Saga rodu z Lipowej 4: Synowie i bastardzi

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu z Lipowej 4: Synowie i bastardzi
Saga rodu z Lipowej 4: Synowie i bastardzi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Saga rodu z Lipowej 4: Synowie i bastardzi
Saga rodu z Lipowej 4: Synowie i bastardzi
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 4: Synowie i bastardzi

Saga

Saga rodu z Lipowej 4: Synowie i bastardziCover illustrations: Shutterstock and Filip Zrnzević on Unsplash Copyright © 2001, 2019 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166842

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

SERDECZNE PRZYJĘCIE

Rozpadało się na dobre, gdy zbrojna gromada stanęła przed bramą klasztoru kanoników regularnych w Mstowie. Była zamknięta i jeden z żołnierzy pobiegł zastukać. Otworzyło się małe okienko i jakiś głos zapytał, kim są.

– Bartosz z Odolanowa, starosta kujawski, prosi o gościnę – powiadomił żołnierz.

Mnich jednak nie otworzył bramy, wysunął tylko bardziej głowę, by obejrzeć orszak, a potem zamknął klapkę i poszedł, prawdopodobnie powiadomić przełożonych. Stali więc i czekali, aż nadejdzie i otworzy wrota. A kiedy wreszcie wrócił, powiedział, że w klasztorze mają już gości i może wpuścić tylko pana starostę i trzech jego ludzi.

– Trzech? – oburzył się Bartosz, podskakując do furty. – A reszta ma moknąć pod gołym niebem? Powiedzcie przeorowi wyraźnie, że Bartosz z Odolanowa prosi i...

– Wybaczcie, panie – mnich wszedł mu w słowo bezceremonialnie. – Powtórzyłem, co mi kazano powiedzieć. Możecie wejść wy i trzech innych.

– Ale...

– Reszta może rozgościć się choćby i w stodołach po drugiej stronie rzeki.

Bartosz był rozsierdzony, deszcz padał i wyglądało na to, że mu odmawiają, a on musi się zgodzić na upokorzenie.

– Nie podoba mi się takie powitanie – powiedział głośno, spod kaptura patrząc na niski mur wokoło klasztoru i jakby oceniając, czy łatwo dałoby się go pokonać. – Nie takie kurniki już zdobywałem.

Mnich gwałtownie zatrzasnął klapę okienka i po tamtej stronie zaległa cisza, jak gdyby zastanawiał się, co powinien uczynić.

– Co to się dzieje, na Boga?! – złościł się Bartosz. – To tak witają tu gości?

Jakub z Lipowej uznał, że powinien coś wyjaśnić panu Bartoszowi.

– Lepiej powściągnijcie swój język – poradził cicho. – Przeor Jaszek to człowiek nie tylko znany z mądrości, ale i ze znajomości z wielkimi tego świata. Uprzedzałem was, że uzyskać cokolwiek u niego można tylko po dobroci.

Deszcz padał i padał, więc pan z Odolanowa machnął wreszcie ręką zrezygnowany.

– Hej tam, za bramą! – zawołał. – Jesteś jeszcze, mnichu?

– Jestem, jestem – odpowiedział zakonnik.

– To czemu nie otwierasz?

– Bo czekam, aż się wykrzyczycie. Na terenie klasztoru obowiązuje cisza.

– Otwieraj!

– Przykazano mi otworzyć tylko dla pana starosty i trzech jego ludzi.

– Tak będzie.

– Dla trzech?

– Otwieraj, na rany Zbawiciela! Zupełnie przemokliśmy. Dla trzech.

Szczęknęła zasuwa i ostrożnie otworzyła się furtka po lewej stronie bramy. Wszedł Bartosz, za nim obaj panowie z Lipowej i zaufany starosty, pan Radek z Pawłowic. Kiedy tylko minęli próg, furtka zatrzasnęła się natychmiast. Zakonnik zaś zgiął się przed gośćmi w uprzejmym ukłonie.

– Jesteśmy radzi tak znamienitym osobom. Pozwólcie tędy.

Poprowadził ich na lewo od bramy, gdzie były klasztorne kuchnie i gdzie z uwagi na gości trzymano jeszcze ogień. Tutaj przewodnik zaofiarował im możliwość wysuszenia się.

Czekał pokornie, aż skończą przygotowania, a potem poprowadził ich do nisko sklepionej salki. Był tu stół tylko i dwie ławy do siedzenia, a w kącie świecznik z jedną jedyną świecą.

