Basia. Wielka księga przygód 4

Tekst
Z serii: Basia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Basia. Wielka księga przygód 4
Basia. Wielka księga przygód 4
E-book
29,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tekst:

Zofia Stanecka

Ilustracje:

Marianna Oklejak

Logo serii i projekt graficzny:

Dorota Nowacka

Wydawca:

Agnieszka Betlejewska

Korekta:

Bożenna Kozerska

Produkcja:

Jolanta Powierża

tekst © Zofia Stanecka

© HarperCollins Polska sp. z o.o.,

Warszawa 2021

Wszystkie prawa zastrzeżone,

łącznie z prawem reprodukcji części

lub całości dzieł w jakiejkolwiek formie.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem

należącym do HarperCollins Publishers, LLC.

Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane

bez zgody właściciela.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

ISBN 978-83-276-7114-1

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink



Basia podciągnęła spodnie od piżamy, wzięła pod pachę Miśka Zdziśka i podreptała do pokoju rodziców.

– Dziś zasypiam z wami – oświadczyła. Wdrapała się na łóżko i umościła między rodzicami.

– Najlepiej mi się śpi w waszym łóżku – dodała. – A wam też się przyda, jak nie będziecie tacy samotni beze mnie.

– Całkiem dobrze sobie z Mamą radzimy, kiedy jesteśmy razem – mruknął Tata.

– Wiem, wiem. – Basia poklepała go po ręce. - Ale ze mną będzie wam jeszcze lepiej. Dziadek mówi, że jestem milutka. Misiek Zdzisiek też tak uważa. I jest ciekawy, co nam dziś opowiecie na dobranoc. Może coś o mnie? On bardzo lubi o mnie słuchać. Na przykład o tym, jak byłam całkiem mała. Taka malutka jak ziarenko piasku, a potem jak kamyczek, a jeszcze potem jak kijanka, żabka i wreszcie jak Franek. Tylko trochę mniejsza. Albo o tym, jak był w domu remont.


– Oj, tak. Tego nie da się zapomnieć – wtrąciła Mama. – Myślałam, że nigdy się nie skończy!

– Przyszedł pan Wojciech, który wcale nie miał złotej rączki i chlapał farbą, i wiercił wiertarką. Wrrr!!! – entuzjazmowała się Basia.

– Wlll? – dobiegło z łóżeczka Franka. – Nanek ce wlll!

– No pięknie. – Mama westchnęła. – Teraz zamiast jednego będziemy mieli aż dwoje milutkich dzieci w łóżku.

– Dlaczego dwoje? A ja?! – W progu pokoju stał Janek. Nie bardzo długo stał, bo szybciutko wskoczył obok Basi.

– Teraz to raczej prędko nie zaśniemy. – Tata się roześmiał.


Miał rację. Bo tyle jeszcze zostało do opowiedzenia! Na przykład o tym, jak Janek zbierał karty piłkarskie, a Mama grała w piłkę. Albo o wyprawie do lasu. I o wycieczce do muzeum. A jeszcze o wizycie w bibliotece i o robieniu zwierzaków na choinkę. No i o nartach! Basia słuchała tego wszystkiego bardzo zadowolona. Myślała o tym, że nie ma lepszych opowieści od tych, które mówią o niej samej!




– Musimy zrobić remont – oznajmiła Mama przy kolacji.

– Porozmawiamy o tym jutro, dobrze? – poprosił Tata.

– Kran w łazience kapie – ciągnęła niezrażona Mama – woda w toalecie źle spływa, kontakt nad blatem nie styka, a dziś odpadła klamka w drzwiach do salonu. Nie da się żyć w domu, w którym wszystko się psuje!

– Dziś nie mogę o tym myśleć. Jestem taki zmęczony, że nie pamiętam nawet, jak się nazywam.

Basia wdrapała się Tacie na kolana.

– Jesteś Tata Jacuś – przypomniała – który umie wszystko naprawić. Na przykład pozytywkę od Dziadka Henryka. Prawda?

Tata uśmiechnął się krzywo.

– Bo wiesz, Tato... – Basia spojrzała na niego poważnie – nie da się żyć w domu bez pozytywki.

