Cichy ślubTekst

Z serii: Saga rodu z Lipowej #24
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cichy ślub
Cichy ślub
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Cichy ślub
Audio
Cichy ślub
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 24: Cichy ślub

Saga

Saga rodu z Lipowej 24: Cichy ślubZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726167047

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

NAJLEPSZY MEDYK

Wiosna 1405

Na ulicy Szewskiej ktoś niespodziewanie szarpnął Mateusza za rękaw, a zaraz potem przycisnął do ściany.

– Dzięki Bogu, że cię wreszcie znalazłam! – powiedziała gruba niania.

Mateusz spojrzał, rozpoznał ją i opuścił wzrok zawstydzony.

– Czy to nie masz uszu? – naparła na niego. – Czy nie słysza¬łeś o chorobie Matyldy?

– Jest chora? – zaniepokoił się. – Jak się czuje?

– O święta naiwności! – zawołała. – Nogi za tobą wydeptuję od tygodni, a ten się pyta. Pewnie, że jest chora. Choruje z mi¬łości i tęsknoty, a ja jak jaka głupia latam po mieście, szukając ciebie. Czy ten twój przyjaciel, Jerka, nic ci nie powiedział?

– Jerka? No, coś mówił, że was spotkał.

Rozłożyła ręce.

– Nie odejdziesz, zanim nie powiem, co mam do powiedzenia, i nie dowiem się od ciebie, czemu nie dawałeś znaku życia przez tyle czasu. Przecież Matylda omal nie umarła z tęsknoty. Czy ty nie masz serca, chłopcze? Zapomniałeś, że coś jej obiecywałeś? Czemu skazałeś ją na ból, cierpienie i smutek?

Mateusz milczał, zaciskając pięści. Czemu nie wysłał jej wiadomości? Ale jaką wiadomość miałby przekazać? Że wpadł w ramiona Aurelii?

– Wypatruje za tobą oczy – mówiła niania. – Czy nie gnębi cię ta krzywda, którą jej uczyniłeś?

Wreszcie Mateusz się odezwał.

– Gnębi mnie – powiedział. – Ale zrobiłem coś, co się jej nie spodoba, dlatego uciekłem. Po tym, co uczyniłem, nie będzie chciała mnie widzieć ani mówić ze mną.

– Co takiego?

Nie odpowiedział. Patrzył w bok i musiała go szturchnąć, żeby nie milczał.

– Spowiednik kazał mi zapomnieć – przyznał się wreszcie.

Niania przyglądała mu się dłuższą chwilę.

– A ty zapomniałeś? – zapytała wreszcie.

Z trudem przełknął ślinę.

– Nie – oświadczył. – Nie zapomniałem, bo... bo ja... No i jeszcze musiałem się ukrywać, bo...

– Wiem, czemu się ukrywałeś.

– Wiecie? – zdziwił się.

– No, przecież słyszałam, że cię szukali po tym, jak umarł ten strażnik, którego dziabnąłeś nożem, kiedy cię napadli.

– Szukali mnie? Gdzie? Kto?

– Coś ty taki nieprzytomny? – odpowiedziała pytaniem. – Nic nie wiesz, jakbyś dopiero co wyszedł z jakiejś piwnicy po paru tygodniach.

– Właśnie wyszedłem... niedawno.

Dopiero po chwili uwierzyła.

– Matko Przenajświętsza! – jęknęła. – To znaczy, że ty nic nie wiesz. Nic nie wiesz...

– O czym?

Szybko opowiedziała mu, co zdarzyło się w ostatnich tygodniach. Jak Matylda cierpiała po jego odejściu. Jak na niego czekała, na jakiś znak, na sygnał, na list czy choć by na słowo. Jak martwi¬ła się i niepokoiła. Jak się przeraziła, gdy dowiedziała się, że został pojmany przez strażników. Jak pobiegła do więzienia, jak myśla¬ła o sposobie uratowania go albo chociaż ulżenia jego doli. Jak w więzieniu okazało się, że to nie on. Jak martwiła się, dalej nie wiedząc, co się z nim dzieje, jak wreszcie wymyśliły sposób, żeby się odezwał, a Matylda miała udawać chorą, żeby on mógł wejść do domu burmistrza, jeśli tylko zechce.

Mateusz słuchał i milczał, zadziwiając nianię swoim zachowaniem.

– I co z tym zamierzasz robić? – zapytała na koniec. – Ona cię przecież miłuje, głupcze. Wszystkie te podstępy z udawaniem choroby wymyśliła, żebyś przyszedł.

Nie odpowiedział od razu.

– Wątpię, czy mnie zechce... – wydukał wreszcie. – I sam nie czuję się jej godny..

Myślał o swoim związku z kupcową Aurelią, a niania sądziła, że ma opory ze względu na brak majątku.