– Zechciejcie spocząć – zaprosił mnich, stary, pomarszczony, z garbem na grzbiecie. – Powiadomię ojca przeora, może zechce was sam powitać.

I odszedł.

– Może zechce nas powitać?! – zdumiał się Bartosz. – Łaskę nam wyświadcza, że pokłoni się gościom? Cóż to za jeden ten przeor? Bardzom ciekaw tego człowieka!

Rozsiadł się na ławie, przyjmując wielkopańską postawę.

– Sami zobaczycie – odpowiedział mrukliwie Jakub z Lipowej, stając w kącie izby.

Nie był zadowolony ze sposobu, w jaki Bartosz wszedł do klasztoru i coraz bardziej czuł się zły na siebie za udział w całej tej wyprawie.

– Cóż tak zamilkliście? – zaciekawił się pan z Odolanowa. – Nie cieszycie się z naszego zwycięstwa? Piękny będzie okup!

– O tak! – zawołał z zadowoleniem Ostasz. – To była wspaniała wyprawa! Dziękuję wam, panie starosto, żeście mnie ze sobą zabrali.

– Trzymaj się mnie, a nieraz jeszcze trafisz tak bogate łupy – odpowiedział Bartosz łaskawie. – Oskarżają mnie niektórzy, że poczynam sobie zbyt swawolnie, że walczę i z królem Ludwikiem i z księciem Władysławem. Ale tak to trzeba prowadzić. Po dobrej woli nie darować ze swojego ani jednego ździebełka! I bić wszystkich, którzy chcą ci odebrać to, co twoje.

Wszedł młody mnich, niosąc koszyk i dzban, więc wszyscy zgromadzili się przy stole.

– Czemu tak skromnie? – zapytał z niezadowoleniem pan z Odolanowa. – Czy chcecie mnie obrazić, że dajecie tylko chleb i mleko?

– Dziś piątek – wyjaśnił zakonnik. – Nie godzi się objadać w dzień męki Pańskiej.

– Nie wołam o słoninę – zmarszczył się starosta. – Ale daj cokolwiek więcej. Jednym chlebem mamy się w czterech posilić?

Mnich ukłonił się i wyszedł, a kiedy wrócił po chwili, przyniósł jeszcze jeden bochenek i wiadomość, że to ostatni.

Bartosz zazgrzytał zębami, ale wziął się do jedzenia, podobnie jak jego towarzysze, rwąc kawały chleba i kolejno popijając mleko z dzbana.

– Skąpi jak rzadko – powiedział mocno niezadowolony. – Zawsze tak cienko w tym klasztorze, panie Jakubie?

– Przeciwnie – wyrwał się Ostasz. – Kiedyśmy tu byli zeszłego roku, nie brakowało niczego. A i wino mają wyborne, z własnej winnicy.

– Prawda – poświadczył Jakub.

– Czemu więc tak nas przyjmują? Zawiniliśmy czymś owym dostojnym mnichom?

Jakub z Lipowej chrząknął.

– Tylko jedno wyjaśnienie chodzi mi po głowie. Chyba zgaduję przyczynę tak chłodnego przyjęcia...

Widząc zaciekawione spojrzenie Bartosza, wyjaśnił:

– Przeor widać dowiedział się o naszej wyprawie i o tym, że pochwyciliśmy ludzi, którzy szli na pomoc rycerzom Zakonu Najświętszej Maryi Panny. On jest wielkim zwolennikiem nawracania pogan, więc mu nie w smak, żeśmy zatrzymali Francuzów. Chce nam pokazać, jak niewiele dba o tych, którzy w nawracaniu pogan przeszkadzają.

– Nikomu nie przeszkadzam – wydął wargi Bartosz. – Pójdą pomagać w walce z poganami, jak tylko zapłacą okup.

Dopił mleko z dzbana, nie patrząc, czy starczy go dla innych, a potem zapytał z ciekawością a nie bez kpiny:

– Tak dobrze powiadomiony o wszystkim ten przeor? Myślicie, że już wie o naszej zasadzce?

– Wie na pewno.

– A jakim to sposobem? Przecie prosto z zasadzki tu właśnie przyjechaliśmy.

– Przeor Jaszek wie wszystko – odpowiedział mrukliwie Jakub, spoglądając na stojącego przy drzwiach mniszka.

