­set zo­sta­wią w za­kła­dzie na pół­to­ra roku. Dwa mie­sią­ce póź­niej stwier­dzi­li jed­nak, że wy­star­czy im tyl­ko 200 osób. Ogło­si­li więc: w za­mian za na­pi­sa­nie po­da­nia o „zwol­nie­nie na wła­sną proś­bę” każ­dy, kto ze­chce odejść, do­sta­nie od Sie­men­sa 25 mie­sięcz­nych pen­sji.

Na­tych­miast zwol­ni­ło się pra­wie 500 osób, pie­nią­dze otrzy­ma­li na Syl­we­stra: od 40 do 100 mi­lio­nów zło­tych.

Mu­sia­ła odejść.

– To była pre­sja nie do wy­trzy­ma­nia – opo­wia­da. – Kie­row­ni­cy nas stra­szy­li: nie odej­dzie­cie na wła­sną proś­bę, to was Nie­miec za­gna do naj­gor­szej ro­bo­ty, in­ży­nier bę­dzie tra­wę gra­bił. Jak się nie zwol­ni­cie, to za trzy, czte­ry mie­sią­ce Nie­miec nie bę­dzie pa­trzył na żad­ne po­ro­zu­mie­nia z pań­stwem pol­skim, tyl­ko wszyst­kich wy­rzu­ci, żad­nych 25 pen­sji nie da. Ko­rzy­staj­cie te­raz z oka­zji, Nie­miec do wszyst­kie­go zdol­ny, nie moż­na mu wie­rzyć. I w ten spo­sób do­bro­wol­nie na­pi­sa­łam po­da­nie – zwie­rza się Gra­ży­na Ozi­mek.

Mi­nę­ły dwa mie­sią­ce. Gra­ży­na Ozi­mek za­re­je­stro­wa­ła się jako bez­ro­bot­na. Już w przed­po­ko­ju przed­sta­wia się: – Je­stem czło­wie­kiem w li­kwi­da­cji.

Jej ży­cie przez ostat­nie 19 lat: dom – przy­sta­nek – Elw­ro – dom – przy­sta­nek – Elw­ro… Ma pięć lat do eme­ry­tu­ry, szu­ka pra­cy, ale mówi, że w no­wej rze­czy­wi­sto­ści nie wie na­wet, jak ma ję­zyk otwo­rzyć.

Je­śli pra­cy nie znaj­dzie – 41 mi­lio­nów musi star­czyć Gra­ży­nie Ozi­mek do koń­ca ży­cia.

– Dla­te­go – po­ka­zu­je na męża ren­ci­stę i na po­kój osiem­na­sto­let­nie­go syna – my je­ste­śmy prze­zna­cze­ni do li­kwi­da­cji.

Ali­na Ma­ciąg może ude­rzyć

Jest oso­ba, któ­rą Ali­na Ma­ciąg (tak­że pra­cow­ni­ca fi­zycz­na) ude­rzy­ła­by w mor­dę. – Nie prze­sły­szał się pan, w mor­dę.

Mąż Ali­ny Ja­cek ma w port­fe­lu wy­ci­nek z „Ga­ze­ty Wy­bor­czej”. Z ga­ze­ty wy­ni­ka, że Ali­na Ma­ciąg za­cho­wa­ła się nie­mo­ral­nie. Wy­ci­nek – to głos czy­tel­ni­ka w Te­le­fo­nicz­nej Opi­nii Pu­blicz­nej:

„Pi­sa­li­ście, że pra­cow­ni­cy Elw­ro SA, któ­rzy zgo­dzą się do­bro­wol­nie odejść, do­sta­ną 25 pen­sji. Ci lu­dzie ogła­sza­ją, że pój­dą na za­si­łek dla bez­ro­bot­nych. To nie­mo­ral­ne, żeby ktoś, kto otrzy­ma dwu­let­nie po­bo­ry, miał ko­rzy­stać z tak mi­zer­ne­go prze­cież fun­du­szu na za­sił­ki”.

Pen­sja Ali­ny Ma­ciąg – pół­to­ra mi­lio­na, dwu­dzie­sto­pię­cio­krot­na od­pra­wa – to 37 mi­lio­nów 500 ty­się­cy zło­tych. Z tego od­cią­gnię­to po­da­tek, zo­sta­ło: 30 mi­lio­nów. Co z nimi zro­bić?

Ma­cią­go­wie (on jest cho­ry i bez­ro­bot­ny od roku) naj­pierw wy­zna­czy­li so­bie czte­ry cele; Jo­asia, ich dzie­się­cio­let­nia cór­ka wy­pi­sa­ła nie­bie­skim fla­ma­strem na kart­ce:

„CELE OBO­WIĄ­ZU­JĄ­CE:

1. Za­le­gły czynsz – 9 800 000 zło­tych.

2. Czynsz na na­stęp­ny rok z góry – 14 200 000 zło­tych.

3. Buty dla wszyst­kich: 2 400 000 zło­tych.

4. Kurt­ka z koca dla Tom­ka – 1 100 000 zło­tych.

Ra­zem: 27 500 000 zło­tych”.