– Głupi jesteś! – zauważyła. – Ale ci powiem, co powinieneś zrobić. Przyjść do domu jej ojca jako medyk i uleczyć jej duszę.

Mateuszowi drżały wargi.

– A potem? – zapytał niepewnie. – Przecież nie dostanę Matyldy...

Niania ujęła się pod boki.

– Nie dostaniesz, jeśli będziesz tu stał i wcale się o to nie postarasz. Ale jeśli ruszysz tyłek z miejsca, to kto wie.

– Jej ojciec...

Prychnęła.

– Z nim żenić się chyba nie zamierzasz – zakpiła. – Więc się nim tak bardzo nie przejmuj. Pomyśl o Matyldzie. Jeśli ona nadal cię chce, masz szansę.

– A jeszcze mnie chce?

– Sam ją zapytaj. Powiem ci tylko, że burmistrz obiecał dać wszystko lekarzowi, który uratuje Matyldę. Pojąłeś, chłopcze? Wszystko otrzyma ten, kto sprawi, że wstanie z łoża. I co o tym myślisz? Będziesz tu jeszcze długo tracił czas?

* * *

Na rogu ulicy, tuż przed wejściem na Rynek Mateusz z Lipowej natknął się twarzą w twarz ze strażnikiem Paluchem.

Drgnął zaskoczony i zrobił ruch, jakby chciał rzucić się do ucieczki. Ale Paluch nie miał najmniejszego zamiaru go ścigać. Nawet przeciwnie. Ku wielkiemu zdziwieniu Mateusza gruby wiertelnik nieznacznie skłonił przed nim głowę.

– Chyba nie chowacie urazy za to nieporozumienie...

Lipowski spojrzał na strażnika mocno zdziwiony, nie mogąc uwierzyć w tak wielką zmianę nastawienia – od nienawiści do szacunku.

– Chyba nie – bąknął w odpowiedzi.

– Nie wiedziałem, że nie podlegacie miejskiemu prawu – dodał strażnik i usunął się z drogi.

Gdyby Mateusz mijał go nie tak szybko, może usłyszałby, jak Paluch mruczy do siebie zafrasowanym głosem:

– I bądź tu mądry. Raz nosi wąsy, innym razem chodzi bez wąsów...

* * *

– Znalazłam go! – powiedziała niania do Matyldy. – Znalazłam twojego ukochanego Mateusza. Nic nie wiedział o twojej chorobie. Ukrywał się. Teraz mu wszystko wyjaśniłam. Przyjdzie tu jako lekarz.

Matylda zerwała się z krzesła, ręce przyciskając do piersi.

– Dzięki Bogu!

– Spokojnie, moje dziecko – łagodziła niania. – Tylko spokojnie, bo wszystko można zepsuć nadmiernym pośpiechem. Ojciec niczego nie może się domyślić.

Burmistrz Kleiner zamartwiał się stanem zdrowia córki i choć początkowo mamrotał niezadowolony, gdy w sieni jego domu tłoczyli się ludzie rozmaitych profesji, potem do tego przywykł.

– Nie wiem tylko, jak długo będzie to trwało – zauważył. – Cisną się tu, spodziewając się nagrody. Wcale im nie zależy na zdrowiu Matyldy.

Tego ranka znowu było ich kilku. Zachowywali się hałaśliwie, ale tylko do chwili, gdy pojawiła się niania i kazała im być cicho.

Prowadziła właśnie do komnaty wychowanki pierwszego medyka, gdy natknęli się na burmistrza. On sam już nie wychodził witać lekarzy, bo nie licowałoby z jego godnością rozmawiać z ludźmi podłego stanu. Profesorowie już prawie nie przychodzili, zjawiali się przyjezdni, ciekawscy albo chciwi nagród.

– On też jest medykiem? – zapytał, marszcząc brwi z niezadowolenia. – Taki młody?

Zanim Mateusz zdążył odpowiedzieć, wyręczyła go niania.

– Jest młody, bo to dopiero student medycyny – wyja¬śniła. – Ale wystarczająco wykształcony, żeby naszej biedaczce poczytać Ewangelię, jak nakazał ksiądz Andrzej. Po co wyrzucać pieniądze na dostojnych doktorów, kiedy chodzi tylko o czytanie. Taki młodzian jest przecież tańszy.

Czytanie było powszechnie uważane za pomocne we wszelkich chorobach, więc Kleiner się nie sprzeciwił.

– Niech czyta – zgodził się.

Zanim go jednak minął, zatrzymał się i przyjrzał wchodzącemu po schodach.

– Chyba cię gdzieś już widziałem – powiedział. – Jak się nazywasz, chłopcze?