– Doprawdy? Niezwykle mnie ciekawi człowiek, który tak przyjął Bartosza z Odolanowa. Wołajcie go tutaj, bracie.

Zakonnik pokornie schylił głowę.

– Ojciec przeor wkrótce przyjdzie złożyć gościom uszanowanie – zapowiedział. – Prosi o chwilę cierpliwości.

Czekali więc, siedząc za stołem i gwarząc o zdarzeniach ostatniego dnia, a nie przyszło im czekać zbyt długo, bo wkrótce za drzwiami usłyszeli liczne kroki i jak jeden mąż odwrócili się w tym kierunku.

Młody mnich przytrzymał drzwi, przez które wszedł garbaty odźwierny ze świecą w ręku. Za nim dwóch rosłych zakonników wniosło umocowane na drągach krzesło, w nim zaś siedział trzeci. Przybyli pozdrowili gości ukłonem i postawili krzesło, a siedzący w nim powiedział cichym głosem:

– Witajcie, goście, w naszych skromnych progach. Jam jest Jaszek, przeor tego klasztoru.

Był to malutki, chudy człowieczek, któremu dopiero zaczynała rosnąć rzadka jasna broda. Jego nogi zwisały bezwładnie z siedzenia i kołysały się pod habitem.

Bartosz był tak zaskoczony, że nie odpowiedział nawet na powitanie. Wstał tylko ze swojego miejsca jak inni i patrzył na przeora, który wydawał mu się ledwie dzieckiem. Jaszek miał dziecięcą twarz, bladą, ale okrągłą i kiedy mówił, w jego policzkach pojawiały się do-łeczki. Podniósł jasne oczy na obecnych, wzrokiem powitał znanych sobie panów z Lipowej, a potem na chwilę zatrzymał spojrzenie na jednej twarzy.

– Bartosz z rodu Wezenborgów, herbu Tur, piszący się z Odolanowa – powiedział zamykając oczy. – To wyście syn sławnego Peregryna.

– Jestem Bartosz – potwierdził zapytany, zaskoczony dokładnością rozpoznania – Starosta kujawski.

Przeor wykrzywił wąskie wargi.

– Były starosta kujawski – poprawił, nie podnosząc głosu. – Ubiegłego roku król Ludwik pozbawił was tej godności i dlatego teraz biegacie po drogach jak jaki zbój i bijecie, kogo popadnie...

– Na Boga! – warknął Bartosz, bardzo czuły na punkcie swojej godności. – Miarkujcie się!

– Kogo popadnie – dokończył spokojnie przeor Jaszek. – Ale to sprawa waszego sumienia. Prosiliście o gościnę, tedy ją otrzymaliście. A rano zabierzecie wszystkich swoich i pójdziecie z tej okolicy.

– Nie zamierzam uchybić waszej dostojności – powiedział Bartosz przez zęby. – Ale nie mogę pozwolić, aby...

 

Jaszek podniósł powieki i spojrzał wprost w oczy rycerza.

– No? – zapytał. – Co chcieliście jeszcze dodać? Mało, żeście zdradziecko pochwycili pobożnych rycerzy, jadących walczyć z poganami na Litwie? Może jeszcze jaki klasztor spalicie po drodze, albo wymordujecie mnichów?

Patrzył w oczy Bartosza otwarcie i z taką niezwykłą siłą, że rycerz opuścił wzrok, a wtedy przeor oznajmił:

– Z samego rana przygotuję to, po co tutaj przyszliście. List po niemiecku do mistrza zakonu, a po francusku do króla.

– To wiecie, o co chcieliśmy prosić? – zapytał zdumiony pan Radek.

– Złe wieści szybko się rozchodzą – odpowiedział, nie patrząc na niego, przeor. – A to są złe wieści, kiedy jedni chrześcijanie biorą dla okupu innych chrześcijan w niewolę, zamiast razem występować przeciw niewiernym.

Dał znak, żeby podniesiono krzesło i wyniesiono je z izby. Nie życzył im dobrej nocy. Popatrzył tylko na pana Jakuba i rzucił na pożegnanie:

– Co do was, panie Jakubie, nie straciłem jeszcze nadziei, że spłynie na was łaska opamiętania.

Przeor Jaszek powrócił do gościnnej izby rankiem, kiedy po niezbyt wygodnej nocy i skromnym śniadaniu czekali, gotowi już do drogi. Przeorowi towarzyszył młody mnich, niosący w garści pergaminy i pióra. Mniszek rozwinął pergaminy na stole i umieścił na nich roztopiony wosk, żeby Bartosz mógł odbić swój pierścień jako pieczęć, obok pieczęci mstowskiego klasztoru.

