Detektyw Zuzia na tropieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

© Copyright by Wydawnictwo skrzat

2015

Wydanie elektroniczne

Zespół redakcyjno-korektorski:

Wydawnictwo Skrzat

Skład:

Wydawnictwo Skrzat

Projekt okładki:

Wydawnictwo Skrzat

ISBN 978-83-7915-266-7

Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51

wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl

1.

Czas mijał nieubłaganie. Zuzia rozglądała się podenerwowana, bo Natalka zawieruszyła się na dobre, chociaż przysięgała, że przymierzy tylko jedną bluzeczkę. Dlaczego dałam się namówić na chodzenie po Galerii Krakowskiej w takiej chwili? — pomyślała, bezwiednie zaciskając usta. Wyjęła telefon.

— Gdzie jesteś, Natala? — syknęła, z trudem powstrzymując napad złości.

— Jak to: gdzie? W Galerii — w słuchawce zadźwięczał zdumiony głos.

— Czy ty wiesz, która godzina?!

— Nie mam pojęcia, Zuzka — zachichotała Natalka. — Ale nie musisz się wydzierać, uszy mam w porządku.

— Za to z głową coś nie tak. NATYCHMIAST WRACAJ!

— A jak nie, to co?

— To pójdę sama i… — przerwała, czując dłoń na ramieniu.

— Skąd ta panika? — Natalka schowała telefon do kieszeni dżinsów. — Byłam tuż obok, w sklepie z drobiazgami. Zobacz, jakie fajne — podsunęła Zuzi reklamówkę z pachnącymi świecami. — Wiesz, ile takie coś kosztuje?

— Wiem, że mamy niecałe pięć minut, żeby dotrzeć na peron, więc szybko przebieraj nogami — doradziła i zaczęła biec w stronę ruchomych schodów.

Z Galerii można było dostać się bezpośrednio na dworzec, ale przejście znajdowało się na najniższej kondygnacji, a tłok w budynku panował iście wakacyjny. Po męczącym przedzieraniu się przez ludzką ciżbę, wpadły na peron, sapiąc niczym psy gończe.

— Chyba… chyba jeszcze nie przyjechał — Zuzia otarła pot z czoła.

— Na to wygląda — Natalka zajrzała do reklamówki i odetchnęła z ulgą. Świece były całe, choć uderzyła torbą o ścianę. Oczywiście, nie zrobiła tego specjalnie.

Chwilę wcześniej ciemno ubrany, chudy chłopak z granatowym plecakiem na stelażu minął ją w drzwiach, potrącając w biegu. Mruknął tylko: „Patrz, gdzie leziesz” i pognał, jakby przed kimś uciekał.

W głośniku zachrobotało, a potem rozległ się dźwięczny, kobiecy głos.

— Opóźniony pociąg pospieszny „Ślązak”, z Zielonej Góry do Przemyśla, przez Tarnów, Rzeszów, wjedzie na tor pierwszy przy peronie trzecim. Podróżnych prosimy o odsunięcie się od torów. Powtarzam. Opóźniony pociąg pospieszny „Ślązak”…

— Odsuń się od torów — Natalka pociągnęła Zuzię za rękę. — Nie słyszysz, co ta pani mówi?

— Chyba nie myślisz, że tak będę stała? Zerkam tylko, czy faktycznie już jedzie.

Po peronie spacerowało dwóch młodych policjantów, przypatrując się podróżnym. Zatrzymali się przy siedzącej na ławce kobiecie z walizką na kółkach. Jeden z nich nachylił się, pytając o coś. Kobieta pokręciła głową.

— Jedzie! Zobacz, widać przód lokomotywy! — krzyknęła rozemocjonowana Zuzia. — Zaraz będzie!

— Na razie stoi na czerwonym świetle — stwierdziła Natalka, czując niepokój. Czyżby rodziła się w niej zazdrość? Niewykluczone.

— Przepraszam — przed dziewczynkami pojawili się policjanci. — Czy któraś z was widziała szczupłego mężczyznę, lat około dwudziestu, ubranego w czarną koszulę? Miał duży granatowy plecak… — resztę słów zagłuszył łoskot wjeżdżającego pociągu. Zapiszczały hamulce.

— Co? — Zuzia przyłożyła dłoń do uszu. — Duży plecak? Nie widziałyśmy.

— A mnie się zdaje… — zaczęła Natalka.

— Chodź! — Zuzia podskoczyła radośnie. — Mówiła, że będzie w przedostatnim wagonie!

— Ale…

— No chodź! Jeszcze nam się zgubi!

— Nikogo nie widziałyśmy! — krzyknęła Natalka do grzebiącego w raportówce policjanta.