– Wołają mnie Mateusz – przyznał się zapytany, choć niania dała mu znak, żeby wymyślił coś innego. – Ale nie sądzę, byście mnie znali, panie. Nie jestem nikim ważnym.

Burmistrz odszedł, a niania szepnęła do chłopca:

– Odważny jesteś, ale że chyba nie najmądrzejszy, skoro od razu zdradziłeś swoje imię.

Mateusz uśmiechnął się niepewnie. Serce mu biło przed spotkaniem z Matyldą.

– Należy kłamać jak najmniej – odszepnął.

Niania roześmiała się z uznaniem.

– Słusznie, mój chłopcze. Masz rację.

* * *

– Mateuszu – szeptała Matylda. – Dlaczego pozwoliłeś mi myśleć, że nie kochasz mnie wcale i nigdy już nie wrócisz? Czy wiesz, że omal nie umarłam z miłości i tęsknoty?

* * *

Burmistrz Kleiner nie od razu uwierzył opiekunce swojej córki. Osobiście pobiegł do jej komnaty.

– Czy to prawda, że czujesz się lepiej?

– Tak – potwierdziła. – Znacznie lepiej.

Kleiner obejrzał uważnie jej twarz i nie uszło jego uwagi, że policzki córki nie są już takie blade.

– Bogu niech będą dzięki! Czy ty wiesz dziecko, jak bardzo niepokoiłem się twoim stanem?

– Wiem, ojcze – przyznała Matylda cichym głosem. – Tak mi wstyd, że przyczyniłam wam tylu zmartwień. Ale zapewniam, że czuję się już prawie dobrze. Może za kilka dni... Może mogłabym pójść do kościoła...

Burmistrz śmiał się z radości.

– Zwycięstwo! – wołał. – Zwycięstwo!

Pobiegł szukać niani, a kiedy ją znalazł, pytał niecierpliwie:

 

– Który to? Który medyk to sprawił?

Niania wzruszyła ramionami.

– Na pewno nie wiem.

– Nie wiesz? – rozzłościł się. – Tygodniami szukamy lekarstwa dla mojej córki, a gdy się znajduje, ty nawet nie wiesz, który lekarz jej pomógł?

– Chyba ten młody, co czytał Ewangelię – udawała, że się zastanawia.

– Chyba? Jak można nie wiedzieć takich rzeczy! Gdzie on jest?

– Poszedł sobie.

– Na rany Chrystusa! Niewiasto, czyś ty do końca zgłupiała? Nie zauważyłaś poprawy zdrowia mojej Matyldy? Przecież trzeba go było zatrzymać, choćby i siłą.

– Chłopak poszedł, ale jutro czy pojutrze wróci – potwierdziła spokojnie.

– Dopilnujcie tego! – nakazał. – Dopilnujcie, żeby pamiętał! Młodzi dziś tak łatwo o wszystkim zapominają.

Następnego dnia młody medyk pojawił się znowu, a po jego wizycie stan zdrowia Matyldy jeszcze się poprawił.

– On ma lekarstwo! – cieszył się Kleiner. – Najwyraźniej znalazł właściwe! To Ewangelia!

Gotów był zatrzymać lekarza w domu, żeby mieć go na każde wezwanie, ale młody człowiek się wymówił.

– Mam jeszcze innych pacjentów – oświadczył burmistrzowi.

– Zostaw ich! Zapłacę więcej niż oni wszyscy razem!

Według niani ojciec chorej powinien całkowicie zaufać jego sztuce.

– Mówi, że Matyldzie dobrze zrobiłoby wyjście z domu. Na powietrze. Że powinna zobaczyć trawę i kwiaty.

– Na powietrze? Ależ naturalnie, może wyjść, gdzie zechce!

– Może zaprowadzę ją do domu przy ulicy Świętojańskiej? – podsunęła niania. – Będzie sobie siedziała na tarasie w ogrodzie, na słoneczku...

Kleiner był gotów zgodzić się na wszystko.

– A co z innymi medykami? – niania chciała pozbyć się intruzów. – Nadal się tutaj plączą...

– Już ich nie potrzebujemy – postanowił Kleiner. – Każ im odejść i więcej nie przychodzić. Tylko tego naszego pilnuj, kobieto, bo w żadnym wypadku nie możemy go stracić.

– Upilnuję na pewno. Nie bójcie się. Nie spuszczę go z oka ani przez chwilę.

– A może... – zastanowił się. – Może ten lekarz mógłby zamieszkać w naszej kamienicy na ulicy Świętojańskiej? Nie musiałby chodzić codziennie do chorej i byłby na wyciągnięcie ręki...

– Zapytam go – obiecała niewiasta.

– To mało – naciskał burmistrz. – Trzeba mu zapłacić albo nawet zmusić.