Temat remontu wrócił następnego dnia. Tym razem przez imponujących rozmiarów rysunek przedstawiający fioletowego żółwia, który pojawił się na ścianie nad łóżkiem Basi.

– Skąd on się tu wziął? – spytał Tata.

Basia rozejrzała się, jakby szukała odpowiedzi w kącie lub na suficie.

– Sam wszedł na ścianę? – zaryzykowała w końcu.

– Szkoda, że sam z niej potem nie zszedł – mruknęła Mama.


– Na pewno pomożesz mu zejść, Tatusiu – powiedziała Basia z przekonaniem. – Przecież ty wszystko umiesz naprawić. Wszyściutko!

Tata stał chwilę bez słowa, a potem ruszył na poszukiwanie gąbki. Żółwia zmywali razem – on i Basia. Kiedy skończyli, Basia spytała:

– Czy zrobiliśmy remont?

– Po remoncie wszystko jest nowe, czyste i piękne – powiedziała Mama rozmarzonym głosem.

Basia westchnęła. Żółw zamienił się w sporą bladofioletową plamę, która była, co prawda, nowa, ale zdecydowanie nie czysta.


Katastrofa wydarzyła się parę dni później. Basia wstała wcześnie rano i pognała do łazienki. Otworzyła drzwi i... Plask! Wdepnęła w coś mokrego.

– Mamo!!! – krzyknęła. – Janek znowu nasikał na podłogę! To jest o-brzyd-li-we!

Zaspana Mama stanęła w progu łazienki.

– Jacku, chodź tu szybko! – zawołała na widok wypływającej spod wanny, stale powiększającej się kałuży.

Basia pobiegła po Janka. Nie mogła dopuścić, żeby spał, kiedy w domu jest prawdziwy potop!

– Muszę zakręcić wodę – powiedział Tata, gdy wygramolił się spod wanny mokry i czerwony na twarzy. – I masz rację – zwrócił się do Mamy. – Trzeba zrobić ten remont.


– Teraz? Zaraz? Zrobisz go sam? – dopytywała Basia.

– Wezwę fachowca – odpowiedział Tata. – Umiem leczyć ludzi i bawić się z wami. Potrafię grać na gitarze, rozpalać ognisko, prowadzić samochód. Ale rur, Basiu, nie umiem naprawiać. Lepiej, żeby zajął się tym hydraulik.

– A kontaktem? – spytał Janek.

– Elektryk.

– A ścianą? – dopytała Basia.

– Potrzebujemy złotej rączki, który zajmie się wszystkim naraz – zawyrokowała Mama.

Basia wstrzymała oddech. Czy to znaczy, że przyjdzie do nich ktoś, kto ma rękę ze złota?

Po zakręceniu wody Tata z Mamą zaczęli dzwonić do znajomych, żeby znaleźć kogoś, kto najlepiej zajmie się ich mieszkaniem. Nie było to proste, bo wszystkie najlepsze ekipy były zajęte. W końcu jednak zdobyli potrzebny telefon.

– Przyjdą za dwa dni – powiedziała Mama. – Do tego czasu powinniśmy zabezpieczyć książki i spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Podczas remontu zamieszkamy u Babci.

Basia i Janek byli tym wszystkim tak przejęci, że przez cały weekend kłócili się, plątali rodzicom pod nogami i nie mogli spać. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy wcześnie rano w poniedziałek ktoś załomotał do drzwi.


– Ja otworzę! – zawołała Basia i pierwsza pognała do przedpokoju. – Kto tam? – spytała.

– Wojciech. Byliśmy umówieni – zadudniło z zewnątrz. Basia otworzyła i... cofnęła się. Na progu stał największy mężczyzna, jakiego w życiu widziała. Zwalisty, ubrany w rozpięty u góry szary kombinezon roboczy upstrzony kleksami farby. Na szerokiej klacie rozciągnięty miał siatkowy podkoszulek, przez którego dziurki wystawały kłaczki. Basia przyjrzała mu się z uznaniem. Pozostawało jeszcze sprawdzić rzecz najważniejszą.

– Czy masz złotą rączkę? – spytała.

