Zuchwała intrygaTekst

Z serii: Saga rodu z Lipowej #20
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zuchwała intryga
Zuchwała intryga
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Zuchwała intryga
Zuchwała intryga
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99  9,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 20: Zuchwała intryga

Saga

Saga rodu z Lipowej 20: Zuchwała intrygaZdjęcie na okładce: ShutterstockCopyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788726167009

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ZMARTWIENIA ELŻBIETKI

Jesień 1399

Jak do niedawna Lipową i Hedwigą, pani Roksana teraz zajmowała się przede wszystkim Elżbietką z Krasawy, żoną Konrada. Bardziej niż inni przejmowała się jej losem, zapraszała często do siebie, można je też było spotkać na jarmarku albo na wzgórzach, gdzie jeździły konno.

Hedwiga nie chciała się do tego przyznać, ale była trochę zazdrosna o Roksanę. Do tej pory widziała swoją przyjaźń z panią na Dębowcu na zasadzie podobieństwa losów. Obie zostały same, ich mężowie przebywali nie wiadomo gdzie, obie były jeszcze dość młode i zdawało się, że wiele rozmaitych spraw je łączy. Po odejściu Osta Hedwiga opiekowała się Roksaną, potem role się odwróciły i wiele razy Roksana wspomagała duchowo Hedwigę, podtrzymując w niej wiarę w powrót Mikołaja.

A teraz nagle wszystko się skończyło, jakby nie było długich prowadzonych przy kominie, szczerych rozmów, zwierzeń, wątpliwości, marzeń i najtajniejszych sekretów.

Hedwidze było przykro z powodu wyprowadzki Roksany, bo długo myślała, że zostaną obie w Lipowej. Wprawdzie trochę to dziwne, że siedziały tu obie, ale z drugiej strony pomysł wydawał się zupełnie rozsądny, bo dzięki temu żadna z nich nie czuła samotności.

Tymczasem Roksana niespodziewanie opuściła Hedwigę, przenosząc swoją uwagę na Elżbietkę.

– Inaczej to sobie wyobrażałam – skarżyła się Roksanie córka pani Aleny. – Owszem, Konrad jest spokojny i nie mogę narzekać, że mnie źle traktuje. Ale zupełnie nie wiem, jak mogę mieć dziecko, kiedy on tak mało się mną zajmuje…

Elżbietka wstydziła się mówić szczerze o swoim małżeństwie i dopiero po usilnych namowach przyznała się, co ją trapi. Matce by tego nigdy nie powiedziała, ale Roksana to przyjaciółka, niewiasta doświadczona i tak bardzo życzliwa.

– Nie wiem, czy to nie jest oznaka mojej nieskromności… – zaczęła, czerwieniąc się. – Ale wam to powiem…

Roksana uśmiechnęła się zachęcająco.

– Mów mi po imieniu – zaproponowała. – Jestem wprawdzie nieco starsza, ale ty jesteś już mężatką i moją przyjaciółką. Możemy mówić szczerze.

Elżbietka przyjęła propozycję z wdzięcznością, a potem zapytała cicho:

– Czy nie można jakoś zrobić, żeby był mną więcej… zaciekawiony?

Pani Roksana wydawała się zaskoczona. Jej obserwacje mówiły, że to raczej Elżbietka mało jest zainteresowana, a Konrad, jak każdy przecież mężczyzna, przede wszystkim chciałby sobie ulżyć.

– Najpierw musiałabyś wskazać, co ci nie odpowiada – zauważyła. – Bo chyba nie chcesz powiedzieć, że Konrad zaniedbuje swoje małżeńskie obowiązki?

Elżbietka zamilkła. Długą chwilę nie mogła się zdecydować, czy i co może zdradzić ze spraw, o jakich wstydziła się mówić z kimkolwiek.

– Już prawie pół roku po ślubie, a wcale nie wygląda, żebym miała zajść w ciążę… – pojęła wreszcie nieśmiało.

Pani Roksana uśmiechnęła się dobrotliwie.

– Jedne niewiasty zachodzą w ciążę od razu, inne muszą poczekać. Na to nie ma przepisu czy obowiązku. Pół roku to wcale nie tak wiele czasu. Często trwa to rok, dwa i więcej. Daleko nie szukając, twoja matka urodziła ciebie po wielu latach oczekiwania, kiedy się już zupełnie tego nie spodziewała. Choć akurat w przypadku Konrada trochę się dziwię. Podobno chciałby dobrać się do twojego posagu, bo to, co miał w Szczekocinach, ojciec zostawił jego bratu.

Elżbietka pokiwała głową.

– Wiem, że mu pilno – przyznała. – Mój teść też bardzo na niego naciska, a i mnie podpytuje za każdym razem, kiedy mu wreszcie dam wnuka. Ale chodzi o to, że on… że ja… że my…

Pani Roksana aż zerwała się z miejsca, tknięta nagłym podejrzeniem.