– To już lepiej zapłaćcie – poradziła. – Z niewolnika, powiadają, nie ma robotnika. I z doktora siłą też niczego nie wyciągniecie. Dowiem się, czy zgodzi się zostać i na jakich warunkach.

Wieczorem powiadomiła burmistrza, że medyk Mateusz zamieszka przy Świętojańskiej przez tydzień czy dwa.

– Chwała Bogu! – odetchnął z ulgą Kleiner. – Chwała Bogu!

AURELIA

Kupcowa Aurelia łatwo odnalazła Mateusza, bo szybko odgadła, że znowu kwateruje w gospodzie Pod Czerwonym Kogutkiem.

Siedział w izbie nad kuflem piwa. Miała ochotę załamać ręce nad jego wyglądem, bo jak dawniej był ubrany w stary kaftan, a za pasem miał drewnianą łyżkę.

– Wszystko wiem – powiedziała łagodnym głosem. – Ale wcale się nie gniewam. Wróć do mnie, Mateuszu. Przecież w moim domu masz wszystko. O nic nie będę cię pytać, niczego nie będę wypominać.

Mateusz rozejrzał się po gospodzie.

– Niepotrzebnie tu przyszłaś – zauważył przyciszonym głosem. – Na próżno tracisz czas. Przecież ci powiedziałem, że wychodzę i nie zamierzam wrócić.

Aurelia zrobiła smętną minę.

– Nie powiedziałeś – poprawiła.

– Ale dałem ci wyraźny znak – uzupełnił. – Muszę odejść, bo dalej tak być nie może. Jestem ci wdzięczny, że dałaś mi schronienie, ale to już niepotrzebne. Nie mogę dalej żyć zamknięty w czterech ścianach. A ty też mi nic nie mówiłaś i nic nie wiedziałem, co dzieje się w mieście.

– Nie chciałam cię niepokoić – wyjaśniła, próbując uchwycić go za rękę. – Strażnicy szukali ciebie, wyszedł list gończy, a potem była wieść, że cię złapali.

– Nie złapali mnie, skoro jestem tutaj – zauważył sucho.

– Ale mogli złapać.

– Nie powiedziałaś mi o chorobie córki burmistrza.

Aurelia wzruszyła ramionami.

– A po co ci to wiedzieć? Nie jesteś medykiem.

– O innych sprawach też mi nie mówiłaś. A może są to wieści dla mnie ważne.

Uważała, że jest dla niej niesprawiedliwy. Ona starała się o niego jak umiała najlepiej, a on wcale tego nie zauważał.

– Krzywdzisz mnie – żaliła się. – Czy zrobiłam ci coś złego, żebyś mnie teraz obwiniał?

– Nieprawda – zaprzeczył. – Niczego ci nie obiecywałem. Jestem ci wdzięczny... za wszystko, ale nie mogę zostać. I tak by¬łem zbyt długo.

– Nie zostawiaj mnie samej – szepnęła i łzy zaczęły się toczyć po jej okrągłych policzkach. – Nie możesz. Przecież tak nam było dobrze...

Znowu próbowała dotknąć jego dłoni i musiał się odchylić od stołu.

– Jesteś zamężna – przypomniał.

– Dawniej ci to nie przeszkadzało – odpowiedziała szybko.

– Ale masz męża. On podobno wraca.

– Nie wpuszczę go.

Teraz on chwycił ją za ręce i ścisnął.

– Sama nie wiesz, co mówisz. Jak to go nie wpuścisz? Przecież ma prawo wejść do swojego domu. To dla mnie nie ma tam miejsca. Zresztą, nie chcę już być z tobą.

– Dlaczego? – dopytywała się. – Co się stało, że mnie nie chcesz? Przecież jeszcze nie tak dawno...

– Ale teraz nie chcę. Wracaj do siebie.

Prosiła go, lecz nie poddawał się jej słowom. Wiedziała, że nie ulegnie, a mimo to długo jeszcze nie zaprzestała błagań. Wreszcie stwierdziła, że domyśla się, co jest przyczyną jego decyzji.

– Wiem, czemu się zmieniłeś – powiedziała. – Dobrze wiem. To przez tę dziewczynę.

Mateusz udawał zdziwienie.

– Jaką dziewczynę?

– Tę, do której teraz chodzisz. Wiem, że chodzisz i wcale nie musisz zaprzeczać, bo tak jest. I wiem, kto ona. Może jest ładna, ale nie da ci przecież tego, co ja. Nie ma żadnego doświadczenia, a ten wasz związek wcale nie ma przyszłości. Kiedy tylko jej ojciec o wszystkim się dowie...

– Nie twoja sprawa! – przerwał jej ostro. – Nie twoja sprawa.