– To był ob­lig – mówi Ali­na Ma­ciąg. Nie są­dzi, żeby w cią­gu roku oby­dwo­je zna­leź­li do­brą pra­cę, dla­te­go opła­ci­li z góry czynsz, czy­ta­li już w ga­ze­cie o eks­mi­sjach. – A kurt­ka z koca to było naj­więk­sze ma­rze­nie na­sze­go Tom­ka – do­da­je Ja­cek. – I ko­niecz­ność: kurt­kę zi­mo­wą miał już za małą, wy­świech­ta­ną, a te z koca to te­raz naj­now­szy krzyk. Przy­najm­niej raz jest oka­zja, żeby chło­pak nie czuł się upo­śle­dzo­ny.

Zo­sta­ło im: 2 mi­lio­ny 500 ty­się­cy zło­tych.

– I ta oso­ba z „Ga­ze­ty” śmie twier­dzić, że my, z dwoj­giem dzie­ci, nie mamy mo­ral­ne­go pra­wa po­bie­rać za­sił­ku dla bez­ro­bot­nych? – de­ner­wu­je się Ali­na. – A z cze­go żyć? Niech ona, ta oso­ba, po­pró­bu­je po­żyć za 30 mi­lio­nów przez dwa lata. Jak mąż przy­niósł tę opi­nię do domu, od ko­le­gi so­bie wy­ciął, i jak to prze­czy­ta­łam, by­łam tak zdru­zgo­ta­na, że nie wie­dzia­łam, do kogo dzwo­nić, gdzie się udać. Gdy­bym mo­gła, to­bym pierw­szy raz w ży­ciu ude­rzy­ła tego ko­goś – Ali­na wy­cie­ra oczy.

 

Więc zo­sta­ło im dwa pięć­set.

Obok CE­LÓW ZO­BO­WIĄ­ZU­JĄ­CYCH Jo­asia wy­pi­sa­ła CELE PRZY­JEM­NO­ŚCIO­WE.

– Niech pan wej­dzie w na­szą skó­rę – mówi Ali­na. – Czło­wiek po la­tach pra­cy oka­zał się ni­kim. Trud­no so­bie wy­obra­zić, że już do koń­ca ży­cia żad­nej ra­do­ści się nie za­zna.

– Cho­dzi­ło też o dzie­ci – do­da­je ci­cho Ja­cek, jak­by wstyd mu było, że ro­dzi­na od­da­ła się przy­jem­no­ściom. – Sy­no­wi cza­sem trze­ba czymś za­im­po­no­wać. Po­ka­zać, że nie jest się ostat­nim pa­ta­ła­chem. Dla­te­go zde­cy­do­wa­li­śmy się na trzy rze­czy przy­jem­no­ścio­we.

„CELE PRZY­JEM­NO­ŚCIO­WE:

1. McDo­nald.

2. Praw­dzi­wa piz­ze­ria.

3. Re­stau­ra­cja chiń­ska”.

W pierw­szą nie­dzie­lę lu­te­go od­wie­dzi­li bar McDo­nal­da i wy­nie­śli spo­ro re­flek­sji: – Za­sko­czo­ny by­łem – opo­wia­da Ja­cek. – Ta­kie tłu­my! Wszyst­ko mło­dzi lu­dzie. Na tych tac­kach mie­li je­dze­nia za 80, 90 ty­się­cy. To zna­czy, że wie­lu lu­dzi stać na taki bar, ale nie są­dzi­łem, że aż tylu. Czy to tyl­ko my je­ste­śmy tacy ułom­ni, że pie­nię­dzy nie po­tra­fi­my za­ro­bić?

Ali­na z roz­ma­rzo­nym wzro­kiem: – I każ­dy sie­dzi w tym Do­nal­dzie dłu­go, jak naj­dłu­żej. Ja­koś tak, żeby chwi­lę przy­jem­ną na dłu­żej przy­trzy­mać.

Ja­cek z uśmie­chem: – Ale dzie­cia­ki były z nas dum­ne!


Pierw­szy fast food na Świę­to­krzy­skiej w War­sza­wie

Na­gle Ma­cią­go­wie wpa­da­ją na po­mysł.

Sko­ro przy­je­chał re­por­ter, „to wła­ści­wie jest dość świą­tecz­nie”, więc wie­czo­rem pój­dzie­my wszy­scy do „praw­dzi­wej piz­ze­rii”. Za­miast w pla­no­wa­ną pierw­szą nie­dzie­lę mar­ca, w śro­dę – bę­dzie­my jeść piz­zę.

Ry­szar­da Ka­ro­lak czu­wa w zglisz­czach

Mi­nę­ły dwa mie­sią­ce, od kie­dy lu­dzie zwol­ni­li się „na wła­sną proś­bę”, a pani Ry­sia Ka­ro­lak (53 mi­lio­ny zło­tych) nadal przy­cho­dzi do Elw­ro, do swe­go po­ko­ju, w któ­rym nie zo­sta­ło pra­wie nic. Wszy­scy ode­szli, me­ble wy­nie­sio­no, a pani Ry­sia wra­ca.

– Niech mnie pan od­wie­dzi tam na zglisz­czach mego daw­ne­go biu­ra, opo­wiem, co zro­bi­łam z pie­niędz­mi – kusi. Oto pu­sty rząd po­koi; na pa­ra­pe­cie ka­ru­zel­ka z bez­war­to­ścio­wy­mi pie­cząt­ka­mi, któ­re kie­dyś przy­bi­ja­ła; ster­ty se­gre­ga­to­rów, bro­szu­rek, pa­pie­ru, zszy­wa­czy. A na tym śmiet­ni­sku ruda pani Ry­sia (30 lat pra­cy) za­le­wa kawę.