– Chyba nie chcesz powiedzieć…? – zapytała w najwyższym zdumieniu. – Chyba nie powiesz, że on że nie próbował?

Elżbietka skinęła głową i rozpłakała się bezgłośnie. Dopiero gdy Roksana objęła ją i zaczęła uspokajać, mogła powiedzieć więcej.

– On nie tknął mnie dotąd. Wcale… Chociaż… chociaż próbował…

Roksana nie mogła wyjść ze zdumienia.

– A pokładziny? Sama widziałam, jak po nocy poślubnej przyszedł z prześcieradłem…

– To była moja krew – kiwnęła głową Elżbietka. – Z palca. Bał się, co powiedzą, więc mu pomogłam tak wszystko urządzić, żeby nikt się nie domyślił.

Pani Roksana przyglądała się Elżbietce uważnie.

– No – powiedziała ostrożnie. – Czasem się to podobno zdarza… Mężczyzna bywa zbyt pijany, a Konrad przecież sobie nie żałował, albo może nadto przejęty. Ale po dniu czy dwóch to przechodzi i wszystko jest w porządku.

– Nie jest – zaprzeczyła Elżbietka. – My wcale nie żyjemy ze sobą. Ani razu od pół roku. A przecież to grzech.

Roksana uśmiechnęła się z wyrozumiałością.

– Prawda – przyznała. – Kościół poucza, że w małżeństwie trzeba współżyć, jeśli się nie chce złamać sakramentu.

Elżbietka łkała.

– I co ja mam teraz zrobić?

– Może za mało go zachęcasz?

Elżbietka zaprotestowała.

– Wcale nie za mało. Czynie, co należy. Stroję się, używam pachnideł, czasem szepnę jakieś słówko…

– Rzeczywiście? – dziwiła się Roksana. – Zatem wina chyba nie leży po twojej stronie. Widzę, że koniecznie trzeba ci pomóc. Nie martw się, znajdziemy lekarstwo na takie zachowanie, choć prawdę powiedziawszy, raczej spodziewałam się czego innego.

– Czy jest na to rada?

– Rada? – zastanowiła się Roksana. – Rada znajdzie się na wszystkie niewieście kłopoty. Nie wiem tylko, czy akurat ja powinnam ci doradzać, bo co na to twoja matka? Może uznać, jak i wcześniej, że wtrącam się do spraw rodziny, do której nie należę.

– Prawie należycie – zaprzeczyła Elżbietka i próbowała się nawet uśmiechnąć. – Dla mnie na pewno.

Pani Roksana zawsze była przecież dla niej życzliwa. Nikt nie powinien obwiniać ją o coś przeciwnego.

– No, nie wiem – zastanawiała się pani Dębowca. – Znosiła mnie, kiedy musiała, ale teraz, gdy opuściłam Lipową…

– Moja matka cię bardzo poważa – przekonywała Elżbietka. – Może o tym nie mówi, ale wiem, ze tak myśli.

– Czy jest zadowolona z twojego małżeństwa?

– Tak – przyznała Elżbietka. – Konrad darzy ją szacunkiem i choć początkowo trochę się obawiałam, teraz jest spokojnie.

– Nie zwierzyłaś się jej ze swoich kłopotów?

– Ona nic nie wie – ujawniła Elżbietka. – Sądzi, że między nami wszystko w porządku. I oboje z ojcem wyglądają wnuka.

Pani Roksana zastanawiała się.

– Lepiej nic jej nie mówić – podpowiedziała wreszcie. – Byłaby niezadowolona. Na wnuka mogą jeszcze poczekać.

– Więc są jakieś sposoby?

Roksana przymrużyła oczy.

– A ty? – zapytała. – Co chcesz osiągnąć?

Elżbietka nie wiedziała na pewno, czego pragnie.

– Chyba, żeby było zwyczajnie, jak u wszystkich. Czy jest jakieś lekarstwo, zioła może albo jaki tajny sposób…

– Tajny sposób? – powtórzyła Roksana. – Na co tajny sposób? Mówisz przecież, że sama nie wiesz, czego oczekujesz.

– Ojciec Konrada dokucza mojemu ojcu. Chce, żeby Konrad wziął posag, a mój ojciec nie może mu nic wypłacić, póki nie ma dziecka. Więc musi być dziecko.

Roksana przyglądała się dziewczynie z zastanowieniem.

– Stale to słyszę – westchnęła. – Dziecko, wnuk, posag. A gdzie tu jest miejsce dla ciebie, Elżbietko? Gdzie jest miejsce na twoje uczucia? Co ty o tym myślisz, czego pragniesz? My kobiety winnyśmy sobie pomagać. Tylko chciałabym ci pomóc mądrze, wedle tego, czego sobie życzysz. Czego więc ty pragniesz?

– Chcę mieć syna – oznajmiła Elżbietka.