Kiedy to czyniono, przeor siedział na swoim krześle, z zamkniętymi oczami, jak gdyby zasnął. Bartosz schował pisma w zanadrze i najwyraźniej zbierał się do odejścia, ale nie bardzo wiedział, jak to ma zrobić, bo przeor wciąż drzemał.

W pewnej chwili, jakby się obudził, drgnął, podniósł głowę i nie otwierając oczu, polecił stojącemu obok zakonnikowi.

– Zapisz to, bracie, w kronice naszego klasztoru. Zapisz, że w dniu świętego Tymona odwiedził nas dostojny pan Bartosz z Odolanowa w towarzystwie swoich przyjaciół...

Mniszek podbiegł do stołu, rozłożył na nim pergamin, postawił gliniany pojemniczek z inkaustem i szybkimi ruchami gęsiego pióra skreślił kilka słów. Kiedy to wykonał, czekał na dalsze polecenia z podniesioną dłonią.

Bartosz z Odolanowa popatrzył z wyraźnym zadowoleniem kolejno po twarzach swoich towarzyszy. Więc jednak jest kimś znacznym, skoro jego wizyta zostanie wpisana do klasztornej kroniki.

Tymczasem przeor Jaszek, nie podnosząc głowy i nie otwierając oczu, dyktował:

– Zapisałeś, bracie? Tedy piszmy dalej. Rzeczony pan z Odolanowa, jako dobry chrześcijanin, nosił na piersiach srebrny krzyż wysadzany kolorowymi kamieniami, na sukni zaś miał pomiędzy innymi klejnotami, naszytych trzynaście pereł...

Mnich zaskrzypiał piórem, a pan Bartosz odruchowo spojrzał na swoje odzienie i zaczął liczyć wspomniane perły. Było ich trzynaście.

– Pan z Odolanowa, mając na uwadze liczbę apostołów, których było dwunastu, postanowił ofiarować ową trzynastą perłę na rzecz naszego klasztoru...

Pan z Odolanowa otworzył usta.

–... a ów krzyż na koszta wyprawy przeciw niewiernym poganom...

Pan z Odolanowa zamknął usta.

– W podzięce za ten niezwykły akt wiary, postanowiliśmy każdego tygodnia odprawiać mszę świętą w intencji pana Bartosza, dla przebłagania Boga za rozmaite jego uczynki, gdyż nikt nie jest bez grzechu...

Pan z Odolanowa otworzył usta.

Tego dnia wieczorem, kiedy byli już daleko od Mstowa, Bartosz z Odolanowa z podziwem kręcił głową.

– Nikt jeszcze nie pokonał mnie tak łatwo – mówił, macając dłonią po szyi, gdzie rano jeszcze wisiał srebrny krzyż wysadzany kamieniami. – Na mą duszę, panie Jakubie, toż to istny czarownik!

– Teraz rozumiecie, co miałem na myśli, kiedy was uprzedzałem, byście byli ostrożni – śmiał się Jakub z Lipowej.

– I któż on taki? – dopytywał się Bartosz. – Wiem, że przeor. Ale skąd, jakiego rodu?

– Kowalski syn – odpowiedział Jakub.

– Kowalski? – zdziwił się Bartosz. – Nawet nie szlachcic, a tylko syn kowala? I skąd pochodzi?

– Stąd, z Doliny.

– Przedziwni kowale tu bywają... – dziwował się pan z Odolanowa.

– Jeszcze jak przedziwni – zgodził się Jakub z Lipowej.

Miał na myśli zupełnie innego kowala.

ZŁOTY JENIEC

Pusztis, litewski jeniec pana Jeno, nie przyczyniał po drodze żadnych kłopotów, a okazał się nawet przydatny i pożyteczny. Jeno traktował Litwina z szacunkiem, na jaki zasługuje rycerz, nie pozwolił mu wykonywać żadnych prac, czy to w drodze, czy na postoju, a swoim ludziom nakazał surowo, żeby zachowywali się wobec niego z szacunkiem.

Pusztis zupełnie nie przejmował się tym, że z każdym dniem oddalają się od jego rodzinnych stron, znanych mu ziem, miast i zamków. Przeciwnie, stawał się nawet jakby radośniejszy, gdy pochód przyspieszał. Jeno dziwił się trochę temu i czasami próbował podpytywać. Wydawało mu się bowiem, że brat riazańskiego kniazia popadł w niełaskę i teraz wolałby znaleźć się jak najdalej od niego.