– Coś panu po­ka­żę – pro­po­nu­je. – Jest! – wska­zu­je na brud­ną wy­kła­dzi­nę dy­wa­no­wą. – Tu jest ślad po moim biur­ku. O, nogi się od­bi­ły. A tam na ścia­nie mia­łam Ju­lio Igle­sia­sa i ka­wa­łek Vio­let­ty Vil­las.

Ry­szar­da Ka­ro­lak szu­ka chu­s­tecz­ki.

– Trze­ba so­bie uzmy­sło­wić – do­da­je – że to je­dy­ny ślad po mo­ich trzy­dzie­stu la­tach pra­cy. Prze­cież po mnie nic nie zo­sta­ło. Kom­pu­te­ry, co je Elw­ro pro­du­ko­wa­ło już w osiem­dzie­sią­tym roku, nada­wa­ły się tyl­ko do mu­zeum tech­ni­ki. Więc ta na­sza ro­bo­ta nie ma dzi­siaj żad­ne­go zna­cze­nia. Całe lata by­łam gwiaz­dą w za­kła­dzie. „Pani Ry­sia Ka­ro­lak”, „O, pani Ry­sia”, wszy­scy po­wta­rza­li, „Od pani Rysi tyle za­le­ży…”, a tu tyl­ko te czte­ry od­ci­ski na wy­kła­dzi­nie.

Idzie­my na wy­ciecz­kę. Z róż­nych okien biu­row­ca oglą­da­my Elw­ro. – Niem­cy tu bu­rzą i tam bu­rzą – po­ka­zu­je. – Bu­rzą wszyst­ko. Im po Elw­ro po­trzeb­ne są tyl­ko trzy bu­dyn­ki, a z dzie­sięć chcą zmieść z po­wierzch­ni. Wie pan, ile ksią­żek wy­nio­słam z za­kła­do­wej bi­blio­te­ki? O Jezu… A tam, pro­szę spoj­rzeć, to zbu­rzy­li wszyst­ko tak, że cmen­tarz Gra­bi­szyń­ski wi­dać. Ja­nek Wal­czak, elw­row­ski kie­row­ca, przy­jął się do no­wej fir­my, raz miał kurs koło za­kła­du. Jak zo­ba­czył, że Niem­cy taką za­gła­dę zro­bi­li, to od tego cza­su ma kło­po­ty z ci­śnie­niem. Mó­wi­ła mi jego żona, że jak tyl­ko ma tra­sę koło Elw­ro, to nad­ra­bia dro­gi, musi inną uli­cą je­chać, bo nie może na pust­kę pa­trzeć.

Co pani Ry­sia zro­bi­ła z 25 pen­sja­mi, może spra­wi­ła so­bie pre­zent?

– Wi­dzia­łam taki ża­kiet ba­jecz­ny: ja­śniut­ki, biel ze sta­lą. O ta­kim ma­rzy­łam! Mi­lion pięć­set sześć­dzie­siąt. Ale nie ku­pi­łam. Za dro­gi jest. Sta­now­czo za dro­gi – mówi pani Ry­sia, po­sia­dacz­ka 53 mi­lio­nów zło­tych.

– Część wło­ży­łam do ban­ku na pro­cent, część prze­zna­czę na kur­sy. Ja uwa­żam, że jesz­cze znaj­dę po­sa­dę. Mam jako taki zmysł, było się gwiaz­dą w za­kła­dzie.

Pani Ry­sia ukrad­kiem zer­ka na pu­sty ko­ry­tarz (nie­po­trzeb­nie, bo tego pię­tra od ty­go­dni nikt, poza Ry­sią, nie od­wie­dza). – My­śli pan, że ja przy­cho­dzę tu tyl­ko śla­dy po biur­ku opła­ki­wać? – ści­sza głos. – Ja je­stem przed­się­bior­cza – kiwa ręką, żeby za nią iść. – Wszyst­ko wy­nie­śli, za to w jed­nym po­ko­ju w tych śmie­ciach aż trzy te­le­fo­ny zo­sta­wi­li. Za­po­mnie­li o nich, to przy­cho­dzę so­bie dzwo­nić. Por­tier mnie nie za­trzy­mu­je, jak­by śmiał, wi­dzi prze­cież: pani Ry­sia Ka­ro­lak idzie. I tak go­dzi­na­mi dzwo­nię po świe­cie za wszyst­kie cza­sy. Elw­ro nas, wier­ne psy, tak wy­dmu­cha­ło, niech Elw­ro pła­ci.

Inni do ban­ku i pa­pie­ża

O dal­szych lo­sach swo­jej go­tów­ki zgo­dzi­li się opo­wie­dzieć: księ­go­wa, kie­row­ca, pani z dzia­łu za­opa­trze­nia, me­cha­nik i ma­ga­zy­nier­ka. Za­nim zwie­rzy­li się z lo­ka­ty ka­pi­ta­łu, kur­wo­wa­li i oskar­ża­li dy­rek­cję Elw­ro: „Niem­co­wi od­da­li nas jak dziw­ki” i tym po­dob­nie.