Nie powiedziała jeszcze, że opieka matki bywa wielce dokuczliwa i najchętniej by się od niej uwolniła, przynajmniej po części. Nie mogła tego zrobić, póki nie miała dziecka.

– A Konrad? – zapytała Roksana. – Czego on oczekuje?

– Tego samego. Potem, gdy już będziemy mieli dziedzica, wszystko inne jakoś się ułoży…

Roksana nie była o tym przekonana, ale obiecała pomoc.

* * *

Jan ze Szczekocin pokazał się wkrótce potem w Dolinie, przywożąc upominki dla swojego wnuka, którego jeszcze nie miał.

– Cóż to, Konradzie – pytał syna. – Czemu nie ma nawet zapowiedzi twojego potomka? Czy starasz się za mało, czy może twoja żona jest niezdolna urodzić dziecko?

Konrad milczał.

– Bóg nie dał – powiedział później, kiedy już wymyślił sobie usprawiedliwienie.

– Bóg? – prychał Jan ze Szczekocin. – W tych sprawach trzeba pomóc Panu Bogu. Chyba za mało się starasz.

Był niezadowolony, wodził wzrokiem za Elżbietką i dziwował się synowi, że tak mało zajmuje się młodą małżonką.

– Na twoim miejscu rzadko opuszczałbym alkowę – dogadywał.

Był mocno nierad, bo pan Jeno powtórzył to, co już wcze¬śniej dobitnie wyjaśnił Konradowi.

– Będzie syn, będzie posag.

Inni też nieco się dziwowali brakiem potomstwa Konrada i jego żony. Hedwiga radziła szwagierce pojechać do klasztoru na Jasnej Górze, by prosić Najświętszą Pannę o wstawiennictwo.

– Pomaga – twierdziła. – Mnie pomogło, królowej Jadwidze pomogło i wielu innym niewiastom.

Elżbietka nie dawała się jednak na razie namówić, a to z powodu słów, jakie na ten temat wygłosiła Roksana. A Roksana powiedziała:

– Na Jasną Górę to powinien pielgrzymować Konrad, nie ty.

Zapraszała Elżbietkę do siebie, a ta często jeździła do Dębowca. Przebywała u Roksany chętniej chyba niż we własnym domu, co bardzo nie podobało się jej matce.

 

– W jaki sposób chcesz mieć dziecko, skoro najwyraźniej unikasz swojego męża? – burczała pani Alena.

Elżbietka tłumaczyła się niezręcznie, wstydziła się powiedzieć, że właśnie dla nauczenia się skutecznych sposobów jeździła do Dębowca. Prowadziły tam długie rozmowy, Roksana podpowiadała, jak Elżbietka ma postępować w sypialni. Pod rozmaitymi pretekstami zapraszała też podopieczna i jej męża do swojego dworu, tam karmi¬ła potrawami wzbogaconymi mocnymi ziołami, dawała wino. Potem kazała im przygotować posłanie w komorze i zostawiała samych.

Wszystko wydawało się dobrze przygotowane. Podczas wieczerzy Konrad patrzył wciąż za swoją niewiastą, uśmiechał się, ale płynęły tygodnie i nic się nie zmieniało.

– I co? – pytała rano Roksana.

Elżbietka miała łzy w oczach.

– Nic – przyznała się. – Użyłam już wszystkich sposobów, ale się nie sprawdziły.

– No to mamy poważny kłopot – zasępiła się Roksana. – Początkowo myślałam, że należy go ośmielić, ale teraz widzę, że na nic tu sprawdzone metody. Trzeba sięgnąć po coś trudniejszego.

– Co to takiego? – zapytała Elżbietka, a jej spojrzenie zdradzało niepokój.

– Nie bój się – uspokoiła Roksana. – To nic bolesnego. Sama jeszcze nie wiem, co to by mogło być i chyba trzeba będzie poradzić się kogoś mądrzejszego. Najpierw jednak musimy się upewnić, że z tobą jest wszystko w porządku.

Któregoś dnia, gdy Elżbietka gościła w Dębowcu, przyszła do dworu pewna babka akuszerka.

Badanie nie trwało długo.

– U niej wszystko jak należy – powiedziała. – Dziewczyna jest zdrowa i zdolna. To widać jej mąż nie bardzo.

Tego się Roksana spodziewała. Babka dostała zapłatę za swoje usługi i zostawiła obietnicę trzymania języka za zębami.

– Jest tylko jeden sposób – westchnęła w końcu Roksana. – Jeden jedyny, ale to rzecz bardzo złożona i nie wiem, czy byś się na to zgodziła.

Elżbietka uczepiła się tej szansy.

– Wszystko zrobię – zapewniła. – Skoro próbowaliśmy innych, trzeba sprawdzić i ten ostatni.

Pani Roksana się wahała.