– A jakże! – zadudnił olbrzym i wyciągnął przed siebie dłonie. – Te ręce są ze złota. Wszystko naprawią.

Basia przyjrzała im się uważnie. Były ogromne, ale – ku jej rozczarowaniu – zupełnie zwyczajne.


Tymczasem zza wielkoluda wysunął się drobny mężczyzna z rudawym wąsikiem i zwrócił się do rodziców:

– Piotr jestem. Remoncik zrobimy jak ta lala. Tylko najpierw obejrzymy mieszkanko, jeśli państwo szanowni pozwolą. – I, nie czekając na odpowiedź, ruszył przed siebie korytarzem. Chodził po całym domu, pstrykał wyłącznikami, szarpał za kable, opukiwał kafelki, otwierał szafki, cmokał, sykał i zapisywał coś w wysłużonym notesie.

 

– Oj, ruinka, ruinka – powiedział zachwyconym głosem, kiedy obszedł już całe mieszkanie. – Kabelki stare, armatura do wymiany...

– Może przejdziemy do kuchni – zaproponował Tata. – Omówimy sprawy finansowe i przewidywany czas trwania remontu.


Po południu Mama zabrała Basię i Janka do supermarketu budowlanego. Umówiła się tam z panem Wojciechem na wybieranie farb.

Sklep był gigantyczny i pełen prawdziwych skarbów: wanien, pryszniców i umywalek, klamek, uchwytów i kurków, kafelków, dywanów i desek, farb, klejów oraz najrozmaitszych narzędzi. Franek wyciągał rączki do wiertarek i pohukiwał z ekscytacji, a Basia z Jankiem wchodzili do kabin prysznicowych, kręcili złotymi kurkami, otwierali wystawione na sprzedaż drzwi i siadali na stojących luzem muszlach klozetowych.

– Czy możemy wymienić wszystko w całym domu? – dopytywała Basia.

– Nie możemy – odpowiedziała Mama. Wyglądała na zdenerwowaną. Basia zupełnie tego nie rozumiała. Przecież to Mama chciała, żeby wszystko było nowe i czyste!

W dziale z farbami czekał na nich pan Wojciech. Podczas gdy Mama wybierała kolory farb, Basia i Janek poszli zwiedzać sklep. Basia obejrzała tapety, a potem zajęła się wypróbowywaniem na podłodze wałków malarskich. Janek w tym czasie usiłował policzyć gwoździe wsypane do wielkiego pudła. Gdy Mamie udało się ich znaleźć, wcale nie byli zadowoleni.

– Lubię remonty – powiedziała Basia.

– Są lepsze niż odrabianie lekcji – przyznał Janek.

Mama milczała, zamyślona głęboko po odejściu od kasy.


Nocowanie u Babci było całkiem zabawne. Przynajmniej przez pierwsze dwie noce. Potem okazało się, że w tym domu jeszcze bardziej nie można rzucać na ziemię zużytych skarpetek i zostawiać byle gdzie papierków i kawałków plasteliny. Basia już trzeciego dnia zaczęła tęsknić za swoim własnym pokojem, nawet zabałaganionym i niewyremontowanym. Mama chyba czuła to samo, bo w czwartek po południu zaproponowała Basi:

– Co powiesz na odwiedzenie naszego mieszkania?

Basia nie mogła się już doczekać, kiedy zobaczy piękne, nowe i czyste mieszkanie. Wbiegła na piętro i zatrzymała się zdumiona. Drzwi były uchylone, wycieraczka przekrzywiona i brudna od pyłu, a z wnętrza dobiegały dźwięki wiertarki i głośna skoczna muzyka puszczona z magnetofonu.

– Dzień dobry! – zawołała Mama w głąb mieszkania, otwierając drzwi.

Muzyka nie umilkła, za to doszło do niej lekko fałszywe podśpiewywanie.

– I tra la la, i riki, tiki, tak! – wył ktoś cienkim głosem w rytm wiercenia i stukania.

Basia zafascynowana wpatrywała się w rozciągające się przed nią pobojowisko. Na podłodze leżała wymięta folia malarska pokryta gruzem i odciskami wielkich, umazanych w farbie butów. W kątach leżały butle z niedopitą colą i tonikiem, a pomiędzy nimi rozsypane gwoździe, kubły z farbą i porzucone wałki malarskie.