KSIĘ­GO­WA: 69 mi­lio­nów; ma pra­cę w wiel­kiej spół­ce. Pie­nią­dze ulo­ko­wa­ła w „Pio­nie­rze” i w ban­ku. Pięt­na­sto­let­niej cór­ce speł­ni­ła naj­więk­sze ma­rze­nie, ku­pi­ła jej al­bu­my: Zam­ki pol­skie i Góry świa­ta.

KIE­ROW­CA: 50 mi­lio­nów; bez­ro­bot­ny. Za pięć od­ku­pił z Elw­ro po­lo­ne­za, rocz­nik osiem­dzie­sią­ty; mówi, że sam był w ko­mi­sji wy­ce­nia­ją­cej i z po­czu­cia przy­zwo­ito­ści wy­sta­wił so­bie taką cenę, inni bra­li sa­mo­cho­dy za dwa mi­lio­ny. Na po­cząt­ku pla­no­wał, że kupi budę na ba­za­rze, zna­lazł ta­nią – za nie­wie­le po­nad czter­dzie­ści, ale fa­cet się wy­co­fał, po­wie­dział, że kon­ku­ren­cja mu nie po­zwa­la sprze­dać budy ob­ce­mu, musi ją prze­jąć ktoś z ba­za­ru, te­raz na tar­go­wi­skach jest wal­ka na śmierć i ży­cie; dys­po­zy­tor po­my­ślał: ku­pię, jesz­cze mi ją pod­pa­lą, za sta­ry je­stem na to. Sie­dzi więc na bez­ro­bo­ciu, oglą­da głów­nie ka­na­ły nie­miec­kie, cho­ciaż nie zna ję­zy­ka. – I to jest do­bre – pod­su­mo­wu­je – bo dzię­ki temu mogę pa­trzeć na ekran, a sku­piać się na my­śle­niu.

PANI Z DZIA­ŁU ZA­OPA­TRZE­NIA: sumę trzy­ma w ta­jem­ni­cy; jest bez­ro­bot­na, lecz na­praw­dę pra­cu­je w fir­mie męża na czar­no. Po­je­cha­ła z cór­ką na ty­dzień do Rzy­mu i na kar­na­wał do We­ne­cji, koszt: 6 mi­lio­nów zło­tych, resz­tę od­da­li do ban­ku. W Rzy­mie sfo­to­gra­fo­wa­ła pa­pie­ża z od­le­gło­ści czte­rech me­trów. – To było dla mnie wiel­kie szczę­ście i ta fo­to­gra­fia to je­dy­na wspa­nia­ła spra­wa, któ­ra wy­ni­kła z do­bro­wol­ne­go wy­rzu­ce­nia mnie z Elw­ro – mówi i po­ka­zu­je pa­pie­ża. – A może to nie były czte­ry me­try, tyl­ko trzy?

ME­CHA­NIK: 40 mi­lio­nów; bez­ro­bot­ny. Jego mał­żeń­stwo prze­ży­wa dra­mat, dla­te­go pie­nią­dze trzy­ma­ją przy so­bie. Nic nie ku­pi­li. Miesz­ka­ją w za­kła­do­wym ho­te­lu, mają po­ko­ik na że­nu­ją­cym po­zio­mie, to­a­le­ta dla ca­łe­go pię­tra. Gdy za­trud­niał się w Elw­ro, obie­cy­wa­no mu miesz­ka­nie, na ra­zie ho­tel, więc po­przed­nie ich miesz­kan­ko po ma­mie od­da­li jego sio­strze. Te­raz za po­kój Sie­mens za­żą­dał dwóch i pół mi­lio­na mie­sięcz­nie. Sio­stry me­cha­ni­ka z dzieć­mi, mę­żem i te­ścio­wą nie ma do­kąd prze­nieść; naj­tań­sza ka­wa­ler­ka kosz­tu­je sto kil­ka­dzie­siąt mi­lio­nów; może wy­naj­mą ja­kiś kąt, ale co da­lej? Ona ma trzy lata do czter­dziest­ki (– Po­win­nam na­tych­miast uro­dzić dziec­ko, a to głu­pie Elw­ro mnie wstrzy­my­wa­ło. Chcia­łam uro­dzić we wła­snym miesz­ka­niu… – pła­cze). – Ale co da­lej? – po­wta­rza­ją trzy razy. Pod­su­wam me­cha­ni­ko­wi po­mysł. Niech da ogło­sze­nie: „W uczci­wy i pew­ny in­te­res wło­żę 20 mi­lio­nów zło­tych. Zy­sków ocze­ku­ję za czte­ry, pięć mie­się­cy”. – Może war­to za­ek­spe­ry­men­to­wać – prze­ko­nu­ję. Są prze­ko­na­ni, że się z nich na­bi­jam.

MA­GA­ZY­NIER­KA: 45 mi­lio­nów; wy­gra­ła los na lo­te­rii: ma taką samą pra­cę jak w Elw­ro, z ogło­sze­nia w ga­ze­cie, „ale my­śla­mi cią­gle je­stem w tam­tych po­miesz­cze­niach”. So­bie spra­wi fu­ter­ko – „żeby mieć po Elw­ro pa­miąt­kę”; sy­no­wi – an­te­nę sa­te­li­tar­ną, resz­tę – do ban­ku. Z ma­ga­zy­nier­ką idzie­my do ka­wiar­ni, z cze­go się cie­szy, bo w ogó­le nie ma ta­kich oka­zji. – Czło­wiek – mówi – na­wet z chę­cią do kina by po­szedł, ale te­raz to szko­da tych pie­nię­dzy.