– To trudne – wzdychała. – Może niektórzy powiedzieliby nawet, że w ogóle niedopuszczalne…

Elżbietka gotowa była na wszystko. Mocno już zmęczyło ją czekanie i czuła zniechęcenie. Chodziła ponura, smętna, burkliwie odpowiadała nawet na życzliwe pytania innych osób i powszechnie poczęto mówić, że widać nie jest zadowolona ze swojego życia.

– Co się z tobą dzieje, córko? – załamywała ręce pani Alena.

Elżbietka nie odpowiadała. Burczała na wszystkich i z byle powodu. Konrad chodził milczący i smutny. Bał się odezwać pierwszy, a tajemnica, którą nie mógł się z nikim podzielić, bardzo mu ciążyła.

– To moja wina – płakał wieczorem w alkowie. – Wiem, że to moja wina, choć nie wiem, z jakich powodów spotkała mnie taka kara.

– Twoja – przyznała Elżbietka.

Długo przygotowywała się do tej rozmowy. Roksana tłumaczyła jej cały dzień, co i jak powinna powiedzieć.

– Najważniejsze, żeby uznał się za winnego – mówiła. – W takich sprawach wszyscy uważają, że to sprawa kobiety. A sama wiesz, że to nieprawda. Jeśli więc Konrad potwierdzi, będzie to znaczyło, że nie ty jesteś winna. Kiedy zaś się tak stanie, pomy¬ślimy, co można zrobić dalej.

Elżbietka uważała, że choć Konrad gotów jest wziąć winę na siebie, przed ojcem nigdy się do tego nie przyzna. Nawet jeśli wszystko by mu powiedział, Jan ze Szczekocin nie uzna tego za wystarczające tłumaczenie. Teść będzie przekonany, że to tylko wybiegi, aby pozbawić go obiecanego posagu.

Konrad zachowywał się jak małe dziecko. Siedział na ławie pod ścianą, a zapłakaną twarz ukrywał w dłoniach. Zupełnie nie przypominał młodego człowieka, o którym mówiono, że jest dworny, rycerski, a nawet odważny. Kiedyś wcale nie był nieśmiały. Taki był tylko wobec żony i bał się ojca.

– Ojciec mnie zabije! – mówił teraz. – Kiedy się dowie, że to moja wina, po prostu mnie zabije.

Płakał i pytał bezradnie:

– Co ja mam zrobić, Elżbietko?

Po tylu miesiącach oczekiwania, tłumaczenia, pomocy, wyrozumiałości, żona nie miała już dla niego współczucia.

– Nie wiem – odpowiedziała, wzruszając ramionami. – Może powinieneś wrócić do ojca i błagać, żeby cię wziął na swoje utrzymanie.

– Ale przecież jestem twoim mężem – zauważył nieśmiało.

– Nie jesteś – poprawiła z naciskiem. – Wcale nie byłeś i nigdy nim nie będziesz. Im prędzej się rozstaniemy, tym lepiej. Jestem jeszcze młoda i na pewno znajdę sobie kogoś, kto będzie wiedział, jak należy postępować z niewiastą.

SYNOWIE HEDWIGI

Do Dębowca Hedwiga pojechała dopiero po trzech tygodniach. Roksana długo zwlekała z wyjściem na powitanie. Kiedy się w końcu pojawiła, nie było w niej zwykłej serdeczności, co Hedwiga odczuła bardzo boleśnie. Obwiniała siebie, że od razu nie pojechała za przyjaciółką, gdy ta postanowiła opuścić Lipową.

– Czemu wyjechałaś? – zapytała teraz. – Tak to wyglądało, jakbym ci zrobiła wielką przykrość, a przecież nawet przez myśl coś takiego by mi nie przeszło. Zawsze byłam ci oddaną.

Roksana robiła minę, która wskazywała, że nie jest skora do ugody. Ale tylko przez chwilę, bo wkrótce rozpłakała się i rzuciła Hedwidze w ramiona.

– Jaka jestem niedobra! – szlochała. – Jak niewdzięcznością odpłacam ci za tyle starania i dobroci!

– Co ty mówisz? – Hedwiga pogłaskała przyjaciółkę po głowie. – Czy kiedyś ci wymawiałam, że siedzisz w Lipowej?

Roksana rozpłakała się jeszcze bardziej.

– No, sama widzisz! – powiedziała. – Mówisz, że siedzia¬łam w Lipowej, a przecież ja byłam twoją zastępczynią, dbałam o majątek i o chłopców, jakby byli moimi rodzonymi synami…

Nie dała się namówić do powrotu, a po namyśle Hedwiga musiała pogodzić się z jej wywodami. Teraz to ona powinna zająć się synami i Lipową. Roksana zrobiła swoje.

Nie domyślała się, że Roksaną mogły powodować zupełnie inne przyczyny.