– Dzień dobry!!! – krzyknęła Mama głośniej.

Muzyka umilkła i z łazienki wyszedł pan Wojciech, a z salonu pan Piotruś – obaj w kombinezonach, jeden z wałkiem, a drugi z wiertarką w dłoni.

– I jak remoncik? – zagadał wesolutko pan Piotruś. – Piękna sprawa, pani szanowna, piękna sprawa.

Mama, która wcześniej chciała coś powiedzieć, teraz bąknęła tylko, że przyszły z Basią, żeby się rozejrzeć. Chodziły więc i oglądały ściany z powyciąganymi na wierzch kablami, obchodziły stojące na środku podłogi regały z książkami szczelnie przykryte folią, przeskakiwały nad zwiniętymi szmatami i porzuconymi tu i ówdzie narzędziami. W pewnym momencie Basia pociągnęła Mamę za rękaw.

– Mówiłaś, że po remoncie będzie czysto i pięknie – szepnęła.

– Bo będzie – oświadczyła Mama cicho, ale z mocą. I dodała: – Z remontem tak już jest, że najpierw musi być wszędzie bałagan i gruz, żeby wyszło z tego coś całkiem nowego. Trzeba tylko przetrwać etap przejściowy. A po wszystkim posprzątać.

– Sami? – upewniła się Basia. – Czy z pomocą fachowców?

– O tym właśnie porozmawiam z panem Piotrusiem – powiedziała Mama i poszła go szukać.


Basia została sama w swoim dawnym pokoju. Na ścianie wciąż widniała fioletowa plama.

– Chcesz pomalować? – spytał pan Wojciech, który pojawił się nagle tuż obok.

Basia spojrzała na niego z wdzięcznością. Oczywiście, że chciała! Pan Wojciech pokazał jej, jak odsączyć wałek ze zbyt dużej ilości farby i jak przyłożyć go do ściany, żeby nie zachlapać siebie i wszystkiego wokół. Nie było to wcale proste i trochę farby spłynęło Basi na folię malarską, a na jej nosie osiadło parę rozchlapanych kropek. Fachowiec nie zdenerwował się jednak, tylko cierpliwie pomógł jej skończyć malowanie. Gdy Mama weszła do pokoju, Basia z dumą zaprezentowała jej całkiem nowy i czysty kawałek ściany. Bez żółwia i bez plamy.


Remont trwał jeszcze trzy tygodnie. Wszystko przez rury, które nie chciały współpracować, klamki, których nie dowieźli na czas, i kontakty, które po zamontowaniu okazały się wadliwe. A trochę też przez to, że pan Piotruś przyjął w tym samym czasie jeszcze jedno zlecenie. Pod koniec Basia miała całkiem dość mieszkania poza domem i codziennie zapewniała Miśka Zdziśka, że już niedługo będzie spał w swoim własnym łóżeczku.

Wreszcie jednak nadszedł dzień, w którym mogli się wprowadzić do odnowionego i prawie sprzątniętego mieszkania.

Gdy Basia weszła do swojego pokoju, odetchnęła z ulgą. Był naprawdę piękny. A na łóżku czekała na nią niespodzianka: pozytywka od Dziadka Henryka.

– Naprawiłem ją – powiedział Tata. – Może nie znam się na rurach, ale od czasu do czasu mogę zabawić się w złotą rączkę.

Basia rzuciła mu się na szyję. Tata nie był może fachowcem od rur, ale fachowcem od bycia Tatą był najlepszym na świecie.




W środy Tata, Janek i Basia oglądali mecz. Czasem dołączała do nich Mama. Mówiła, że lubi tylko ładny futbol, a nie taki, w którym piłkarze snują się po boisku albo podcinają sobie nogi. Basia lubiła każdy futbol, bo do meczu zawsze były paluszki i mogła iść spać później niż zwykle. Na dodatek, gdy drużyna, której kibicowali, strzeliła gola, wolno jej było krzyczeć i skakać po kanapie, bo i tak tym, kto szalał najbardziej, był Tata.