– Na pewno wasz brat zapłaci okup? – pytał.

– Zapłaci – powtarzał Pusztis.

– Bo tak wam spieszno, że myślę czasem, iż to przed nim właśnie uciekacie.

– Ja miałbym uciekać przed bratem? Nie, rycerzu. Nie uciekam, bo nie mam powodu. Sądzicie, że znowu was biorę podstępem, byście bezpiecznie odstawili mnie tam, gdzie jego ręka nie sięgnie?

– A nie jest tak?

– Nie.

– Czemu więc do tej pory nie przybył od niego nawet goniec albo jaka wiadomość w odpowiedzi na wieść, żeście trafili do niewoli?

– U nas teraz niespokojnie. A w takich czasach nie wszystko układa się tak, jakby się chciało. Jedne sprawy idą szybciej, inne wolniej. Mój brat wielki pan, wiele u niego spraw do załatwienia.

– Ale chyba sprawa brata przed innymi.

– Pewnie, że przed innymi. Ale ma on i innych braci...

Pan Jeno zdziwił się, bo Pusztis nie wspominał, żeby miał rodzeństwo.

– Nie mówiliście, że macie innych braci.

– Nie mówiłem? Może nie mówiłem, ale nie pytaliście. No i wszyscy wiedzą, że ród księcia Olega bardzo rozrodzony.

Podejrzenia Jeno co do niejasnych planów Pusztisa wzmogły się po wiadomości, którą pewnego dnia przyniósł Oset.

Stali obozem nad potokiem, gdzie Jeno zarządził dłuższy odpoczynek przed ostatnim odcinkiem drogi do domu. W pewnej chwili Oset odwołał swojego pana na bok, a był wyraźnie poruszony.

– Panie – powiedział. – Wybaczcie, że powiem prosto z mostu, ale jakoś nie podoba mi się pan Pusztis. Wy go, zdaje się, ostatnio nie tyle uważacie za swojego jeńca, co raczej przyjaciela, ale...

– Dał słowo, a słowo rycerskie święta rzecz – przypomniał Jeno.

Ale zniżając głos pouczył:

– Dobrze jednak mieć oczy szeroko otwarte. Ty mi się zdajesz bardzo sprytny, więc powiedz, co odkryłeś.

– To wiecie, że odkryłem?

– A wołałbyś mnie na bok z innej przyczyny?

– Słusznie – dziwił się Oset. – Co za głupiec ze mnie!

– Co więc zauważyłeś? Że to nie rycerz i nie brat kniazia?

– Na pewno rycerz, bo się zachowuje jak wielki pan – pospiesznie przytaknął Oset. – Chodzi o coś innego. Chodzi o to, że tak sobie rozglądam się, jakbym stąpał po lesie i zbieram różne wieści niby grzyby do koszyczka. I jedno mi się zdaje pewne. Że nie powiedział wam całej prawdy.

– Zarzucasz mu kłamstwo?

– Nie, panie. Ale czy nie mówił, że u nich podstęp jest najbardziej godny poszanowania? On was zwodzi, panie. Tyle mówił, że jego brat kniaź, że nie godzi się, byście puścili go wolno bez okupu, że brat dużo zapłaci. Wysyłaliście wiadomości do tego brata i długo czekacie odpowiedzi. Tymczasem widzi mi się, że to wszystko było udawane, żeby was wyprowadzić w pole i żeby ów Pusztis mógł zyskać na czasie.

– Pan Pusztis – poprawił Jeno. – Nakazałem wszystkim należny szacunek dla jego osoby.

– Pan Pusztis. Ale wy nie wiecie, panie, co dziś odkryłem. A odkryłem, że was oszukuje. Pan Pusztis wcale nie musiał wysyłać wieści do brata kniazia, żeby ten zapłacił okup. Pan Pusztis sam mógłby to zrobić z łatwością. Bo ma woreczek wypakowany złotem!

– Co ty mówisz? – zdziwił się Jeno.

– Przysięgam! – przeżegnał się Oset. – Już dawno zauważyłem, że coś ukrywa, ale nie wiedziałem, co to jest. Podglądałem go i wreszcie to odkryłem. Bardzo sprytnie postępował, trzeba powiedzieć, ale Oset wcale nie jest mniej sprytny. Oset ma oczy i trochę rozumu w głowie!