Hedwiga coraz częściej miała wrażenie, że wiele spraw, najważniejszych spraw, wymyka się jej z rąk. Nie miała kłopotów z chłopcami dawniej, gdy byli mali. Łatwo było zapanować nad nimi i nad wszystkim innym, a teraz wyglądało na to, że coraz gorzej sobie radzi. Chłopcy zaczynali chadzać własnymi drogami, tylko patrzeć, a w ogóle odejdą. Sprawy w majątku szły niby jak dawniej, ale często teraz bywała zmęczona, zniechęcona nawet, bo wszystko układało się jakoś ciężej i trudniej. Nie wiedziała, na czym to polega, ale było na tyle wyraźne i dokuczliwe, że wiele razy płakała do poduszki. Ona, Hedwiga, silna, mocna, stanowcza, płakała do poduszki.

Jeszcze niedawno jej siostra kwitowała te kłopoty prostymi odpowiedziami.

– W majątku powinien być mężczyzna i jego silna ręka. Sama nie dasz sobie rady i najwyższy czas za kimś się obejrzeć.

Mówiła tak wiele razy, ale od czasu, gdy zbuntował się Dominik, jakby przestała, bo wszystko to odnosiło się przecież także do niej. Gdyż Marina nadal była sama. I już się pogodziła ze swoim losem wdowy – nie wdowy. A Hedwiga nie pogodziła się, bo wciąż nie uważała się za wdowę, lecz za niewiastę oczekującą powrotu męża z bardzo długiej wyprawy. Ale teraz nocami zdarzało się Hedwidze myśleć, o ile byłoby jej łatwiej, gdyby miała przy sobie męskie ramię. Jakiekolwiek męskie ramię.

Po takich rozmyślaniach biegła rano do spowiedzi i płakała w konfesjonale, jakby dopuściła się rzeczywistej zdrady.

– To nie grzech – poprawiał dobrotliwie ksiądz Franciszek. – To jedynie myśli, a może tylko sny…

Wcale nie zadawał pokuty, a po jakimś czasie Hedwiga przybiegała do niego z takimi samymi niepokojami.

– Myślałam o innych – mówiła. – Myślałam, że dobrze byłoby mieć kogoś przy sobie…

– To nic – tłumaczył ksiądz Franciszek. – To nic. Jesteście bardzo zmęczona, potrzebujecie pomocy i oparcia, jakie w mał¬żeństwie daje żonie mężczyzna.

Za którymś razem przyznała się, że myśli o konkretnej osobie.

– Marzyłam o nim – powiedziała. – Chyba o nim marzyłam. To na pewno grzech. Bo wyobrażałam sobie, że jest przy mnie, silny, opiekuńczy. Nie myślałam już o mężu, tylko o nim. Czy to grzech?

– A jakie to były myśli? – zapytał ksiądz Franciszek. – Czy były to grzeszne myśli? Czy myśleliście, że jest gospodarzem waszego dworu, czy też może, że jest waszym mężczyzną, waszym mężem czy może kochankiem?

– Myślałam o nim grzesznie – przyznała się Hedwiga, płacząc. – Że jest ze mną we dworze. Ale i myślałam, że jest ze mną w łożnicy. Czy myśl taka może być grzechem? I to jeszcze ciężkim grzechem?

Ksiądz Franciszek wzdychał niepewnie.

– O kim? – pytał szeptem. – Czy ja go znam? Jak się nazywa?

– Nie znacie – odpowiedziała Hedwiga. – To…

Nie dokończyła spowiedzi. Nagle rozpłakała się, zerwała z kolan i wybiegła z kościoła, zostawiając księdza Franciszka zdumionego w najwyższym stopniu.

– Coś chyba nie tak powiedziałem – zmartwił się duchowny. – Na pewno coś nie tak pani Hedwidze powiedziałem.

Do głowy mu nie przyszło, że to nie on jest przyczyną łez. Pani z Lipowej biegła ku domowi, przestraszona, że o mały włos nie przyznała się do prawdziwego grzechu.

A prawdziwym grzechem był list. List, jaki napisała w odpowiedzi na pytanie pana Sędziwoja Ludomska, czy może ją odwiedzić w Lipowej. Grzechem było, że bardzo pragnęła zobaczyć pana Sędziwoja. Grzechem było, że pragnęła mężczyzny.

Mikołaja, jej męża, nie widziała już ponad trzy lata. Grzechem było to, co obiecała panu Sędziwojowi. A obiecała mu, że go przyjmie. Za trzy lata.

Chłopcy sprawiali coraz więcej kłopotów.

– Potrzebuję pieniędzy – oświadczył Marcin matce, czym wprawił ją w wielkie zdumienie.

– Pieniędzy? A po cóż ci one?

– Na moje potrzeby.

– A jakież ty masz potrzeby? Czy nie dostajesz wszystkiego ode mnie?

– Mam swoje sprawy – upierał się, choć nie wyjawił, jakie wydatki planuje.