– Gool! Gool! Nareszcie gol! Piękna piłka! Co za podanie! – wrzeszczał, zrywał się z kanapy i tańczył Dziki Taniec Zwycięstwa. A kiedy drużyna, której kibicował, przegrywała, wdawał się w długie dyskusje z Jankiem o przyczynach porażki.

– Zauważyłeś, co zrobił Gonzales? – pytał. – To skandal! Zupełnie nie wykorzystał szansy! A ten sędzia?! Przecież celowo nie dał żółtej kartki Lobanowi!

Basia nie zawsze rozumiała, kto jest kim i o co chodzi, ale dobrze jej się zasypiało przy tych rozmowach.


Tak, środy to były dobre dni. Za to czwartki zaczynały się zazwyczaj okropnie. Bo w czwartki Janek miał kółko sportowe i robił się od tego strasznie ważny. Od samego rana paradował w koszulce piłkarskiej i korkach, ćwiczył przysiady i kopał wszystko, na co natknął się na swojej drodze: kapcie, klocki, chrupki czekoladowe, zwinięte skarpetki... Basia biegała za nim i usiłowała się włączać do gry, ale Janek oganiał się od niej. I nie pozwalał jej dotykać swojej kolekcji kart piłkarskich.

– Jesteś za mała – mówił. – Zniszczysz je albo zabrudzisz.

– Nieprawda. Jestem w sam raz – szeptała Basia do ucha Miśka Zdziśka i smętnie popatrywała na swój własny album, w którym na pierwszej stronie tkwiły dwie samotne karty.


Pewnego dnia, tuż przed wyjściem z domu, Basia poszła do pokoju Janka po skarpetki, bo wszystkie, które znalazła u siebie, nie miały pary. I właśnie wtedy zobaczyła album z kartami. Podeszła bliżej i otworzyła go ostrożnie. Ach! Ile w nim było kart! Na każdej stronie inna reprezentacja, a na dwóch środkowych srebrne i trójwymiarowe karty specjalne. Basia wysunęła ostrożnie jedną z nich, żeby zobaczyć, czy mieni się tak pięknie, jak jej się zdawało. Nagle tuż za nią rozległ się odgłos kroków Janka. Zatrzasnęła album, a wyjętą kartę odruchowo wsunęła do kieszeni.

– Co tu robisz? – spytał Janek podejrzliwie.

– Nic – odpowiedziała Basia i wybiegła do przedpokoju. Wkrótce potem szły z Mamą do przedszkola. O schowanej w kieszeni karcie zupełnie zapomniała.


Po południu poszły z Mamą odebrać Janka z treningu. Basia biegła wzdłuż ogrodzenia i wypatrywała brata wśród kopiących piłkę dzieci. Nie było go jednak na boisku. Siedział w świetlicy, skulony na niskim krzesełku pod kaloryferem, z grobową miną i zaciśniętymi mocno ustami. Na widok Basi wstał i bez słowa sięgnął po plecak. Milczał podzas ubierania się i przez całą drogę powrotną, chociaż Basia podskakiwała obok i zagadywała, a Mama usiłowała wydobyć z niego, dlaczego nie poszedł na trening i czy nie jest przypadkiem chory.


Dopiero kiedy wrócił Tata i siedli razem do stołu, krzyknął:

– Nie będę jadł! I nie wrócę już do zerówki!

– Co się stało? – spytał Tata.

– Ktoś mi ukradł top mastera! – wrzasnął. – To była moja najlepsza karta! Dałem za nią Antkowi dwóch bramkarzy i jednego asa! Wczoraj była, a dziś jej nie ma! Do szkoły chodzą sami złodzieje! Powinni ich zamknąć w więzieniu!

Basia poczuła nagle, że bardzo boli ją brzuch. I głowa. I wszystko inne też.

– Bardzo mi przykro, Janku – powiedziała Mama. A potem zwróciła się do Taty: – Mówiłam, że tak się skończy całe to zbieranie kart. W zeszłym tygodniu jedna z matek napisała, że chłopcy nie mówią teraz o niczym innym i że w sąsiedniej klasie już zaczęły się oskarżenia o kradzieże.