— Na pewno? — odkrzyknął tamten. — Mam tu zdjęcie, można by…

— My się bardzo spieszymy — Zuzia wyręczyła przyjaciółkę w odpowiedzi. — TAM! Tam jest! — machnęła ręką w kierunku ciągnącej dużą torbę trzynastolatki o jasnych, związanych w kitkę włosach, po czym podbiegła do niej z wrzaskiem radości.

— Paulina, tutaj! Tutaj!

— Zuzka! — przyjezdna rozłożyła ręce, chwytając Zuzię w ramiona. — Jak ja się za tobą stęskniłam!

Natalka westchnęła, spoglądając złym okiem na ubraną w błękitną sukienkę dziewczynę. Jednak jestem zazdrosna, psia kostka.

Chłopak odczekał, aż peron się wyludnił. Ostrożnie otworzył drzwi nieczynnego, peronowego kiosku i wyjrzał na zewnątrz, wstrzymując oddech. Pusto. Zarzucił na ramię plecak, a potem pomknął schodami w górę, ku parkingowi. Drugi rząd, czerwony opel corsa, gdzieś w środku.

— Długo cię nie było, Grzesiu — siedzący za kierownicą starszy mężczyzna pogroził mu palcem.

— Wszędzie węszą — usprawiedliwił się, szarpiąc za klamkę od strony pasażera. — Chyba coś wiedzą.

— Gdzie? — mężczyzna zdjął okulary przeciwsłoneczne. Lewą połowę twarzy miał sparaliżowaną po drobnym wylewie.

— Co: „gdzie”?

— Gdzie się wpychasz? — kierowca sięgnął do przycisku otwierającego bagażnik. — Wrzuć to z tyłu i spadaj.

— A jak mnie namierzą? Jak przyjdą do schroniska? Tam jest taki ruch, że jak się pojawi gliniarz po cywilu, to nawet nie zauważę — chłopak położył plecak na stercie rupieci. — Musi mnie pan gdzieś schować, chyba powinienem przeczekać.

— Pomyślałem o tym. Tu masz adres — przez okno wychyliła się dłoń z karteczką. — Uważaj na siebie, Grzesiu, bo jak coś będzie nie tak, znajdziemy cię, chłopcze i pięknie podziękujemy. No, a teraz zjeżdżaj, bo się spieszę — powiedział, przekręcając kluczyk w stacyjce.

Chwilę potem, przy wyjeździe z parkingu, zderzył się z manewrującym radiowozem. Dobrze ci tak, ucieszył się czarnowłosy młodzieniec, zwany Grzesiem i wrócił na peron.

2.

Wyszły z budynku dworca, mrużąc oczy przed słonecznym blaskiem. Zuzia westchnęła rozanielona:

— Jak mi było bez ciebie smutno, to sobie, Paula, nawet nie wyobrażasz.

— Bez przesady — mruknęła Natalka.

— Słucham?

— Usiłuję sobie przypomnieć ten twój niewyobrażalny smutek, ale chyba jem za dużo masła.

— Nie rozumiem — Zuzia uniosła brwi.

— Podobno od masła dostaje się sklerozy — uśmiechnęła się Paulina, przystając przy ławce. — Przepraszam was, dziewczyny, ale muszę dźwięknąć do mamy, że już jestem w Krakowie.

Włączyła telefon, po czym odeszła parę kroków.

— Dźwięknąć? — skrzywiła się Natalka. — Co to za słowo? Skąd wy, ludzie, jesteście?

— Z Zielonej Góry i wiesz o tym doskonale. Co cię ugryzło?

— Sama się domyśl — syknęła. — Nawet mnie nie przedstawiłaś i jęczysz do niej, jakbyś zapomniała, co razem przeszłyśmy — dodała, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.

— Och! — Zuzia klepnęła się w czoło. — Ale jestem rozkojarzona! Zaraz wszystko naprawię, a ty postaraj się być miła.

— Niby z jakiego powodu?

— Niby z takiego, że jesteś moją przyjaciółką od serca, Paulina również. Czyli, że obie jesteście… — zawahała się, szukając odpowiedniego określenia — bardzo mi bliskie. Obie tak samo, czy to jasne? Tyle, że z nią nie widziałam się parę miesięcy, a z tobą niedawno zjadłam śniadanie i łaziłam po Galerii. Nie ma o co się boczyć, zazdrośnico.

— Ja… — Natalka poczerwieniała. — To tak widać?

— Widać, widać.

Paulina podeszła do nich z telefonem przy uchu.

— Dobrze, mamo, na pewno codziennie. Ja też, pa! — uśmiechnęła się, kończąc rozmowę. — O czym tak dyskutujecie?

— O tym, że… O tym, że was sobie nie przedstawiłam. Moja wina — Zuzia westchnęła. — To jest Paulina Kozik z Zielonej Góry, kumpela z klasy — machnęła ręką. — A to Natalka Dereń z Niepołomic, też kumpela z klasy. Fajnie zabrzmiało, prawda? — parsknęła śmiechem.