Hedwiga zastanawiała się, co może mieć na myśli, ale nie odgadła zamiarów syna. Próbowała również podpytać młodszego, lecz ten niewiele mógł powiedzieć.

– Nie wiem – odparł. – Nie mówił mi.

Sprawa wyjaśniła się dużo później, gdy któregoś dnia Hedwiga, wybierając się do kościoła, nie mogła znaleźć w skrzynce bursztynowego naszyjnika. Podejrzewała służbę i dopiero potem dowiedziała się, kto jest winny.

– No, wziąłem – przyznał się Marcin, patrząc spode łba i unikając wzroku matki. – Zabrałem, bo nie chcieliście dać mi sama, a przecież jako dziedzic Lipowej mam swoje potrzeby.

Mimo nagabywań nie przyznał się jednak, dla kogo przeznaczył naszyjnik matki. Hedwiga skrzyczała go najpierw, ale potem zastanowiła się i przyznała synowi rację.

– Powinien mieć coś własnego – postanowiła.

PANOWIE ZE SZCZEKOCIN

Grudzień 1399

Na święta Bożego Narodzenia pojechali do Szczekocin we troje. W Dębowcu były duże sanie, w których zmieścili się swobodnie, pan Konrad w środku, jego żona po prawej ręce, pani Roksana po lewej. Mróz trzymał tęgi, ale pod wilczymi skórami ciepło i przyjemnie.

Kobiety były najwyraźniej w dobrym nastroju.

– Wielkie zadanie przed wami – śmiała się Roksana. – Teraz musicie rozgrzać nas obie.

Konrad uśmiechał się niepewnie. Nie przyznał się nikomu, że od tygodni przemyśliwał, jak wymówić się od ojcowskiego zaproszenia. Bał się rodzicielskich uwag i przymawiania. Trochę liczył na to, że w niechęci wyjazdu do rodowej siedziby wspomoże go Elżbietka, ale niespodziewanie żona bardzo naciskała na wyjazd.

– Oczywiście, że powinniśmy pojechać – zgodziła się natychmiast.

Ona z kolei nie przyznała się mężowi, skąd wzięła się u niej taka chęć odwiedzenia Szczekocin.

– Dowiem się wszystkiego – obiecała Roksana. – Tylko mi w niczym nie zaprzeczaj i nie przeciwstawiaj się. Pamiętaj, że robię to dla ciebie.

– Dobrze – potwierdziła Elżbietka, choć zupełnie nie wiedziała, na co się godzi.

Widok Szczekocin, kamiennego zamku tuż obok wielkiej osady nad Pilicą, zrobił na pani Roksanie duże wrażenie.

– Mając coś takiego Odrowąże łakomią się jeszcze na twoje wsie? – szeptała zadziwiona do Elżbietki.

Wjechali na długi wąski most prowadzący do bramy, przed którą stali ludzie z pochodniami i sam starosta Jan, ukłonami witając gości.

Uważnie przyjrzał się przede wszystkim synowej, usiłując zobaczyć, czy mimo futer nie dojrzy oznak jej brzemienności. Wyraz niezadowolenia na krótką chwilę pojawił się na jego twarzy.

– Witajcie! – wołał jednak rad z odwiedzin. – Prędko was z powrotem nie wypuszczę, to pewne!

Ledwo przywitał się z synem, który w jego obecności zmalał jakby, skulił się, pochylił.

Najwięcej uwagi od pierwszego wejrzenia poświęcał Roksanie. Pani z Dębowca nawet nad młodszą Elżbietką górowała urodą, bujną i świeżą dojrzałością. Konrad przedstawił gościa niepewnie, jakby obawiał się, czy ojciec będzie zadowolony, że przywiózł niezapowiedzianą osobę, ale Jan ze Szczekocin głośno pochwalił jego pomysł.

 

– Co za goście! – powtarzał zachwycony. – Co za goście!

Podał ramię pani Roksanie i pospiesznie prowadził ją do ogrzanego wnętrza, bo mróz trzymał solidny i para buchała z ust wielkimi kłębami.

– Co za gospodarz! – krygowała się Roksana.

W kamiennej komnacie, wyłożonej grubymi dywanami, na wprost wielkiego komina, gdzie płonęły wielkie bukowe polana, Jan ze Szczekocin, starosta lubelski, głaskał siwe wąsy i mrużył czarne oczka, przyglądając się Roksanie.

– Może popełniłem błąd – powiedział. – Swatałem Konrada Elżbietce, a może lepiej byłoby, gdybym pomyślał o was…

– Może – uśmiechała się Roksana.

Siedziała na wprost gospodarza po drugiej stronie komina. Było po świątecznej uczcie, większość domowników i gości poszła już na spoczynek, tylko służba kręciła się jeszcze, zbierając ze stołu opróżnione naczynia.