– Może lepiej, żeby zajmowali się tym po lekcjach, ale nie ma nic złego w tym, że wymieniają się kartami. Jakoś muszą się dogadać, a przy okazji uczą się rozwiązywania konfliktów. A poza tym... – Tata ożywił się – ...czy ty masz pojęcie, ile oni wiedzą o piłce? Antek zna składy drużyn z całego świata, a Janek...

– Chcę mojego masteeera!!! – zawołał Janek przez łzy. Tata zamarł w pół słowa, Basi zrobiło się niedobrze, a Mama przytuliła Janka i przez chwilę nikt nic nie mówił.

– Zaraz coś wymyślimy – powiedziała w końcu Mama. – Poszukamy karty w domu, zadzwonimy do twoich kolegów i napiszemy ogłoszenie, bo może ktoś tę kartę znalazł i nie wie, czyja jest. To, że coś zginęło, nie musi oznaczać kradzieży.


Basia wstała i cichutko wymknęła się z kuchni do swojego pokoju. Wyjęła z szafy plecak, zapakowała do niego baletki, bluzę z konikiem, dwa znalezione na dnie szafy żelki i Miśka Zdziśka. Wyszła z pokoju, przeszła przez korytarz i otworzyła drzwi wyjściowe.

– A ty gdzie się wybierasz, Barbaro? – zapytał Tata. Stał w progu kuchni i patrzył na Basię przenikliwym wzrokiem. Basia zamarła przy wieszaku ze spuszczoną głową. Nie zauważyła, że w progu zjawiła się Mama.

 

– Co się dzieje, myszko? – spytał Tata ciepłym głosem.

– Ja... – zaczęła Basia. Coś drapało ją w gardle, więc odchrząknęła. – Ja... – znowu zaczęła i umilkła.

Wpatrywała się w podłogę tak intensywnie, jakby chciała w niej wywiercić dziurę. – Ja... nie chcę iść do więzienia – wyszeptała w końcu.

– Do więzienia?! O czym ty mówisz?

Basia sięgnęła do kieszeni. Nie podnosząc głowy, wyciągnęła przed siebie zaciśniętą pięść i powoli rozprostowała palce. Na lepkiej od potu dłoni leżała wymięta, oblepiona okruszkami karta piłkarska.

– Ja tylko... wyjęłam ją na chwilę... a potem... zapomniałam i ona... się pogniotła... i... – Basia wypuściła kartę z ręki i wybuchnęła płaczem. Łzy spływały jej po policzkach i mieszały się z wypływającymi z nosa smarkami. – Ja... nie chciałaaam... – zawyła.


W tym właśnie momencie do przedpokoju wszedł Janek. Na widok leżącej na podłodze karty krzyknął tak głośno, że śpiący w wózku Franek obudził się i zaczął płakać. Janek podniósł kartę, wygładził ją i spojrzał ze złością na Basię.

– Mówiłem, że jesteś za mała! – wrzasnął. – Od dziś nigdy nie wolno ci nic mojego dotykać!!! Słyszysz?!? Nigdy!!!

Basia zaniosła się jeszcze większym szlochem i dostała czkawki. Janek krzyczał, Franek płakał, a Basia wyła i czkała na zmianę.

– I pomyśleć, że to wszystko przez zdjęcia piłkarzy – westchnęła Mama.

– Bo piłka to jedna z najważniejszych rzeczy na świecie – powiedział Tata.


Mama spojrzała na niego, na czkającą Basię i nieszczęśliwego Janka. Wyjęła Franka z wózka, otarła mu łzy i powiedziała:

– Wrócimy do tego później. Teraz idziemy do parku, żeby pokopać piłkę. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio grałam.

Basia tak się zdziwiła, że przeszła jej czkawka, a Janek przestał krzyczeć i przyjrzał się Mamie krytycznie.

– Przecież nie umiesz grać – zawyrokował.

– Skąd wiesz? – spytała. – W swoim czasie miałam kopa jak mało kto i byłam mistrzynią menażkowej rugby. To jak, idziemy?

– Możemy iść – zgodził się Janek.