– Nie moja? – naburmuszyła się. – To jeszcze zobaczymy, czy nie moja. Wiem wszystko o tej dziewczynie. To córka burmistrza. Córka burmistrza, a ty jesteś biedakiem, który nie ma gdzie mieszkać i nie ma przed sobą żadnej przyszłości. Pobawi się tobą i cię zostawi. Tyle tylko będziesz z tego miał. Pobawi się tobą i wyrzuci.

– A tobie do czego służyłem? – odciął się. – Nie do zabawy? Też musisz się z tego wyspowiadać.

– Wróć – poprosiła znowu. – O wszystkim zapomnę. Teraz masz okazję, bo potem się pogniewam i nie wezmę cię, nawet jak ona cię odtrąci po skończonej zabawie.

– Nie! – powtórzył. – Nie i nie!

Nagle postanowiła zagrać o wszystko. Ujęła się pod boki.

– Jeszcze zdążę – powiedziała zuchowato. – Zdążę na pewno. A ty nie bądź głupi, bo... bo...

– Bo co?

– Bo pożałujesz!

Była zła, wiedziała, że Mateusz nie ulegnie jej przekonywaniu. Teraz już chciała dokuczyć.

– Straszysz mnie? – zapytał pochmurnie. – Mam iść z tobą dlatego, że mi grozisz?

– Nie – zaprzeczyła szybko. – Przecież ja wcale nie na poważnie. Nigdy nie zrobiłabym ci krzywdy. Ja tylko tak, z wielkiego miłowania.

– Nie chcę.

– Niedawno chciałeś.

– Ale teraz nie chcę.

Uwolnił się od jej rąk i zwyczajnie uciekł. Aurelia została sama, pochlipując.

– Jaki piękny! – buczała. – Jaki on piękny. Tak mnie kochał, tak mnie okropnie kochał. I jeszcze wiersze dla mnie pisał...

Po tej rozmowie Mateusz odetchnął, bo wydawało mu się, że wszystko wytłumaczył kupcowej Aurelii, a ona, choć z trudem, przyjęła jego argumenty.

Bardzo się mylił, ponieważ kupcowa Aurelia nie zamierza¬ła dać za wygraną. Dowiedziała się, czego dowiedzieć się chciała. Wiedziała, kto zawrócił w głowie Mateuszowi. Jej Mateuszowi. I nie zamierzała tej sprawy zostawić samej sobie.

Zaczęła od niani.

Opiekunka Matyldy nie poznała kupcowej, ale Aurelia szybko wytłumaczyła jej, kim jest i w jakiej sprawie przyszła.

– Mateusz Lipowski – wyjaśniła. – Słyszałam, że on chodzi po cichu do waszej wychowanki. Jej ojciec, dostojny pan burmistrz Kleiner, nie będzie zadowolony, gdy się o tym dowie.

Niania wzruszyła ramionami.

– Nie pojmuję, czego ty chcesz, niewiasto – odpowiedziała opanowanym głosem. – Sam burmistrz kazał szukać lekarza na melancholię Matyldy. Każdy mógł przyjść z poradą. I pan Mateusz to zrobił. Przychodzi czytać Pismo Święte.

– Już ja znam takie porady! A wam też coś poradzę. Powiedzcie mu, żeby zaprzestał leczenia. Inaczej burmistrz dowie się o wszystkim.

Niania ujęła się pod boki i odpowiedziała, starając się, żeby jej głos brzmiał zwyczajnie.

– Nikt tu nie czyni niczego niestosownego. Jeśli język was świerzbi, pomyślcie, jak was zaboli, kiedy burmistrz zechce wam go przyciąć.

– Doprawdy? – Aurelia aż zatrzęsła się z wściekłości. – To jeszcze zobaczymy!

O spotkaniu i tej rozmowie niania ledwie słowem wspomniała Mateuszowi, ale zabroniła mu mówić cokolwiek Matyldzie.

– Milcz – poleciła. – Żebyś się nie odważył choćby słowem o tym wspomnieć. Nie chcesz chyba zrobić dziewczynie przykrości. Ani słowa!

Mateusz nie wiedział, jak powinien postąpić i był wdzięczny za rady.

– Nie wiem tylko, czy to dobrze ukrywać coś przed nią – zgłosił swoje wątpliwości. – Chcę być uczciwy...

– Lepiej milcz – powtórzyła. – Co innego być uczciwym, a co innego głupim.

* * *

Niania stała na drewnianej galerii z tyłu domu, skąd widziała nie tylko, kto się zbliża, ale także miała oko na to, co się dzieje w ogrodzie. A w ogrodzie Matylda leżała na posłaniu, a obok siedział Mateusz z Lipowej.

– Pokochałam cię od pierwszego wejrzenia – mówiła Matylda. – Zachorowałam, kiedy niespodziewanie odszedłeś i bałam się, że na zawsze.