— My się znamy — Paulina podsunęła Zuzi rączkę brezentowej torby. Ta chwyciła ją skwapliwie i zaczęły iść w równym rytmie.

— Doprawdy? — Natalka zmarszczyła czoło. — Nie przypominam sobie.

— Zuzia dużo mi o tobie opowiadała, więc czuję, jakbym cię znała prawie osobiście. Mówiła, że takiej, jak ty, to ze świecą szukać. O lepszej przyjaciółce trudno marzyć. Muszę się przyznać, że, hm… poczułam lekką zazdrość.

Przez chwilę żadna się nie odzywała. Natalka odkryła na własny użytek, że przyjaźnią można i trzeba się dzielić. Zuzia była dumna z tego, co powiedziała Paulina. Paulina zaś po prostu chłonęła klimat wielkiego miasta.

— Może chcecie loda? — Zuzia przerwała milczenie, pokazując na budkę w podziemnym przejściu.

— Może i chcemy — Natalka uśmiechnęła się pierwszy raz od przyjazdu z Niepołomic.

— No nie wiem. Chyba powinnam dbać o linię, co? — Paulina poklepała się po brzuchu.

— Ależ skąd! — zaprzeczyły zgodnie.

— Podobno lody wcale nie tuczą. Gdzieś o tym czytałam — dodała Natalka.

— A dokąd właściwie idziemy, Zuzka?

— Na Wawel, Paula. Do mojej mamy, przecież ci mówiłam.

— No tak — jasna kitka podskoczyła twierdząco. — To chyba daleko?

— Możemy wziąć taksówkę, jeśli ci ciężko chodzić z torbą. Ale wtedy nie starczy mi na lody. No i nie zobaczysz Starego Miasta.

— W takim razie wolę lody. A ewentualne kalorie spalą się po drodze — zadecydowała Paulina. Co prawda przyjechała tu na dwa tygodnie, więc na zwiedzanie czasu było sporo, jednak Kraków oglądany zza szyby taksówki zdecydowanie tracił na uroku.

 

Policjant długo przyglądał się rozbitemu reflektorowi. Nieznośnie długo. Dotykał wgnieceń w blasze, stukał palcami w pęknięcia, kucał, wstawał, znowu kucał.

— Ale masz pan pecha, panie kierowco — mruknął w końcu. — Trochę będzie kosztowało.

— Zdejmie się z ubezpieczenia — mężczyzna zerknął na zegarek. Dawno powinien być w domu. — Żaden problem.

— Pił pan coś? — zagaił drugi mundurowy.

— JA? No co pan, panie kochany — żachnął się zapytany. — Jestem trzeźwy jak noworodek.

— Z tym ostatnio różnie bywa — policjant sięgnął do schowka w radiowozie, wyjmując stamtąd elektroniczny alkomat. — Niech pan dmuchnie na wszelki wypadek. Będzie dobrze, to skończy się na mandacie za spowodowanie kolizji przez nieostrożną jazdę.

— A jeśli nie?

— Ma pan jakieś wątpliwości? — policjant uniósł brwi.

— Skądże znowu — kierowca poczerwieniał. — Tak tylko pytam, z ciekawości. Ja, proszę pana, jestem szanowanym obywatelem, naukowcem — oświadczył, obracając w dłoni alkomat. — Pracuję na uniwersytecie.

— Naukowiec też człowiek. A w dowodzie tylko nazwisko Wyder Hieronim napisali, żadnych tytułów — policjant powachlował się czapką. — Zresztą nie święci garnki lepią, prawda Jurek?

— Prawda — potwierdził kolega. — Niechże pan dmucha, z łaski swojej, bo się od tego gorąca ugotujemy.

3.

Zamek na Wawelu przywitał je wielojęzycznym gwarem i trudnym do zniesienia tłokiem. Ludzie, wszędzie ludzie, wolno przesuwający się w niewyobrażalnie długich kolejkach. Młodzi i starzy, rodziny z dziećmi albo rozgadane grupy wycieczkowe, czasem samotni entuzjaści, wypatrujący w milczeniu ukrytej w murach historii. Odnosiło się wrażenie, że pół Europy zjechało do Krakowa i niemal wszyscy znaleźli się właśnie tutaj.

— Jakie cudne zamczysko! — Paulina rozpływała się w zachwycie. — Nie wierzyłam, że kiedykolwiek je zobaczę.

— Uważaj, bo ci głowa odpadnie od tego rozglądania się — zachichotała Natalka.