Ma­cią­go­wie pod To­mem Cru­isem

A z Ma­cią­ga­mi speł­nia­my dru­gi cel „przy­jem­no­ścio­wy” – wy­ru­sza­my do praw­dzi­wej piz­ze­rii. („Praw­dzi­wej”, bo raz, w osiem­dzie­sią­tym szó­stym je­dli w piz­ze­rii i była to piz­za na go­frze, bar­dzo się za­wie­dli).

Bę­dzie­my jeść w Pan Smak przy Pił­sud­skie­go, piz­za tu jest ame­ry­kań­ska.

Sia­da­my pod por­tre­ta­mi: Ali­na Ma­ciąg – pod To­mem Cru­isem, Ja­cek Ma­ciąg – pod ak­to­rem, któ­ry umarł w strasz­nych mę­czar­niach na AIDS, ale nie mo­że­my so­bie przy­po­mnieć na­zwi­ska. Wszy­scy za­ma­wia­my piz­zę Tina, bo jest z wę­dzo­nym kur­cza­kiem, orze­cha­mi ziem­ny­mi i sło­necz­ni­kiem ka­li­for­nij­skim. Tyl­ko Ja­cek, gło­wa ro­dzi­ny, za­ma­wia naj­droż­szą za 136 ty­się­cy, z szyn­ką i kre­wet­ka­mi – Roc­ke­fel­ler.

Gdy krąż­ki tra­fia­ją na stół, za­pach pod­pie­czo­ne­go wę­dzo­ne­go kur­cza­ka jest tak upa­ja­ją­cy, że przy­my­ka­my oczy i chwi­lę wdy­cha­my woń.

Ja­cek (zie­lo­ny pu­lo­wer w se­rek, spod ser­ka – śnież­no­bia­ła wy­kroch­ma­lo­na ko­szu­la) zer­ka na dzie­ci i śmie­je się: – Moż­na by na­wet na­pi­sać tak:

„Ro­dzi­na Ma­cią­gów zor­ga­ni­zo­wa­ła so­bie nie­dzie­lę – w śro­dę wie­czo­rem, 2 mar­ca 1994 roku”.

Wał­ku­je­my kwe­stie Elw­ro i piz­zy Tiny.

Ali­na Ma­ciąg: – Wy­stą­pi­łam dość szyb­ko, żeby mnie do­bro­wol­nie zwol­ni­li. Ko­le­żan­ki tro­chę zwle­ka­ły, że jak do koń­ca bę­dzie­my twar­dzi, to mu­szą nas po­zo­sta­wić.

Ja­cek Ma­ciąg: – Mia­ły Ali­nie za złe tę de­cy­zję, pręd­ko at­mos­fe­ra zro­bi­ła się nie do wy­trzy­ma­nia i po­tem to już wszy­scy wpa­dli w taką psy­cho­zę, że hej. Na­wet związ­ki nie bro­ni­ły lu­dzi, tyl­ko po­pie­ra­ły po­mysł Niem­ców. Każ­dy chciał szyb­kich mi­lio­nów.

Jo­asia Ma­ciąg: – Oszu­kań­stwo, w mo­jej Ti­nie sło­necz­nik jest zwy­kły, jak u bab­ci w ogród­ku. My­śla­łam, że ka­li­for­nij­ski to bę­dzie gi­gan­tycz­ny.

To­mek Ma­ciąg: – Ta­to­oo, a może by jesz­cze jed­ną kolę, cho­ciaż na spółę?

Ali­na Ma­ciąg: – Ład­na ta kur­tecz­ka z koca.

I tak nam mi­nę­ła nie­dzie­la w praw­dzi­wej piz­ze­rii. Prze­sie­dzie­li­śmy dwie go­dzi­ny. Idzie­my na przy­sta­nek. Jest śro­da.

Imio­na i na­zwi­ska nie­któ­rych bo­ha­te­rów zo­sta­ły zmie­nio­ne

Współ­pra­ca Ra­fał Jur­kow­la­niec

1993: Polska w ogłoszeniach

Za­rób mi­lion w mi­nu­tę, Star­gard, skr. poczt.

Radę, jak za­ro­bić mi­lion zło­tych w mi­nu­tę, od­bie­ram na po­czcie, za­pa­ko­wa­ną w sza­rą ko­per­tę. Za­nim jed­nak do­sta­nie się ją do ręki, trze­ba za­pła­cić, a pocz­ta wy­śle sumę do nadaw­cy.

Rada: „Mu­sisz mieć – czy­tam – od­po­wied­nią sumę pie­nię­dzy, któ­rą zło­żysz w ban­ku na taki pro­cent, aby co mi­nu­tę pro­cen­to­wa­ła Ci o mi­lion. Jaka to ma być suma? To już mu­sisz ob­li­czyć sam. Lu­cy­na ze Star­gar­du”.

Za radę pła­ci­my Lu­cy­nie 42 ty­sią­ce zło­tych, za za­li­cze­niem pocz­to­wym.