– Czy powiesz, co widziałeś? – upomniał sługę Jeno.

Oset zrobił pauzę, żeby tym bardziej zadziwić swojego pana.

– Podejrzałem go. Ofiarowałem się wam służyć, więc kiedy postanowiliście, że pan Pusztis nie pójdzie z nami w więzach, jak inni Litwini, ale będzie waszym towarzyszem, wydawało się mi, że będziecie zadowoleni, kiedy czasem i jemu usłużę. Ale on wcale moich służb nie potrzebuje. Wiecie, czemu nie potrzebuje? Bo sobie nie życzy, żebym zobaczył, co ma pod koszulą. A ma tam wypchany worek ze złotem. To musi być straszne bogactwo!

– Widziałeś woreczek, który ukrywa – zgodził się Jeno. – Ale skąd wiesz, że to złoto, a nie jakie pogańskie amulety?

– Widziałem i złoto! – oświadczył Oset z triumfem. – Wczoraj wieczorem, kiedyśmy już spali i poszedłem za swoją potrzebą. Wracam, cisza, wszyscy śpią, ścieżkę pomyliłem i wyszedłem od drugiej strony. Patrzę, siedzi pan Pusztis na pniaku i ogląda woreczek, a tam złote monety. Nie widział mnie, szybko uciekłem, okrążyłem ognisko i wróciłem od właściwej strony. A wracałem tak, żeby mnie słyszał. I co powiecie? Kiedy wróciłem, on, ma się rozumieć, udawał, że śpi.

– To jeszcze nie dowód.

– Jak to nie dowód? Przecie widziałem. Sami możecie sprawdzić. Najlepiej byłoby sprawdzić, bo może on nam szykuje jaką brzydką niespodziankę. Szlachcic nie szlachcic, do ziemi przydusić i zobaczyć, co ma w woreczku.

– Nie godzi się tak postępować znienacka.

– Może się i nie godzi. Może i trzeba ufać rycerskiemu słowu. Ale czy nie jesteśmy na wojnie? A na wojnie różnie bywa. Sami powiadacie, że przeżyje ten, kto nie da się zaskoczyć. A może on planuje gardło wam poderżnąć? I nie będzie wtedy pamiętał o rycerskim honorze. Co ja wtedy powiem waszej żonie?

Wspomnienie Aleny zakłuło boleśnie. Jak dawno się nie widzieli!

– Dobrze – odpowiedział Jeno. – Zastanowię się, jak należy postąpić. A ty milcz!

Pan z Krasawy nie mógł zlekceważyć ostrzeżenia. Przez cały dzień Oset spoglądał na rycerza porozumiewawczo, jakby czekał, kiedy pan podejmie jakieś kroki wobec jeńca.

Szykowali się właśnie do opuszczenia obozu, bagaże były zapakowane, ludzie zajmowali stanowiska, wyznaczone na czas drogi.

– To już zupełnie niedaleko – powiedział Jeno. – Wam, panie Pusztis, będzie wygodnie w moim domu, jak się spodziewam, choć nie wiadomo, jak długo przyjdzie czekać na okup za was.

Litwin uśmiechnął się.

– Mam czas – powiedział. – Mogę poczekać, a spodziewam się, że i we dworze się do czegoś nadam.

– Zastanawiałem się tylko, co mi przyjdzie z wami zrobić, jeśli nie otrzymam odpowiedzi od waszego brata, albo odmówi on zapłaty.

Pusztis trzymał się nadal tego, co już powiedział wcześniej.

– Dziwne to jednak – zauważył Jeno – że choć jesteście księciem, sami nie zapłacicie okupu.

– Jestem tylko przyrodnim bratem kniazia – przypomniał Pusztis. – Mój własny dwór nie jest wielki, nawet gdybym go sprzedał ze wszystkim, nie starczyłoby na okup.

– A jeńcy? Nie macie polskich ani ruskich brańców? Przecież są oni we wszystkich majątkach litewskich.

– Miałem, ale odbili ich tacy jak wy. Nikt nie został.

Stali przy koniach, sprawdzając osobiście, czy uprząż jest odpowiednio założona. Jeno odwrócił się do Litwina i nagle przycisnął go do zwierzęcia tak, że tamten nie mógł się odsunąć.