– Nigdy cię nie opuszczę – obiecywał Mateusz. – Zawsze będę przy tobie.

Burmistrz Hugo Kleiner był zadowolony. Córka całkowicie ozdrowiała.

– Dzięki Bogu – powtarzał. – Dzięki Bogu.

– Nie tylko Bogu – poprawiała niania. – Także za sprawą naszego młodego medyka.

Burmistrz spoglądał na córkę leżącą na posłaniu i Mateusza, który z poważną miną siedział obok, trzymając na kolanach otwarte Pismo Święte.

– Już mu podziękowałem – przypomniał.

Było to przed tygodniem, zaraz pierwszego dnia, gdy na prośbę dostojnika lekarz zamieszkał w domu przy ulicy Świętojańskiej.

– Każdy wie, że nie łamię obietnic – oświadczył burmistrz. – Tedy, młody człowieku, za swoją sztukę lekarską możesz spodziewać się zadośćuczynienia. Nie jestem skąpy, a gotów wynagrodzić cię sowicie. Powiedz tylko, jakiej zapłaty oczekujesz, a natychmiast ją otrzymasz.

Mateusz niepewnie pokręcił głową.

– Leczę waszą córkę nie dla zapłaty – zauważył. – Z uszanowania dla niej i dla was, panie burmistrzu.

Kleiner z zadowoleniem pogłaskał się po brodzie.

– To ładnie z twojej strony, młody człowieku – powiedział. – Doceniam to i zapewniam, że nigdy tej przysługi nie zapomnę. Ale dobre uczynki nie mogą pozostać bez pochwały. Jak dostaje nagrodę ten, kto pierwszy przybiegnie do pożaru w mieście, tak nie może zostać bez nagrody ktoś, kto ugasił, że tak powiem, po¬żar mojego niepokoju.

Poklepał Mateusza po ramieniu.

– Nie skrzywdzę cię – dodał. – Rozpytałem dokładnie i wiem, jak sobie cenią sztukę medyczną inni konsyliarze. Otrzymasz wynagrodzenie wedle najwyższej możliwej stawki. A jeszcze ją podniosę z własnej woli, bo to, czego dokonałeś, zasługuje na szczególne uznanie.

– Dziękuję, panie burmistrzu.

– Zasłużyłeś, naprawdę zasłużyłeś. Gdy tylko moja córka odzyska resztę sił, przyjdź do mnie po wynagrodzenie. Zapewniam cię, nie będziesz rozczarowany.

Mateusz nie odważył się zapytać, jaką sumę burmistrz ma na myśli.

– No, nie wiem – odpowiedział niepewnie. – Sami widzicie, że wasza córka czuje się lepiej, ale chyba jeszcze brakuje jej nieco do całkowitego ozdrowienia...

– Ale to już niebawem, prawda? – burmistrz najwyraźniej miał ochotę pozbyć się lekarza. – Tydzień może i będzie wszystko jak dawniej. Wtedy wypłacę ci półtorej... no... dwie grzywny brzęczącą monetą.

Matylda, która była świadkiem tej rozmowy, jęknęła i poruszyła się gwałtownie na posłaniu.

– Słabo mi!

 

Burmistrz zamarł, lekarz chwycił chorą za rękę i śpiewnym głosem zaczął odczytywać kolejną partię łacińskiego tekstu.

– Odejdźmy – poradziła niania. – Niech medyk czyni swoją powinność, my staniemy sobie nieco dalej.

Poprowadziła burmistrza na galerię, gdzie było miejsce jej stróżowania. Tam ustąpiła mu swoje krzesło, sama stając obok.

– Chyba jesteście nadto niecierpliwi – zauważyła. – Ledwo dwa tygodnie jak Matyldzie się poprawiło, a wy byście już zwalniali lekarza. A jeśli choroba wróci?

Kleiner patrzył na ogród chmurnym spojrzeniem. Młody medyk wcale nie czytał z księgi. Pochylał się ku Matyldzie i coś do niej mówił.

– Nie jestem ślepy – zauważył. – Ten młodzian nadto jest odważny. Widzisz, jak na nią patrzy?

Niania wzruszyła ramionami.

– Niby jak? Widzieliście, żeby kto spoglądał na Matyldę bez zachwytu? On też się nią zachwyca, bo próżno szukać panny równie urodziwej.

– O to mi właśnie chodzi – mruknął kwaśno. – O urodę. Za młody ten medyk, żeby można było ich oboje zostawiać samych.

– Każdemu wolno patrzeć na słońce. A poza tym sami nie zostają, już moja w tym głowa. Chyba macie do mnie zaufanie.

– Mam go dość – zgodził się. – Ale dobrze ja znam spryt i przemyślność młodych. Zawsze znajdą okazję, żeby zmalować coś pod nieobecność dorosłych.