Sa­mot­na mat­ka w trud­nej sy­tu­acji fi­nan­so­wej pro­si o po­moc. Ola, Dro­hi­czyn

Ma 28 lat i dwa anioł­ki: Mać­ka i El­wi­rę; mąż zmarł dwa lata temu, bar­dzo pił. Za­si­łek plus ro­dzin­ne wy­no­szą mi­lion z ha­kiem. Do­sta­ła trzy li­sty: płat­ny – „mi­lion w mi­nu­tę” i dwa bez­płat­ne, od ko­biet. Na­pi­sa­ły, żeby się nie łu­dzi­ła, że lu­dzie jej po­mo­gą. One były w po­dob­nej sy­tu­acji i nikt im nie po­dał ręki.

 

„Pani też nikt nie poda” – po­cie­szy­ła ją pierw­sza.

Czy w związ­ku z tym ogło­sze­niem spo­tka­ło Olę coś przy­jem­ne­go?

– Tak – mówi – prze­cież te dwie ko­bie­ty nie po­zo­sta­ły obo­jęt­ne na mój los.

Mło­dy, atrak­cyj­ny przyj­mie pra­cę to­ka­rza lub jako pan do to­wa­rzy­stwa

„Na­zy­wam się Krzysz­tof Ło­kie­tek, mam 22 lata i pro­fil to­kar­ski. Po woj­sku sta­ną­łem po za­si­łek, bo tu, w Miń­sku Ma­zo­wiec­kim, urząd pra­cy nie dał mi ani jed­nej ofer­ty. Za­mie­ści­łem ogło­sze­nie i przy­nio­sło ono pań­ski list, w któ­rym ujaw­nia się tyl­ko dzien­ni­kar­ska cie­ka­wość. W pana ży­ciu ten in­cy­dent to ko­lej­ne do­świad­cze­nie, dla mnie list, któ­ry nie od­mie­ni mego losu. Ogło­sze­nie nie przy­nio­sło mi nic nie­sa­mo­wi­te­go z wy­jąt­kiem tego, że stra­ci­łem na­dzie­ję, a z nią chęć do dal­sze­go ży­cia”.

Atrak­cyj­na bez­ro­bot­na, lat 25, szu­ka pra­cy

„Atrak­cyj­na” jest wy­so­ka, nosi szpa­ko­wa­te wło­sy i wą­sik. Jest męż­czy­zną, miesz­ka w Kę­dzie­rzy­nie-Koź­lu. Da­wał kil­ka ogło­szeń typu: „Trzy­dzie­sto­pię­cio­let­ni, so­lid­ny, z pra­wem jaz­dy…”, ale nie otrzy­mał żad­nej cie­ka­wej pra­cy. Chciał spraw­dzić, co tra­ci, nie bę­dąc atrak­cyj­ną dziew­czy­ną. Tra­ci więc:

a) „Na­gie po­zo­wa­nie w Niem­czech”, od 350 do 700 ma­rek za se­sję. Pro­po­zy­cja na­de­szła od męż­czy­zny z gmi­ny Kwilcz w Po­znań­skiem, któ­ry ocze­ku­je na 24 zdję­cia na­giej syl­wet­ki; b) „Wol­ne od tro­ski ży­cie w luk­su­sie” – ślub z bo­ga­tym Niem­cem; c) Za­ję­cie bar­man­ki w Bel­gii, „ale – za­strze­ga się ofe­rent z Lu­bli­na – nikt ni­ko­go do ni­cze­go nie zmu­sza i każ­da bar­man­ka robi wszyst­ko z wła­snej woli”; d) Po­sa­dę ma­sa­żyst­ki w Po­zna­niu – „ty­po­wy ma­saż ca­łe­go cia­ła z ak­cen­ta­mi na pew­ne miej­sca aż do fi­na­łu, 12 go­dzin co trze­ci dzień”; e) Pra­cę w agen­cji to­wa­rzy­skiej w Ho­lan­dii: „Już w pierw­szym mie­sią­cu pra­cy – 24 mi­lio­ny zło­tych, a gdy dziew­czy­na się przy­zwy­czai, za­ra­bia dwa razy tyle. W tej chwi­li pra­cu­je u nas kil­ka Po­lek i Wę­gie­rek, ale brak nam dziew­cząt. Dzia­ła ogra­ni­cze­nie: kan­dy­dat­ka po­win­na mieć 18-25 lat. Po prze­kro­cze­niu dwu­dzie­ste­go szó­ste­go roku ży­cia oso­ba ta nie jest już tak bar­dzo po­żą­da­na. Jest to cał­ko­wi­cie le­gal­na i da­ją­ca ko­bie­cie za­do­wo­le­nie pra­ca”.


Han­del w przej­ściu pod­ziem­nym Mar­szał­kow­ska – Ale­je Je­ro­zo­lim­skie, War­sza­wa

Je­stem po kra­chu fi­nan­so­wym, dla pie­nię­dzy zro­bię wszyst­ko

Czło­wiek po kra­chu jest przy­stoj­ny i wy­spor­to­wa­ny, ma ja­sne wło­sy, 25 lat i dwa osią­gnię­cia: raz uciekł z wię­zie­nia w Ra­ci­bo­rzu, raz nie­le­gal­nie prze­kro­czył gra­ni­cę. Ma sie­dem wy­ro­ków za sobą. Je­sie­nią 1992 roku wy­szedł na wol­ność, ale ro­dzi­na ka­za­ła mu szu­kać in­ne­go miej­sca do ży­cia; urząd pra­cy nie dał mu szans, a opie­ka spo­łecz­na – 500 ty­się­cy zło­tych. Wie­dział, że trze­ba my­śleć no­wo­cze­śnie, i dał to ogło­sze­nie.