— Może potrzeba przewodnika? — zagaił starszy pan z siwym wąsikiem, siedzący na ukrytej w cieniu ławce. Ze skórzanej, sfatygowanej teczki, którą trzymał na kolanach, wystawały kolorowe foldery.

— Ślicznie dziękujemy, ale nie skorzystamy — odpowiedziała Zuzia uprzejmie. Codziennie ktoś ją zaczepiał w tej sprawie i codziennie powtarzała to samo.

— Ale ze mną nie będziecie stały w kolejce do kasy. A to ze dwie godziny zejdzie. Poza tym nikt wam takiej wiedzy nie przekaże, jak dyplomowany przewodnik. To jak? — staruszek nasunął daszek kolorowej czapki na czoło, chwycił leżącą na ławce kremową kurtkę i wstał, gotów oprowadzać po zamku.

— Poradzimy sobie, proszę pana.

— Śmiem wątpić.

— Ale my nie zwiedzamy — odezwała się Natalka.

— Nie? — zdziwili się jednocześnie staruszek i Paulina.

— Nie — Zuzia szarpnęła za rączkę torby, przez co jej zielonogórska przyjaciółka omal się nie przewróciła. — Jesteśmy tu, hm, służbowo. Moja mama…

— Ach, to ty — skrzywił się przewodnik. — Córka konserwatorki, mówili mi o tobie — odstawił teczkę.

— Co mówili?

— Że wszędzie wtykasz nosa, ot, co mówili, moja panno — rzucił kurtkę na ławkę i usiadł zasapany. Najwyraźniej brakowało mu kondycji.

— Też coś — fuknęła Zuzia. — Wtykam nosa, ciekawe. Ja po prostu interesuję się historią, proszę pana.

— Tak? — krzaczaste brwi uniosły się ponad oprawki staromodnych okularów. — W takim razie musiałaś słyszeć co nieco o Santim Guccim.

— O kim?

— Czyli jednak nie — machnął ręką, po czym ściszył głos. — Ale gdybyś coś, ekhm — odkaszlnął — usłyszała, rozumiesz, dziwnego, wróć, to pogadamy.

— Wątpię — dziewczynka odgarnęła rudy kosmyk znad czoła. — Musimy już iść, do widzenia.

— E tam — mruknął staruszek zawiedziony. Kiedyś było całkiem inaczej, ludzie garnęli się do wiedzy jak, nie przymierzając, gołębie do okruszków chleba. Świat schodzi na psy.

Opel corsa, ze sporym wgnieceniem maski po stronie pasażera, zatrzymał się na płatnym parkingu, należącym do trzygwiazdkowego hotelu, mieszczącego się piętnaście minut drogi od Rynku Głównego. Zaraz pojawił się boy hotelowy.

— Dzień dobry, panie profesorze — przywitał się z daleka, w pośpiechu zabawnie przebierając nogami.

— Dobry? Chyba żartujesz — kierowca skinął głową, pokazując uszkodzoną blacharkę.

— Ojejku! — boy stanął jak wryty i załamał ręce. Rękawy liberii odsunęły się, ukazując złote spinki przy mankietach białej jak śnieg koszuli. W słońcu błysnęła bransoleta drogiego zegarka.

— Nie chwal się, Zdzinek, tymi podróbkami, tylko chwytaj za bagaż — profesor otworzył bagażnik.

— To nie podróbki, proszę pana. Ale ciągle nie powiedział pan, co się stało — chłopak okrążył samochód, kręcąc głową.

— Jak się będziesz tak wszystkim, Zdzinek, interesował, to kociej mordki dostaniesz. Chwytaj — drżącym palcem wskazał granatowy plecak.

Urażony boy szarpnął za stelaż.

— Coś dzwoni w środku — stwierdził. — Jakieś żelastwo pan wozi?

— Nieś do pokoju — trzasnęły zamykane drzwi samochodu, potem rozległo się kliknięcie centralnego zamka i alarmu.

— Ale…

— Za dużo chciałbyś wiedzieć — profesor wsunął Zdzinkowi banknot dwudziestozłotowy do kieszonki marynarki. — To, żebyś przestał już trajkotać.

— Rozumiem — boy udał, że się uśmiecha, jednak w głębi ducha kipiał ze złości. Zaraz pogada z kelnerami, już oni wiedzą, jak nauczyć niewychowanego gościa podstaw kultury. Pieniądze wszystkiego nie załatwią, profesorku od siedmiu boleści — pomyślał, otwierając drzwi windy.

Mężczyzna o lekko zniekształconej twarzy wszedł do niej raźnym krokiem i, całkowicie ignorując tabliczkę z kategorycznym zakazem, zapalił papierosa.

4.