– Nie przy mnie – oburzyła się. – Ja jestem najlepszą opiekunką waszej córki i bez mojego przyzwolenia na nic się nie poważy.

– Mówię nie tylko o nim – burknął. – Chodzi o Matyldę. Młoda jest, łatwo jej zawrócić w głowie. Pamiętacie te wiersze? Tylko słowa, a przecież całkiem jej w głowie zamieszały. Tedy bacz, niewiasto, aby i teraz nie stało się nic złego. Bacz uważnie!

Niania zaraz podzieliła się z młodymi obawami burmistrza Kleinera.

– Boi się o ciebie, moje dziecko. I nie dziwota, każdy ojciec na jego miejscu nie zachowałby się inaczej. Zapewniłam go, że dobrze nad wami czuwam, ale to nie całkiem go zadowoli¬ło. Trzeba nam wymyślić chyba coś innego, żebyście mogli się spotykać. Ty, Matyldo, nie możesz w nieskończoność udawać chorej, bo wtedy ucierpi opinia o Mateuszowej sztuce medycznej. Kiedy jednak zostaniesz uleczona, Mateusz nie będzie miał przy tobie nic do roboty.

Zatroskana, zmarszczyła czoło.

– A może tak wszystko powiedzieć ojcu? – zaproponowała dziewczyna. – Przecież obiecał wynagrodzić lekarza.

– Nie bądź niemądrą – ofuknęła ją opiekunka. – Jeśli się tylko dowie, od razu domyśli się, że cała ta choroba to udawanie. Moim zdaniem Mateusz powinien przyjąć zapłatę i odejść. Potem wymyślimy jakiś sposób.

– Zostawić Matyldę? – sprzeciwił się Lipowski. – Tego nie mogę zrobić.

Niania była jednak stanowcza.

– Jesteście jeszcze dziećmi i nie wiecie, że rzadko sprawy układają się tak, jak sobie życzą młodzi. Lepiej zdajcie się na pomoc doświadczonej niani.

– Ale jakże nam się rozstać? – martwiła się Matylda. – Przecież to jakbyś doradzała skok ze skały.

* * *

Pani Aurelia nie mogła pogodzić się ze stratą i spróbowała kolejnego sposobu. Poszła na skargę do samego burmistrza Kleinera.

Ten jak zwykle miał niewiele czasu, ale wysłuchał i natychmiast wpadł w złość.

– Co ty pleciesz, niewiasto? – wołał oburzony. – Chcesz zostać ukarana za rozsiewanie takich gadek? To może jeszcze będziesz się na rynku chwalić, że student zachodził do twojego domu w niecnych celach? Chadzał, bo sama go zapraszałaś! A teraz przestał przychodzić, tak? Czego ty chcesz, rozpustna niewiasto? Mam go zmusić, by znowu cię odwiedzał?

– Chcę sprawiedliwości – odpowiedziała Aurelia. – Wy jako burmistrz musicie to zapewnić.

– Nie będę słuchał plotek! – przerwał. – A ty zapomnij o nim, jeśli nie chcesz nosić kamienia hańby po Rynku.

Jerka uprzedzał o niebezpieczeństwie grożącym ze strony kupcowej, ale Mateusz niewiele się przejmował.

Spotkali się w piwiarni, siadając na powietrzu, bo wiosenny dzień był pogodny i ciepły.

– Uważaj na siebie – mówił Jerka do przyjaciela. – Twoja kupcowa gotowa jest na wszystko. Wiem od Magdy, że bardzo jest rozżalona i gotowa wystąpić przeciw tobie. Chciałem cię ostrzec, bo sam pewnie wcale o tym nie pomyślałeś.

– O czym? – dziwił się Mateusz.

– O niewiastach, baranie. Jak się zadajesz z którą, musisz my¬śleć, co z tego wyniknie. A zawsze może wyniknąć kłopot.

– Aurelia tego nie zrobi – Mateusz lekceważył pogróżki. – Wytłumaczyłem jej.

– Głupi jesteś, jeśli na to liczysz – skrzywił się Jerka. – A swoją drogą w ogóle nie rozumiem twojego postępowania. Zamiast korzystać z tego, co masz, gonisz nie wiadomo za czym. Jeśli odrzucisz Aurelię, będziesz jej musiał słono zapłacić. Magda mówi, że ta kobieta ci nie daruje.

Mateusz pokręcił głową.

– Wszystko jej wytłumaczyłem – powtórzył. – Aurelia przecież ani przez chwilę nie myślała, że się z nią ożenię. Od początku wiedziała, że mogę mieszkać u niej co najwyżej jakiś czas.

– Ale ona chciałaby, żeby jak najdłużej.

– Skąd wiesz?