„Nic z nie­go nie wy­szło – na­pi­sał – je­stem re­cy­dy­wi­stą-sprin­te­rem i nie mo­głem zo­stać ani akwi­zy­to­rem, ani ochro­nia­rzem. Pro­szę mi uwie­rzyć, dla mnie nie prze­wi­dzia­no żad­nej przy­szło­ści.

Nie szko­dzi jed­nak, że nic nie wy­szło. Naj­pięk­niej­sze w tym ogła­sza­niu było ocze­ki­wa­nie na to, że zno­wu sta­nę się nor­mal­nym czło­wie­kiem. W dniu, w któ­rym pi­sał pan do mnie list, o go­dzi­nie 17.40 w Kar­pa­czu znów zo­sta­łem aresz­to­wa­ny za kra­dzież zło­te­go pier­ścion­ka”.

Sprze­da­jąc ka­mie­nie żół­cio­we, za­ro­bisz for­tu­nę

Adam P. z Pru­sic zdo­był list od Pe­te­ra Zuz­ka z Win­dha­gen w RFN. Pe­ter Zu­zek sku­pu­je su­che ka­mie­nie żół­cio­we. Ko­lo­ru brą­zo­we­go, bo rdza­wy far­bu­je. Za i gram ca­łych pła­ci 8 do­la­rów. Nie ku­pu­je ka­mie­ni po­kry­tych bia­łą ple­śnią ani ru­rek z prze­wo­dów żół­cio­wych. Oso­bi­ste do­sta­wy tyl­ko po usta­le­niu ter­mi­nu. Win­dha­gen leży 30 ki­lo­me­trów od Bonn, wy­jazd z au­to­stra­dy na Bad Hon­nef w pra­wo, po 100 me­trach jesz­cze raz w pra­wo, ki­lo­metr pro­sto, oko­ło 300 me­trów za ban­kiem – żół­ty dom nu­mer 65. Pe­ter Z. ro­zu­mie po pol­sku.

Rzecz ja­sna, nie cho­dzi o ka­mie­nie ludz­kie, tyl­ko by­dlę­ce.

Adam P. z Pru­sic udo­stęp­nia kse­ro li­stu Pe­te­ra Z. za 59 ty­się­cy zło­tych, płat­ne za za­li­cze­niem pocz­to­wym. „Pro­szę nie mieć do mnie żalu, tyl­ko za­cząć dzia­łać” – do­pi­su­je od sie­bie na nie­miec­kim li­ście.

Pie­nią­dze leżą koło cie­bie. Pod­po­wiem, jak je zna­leźć

Pod­po­wia­da bi­blio­te­kar­ka Cen­tral­nej Bi­blio­te­ki Rol­ni­czej.

Wy­sy­ła in­struk­cje: (1) „Tech­nicz­no-eko­no­micz­ne za­ło­że­nia pro­duk­cji cha­łup­ni­czej kom­ple­tu na ławę: bież­nik plus osiem ser­we­tek” (naj­le­piej sprze­da­ją­ce się ko­lo­ry na pro­win­cji to nie­bie­ski i zie­lo­ny, beż jest zgra­ny); (2) „Zrób w pro­sty spo­sób aba­żur i sprze­daj”; (3) „Jak za­ra­biać, czy­ta­jąc ogło­sze­nia pra­so­we”.

Bi­blio­te­kar­ka in­ka­su­je za rady 45 ty­się­cy zło­tych za za­li­cze­niem. (– Pro­szę zgad­nąć, jak wy­so­ka może być pen­sja bi­blio­te­kar­ki? – żali się).

Rady bi­blio­te­kar­ki są nie­ludz­kie. Aby pod­nieść pie­nią­dze, któ­re niby obok nas leżą, mu­sie­li­by­śmy na przy­kład – przed pro­duk­cją bież­ni­ka na ławę – na­uczyć się bu­do­wa­nia ramy tkac­kiej, po­słu­gi­wa­nia oli­wiar­ką, od­po­wied­nie­go roz­cień­cza­nia la­kie­ru, aby nie skle­jał ni­tek i tym po­dob­nych. Ona sama ukoń­czy­ła wy­dział geo­gra­fii, lubi po­dró­żo­wać. Na jed­no ogło­sze­nie do­sta­je oko­ło 20 od­po­wie­dzi. Głów­nie pi­szą bez­ro­bot­ni, któ­rzy nie mają już żad­ne­go po­my­słu na ży­cie. – Wiem, że są u kre­su – mówi.

Nie, bi­blio­te­kar­ka nie uwa­ża, że wy­sy­ła­jąc tak nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce rady, oszu­ku­je tych bied­nych lu­dzi. – Ja im po­ma­gam. W moim ży­ciu – pod­kre­śla – za­zna­łam od lu­dzi wie­le do­bra i te­raz im wła­śnie do­brem od­pła­cam.