Dwudziestolatek, którego profesor Wyder nazywał Grzesiem, przemierzał jeden z niedostępnych dla zwiedzających korytarzy królewskiego zamku. Kręcący się tu i ówdzie robotnicy obrzucali młodego mężczyznę niechętnymi spojrzeniami, po czym wracali do pracy. Remont powinien się skończyć parę dni temu, a szef straszył cięciem planowanej premii. Każdego, kto się tutaj pojawił, traktowano jako intruza, jednak ciemnowłosy chłopak stanowił szczególne zagrożenie. Pytała o niego policja.

Grześ zajrzał do niewielkiej komnaty. Wąskie okno zasłonięte było folią malarską, ale braki w oświetleniu rekompensował umocowany pod sufitem mocny reflektor. Na rozstawionym pod ścianą rusztowaniu siedział korpulentny osobnik w roboczym fartuchu. Płaskim pędzlem, pełnymi gracji ruchami, nakładał pastelową farbę na fragment gipsowej sztukaterii.

Chłopak chrząknął znacząco. Malarz odwrócił się do niego, przesunął okulary ochronne na czoło i zamrugał zaskoczony.

— Dzień dobry, panie Witku — młodzieniec przymknął za sobą drzwi.

— Nie powinieneś tu przychodzić. Przynajmniej na razie — mężczyzna zdumiewająco zwinnie zeskoczył na przykrytą kartonami podłogę.

— Coś się stało?

— A stało się, stało. Musiałeś, bracie, komuś wpaść w oko. Było tu dziś rano dwóch mundurowych z twoim zdjęciem. Węszyli jak te psy.

— Wiem, przez pół miasta za mną jeździli — chłopak uśmiechnął się kpiąco. — Ale to cieniasy, panie Witku. Zgubiłem ich na dworcu.

— Czego chcesz?

— Profesor wziął towar, tyle że pieniążków nie dał. Tylko adres kobiety, co ma mnie przechować.

— Będzie tego więcej, możesz mu powiedzieć. A teraz idź, bo jeszcze cię ktoś rozpozna — malarz nerwowo oblizał wargi.

— To jak mam to odbierać, jeśli mi przychodzić nie wolno? Może umówimy się gdzieś na mieście?

— Odpada. Rewidują nas na koniec roboty, bardzo skrupulatnie… — w korytarzu rozległy się szybkie kroki. Kobieta. — Schowaj się — syknął malarz.

— Gdzie? — Grześ rozejrzał się z paniką w oczach. Zobaczył stertę kartonowych pudeł i rzucił się za nie rozpaczliwym szczupakiem. Źle wymierzył odległość, przez co grzmotnął głową o ścianę. Z ust wyrwał mu się krótki jęk boleści.

W drzwiach stanęła szczupła kobieta o kasztanowych, krótko przyciętych włosach. Zza dekoltu białego kombinezonu wystawał kołnierzyk zielonej, jedwabnej bluzeczki. Nogi miała obute w robocze trzewiki.

— Przerwa, panie Witku? — zapytała, wdzięcznie przechylając głowę.

— Tak jakby — mężczyzna wyłowił z kieszeni zawiniętą w papier kanapkę. — Się robi, to się jeść chce. Stało się coś, pani Madziu? — odgryzł kęs chleba, przeżuł i połknął z trudem.

Magdalena Nadobna popatrzyła na leżące na rusztowaniu narzędzia.

— Dłutko mi się złamało. Płaska dwójeczka. Nie ma pan przypadkiem?

— Stolarskie?

— Mhm.

— Coś się znajdzie — malarz pogrzebał w stojącej na rusztowaniu skrzynce. — Może być? — pokazał konserwatorce wąskie dłuto.

— Właśnie o takie mi chodzi — rozjaśniła się kobieta. — Jutro kupię nowe, to panu oddam.

— Nie ma potrzeby — pan Witek machnął ręką. — I tak go nie używam, niech będzie prezent… — urwał na moment, ponieważ zza pudeł dobiegł szmer. — Niech będzie prezent ode mnie, pani Madziu! — powtórzył głośno.

— Czy tam… — mama Zuzi zrobiła niezdecydowany krok w stronę źródła hałasu.

— Tam niczego nie ma — malarz wpadł jej w słowo. — Chyba, że mysz. Zdaje mi się, że rano jakąś tutaj przyuważyłem.

— No, jeżeli mysz, to trzeba się jej pozbyć — złożyła ręce jak do modlitwy. — Kto to widział, żeby szkodniki hasały po Wawelu!

— Już ja się dziadostwa pozbędę — warknął, uderzając pięścią w otwartą dłoń. — Więcej się tu nie pojawi!

— W takim razie do widzenia, panie Witku — Magdalena Nadobna zerknęła niepewnie na miejsce mysiej kryjówki. — Aha, gdyby pan widział Zuzię, proszę jej powiedzieć, że poszłam do kierowniczki, wie pan której. Niech poczeka.