Basia wytarła nos rękawem, pobiegła do pokoju i przebrała się w strój sportowy. Wkrótce wszyscy czworo szli nierównym chodnikiem w stronę parku. Tata pchał wózek z Frankiem, Janek niósł piłkę, a Basia pilnowała, żeby nie znaleźć się za blisko niego, bo wtedy rzucał jej mordercze spojrzenia.


W parku znaleźli odpowiednie miejsce do gry, z dwoma drzewami rosnącymi tak, że ich pnie idealnie zastępowały słupki bramki. Tata zaparkował obok jednego z nich wózek z Frankiem i zaproponował:

– Stanę na bramce, a wy będziecie się starali strzelić mi gola.

– Nie mam nic przeciwko temu – powiedziała Mama i zanim ktokolwiek się zorientował, wykopała piłkę spod pachy Janka i pognała przez trawę, zręcznie wymijając leżące jej na drodze gałęzie. Janek puścił się za nią biegiem, a Basia popędziła tuż za nim.


Ach! Co to była za rozgrywka. Mama okazała się szybka i sprawna. Błyskawicznie strzeliła pierwszego gola. A zaraz potem drugiego. Janek z każdą chwilą robił się coraz bardziej zły. Basia też, bo co to za gra, jak nie można chociaż raz kopnąć piłki? I już, już miała się obrazić, gdy podbiegł do niej Janek i szepnął:

– Pomóż mi. Chyba nie chcesz, żeby Mama wygrała?

Basia skinęła głową. Nie chciała. To by było naprawdę tragiczne. Janek wyjaśnił jej, że kopać trzeba wewnętrzną stroną stopy, nie czubkiem, i pokazał, jak prowadzić piłkę przy nodze.

– Musi być jak przyklejona – powiedział.

W trakcie następnej akcji Janek przejął piłkę, ale nie kopnął jej, jak przypuszczała Mama, do bramki, tylko do Basi. A Basia wzięła rozbieg i...

– Gol!!! – wrzasnął Janek i odtańczył Dziki Taniec Zwycięstwa. – Hura!

Od tej chwili grali z Basią razem. I teraz to Mama musiała się napocić, żeby dotrzymać im kroku. Po jakimś czasie zamieniła się z Tatą, a po niej na bramce stanęła Basia. I chociaż nie wszystkie gole udało się jej obronić, nikt tak dzielnie jak ona nie rzucał się od słupka do słupka. Franek siedział w wózku i klaskał za każdym razem, kiedy ktoś z rodziny cieszył się i skakał.


A potem, gdy wszyscy byli już zasapani i spoceni, a Basia tak brudna od pyłu i trawy, że nie było na niej chyba ani jednego czystego miejsca, włożyli piłkę do wózka i ruszyli w drogę powrotną. Basia i Janek szli obok siebie i kopali wszystko, co tylko znaleźli na chodniku: kamyki, grudki ziemi, zardzewiałe kapsle... A kiedy tak wspólnie kopali, Basia poczuła, że musi coś powiedzieć. I powiedziała:

– Przepraszam, że wzięłam twoją kartę.

– Bardzo ją lubiłem – burknął Janek.

– Możesz wziąć wszystkie moje dwie – zaoferowała Basia. – I żelki z dnia słodyczowego. A jak dorosnę i dostanę pierwsze kieszonkowe, kupię ci milion top masterów.

Janek myślał przez chwilę.

– Dobra – przyjął ofertę. – Ale i tak nie dotykaj moich rzeczy bez pytania.

– Obiecuję. Słowo piłkarza. – Basia poważnie skinęła głową.

Mama, która szła tuż za nimi, otworzyła usta, jakby chciała coś dopowiedzieć, ale w końcu uśmiechnęła się tylko i wzięła Tatę za rękę.

Wieczorem Janek przyszedł do pokoju Basi.

– Możesz ćwiczyć ze mną w czwartki, jak już wrócę ze szkoły. Jeśli chcesz – powiedział.

Czy Basia chciała? Pewnie, że tak!

– Piłka nożna jest super – szepnęła Miśkowi Zdziśkowi do ucha. – Kiedyś to zrozumiesz. Jak będziesz taki duży jak ja.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?