Przed ki­nem Atlan­tic, War­sza­wa

Po­wiem, jak w uczci­wy spo­sób po­pra­wić swo­ją sy­tu­ację ma­te­rial­ną. K. A., So­ko­łów Pod­la­ski

„Cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią na tę nie­zwy­kłą radę” – na­pi­sa­łem.

„Sza­now­ny Pa­nie – od­pi­sał K. A. – pro­szę po­dać, ja­kiej rady Pan ode mnie ocze­ku­je. Daję bar­dzo dużo ogło­szeń o róż­nej tre­ści i nie mogę się zo­rien­to­wać, o co cho­dzi”.

Sprze­dam więk­szą ilość zu­ży­tych ko­pert. Szy­mon Sto­sik, Żnin

„Pro­szę zdra­dzić – na­pi­sa­łem – po co komu zu­ży­te ko­per­ty?”

„Zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie do­szu­ku­je się Pan sen­sa­cji” – od­pi­sał Szy­mon Sto­sik. Swe­go cza­su pro­wa­dził ob­szer­ną ko­re­spon­den­cję, po któ­rej zo­sta­ło mu 5 ty­się­cy ko­pert. W pro­gra­mie te­le­wi­zyj­nym o Ame­ry­ce po­wie­dzia­no, że tam lu­dzie usi­łu­ją sprze­dać wszyst­ko, na­wet śmie­ci. Dał ogło­sze­nie, od­zew był duży. Sprze­dał już dwa i pół ty­sią­ca po 150-200 zło­tych za sztu­kę. Co się z nimi dzie­je? Szy­mon Sto­sik ma dwie hi­po­te­zy: a) ko­lek­cjo­ne­rzy z Izra­ela sku­pu­ją sta­ran­nie roz­cię­te ko­per­ty, pła­cąc w do­la­rach; b) po­noć moż­na ku­pić w Niem­czech sku­tecz­ny płyn do zmy­wa­nia pie­czą­tek ze znacz­ków.

Wła­sny zbiór dow­ci­pów, cena 10 ty­się­cy zło­tych

„W tram­wa­ju:

– Prze­pra­szam, pani wy­cho­dzi?

– Nie, a panu?”

230 dow­ci­pów sta­ran­nie prze­pi­sa­no na ma­szy­nie. – Za­ro­bek ża­den – skar­ży się eme­ryt L.S. z War­sza­wy. – Z dzie­się­ciu ty­się­cy zło­tych, ja­kie otrzy­mu­ję, czte­ry ty­sią­ce zaj­mu­je opła­ta pocz­to­wa. Je­śli do­li­czyć do­jazd i po­wrót z pocz­ty, ko­per­tę i ma­ni­pu­la­cje, moż­na się znie­chę­cić.

Masz spra­wę we Wro­cła­wiu? Nie przy­jeż­dżaj, za­ła­twię ją za Cie­bie. Le­szek R.

„Może od­dam Panu swo­ją wro­cław­ską spra­wę, lecz mu­szę wie­dzieć, czy zna Pan nie­miec­ki i czy po­tra­fi Pan uśmie­chać się na za­wo­ła­nie?” – na­pi­sa­łem pod przy­bra­nym na­zwi­skiem do Lesz­ka R.

„Nie­ste­ty, nie­miec­kie­go nie znam, ale spra­wa jest do za­ła­twie­nia – od­pi­sał. – Są­dzę tak­że, że po­tra­fię się uśmie­chać na za­wo­ła­nie, jak też i nie”.

Na­pi­sa­łem dru­gi raz do Lesz­ka R. z proś­bą o zwie­rze­nia do re­por­ta­żu. Ma 29 lat, jego fir­ma zban­kru­to­wa­ła. Po­wo­dy: nie miał prze­bi­cia, zna­jo­mo­ści, pie­nię­dzy, nie do­stał ulg skar­bo­wych. Spró­bo­wał z czymś in­nym: na pró­bę, bez re­je­stro­wa­nia fir­my, za­mie­ścił ogło­sze­nie.

Mi­nął mie­siąc, do­stał je­den list, ktoś go py­tał o nie­miec­ki i uśmie­chy. Wy­słał więc in­for­ma­cję, w czym może po­móc jego biu­ro usłu­go­we. Klient wię­cej się nie ode­zwał. Le­szek R. są­dzi, że źle się sprze­dał. Trze­ba było na­pi­sać zde­cy­do­wa­nie: „Tak, znam obce ję­zy­ki” i: „Oczy­wi­ście, że pięk­nie się uśmie­cham”, a nie pi­sać męt­nie w sty­lu: „Spra­wa jest do za­ła­twie­nia”. „Ale uświa­do­mi­łem to so­bie do­pie­ro po­tem” – ża­łu­je.

„Mi­nął mi za­pał do pra­cy na wła­sny ra­chu­nek – koń­czy swój list Le­szek R. – Zna­la­złem etat, będę na zwy­kłej pen­sji i, jak Boga ko­cham, nikt w tym kra­ju nie na­mó­wi mnie do wzię­cia spra­wy w swo­je ręce”.

Przyj­mę re­kla­mę na an­te­nę sa­te­li­tar­ną. Mam bal­kon w cen­trum Ba­bi­mo­stu

Brak re­ak­cji.


Obo­zo­wi­sko Ru­mu­nów w po­cze­kal­ni dwor­ca War­sza­wa Wschod­nia