— Kierowniczka ma poczekać?

— Ha, ha — zaśmiała się niewesoło. — Dobry żart. Jeszcze raz wielkie dzięki i powodzenia w polowaniu na mysz.

Wyszła, oddychając z ulgą. Jej tolerancja wobec istnienia myszy w otoczeniu człowieka była, delikatnie mówiąc, bliska zeru.

5.

Paulina Kozik była wniebowzięta. Dwa lata wcześniej miała okazję pojechać do Krakowa ze szkolną wycieczką, ale akurat wtedy zaraziła się grypą od młodszej siostry, Agaty. Długo nie mogła jej tego wybaczyć. Ogarnęła ją taka złość, że nie była w stanie słuchać wycieczkowych opowieści ani nawet oglądać zdjęć. Pokłóciła się wówczas z Zuzią i nie odzywały się do siebie przez całe cztery dni. A potem Zuzia przyniosła jej gipsowego, pomalowanego na zielono smoka.

— Miałam ci go dać zaraz po przyjeździe — powiedziała, wyjmując figurkę z torebki.

— Co to za straszydło? — najeżyła się Paulina. Znów poczuła żal do świata.

— Smok wawelski na pamiątkę. Kupiłam pod Sukiennicami, żebyś też poczuła się trochę… wycieczkowo. Podoba ci się?

— Mhm — Paulina odstawiła smoka na półkę z książkami.

Po wyjściu Zuzi, niby przypadkiem, strąciła go na podłogę.

— Och, jaka tragedia — mruknęła, wrzucając gipsowe kawałki do kosza. Dopiero teraz poczuła ulgę. Złość nareszcie znalazła ujście.

Tak było przed dwoma laty. Teraz Paulina miała nadzieję, że po powrocie będzie miała co opowiadać. Nie przewidziała jednak, jak wiele się tego uzbiera. Szła za Zuzią i Natalką przez wawelski dziedziniec z przerzuconą przez ramię okropnie ciężką torbą podróżną.

— Zdaje się, że miałaś mi pomagać — przypomniała przyjaciółce.

— No to dlaczego nic nie mówisz? — parę minut wcześniej przystanęły na chwilę, zaczepione przez dwoje starszych, anglojęzycznych turystów. Zuzia wytłumaczyła im jak dojść pieszo na Kazimierz, a potem zwyczajnie zapomniała o obietnicy wspólnego dźwigania klamotów Pauliny. — Zresztą, jeszcze kawałeczek i sobie odsapniemy.

— Jak przyjdzie pora, zadzwonię — malarz spojrzał na Grzesia nad wyraz krytycznie.

— Co mi się pan tak przygląda? — chłopak zdjął z twarzy pajęczynę.

— Musisz zmienić wygląd, za bardzo rzucasz się w oczy.

— Zmienić wygląd? Operację plastyczną mi pan zafunduje? — zapytał, widząc, że mężczyzna sięga do portfela.

— Wystarczy wizyta u fryzjera i inne ciuchy, może okulary.

— Oczy mam w porządku — młodzieniec wzruszył ramionami. — Chyba że zerówki w złotej oprawce. — Policzył banknoty i dodał: — Albo w plastikowej.

— Idź już. I zgól tę kretyńską bródkę.

Grześ włożył pieniądze do kieszeni dżinsów, rozejrzał się, a potem ściszył głos.

 

— Jak się nazywał ten gość od schowka?

— Który?

— Żartuje pan? Przecież że ten krakowski da Vinci.

— Santi Gucci. Tyle, że z niego żaden da Vinci, nie ta klasa.

— Ale skarbów naskładał. Musiał mieć niezły łeb.

— Aha — uśmiechnął się malarz. — Dzięki temu łbu pożyjemy jak królowie.

— My jak my, prędzej profesor — westchnął chłopak, otwierając drzwi. — To niech pan dzwoni, jakby co.

Komnata była zamknięta. Zuzia zastukała delikatnie raz i drugi, ale za drzwiami panowała cisza.

— Chyba gdzieś poszła — stwierdziła, oparłszy się o ścianę.

— Uważaj, bo się wysmarujesz — Natalka pokazała stojące opodal wiaderka z farbą. — Świeżo malowane.

Zuzia odsunęła się prędko, odruchowo otrzepując tył bluzki.

— Niczego nie widać — uspokoiła ją Paulina. — Pewnie już wyschło.

— Może zadzwonisz? — podpowiedziała Natalka.

— No tak — Zuzia wyjęła telefon i wcisnęła klawisz połączenia. Zza drzwi dobiegła przytłumiona melodyjka. — No tak — dziewczynka wyłączyła telefon i melodyjka umilkła. — Cała mama. Zostawiła komórkę i ma w nosie, że jesteśmy zmęczone po podróży.