Pani Roksana miała na sobie wiśniową suknię z szerokimi rękawami i srebrny naszyjnik rzadkiej urody. Jasne włosy, upięte wysoko, pokrywała cieniutkim szalem w kolorze sukni.

– Przecież i przy was niezgorszy majątek – uśmiechał się starosta, który nie żałował sobie wina podczas wieczerzy. – A mieliście dwóch mężów. Widzi mi się, że sam diabeł w was siedzi, bo ponoć nie masz gorętszej niewiasty od młodej wdowy.

Pani Roksana uśmiechała się uwodzicielsko.

– Powiadają, to może i mają rację – droczyła się.

– Czemu nie wpadłem na to wcześniej – wzdychał pan Jan.

– Stało się – odpowiedziała Roksana.

– Że też od razu nie przyszło mi do głowy, żeby się nad tym zastanowić. Pan Jeno wszystkiego dwoje dzieci miał, widać ród jego nie za mocny, bo gdzie indziej więcej potomków umieją spłodzić.

Starosta martwił się. Po ponad roku małżeństwa Konrada i Elżbietki nic nie wskazywało, że doczeka się wnuka. Jego starszy syn, także Jan, dziedzic na kilku wsiach w lubelskiem, miał dwóch synów, a żona właśnie była w ciąży po raz trzeci.

– I teraz też będzie wnuk – pan Jan wskazał wzrokiem synową, która w drugim końcu komnaty siedziała nad jakąś robótką. – A Konrad nic.

– Może i nie najlepiej wybraliście – zgodziła się Roksana. – Ale po cóż płakać nad rozlanym mlekiem? Powiadają, że z każdej sytuacji znajdzie się wyjście.

– Doprawdy? – przymrużył oczy starosta.

– Na pewno – lekko odpowiedziała Roksana. – Sami je znajdziecie, a gdyby…

– A gdyby? – podchwycił.

– A gdyby nie, zapytacie kogo, kto wam mądrze podpowie.

Uśmiechnął się zadowolony, bo odgadł, że samą siebie miała na myśli.

– Wy?

Roksana potwierdziła skinieniem.

– Może i ja. Nie wiem, czy jesteście gotowi…

Pan Jan zastanowił się, a wzrok jego spoważniał. Ku czemu zmierza ta niewiasta? Jest kuta na cztery nogi, pomyślał. Trzeba na nią uważać, bo jest sprytna, chytra nawet, a z taką walczyć trudno. Dwóch mężów miała, a bardzo młoda jeszcze. Szczwana sztuka. Zna pewnie rozmaite sposoby i może… Właśnie, sposoby. Czyżby i na ten kłopot znała jakieś lekarstwo?

– Niewiasty na pewno mają swoje sztuczki – zaczął. – Nie wiem, czy mi tu jakiej zasadzki nie szykujecie, bo przecież jesteście przyjaciółką mojej synowej. A to może znaczyć, że niewiasty jak to niewiasty, lubią się trzymać razem i czasem nawet razem wystąpić przeciw mężczyznom.

Pani Roksana spoważniała.

– Możemy pomówić żartobliwie – odpowiedziała. – Możemy i poważnie. To od was zależy.

Jan ze Szczekocin zastanawiał się. To diabeł, kuty na cztery nogi diabeł. Lepiej dowiedzieć się tego i owego, bo zanim się człowiek obejrzy, już może znaleźć się w jego mocy.

– Poważnie? – powtórzył. – Jesteście przyjaciółką mojej synowej, ale tak mówicie, jakby i los mojego Konrada nie był wam obojętny.

Patrzył przy tym uważnie, sprawdzając, czy ją przyłapie na kłamstwie. W oczach gościa igrały wesołe iskierki.

– A może mam własny interes na widoku? – zapytała odważnie.

Jan za Szczekocin zaniemówił na chwilę.

– Ciekawe rzeczy mówicie – przyciszył głos. – Tak ciekawe, że chętnie bym o nich pogwarzył… w stosowniejszych okoliczno¬ściach.

– Kiedy tylko wola – uśmiechnęła się Roksana.

Młodszy Jan ze Szczekocin, brat Konrada, chodził dumny i wyniosły. Miał wszystko – majątek, powodzenie, żonę, potomstwo, nie musiał martwić się o przyszłość. Dzięki temu mógł być życzliwy nawet dla brata. Nigdy nie przestawali z sobą zbyt blisko, bo Jan był starszy od Konrada więcej jak dziesięć lat.

– Cóż, bracie? – zapytał, gdy spotkali się przy świątecznym stole. – Dobrze ułożyło ci się życie?

Konrad potaknął nieśmiało. Wobec starszego brata był onie¬śmielony jak w stosunku do ojca.

– Bóg wam zapłać za troskę – podziękował.