– Skarżyła się Magdzie. Magda mówi, żebyś na siebie uważał, bo Aurelia jest bardzo rozżalona i nawet się odgrażała.

– A ta twoja nie mogła jej przypomnieć, że jest zamężna i tylko patrzeć, jak jej mąż się pojawi?

– Kupiec Jonatan wróci albo i nie wróci, skoro nie ma go już chyba ze dwa lata. A ty jesteś głupi, zostawiając taką niewiastę.

– Niczego jej nie obiecywałem. Poza tym jestem zakochany. W kim innym.

Jerka wzruszył ramionami.

– A ten swoje! Matylda i Matylda. Co osiągnąłeś do tej pory? Nic! To, że dziewczyna jest ci przychylna, mało znaczy wobec sprzeciwu jej ojca. A on nawet z tobą gadał nie będzie.

– Zobaczymy.

Jerka wzniósł oczy do nieba.

– Jesteś uparty jak osioł. Dziwię się, że kiedyś biskup Wysz chwalił cię za bystrość. Przecież ty myślisz i postępujesz jak małe dziecko.

* * *

Po sprawie ze szlachcicem, którego nierozważnie zamknięto w ciemnicy, omal nie wywołując wojny z zamkiem, strażnik miejski Paluch był bardzo ostrożny i niechętnie nadstawiał ucha plotkom i doniesieniom.

– A skąd wiecie, że to ten, co nożem zranił strażnika?

– Skąd wiem, to wiem – odpowiedziała kupcowa Aurelia.

Paluch nie mógł się zdecydować, czy powinien dać jej wiarę. Wbiegła tu zdyszana niby goniona przez psy i wyrzuciła z siebie szybko wszystko, co miała do powiedzenia.

– Mam iść i zatrzymać go? – upewnił się. – A on niby tam czeka?

– Czeka, bo nie wie, że przyjdziecie.

– Prawda – zgodził się. – Może tak być. I to jest właśnie ten pisarczyk, co siedział przed gospodą Czerwony Kogutek?

– Ten sam – potwierdziła. – Nadal tam przesiaduje, bo znowu tam mieszka.

Paluch zastanawiał się. Poprzednia próba zatrzymania zakończyła się klapą. Nie tylko nie zajął miejsca kapitana Wilfina, ale jeszcze naraził się na gniew przełożonego i samego burmistrza Kleinera. O mały włos a straciłby zajęcie, a robota w stra¬ży miejskiej była godna pozazdroszczenia. Grzywna srebra na cztery tygodnie samej tylko wypłaty to nie w kij dmuchał. Do tego odzienie i możliwość dodatkowych gratyfikacji. Gdyby tak jeszcze jaki sukces...

Po namyśle postanowił udać się we wskazane miejsce, rozejrzeć i dopiero wtedy postanowić, co dalej. Przecież nic się nie stanie, że zajrzy Pod Czerwonego Kogutka. Pójdzie i zobaczy.

Strażnik Paluch przyszedł do piwiarni, skradając się niemal i próbując nie rzucać się w oczy, co przy jego wielkim ciele nie było łatwe.

Z daleka rozpoznał Mateusza i aż go zatrzęsło z oburzenia. Zabójca wiertelnika siedzi sobie pod gruszką i spokojnie popija piwo.

W drugim rozpoznał Jerkę, którego także dobrze pamiętał z ulicznych burd i pogoni.

– Jak to jest? – dziwił się, stojąc za drzewem. – Przecież on rycerz, dworzanin królewski, a siedzi tutaj z tym rozbójnikiem. Jak może być w dwóch miejscach jednocześnie?

A potem nagle naszło na niego olśnienie.

– Ich jest dwóch!

I aż zachłysnął się swoim odkryciem. Oczywiście, że ich musi być dwóch! Bardzo są do siebie podobni, więc dlatego pomylił się za pierwszym razem. Wtedy schwytał niewłaściwego człowieka. Zatrzymał młodego rycerza zamiast młodego pisarczyka.

Dumny ze swojego odkrycia cofnął się o kilka kroków i gorączkowo głowił się, jak teraz postąpić. Rozwiązał zagadkę! Zaraz może mieć w swojej mocy człowieka, który zranił strażnika, powodując jego śmierć. Teraz się nie wywinie. Teraz nie ma mowy o pomyłce. To jest ten zbrodniarz.

Wszystko się zgadza. Tamten jest przy dworze, a właściwy człowiek siedzi tutaj. Ten, który pisze listy i wiersze, ten, którego bezskutecznie ścigali, ten który zranił jego kompana. To on jest znajomym Jerki. Tamten, którego kazał związać, jest tylko do tego tutaj bardzo podobny.

Zobaczymy teraz, czy kapitan Wilfin odważy się go wyśmiać i skrzyczeć z powodu nieodpowiedzialnego postępowania.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?