— I głodne — Natalka poklepała się po brzuchu.

— Wy? TO JA jestem zmęczona po podróży i głodna — oburzyła się starsza Kozikówna. — A w dodatku muszę się wykąpać. Prawie osiem godzin w pociągu, macie pojęcie, ile to jest?

— Noo… — Natalka podrapała się w ucho, udając głębokie zamyślenie. — Jedna trzecia doby, zgadłam?

— Właśnie! Zrób więc coś Zuza, ty tu jesteś szefową — Paulina spojrzała na przyjaciółkę z wyrzutem.

Zuzia w myślach przyznała jej rację. Jest szefową i powinna coś zrobić. Trzeba odnaleźć mamę i poprosić, by je zawiozła do Niepołomic. Paulina weźmie prysznic, przebierze się, a potem zjedzą obiad. Pani Zosia, mama Natalki, obiecała pierogi z serem i śmietaną, takie, jak lubi. Wielkie, mięciutkie i z rodzynkami.

— Zaczekajcie tutaj — zadecydowała. — Pójdę zapytać pana Witka, może coś wie.

— Pana Witka?

— Znajomy mamy, malarz, trochę artysta. Pracuje tutaj.

— Znajomy? Czy on…? — Paulina zmrużyła oko. — Czy twoja mama…?

— Nie, on nie — burknęła Zuzia. — Ten temat jest na razie zamknięty, Paula.

Machnęła ręką i odeszła szybkim krokiem. Zbiegła po schodach. Piętro niżej, na korytarzu minęła zamyślonego chłopaka, niechcący trącając go ramieniem.

— Przepraszam — uśmiechnęła się krzywo.

— Santi Gucci — szepnął czarnowłosy młodzieniec. Z wyglądu przypominał Pawła Derenia, pewnie słuchali tej samej muzyki.

— Że co?

— Że nic. To znaczy, nic nie szkodzi — machnął ręką.

— Powiedział pan „Santi Gucci” — podniosła brwi, przypomniawszy sobie słowa przewodnika spod Wawelu. — To coś znaczy?

— Przesłyszałaś się, mała — chłopak podrapał się w ucho. — A poza tym, obcym wstęp wzbroniony, widziałem na dole tabliczkę.

— To chyba o panu, nie o mnie. Ja nie jestem tu obca — zmierzyła go zimnym spojrzeniem. — Do widzenia.

— No, cześć — odpowiedział, odchodząc, zajęty obmyślaniem strategii na najbliższe godziny.

Żadne z nich nie wiedziało, że los wkrótce każe im stanąć naprzeciw siebie. I że okoliczności tego spotkania nie będą przyjemne.

6.

Dochodziła piętnasta, gdy Hieronim Wyder kończył katalogowanie kosztowności znalezionych w skrytce Gucciego. „17 — złoty pierścień z rubinem” — napisał w notesie, obejrzał klejnot raz jeszcze i podrzucił w dłoni z uśmiechem zadowolenia. „Około piętnastu gram” — zanotował skrzętnie. Zakleił taśmą kartonowe pudełko po butach, ułożył je w walizce obok dwóch podobnych, po czym zaszyfrował zamek. Sam diabeł tego nie otworzy, pomyślał wzdychając. Popatrzył na pusty plecak, usiadł przy stoliku i po chwili wysłał do Grzesia krótką wiadomość tekstową:

O 16TEJ W RECEPCJI NAZWISKO GRONOSTAJ KONIECZNIE

— Pora zejść na obiad — powiedział do siebie chwilę później, szorując szczoteczką namydlone dłonie. Z łazienkowego lustra spoglądała na niego zmęczona, chora twarz. Leczenie będzie kosztowne, być może nieudane, ale czego się nie robi dla ukochanej osoby. Tą ukochaną osobą był on sam i nikt inny nigdy się nie liczył. Nawet matka, której obiecał być dobrym człowiekiem. Ludzie lubią być okłamywani.

Ledwie samochód zatrzymał się pod bramą, Natalka wyskoczyła zeń niczym torpeda.

— A ty dokąd?! — zawołała Zuzia.

— Posprzątać! — odkrzyknęła niepołomiczanka, znikając w drzwiach domu.

Dopiero po drodze uzgodniły, że Paulina zamieszka w jej pokoju, bo przecież u Zuzi i pani Nadobnej nie ma miejsca na trzecie łóżko. Natalka wydawała się być zaskoczona takim obrotem sprawy. Wcześniej nie zastanawiała się, jak to będzie, gdy Paulina przyjedzie. Stąd ta panika.

Zuzia otworzyła bagażnik, wyjmując torbę.

— Trzymaj, Paula, twoje bambetle.