Zaskoczony, nie bronił się, kiedy Jeno wyciągnął rękę, a wiedząc, gdzie ma szukać, od razu trafił pod koszulą na wypchany woreczek i dobył go z zanadrza Litwina.

Odskoczył, bo Pusztis zamachał rękami i przez chwilę wyglądało na to, że chwyci za nóż.

Jeno otworzył woreczek i stwierdził z podziwem, że Oset nie pomylił się ani trochę. Woreczek zawierał grube złote monety.

– Chyba nie jesteście tacy biedni, jak powiadaliście – zauważył z goryczą. – Nic nie mówiliście, jaki to skarb macie ze sobą. Jak nazwać takie zachowanie, jeśli nie zwykłym oszustwem? Cóż jest więc warte wasze rycerskie słowo?

 

Jeno nie krył rozczarowania. Polubił Litwina, który był towarzyski, znał świat i ludzi, cieszył się z możliwości goszczenia go pod swoim dachem, choć był to tylko jeniec. A teraz okazało się, że ma do czynienia z kłamcą.

Ale Pusztis nie zamierzał przyznawać się do występku. Swoim zwyczajem uśmiechnął się tylko łagodnie.

– Jesteście rozczarowani? – zapytał. – A czym? Pytaliście mnie, co mam i czy mogę zapłacić okup. Odpowiedziałem, że nic nie mam i zapłacić od razu nie mogę. I to była szczera prawda.

– A ta sakiewka?

– Nie jest moja.

– Nie wasza? – żachnął się Jeno, podejrzewając że Pusztis znowu zamierza wywieść go w pole.

Litwin ani na trochę nie stracił rezonu.

– Nie jest moja – powtórzył. – Nie mogłem wam powiedzieć: weźcie okup w tych oto cudzych pieniądzach. Co byście wtedy o mnie pomyśleli?

– Nie wiem, co bym pomyślał, bo przecież nie wiedziałbym, że niby złoto nie jest wasze.

– Nie jest.

– Więc czyje jest?

– Nie moje. A do kogo należy, nie mogę powiedzieć. Dałem słowo, więcej, przysiągłem, że nie zdradzę, od kogo pochodzi i przysiągłem, że wydam je tylko na to, na co zostało przeznaczone.

– Mam w to uwierzyć? Mnie się zdaje, że to kolejny z waszych podstępów. Sam nie wiem już, co powinienem zrobić. Na każdym kroku mnie zwodzicie...

– Nieprawda – żywo zaprzeczył Pusztis. – Może nie powiedziałem wam wszystkiego, ale też i nie okłamałem, przynajmniej świadomie. Tylko nie powiedziałem wszystkiego, bo powiedzieć nie mogłem. Ale przysięgam, że wy pierwszy dowiecie się, kiedy będę mógł o tym opowiadać. A kiedy już będzie mi wolno, będę o was mówił dobrze albo źle.

– Grozicie mi? – prychnął Jeno.

Pusztis skrzyżował ręce na piersi.

– Proszę, byście nadal okazywali mi odrobinę przyjaźni, jak do tej pory. Przysięgam, że się nie zawiedziecie. A co do tej sakiewki... Jak wspomniałem, nie jest moja i nie mogę nią rozporządzać. Przecież wy sami na moim miejscu nie postąpilibyście inaczej...

Jeno raz jeszcze zważył woreczek na dłoni, a potem cisnął go w stronę Litwina.

– Jak chcecie – powiedział. – Wasz wybór. Sądziłem, że mam do czynienia z rycerzem, choć poganinem. Chciałem was nawet w gościnę prosić. Skoro jednak uznaliście, że nie jestem godzien waszej tajemnicy, wy też nie macie prawa do moich. Będziecie gościem w Krasawie, ale jako mój jeniec wojenny. Nic więcej. Odejdziecie, jak tylko otrzymam za was okup. Nie wcześniej.

Pusztis pochylił się w lekkim ukłonie.

– Wybaczcie, że was zawiodłem. Kiedyś zrozumiecie, że nie mogłem inaczej.

Jeno odwrócił się i odszedł do swojego konia. W czasie drogi trzymał się z dala od Pusztisa, a ludziom zapowiedział, żeby pilnie na niego uważali i w żadnym wypadku nie pozwolili uciec. To zresztą nie wydawało się możliwe, uciekinier znalazłby się pomiędzy wro-gimi sobie ludźmi i mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek zechciał udzielić mu gościny czy choćby tylko schronienia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?