– Ja, widzisz, po ojcu wezmę starostwo – puszył się Jan. – I to nie jest wszystko, bo właśnie byłem na królewskim dworze i rozmaitych tam doczekałem się obietnic. Król Jagiełło niezwykle rad mnie widzi. Kiedy zaś ojciec pomrze, dopiero będę mógł się majątkiem pochwalić!

Konrad spojrzał z przestrachem.

– Ojciec? Przecież…

Jan roześmiał się swobodnie.

– Dziecko jesteś – powiedział lekceważąco. – Nikt nie jest wieczny, a o niektórych sprawach trzeba pomyśleć zawczasu.

Konrad zazdrościł bratu pewności siebie i teraz patrzył na niego z podziwem.

– A jakże tam u ciebie z wiadomymi sprawami? – dopytywał się brat. – Ojciec mówił, że posagu nie możesz wziąć, póki nie zdziałacie czegoś w alkowie. Trzeba ci tedy bardziej się starać.

– Tak, bracie – dziękował Konrad. – Dziękuję za wasze rady.

– Zawsze możesz do mnie po nie przyjść – obiecał Jan. – W końcu jesteśmy rodziną.

Wieczorem następnego dnia starosta lubelski Jan znowu mówił z panią Roksaną.

– No? – zaczął. – Teraz możemy swobodnie pogawędzić. Bardzom ciekaw, jaki interes macie w związku z moim synem.

– A mówiłam, że idzie o Konrada?

– Tak to zrozumiałem, a wy nie zaprzeczycie.

Jan ze Szczekocin nalał wina do szklanic z grubego niebieskawego szkła, podniósł swoją do góry i popatrzył na naczynie pod światło.

– Z Italii – pochwalił się.

Roksana umoczyła usta.

– Dobre wino – przyznała po chwili.

– Tak? A co jeszcze lubicie?

Nie odpowiedziała od razu. Pan Jan patrzył uważnie, a w jego wzroku była zachęta. Od samego przyjazdu dawał jej znaki, że bardzo ją uważa jako niewiastę piękną, bogatą i niegłupią. Droczyła się, pochlebiało jej to nadskakiwanie. Domownicy dostrzegli zainteresowanie pana piękną sąsiadką syna, nikt jednak nie odważył się słowa powiedzieć przeciwko panu Janowi.

Siedzieli znowu przy ogniu w wielkiej komnacie na pierwszym piętrze zamku, ale tym razem poza nimi nie było tu nikogo. Domownicy pojechali do kościoła, a służbie gospodarz kazał iść precz. Ta sytuacja dogadzała Roksanie, bo to, co miała do powie-dzenia, nie było przeznaczone dla obcych uszu. Uśmiechnęła się, robiąc niewinną minę.

– Kiedy niewiasta zostaje sama na majątku, musi się niemało starać, żeby wszystko szło jak należy – odpowiedziała dopiero po chwili.

Pan Jan dobrze znał te sztuczki, ale tym razem wziął je za dobrą monetę.

– Nie wyglądacie na taką, co sobie nie daje rady.

– Daję – przyznała. – Niemało wokoło trudnych spraw, z którymi trzeba się zmierzyć. Dlatego nie robię niczego bez zastanowienia. Wolę dwa razy pomyśleć, niż raz pobłądzić. Wy na przykład mówicie, że zrobiliście błąd, łaszcząc się na majątek Elżbietki…

– Może i zrobiłem – kiwnął głową – a może wcale nie zrobiłem. Są jeszcze młodzi, mogą trochę poczekać. Kiedy tylko Elżbietka zajdzie w ciążę…

– A jeśli nie zajdzie?

Pan Jan przymrużył oczy. Czuł niepokój przy tej kobiecie, a nie rozumiał, co jest jego przyczyną.

– Wy coś wiecie – zauważył. – Wiecie coś ważnego i chyba nawet chcecie mi o tym powiedzieć.

– Mam interes – przypomniała.

– Dobrze – zgodził się. – Zrozumiałem wasze przymówki. Chcecie skorzystać na tym, że mi o tym powiecie, tak? Żebym wam zapłacił?

Roksana wstała ze swojego miejsca i odeszła pod ścianę. Wisiała tam opona kunsztownie tkana w drobny wzór przedstawiający polowanie w lesie.

Patrzył za nią niespokojnym wzrokiem.

– Nie wiem, czy was na to stać – zauważyła tonem, w którym nagle pojawiła się wyższość.

– Mnie? – zapytał. – Mnie stać na wszystko.

Ale był wyraźnie zaniepokojony.

– Co wy wiecie? – zapytał.

Rozejrzała się, upewniając, że nikt nie podsłuchuje rozmowy.

– Elżbietka nie zajdzie w ciążę – oświadczyła.

Jan ze Szczekocin uderzył pięścią w dłoń.

– Wiedziałem! – warknął ze złością. – Wiedziałem, że pan Jeno coś ukrywa. Od razu zgodził się na posag i w ogóle poszło to wszystko za szybko.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?