— Sama masz bambetle — roześmiała się Paulina, zerkając z ciekawością na dom, pod którym wysiadły. Z miejsca się jej tu spodobało. — Ja mam porządne rzeczy — mówiła, rozglądając się po okolicy. Wciągnęła powietrze, pachniało inaczej niż w Zielonej Górze.

— Hej — mama Zuzi wychyliła się z okna samochodu. — Idźcie się rozpakować, a ja pojadę jeszcze na chwilę do sklepu po szampon i parę drobiazgów. Miałam to zrobić w Krakowie, ale oczywiście musiałyście mnie tak poganiać.

— Oczywiście musiałyśmy — zgodziła się córka.

Z domu wyszła uśmiechnięta kobieta w średnim wieku, ubrana w różowy dres i krótki, kuchenny fartuszek. Rozłożyła ramiona w powitalnym geście.

— Zapraszam — kiwnęła głową. — Pierogi prawie doszły.

— To jest właśnie ta Paulina, o której pani mówiłam — Zuzia szturchnęła przyjaciółkę w plecy, żeby się ukłoniła. — A to pani Zosia Dereń, nasza gospodyni, mama Natalki i Pawła.

Kobieta wytarła dłoń o rąbek fartuszka i podała ją Paulinie, potrząsając mocno.

— Wszystkie jesteście takie chude, że wstyd — stwierdziła. — Plaga jakaś, czy jedzenie nie takie? Ani swojej Natalki odpaść nie mogę, ani Zuzi, choć od kwietnia próbuję. Może z tobą sobie poradzę, hm?

— Ja tylko na dwa tygodnie, proszę pani — roześmiała się Paulina. — Chyba nie zdążę przytyć, ale obiecuję, że spróbuję.

— Takie odpowiedzi lubię — gospodyni odgarnęła grzywkę z czoła i, przepuściwszy dziewczęta przodem, zamknęła drzwi. — Zuzka cię zaprowadzi — powiedziała. — Odśwież się szybko, bo pierogi nie lubią czekać. Niech no się mój synek do nich dobierze, to ani się obejrzymy, jak poznikają.

Brzęk sztućców, gwar rozmów, pełna obsługa. Profesor uwielbiał restauracje. Nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł domowy obiad, chyba jeszcze jako adiunkt1. Było mu z tym dobrze, a gdyby nie ten niespodziewany wylew, byłoby mu jeszcze lepiej. Minęło jedenaście miesięcy, a paraliż nie ustępował. Jeżeli nie wyjedzie do USA, szansa na wyleczenie będzie malała z każdym rokiem.

Jedenaście miesięcy temu kierował grupą archeologów badających okolice zamku w Pińczowie. Wraz z trzema studentami odkrył wejście do podziemnych lochów. Tam, w zamurowanej w ścianie szkatułce, znaleźli sporo złotych monet oraz rękopis Santiego Gucciego. Rękopis, który doprowadził go na Wawel.

Z lochów wrócił w towarzystwie Grzesia, a tamtych dwóch uznano za zaginionych. Wkrótce potem, na skutek silnych emocji krew uderzyła mu do mózgu. Przeżył, więc kara nie była nazbyt surowa.

— Dewolajek2 dla szanownego pana — głos kelnera oderwał go od wspomnień. Na stole wylądował talerz z usmażonym na złoto mięsem, frytkami i surówką z kapusty.

— Zamawiałem schabowego z ziemniakami — oburzył się profesor, odsuwając talerz. — I do tego buraczki. Przecież pan wie, panie Władziu, że nie jadam kapusty, a frytki ranią mnie w podniebienie.

— Niestety ziemniaczki się skończyły, schabowe takoż — starszy kelner Władysław Mądrzyk wypiął pierś, prezentując swą nieugiętość.

— To po grzmota, żeś pan przyjmował takie zamówienie! — zdenerwował się Wyder. — Zabieraj pan stąd to, coś przyniósł, bo wezwę kierownika. Albo zjem, na co mam ochotę, albo zacznę się stołować u konkurencji i wtedy dopiero pan zobaczysz!

— Skoro tak, to się robi, proszę szanownego pana — powiedział kelner, kłaniając się przesadnie głęboko. — Sam tego chciałeś, cwaniaczku — dodał, wchodząc do kuchni. — Zdzinek, jest jak mówiłeś — poinformował jedzącego obiad boya. — Zaraz mu przyrządzę taki zestaw, że nas od patrzenia zemdli. Dawaj resztki ze zmywaka.

Zdzinek zatarł dłonie, uśmiechając się triumfalnie. Zemsta jest rozkoszą bogów — pomyślał nie bez racji. Nie wiedział tylko, że właściciel hotelu kilka dni temu wydał sporą sumę na dyskretny monitoring3 całego budynku i że jedna z kamer skierowana jest właśnie na niego.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?